Wśród czarnych/W pełnej Brussie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
W PEŁNEJ BRUSSIE.

Wyruszyłem z operatorem kinematograficznym na daleką wyprawę na północ Sudanu. Pociągiem dojechaliśmy do stacji Kita, gdzie miejscowy administrator otrzymał zlecenie gubernatora zorganizowania dla nas polowania. W międzyczasie, gdy trwały przygotowania, a mianowicie sprowadzenie dwudziestu porterów dla noszenia naszych bagaży, wynajęcie koni wierzchowych, naprawa siodeł, zakup prowjantów i wyszukanie przewodnika-myśliwego — zwiedzaliśmy Kita. Jest to duża osada, zaludniona przez murzynów Bambara i Malinké, rolników, trudniących się kulturą bawełny, prosa, orzechów arachidowych i „patatów“. Przy osadzie i punkcie administracyjnym obrały sobie siedzibę dwie instytucje religijne: misje „białych ojców“ i „sióstr misjonarek“. Krzewią ci skromni, pracowici ludzie chrześcijaństwo wśród murzynów i w niedziele i święta mały kościółek w Kita bywa przepełniony neofitami, z zapałem śpiewającymi pieśni łacińskie. Trzeba jednak zauważyć, że chrześcijaństwo zupełnie nie ma powodzenia wśród muzułmanów i tylko fetyszyści dają się nawrócić dość łatwo. Przy misjach istnieją szkółki dla dzieci i warsztat tkacki, gdzie małe dziewczynki robią bardzo piękne dywany i poduszki z wełny, przywożonej z Tombuktu, a malowanej farbami z tubylczych indygo i barwnej kory prosa oraz ozdobionej rysunkami pomysłu Malinké.
Spokojne, pogodzone z życiem, poważne twarze misjonarzy i misjonarek wywierają bardzo przyjemne wrażenie, a ich pracowite, skromne życie i obyczaje działają na wyobraźnię ludności. Widziałem tu jedną siostrę, która od 26 lat nie opuszcza Sudanu, konno przecina dżunglę, odwiedza wioski, gdzie mieszkają czarni chrześcijanie, pomaga chorym i dzieciom i niesie słowa pociechy i otuchy.
Mnisi czynią to samo. Są to dzielni, silni i odważni ludzie, wśród których nieraz spotkać można przedstawicieli starej arystokracji francuskiej. Z karabinami na plecach wdzierają się oni coraz to głębiej do brussy afrykańskiej i głoszą naukę Chrystusową, nikogo do słuchania nie zmuszając, lecz zniewalając ku temu własnym przykładem i dobremi czynami, przywiązującemi do nich serca tubylców. Strzelają po drodze biali ojcowie zwierzynę na pokarm dla siebie i ścigają zawzięcie wrogów ludności — lamparty, dzikie koty i małpy.
Przeor opowiadał mi, że przed tygodniem, jadąc przez brussę, widział bardzo podniecającą scenę. Na stokach góry pod palącem słońcem rozgościło się duże stado największych szkodników — czerwonobrunatnych małp, tych bezczelnych rabusiów o bolszewickiej, burzycielskiej psychologji. Przeor zeskoczył z konia i z karabinem w ręku zaczął się skradać ku stadu, gdy nagle z poza skał wypadł lampart i rzucił się na małpy. Kilku uderzeniami potężnych łap drapieżnik zabił sześć małp, lecz, ujrzawszy człowieka, znikł jak widmo śmierci. Wszystko to odbyło się o jakieś 30 metrów od przeora, który stał się mimowolnym świadkiem dramatu dżungli afrykańskiej.
Mnisi i mniszki przyjmowali nas bardzo gościnnie, a że był upał znaczny, poczęstowali nas piwem z prosa, zimnem i smacznem. Był tu wśród nich podobno jeden Polak, lecz nie mógł znieść klimatu tej części Sudanu i opuścił kraj i zakon przed paru laty.
Nareszcie zjawił się oczekiwany przez nas myśliwy, podejmujący się być naszym przewodnikiem w dżungli.
Nazywał się on Faramusa Keita. Średniego wzrostu, muskularny, o bezczelnej twarzy, nieruchomych, szeroko rozwartych oczach i przenikliwem, bystrem spojrzeniu — nie wzbudzał Keita żadnej do siebie sympatji. Ponieważ bardzo nam chodziło o spotkanie się z hipopotamem, obiecał nam, że pokaże nam je, gdyż zna miejsce ich kryjówek w rzece Baulé.
Tegoż dnia konno wyjechaliśmy na północ.
Towarzyszył nam syn administratora, bardzo sympatyczny, wesoły młody człowiek, p. Georges Bouys, z całym etatem służby i kucharzem, boyem i małym paziem-murzynkiem, ubranym w pyjamę i biegnącym za koniem p. Bouysa, trzymając się za ogon wierzchowca. Był to mały griot-baśniarz, pieśniarz i tancerz, imieniem Delimané.
Konie były dobre, siodła dość wygodne, więc szybko posuwaliśmy się naprzód, pomni jednak na to, że nasze bagaże kołysały się na głowach maszerujących murzynów.
120 km przebyliśmy w ciągu trzech dni, nocując po wsiach, noszących bardzo niełatwe do wymówienia nazwy: Buduto, Badimarana, Sandianbugu.
Po wsiach wszędzie roiło się od Maurów, którzy ze swemi osłami przybywali tu z południowych obwodów Sahary, aby zabrać od murzynów urodzaj orzechów arachidowych i zwieźć go do składów kupców europejskich w Kita i Bamako.
Biblijne postacie Maurów wyróżniały się wśród murzynów, a wzajemna pogarda dwóch odmiennych ras przebijała z każdego słowa, z każdego rzutu oka.
Wieczorem na noclegach mały Delimané opowiadał swym dziecinnym głosem gadki swego szczepu, a młody p. Bouys, znający gruntownie język Bambara, wtórował mu, wywołując wśród tłoczących się dokoła murzynów wybuchy śmiechu.
Za wsią Sandianbugu o jakie 50 km przepływa rzeka Baulé, a za nią aż hen! do obwodu Nioro odłogiem leży szczera, dzika, niezaludniona dżungla.
Na brzegu rzeki, w cieniu olbrzymiego drzewa, owiniętego kauczukowemi lianami, urządziliśmy swój obóz myśliwski, składający się z naszego namiotu i naprędce skleconego przez tubylców szałasu dla p. Bouysa.
Po założeniu obozu nazajutrz wyruszyliśmy na polowanie.
Za Baulé rozciąga się olbrzymia płaszczyzna, przecięta niedługiemi łańcuchami rozpadających się już skał. Białych ludzi tu podobno jeszcze nigdy nie było.
Wysoką, suchą trawę dżungli przecinają setki ścieżek, wydeptanych przez zwierzęta: antylopy i dziki. Ciągle spotykamy świeże ślady tych zwierząt, a w jednem miejscu ujrzeliśmy ślad żyrafy — niestety — stary, zeszłoroczny ślad.
Rozglądamy się uważnie na różne strony, wypatrując zdobyczy, lecz jakoś nie widzimy jej. Właściwie widzimy, lecz są to małe czerwone antylopy i od czasu do czasu — dropie. Nie strzelamy do tego „drobiazgu“, bo mamy obiecane duże antylopy. Jednak za nami idzie około dziesięciu tubylców, niosących aparaty kinematograficzne oraz zapasową broń. Robią oni sporo hałasu i czujne antylopy słyszą nas zdaleka. Rozdzielamy się więc i rozpraszamy się na różne strony.
W pół godziny później idący ze mną myśliwy-murzyn nagle się zatrzymuje i wskazuje palcem przed siebie.
Widzę, jak przez gęstą wysoką brussę do ciemnych widm podobne przemknęły dwie końskie antylopy, ogromne, większe od mułów, o pięknych rogach. Były to tak zwane Bubalis maior. O strzelaniu niepodobna było myśleć, bo widma te przemknęły i znikły. Szedłem ich śladami i przez dobre dwie godziny tropiłem je, lecz odbiegły daleko.
Strzelaliśmy później pasiaste antylopy „minnan“ (Tragelaphus scriptus), małe antylopy, dzikie perliczki i kuropatwy, a wcale niezła z tego uformowała się kupa.
Było dość jedzenia i dla nas i dla naszych murzynów, a ci to mają apetyty!
Jeszcze na murzynów Bambara, wyznających islam, jest jakaś rada. Mianowicie nie jedzą mięsa zwierza i ptaka, o ile przed śmiercią myśliwy nie przerznął mu gardła, obróciwszy zranione zwierzę na wschód i wymówiwszy sakramentalne „Bismillach“. Nasi zaś Bambara są fetyszystami, więc nic ich nie wstrzymuje i pożerają wszystko, nic od zabitej sztuki nie pozostawiając.
Przypomniały mi się na Baulé mongolskie moje czasy. Dobrze i obficie zajadają Mongołowie, lecz murzyni więcej mi zaimponowali, bo mieli apetyt krokodyla, zęby lwa, żarłoczność pantery, żołądki hipopotama, siłę trawienia strusia. Może też z tego właśnie powodu obierają oni swymi „totemami“, czyli protoplastami, te właśnie zwierzęta?
Przez sześć dni polowaliśmy w brussie za Baulé ale, jak już wspomniałem, głównym naszym celem było polowanie na hipopotamy.
Zupełnie świeżych śladów tych potworów spotykaliśmy na brzegach Baulé coniemiara. Całe ścieżki, podobne raczej do głębokich rowów, szły od rzeki w głąb brussy, dokąd wędrują po nocy hipopotamy na paszę.
Zdziwiło nas to narazie ogromnie, gdyż rzeka w tym okresie roku była prawie wyschnięta, płynęła wąskiemi potokami wśród kamieni łożyska i zaledwie w paru miejscach miała głębszy nurt. Tu właśnie trzymały się olbrzymy, poszukiwane przez nas.
Tak myśleliśmy, lecz zapytany o to nasz główny tropiciel — bezczelny drab — Faramusa Keita energicznie temu zaprzeczył i wszelkiemi sposobami starał się nas od rzeki odprowadzić, kusząc nas polowaniem na duże antylopy. Gdy jednak nastawaliśmy na wskazanie nam miejsca, gdzie przebywają o tej porze roku hipopotamy, oznajmił, że w tem polowaniu żadnego udziału brać nie może, gdyż „mali“ czyli hipopotam, jest jego „totemem“ — przodkiem w prostej linji!
Wściekli byliśmy na tego draba bez sumienia i czci.
O, niech żaden myśliwy nie bierze sobie za przewodnika Faramusa Keita!
Jest to jedyna zemsta, jakiej dokonać mogę na tym murzynie z rodu hipopotamów.
Kazałem mu więc iść do obozu, ja zaś z operatorem poszliśmy brzegiem Baulé, wypatrując hipopotamy.
Pierwszy go dojrzał operator, gdy potwór z pluskiem wynurzył głowę z wody i z głośnem parsknięciem wyrzucił z potężnej piersi wodę.
Zaczęliśmy skradać się do niego, chodziło nam bowiem nie tyle o strzał do niego, ile o sfilmowanie potwora. Po pewnym czasie hipopotam znowu się wynurzył, lecz idących z aparatami murzynów nigdzie znaleźć nie mogliśmy. Nie było nic innego do wyboru, jak tylko strzelać. W tej właśnie chwili nasi murzyni z przeciwległego brzegu zaczęli krzyczeć i z hałasem przedzierać się przez gęste krzaki. Hipopotam długo się nie wynurzał, a gdy się zjawił, to z taką szybkością znowu zniknął pod wodą, że kula operatora plusnęła tuż nad nim, niestety, za późno.
Próżno czekaliśmy na niego, już się nie pokazywał więcej. Widocznie, dnem łożyska powędrował dalej i, wystawiwszy tylko chrapy z wody, czekał, aż odejdziemy.
W tym właśnie czasie przybiegł jeden z murzynów i oznajmił nam, że hipopotam wyszedł na brzeg i skierował się do brussy. Było to niesłychanie kurtuazyjne zachowanie się hipopotama, gdyż na twardej ziemi dalibyśmy mu z pewnością radę i z naszym aparatem kinematograficznym i z karabinem.
Jak szaleni, przebrnęliśmy rzekę na drugą stronę i popędziliśmy w brussę. Odrazu zdziwiła nas ta okoliczność, że aczkolwiek ślady były świeże, jednak ani razu nie ujrzeliśmy nawet kropli wody, która przecież powinna była ściekać z cielska zwierza. Uspokoiliśmy siebie tem, że z pewnością przy +48° C woda wyschła bardzo prędko. Daleko odeszliśmy od rzeki, zagłębiwszy się do dżungli, lecz hipopotama ani słychać, ani widać! Czyżby mógł odejść tak daleko?
Gdy łamaliśmy sobie nad tem głowy, nagle zjawił się Delimané, mówiący trochę po francusku. Z jego pomocą zaczęliśmy badać murzyna. Okazało się, że Faramusa Keita posłał go, aby nam pokazał, dokąd chodzi hipopotam na żer. Wściekli na intryganta-murzyna powróciliśmy do Baulé, przeszliśmy wzdłuż całej głębokiej części jej, prawym brzegiem — ja, lewym — operator. Nagle zdaleka ujrzałem wynurzający się łeb potwora, głośne parsknięcie i plusk. Pobiegłem w tamtą stronę, skacząc przez kamienie i grząskie odnogi rzeki, wpadłem do wody, a raz to nawet z głową się zanurzyłem i zamoczyłem karabin swój tak, iż byłem zmuszony wylewać wodę z lufy.
Długo skradałem się, mokry i zły, wściekle cięty przez moskity i tse-tse, brzegiem Baulé, lecz hipopotam parsknął gdzieś tam jeszcze i — od tej chwili już go nie słyszałem. Tymczasem słońce już zapadać zaczęło za horyzont, więc zmuszeni byliśmy odnaleźć swoje konie i powracać do obozu.
Wieczorem, siedząc w namiocie, zrozumieliśmy swój błąd, którego dopuściliśmy się w tej wyprawie. Nasi murzyni zapalili szereg ognisk, śpiewali i hałasowali do późnej nocy. Musieli oni wystraszyć zwierzynę.
Następnego dnia podszedłem w dżungli stado antylop końskich. Zdawało się, że te pasły się najspokojniej w świecie. Obszedłem je zdaleka i czołgałem się ku nim w trawie powoli, bez najmniejszego hałasu, bo znam tę sztukę myśliwską z czasów moich częstych polowań na jelenie na Syberji. Podług moich obliczeń musiałem być od stada o jakieś 80 — 100 metrów. Już chciałem podnieść głowę z trawy, aby wyjrzeć, gdy idący za mną murzyni, którym kazałem pozostać w ukryciu, zaczęli dość głośno rozmawiać. Wyjrzałem z trawy — stado znikło bez śladu. Nigdzie go znaleźć nie mogłem; odbiegło daleko, czego nigdyby nie uczyniło, gdyby już przedtem nie było spłoszone nocnemi krzykami naszych ludzi.
Zemsty swej za to niepowodzenie dokonałem na stadzie małych antylop, za któremi szedłem długo, podchodząc je kilkakrotnie z dobrym skutkiem.
Operator mój był szczęśliwszy ode mnie, bo chociaż nic nie zabił, jednak udało mu się wypatrzeć w brussie fakoszera czyli dzika afrykańskiego, o potwornej głowie z narościami pod oczami i potężnemi, krzywemi kłami. Wypatrzywszy, ustawił aparat w chwili, gdy nie podejrzewający takiej niedyskrecji fakoszer spokojnie wysunął się z wysokiej trawy, zdążył go sfotografować zbliska, a potem sfilmować.
Nastraszony warkotem korby aparatu fakoszer pomknął w stronę młodego p. Bouys’a, który z karabinu Lebel położył go trupem.
Tegoż dnia zdobyliśmy antylopę „minnan“, nazywaną po łacinie „Tragelaphus scriptus“, a po angielsku „harnessed antilope“, z białemi, przecinającemi się wzajemnie pręgami na bokach i ostremi, skręconemi rogami.
Wnet po kolacji, korzystając z ciemnej nocy, wybraliśmy się na polowanie z lampami acetylenowemi, umocowanemi na naszych hełmach. Jest to najlepsze polowanie na drapieżniki.
Przekroczywszy kamieniste łożysko Baule, zanurzyliśmy się w brussę. Szliśmy, mając ze sobą po jednym murzynie.
Cicha, zaczajona dżungla, to zbiorowisko wysokiej, suchej trawy, krzaków i drzew, milczała. Ciemny, prawie czarny namiot nieba, z połyskującemi gwiazdami, nisko zwisał nad dżunglą, a pomiędzy milczącą ziemią a tajemniczem niebem na niewidzialnych skrzydłach szybowała cisza zagadkowa. To wrażenie trwało jednak bardzo krótko, bo za chwilę w trawie zapaliły się jak dwa płomyki zielone ślepia, gdy się spotkały z pasmem światła, odrzuconego przez reflektor lampy. Cicho stąpa myśliwy w miękkich trzewikach, nie wypuszczając jarzących się źrenic z ogarniętej światłem przestrzeni, a przejęty myślą, do czego będzie strzelał? Pytanie to jest dość ekscytujące, bo w ręku ma się tylko dubeltówkę śrutową, nabitą coprawda lotkami, lecz przy spotkaniu się ze lwem lub panterą tego naboju może być za mało…
Lecz niema wyboru! Jeszcze kilka kroków; zielone źrenice płoną coraz jaśniej, jednak konturów ciała zwierza nie widać. Myśliwy mierzy poniżej tych pałających oczu, strzela i biegnie w kierunku strzału, aby dobić zranione zwierzę w razie potrzeby.
W ten sposób zdobyliśmy kilka dzikich kotów, cywet i drobniejszych od nich — genet.
Od czasu do czasu migały w trawie czerwone ogniki. Były to małe antylopy, do których jednak z powodów sportowych nie strzelaliśmy. Raz jeden tylko miałem podczas tego nocnego polowania emocję. Przede mną woddali zapaliły się czerwonym ogniem czyjeś oczy, niby dwie lampki elektryczne, i zaczęły przebiegać z miejsca na miejsce. Ścigałem te ogniki zawzięcie, aż wzbiły się wysoko ponad ziemię. Zrozumiałem, że ścigane zwierzę wdrapało się na drzewo. Co to mogło być? Takie potężne błyski, takie ogromne źrenice, ucieczka na drzewo? Nic innego, tylko lampart!
Wkładam do luf najgrubsze lotki i idę dalej. Obok ściganej pary ślepi nagle zjawia się druga, trzecia i czwarta. Czarne drzewo wydaje się być obwieszone lampjonami!
Podchodzę pod drzewo i wyglądam zdobyczy. O jakie pięć metrów nade mną, całe oświetlone moim projektorem, zjawia się małe zwierzątko o szarem, do szenszyli podobnem futerku, długim ogonku, uszach nietoperza i olbrzymich płonących oczach. Mały potworek patrzy, olśniony blaskiem lampki, lecz wkrótce się uspokaja i ogryza korę drzewa.
Zaczynam pogwizdywać zcicha i ostrożnie stukać kolbą o pień drzewa. Zwierzątko, pełne ciekawości, zsuwa się niżej i przygląda mi się ze zdziwieniem, nie widząc mnie poza zasłoną światła. Ja zaś je widzę dobrze. Jest podobne do wiewiórki, tylko ogonek ma nie tak puszysty, posiada duże uszy i niezwykle wielkie oczy. Nie znam łacińskiej nazwy tego zwierzątka. Europejscy myśliwi twierdzą, że należy ono do rodziny lemurów, murzyni — Bambara nazywają je „pantoná“. W książce p. Maclaud[1] nie znalazłem opisu tego zabawnego zwierzątka, natomiast podaje on wiadomość, że w tej części Afryki spotkać można dwie odmiany lemurydów: Galago Senegalensis i Galago Demidoffi.
Błąkając się po brussie, natrafiliśmy na ślady dużego kota. Prowadziły one w stronę niewysokich skalistych pagórków, odległych o jakie dwa kilometry od naszego obozu.
Postanowiliśmy zapolować na tego drapieżnika.
Wziąwszy ze sobą kilku murzynów, którzy nieśli aparaty kinematograficzne, skierowaliśmy się pewnego dnia w stronę skał. Skały były oddzielone od brussy gęstemi zaroślami kłujących krzaków i dużemi drzewami. Z wielkim trudem, rozdzierając sobie do krwi twarze i ręce, torowaliśmy sobie drogę przez chaszcze. Wreszcie stanęliśmy przed nagiemi, ponuremi skałami. Prześliznęliśmy się przez ostatnie zarośla i ujrzeliśmy głęboką szczelinę w skałach. Niemiły, ostry zapach dużego kota uderzył powonienie. Na piasku wyraźnie widniały odbite ślady potężnych łap. Olbrzymie, cyklopiczne schody z głazów prowadziły do szczeliny, która u góry rozszerzała się w jaskinię, ukrytą za kamieniami i zwałami skał. Na jednym z głazów leżały niedojedzone resztki dużej antylopy. Nie wątpiliśmy, że ujrzymy wkrótce drapieżnika. Zaczęliśmy się więc ustawiać.
Mój operator zmontował swój kinoaparat, o który oparł karabin Mausera, stanąwszy naprzeciwko szczeliny. Ja ulokowałem się o jakieś dziesięć kroków od niego, stanąwszy w miejscu najdogodniejszem do strzału. Młody Bouys z jednym z murzynów wdrapał się na szczyt skały i, stanąwszy nad otworem, prowadzącym do jaskini, przygotował się do ciskania nadół kamieni, aby wystraszyć jej mieszkańców. Murzynów naszych i sławetnego Faramusa Keita postawiliśmy zboku za skałami, aby pierwszy atak nie był na nich skierowany.
Przy nas pozostał tylko boy, sympatyczny i usłużny młodzieniec.
Na dany sygnał p. Bouys rozpoczął bombardowanie jaskini. Głucho uderzały o jej dno staczające się kamienie i z warkotem biegły dalej, lecz lampart nie wychodził.
— Będę rzucał zapaloną trawę! — krzyknął nam ze szczytu skały p. Bouys, lecz po chwili, gdy już trzymał pęk płonącej słomy, zawołał:
— Widzę lwicę z dwoma małemi!
Sytuacja stawała się coraz bardziej zajmującą!
Lecz gdy murzyni posłyszeli te słowa, znikli bez śladu, jak kamfora; na ich czele zmykał Faramusa Keita. Z nami pozostał tylko boy. Stał niewzruszony, spokojny i gryzł orzechy arachidowe.
Odważny był to murzyn. W parę dni później przypadkowo dowiedziałem się, że odbywał w tym czasie więzienie za jakąś zbrodnię. Widocznie odważny boy nic nie miał do stracenia i przekładał pazury lamparta czy lwa nad więzienie w Kita; powtarzam jednak, że był to odważny murzyn i z nim możnaby się było puścić na wielkie i ryzykowne awantury.
Tymczasem płonące pęki trawy, sycząc, zaczęły padać do jaskini i buchać wielkim ogniem, a przy ich blasku p. Bouys ujrzał, że „lwica z małemi“ zmieniła się w żółte kamienie, leżące w głębi jaskini. Ogień też nic nie wskórał, legowisko bowiem było puste, a jego mieszkańcy z pewnością byli w brussie na polowaniu, a może gdzieś wpobliżu, zaczajeni wśród kamieni i krzaków, przyglądali się nam — intruzom. A jednak — ślady ich były świeże i było to legowisko dużego kota.
Polowanie więc było nieudane, lecz wyprawa do tych skał dała nieoczekiwane rezultaty.
Obchodząc skały, znaleźliśmy jeszcze jedną jaskinię półokrągłą, z nawisającem nad nią skalnem sklepieniem i wąską szczeliną w głębi. Na prawo w piasku spostrzegliśmy głęboki dół, a w nim znowu ślady potężnych pazurów. Widocznie tu przychodził na wypoczynek drapieżnik z sąsiedniej jaskini o porze, gdy do tej groty zaglądało słońce.
Ściany groty były pokryte rysunkami, zrobionemi zapomocą jakiegoś czerwonego kamienia. Były tu kółka, kwadraciki, krzyżyki, głowy bawole, umieszczone w różnych kierunkach, strzały i cały szereg innych znaków podobnych do run.
Zapytani o to murzyni odpowiedzieli, że to „starzy ludzie dawnych pokoleń“ zostawili po sobie te znaki. Uważnie przeglądając je, przypomniałem sobie, że niektóre z nich widziałem na starożytnych płytach, pozostałych po ludach semickich, naprzykład, na stelli Meszy; niektóre zaś przypominały znaki alfabetu fenickiego i pierwotnego egipskiego.
Jeżeli w jaskini, której nikt z białych ludzi oprócz nas nie oglądał, a której dałem nazwę „grota Polonja“, istotnie znaleźliśmy pismo semickie lub egipskie, wskazywałoby to na fakt, że starożytna cywilizacja dochodziła do tego punktu zachodniej Afryki podzwrotnikowej, fakt dotąd nieustalony i bez skutku poszukiwany przez uczonych.
Złożyłem o tem oficjalny raport gubernatorowi Sudanu, p. Terrasson de Fougères’owi, prosząc o zachowanie dla tej jaskini nazwy „grota Polonja“.
W ten sposób ślady drapieżnika doprowadziły nas do miejsca, gdzie pozostawili po sobie ślady jacyś „starzy ludzie dawnych pokoleń“, a więc być może Fenicjanie, Kartagińczycy lub Egipcjanie.
Dowiemy się o tem, gdy specjaliści poczynią tu swe badania.




Przypisy

  1. Dr. Ch. Maclaud. Notes sur les mammifères et les oiseaux de l’Afrique Oceidentale. Paris, 1906.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.