Wśród czarnych/Kraj Paradoksów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
KRAJ PARADOKSÓW.

Przeszedłem już znaczną część mojej trasy, wykreślonej na podstawie studjowania literatury odnośnej i korespondowania ze znawcami zachodniej podzwrotnikowej Afryki. Trasę tę wykreśliłem sobie na mapie, siedząc przy swojem biurku w Warszawie, i dotychczas nie odstąpiłem od niej.
Już opisałem w poprzednich moich korespondencjach nasz marsz przez góry Futa Dżalon, które pokojową drogą zdobył dla Francji prywatny człowiek, podróżnik śmiały i przedsiębiorczy, hrabia Sandervall; syn jego obecnie procesuje się z rządem francuskim, upominając się o jakieś koncesje w Futa-Dżalon. Opisywałem też naszą podróż rzeką Niger od Kurussy do Bamako, podróż, która z powodu ukąszeń tysiąca moskitów doprowadziła moją żonę do ataku malarji; zresztą, dzięki energicznym zabiegom lekarzy miejscowych, choroba dobiega już końca.
Siedzimy więc tymczasem w Bamako, na szczycie góry Kuluba, gdzie mieści się wspaniała rezydencja gubernatora, który uprzejmie nas tu gości; doprowadzamy do porządku i dopełniamy nasze zbiory przyrodnicze, robimy pomiary antropologiczne murzynów Bambara, Kassonké, Sarrakolé, Malinke, Minianka i Maurów z Sahelu, wyprawiamy część zbiorów, korespondencję i film do Polski, do Francji i do Ameryki, dopełniamy nasze notatki, wywołujemy i drukujemy zdjęcia fotograficzne i — trochę wypoczywamy w warunkach komfortu i cywilizacji.
Niedługo to potrwa, bo jutro jeden z moich pomocników, p. Kamil Giżycki, wyrusza pirogą na Niger na parę dni, aby zgromadzić jak najwięcej ptactwa wodnego do naszych zbiorów, a jeżeli się powiedzie, to i krokodyla ustrzelić. Po nim w dwa dni wyjeżdżam z drugim moim pomocnikiem, p. Jerzym Giżyckim, o 160 km. od Bamako, do Kita, skąd końmi i pieszo udamy się do dżungli, gdzie myśliwi-tubylcy mają nas poprowadzić na tereny niezaludnione. Tam na pograniczu Sahelu pasą się duże antylopy, dzikie bawoły, nawet czasami żyrafy, a wśród krzaków czatują na nie lwy. Bierzemy ze sobą aparaty kinematograficzne i fotograficzne, no i zapas broni i naboi oczywiście. Niestety, żona moja nie może mi towarzyszyć, gdyż, jak już wspomniałem, moskity nigerskie i słońce sudańskie pozostawiły swoje ślady. Żona dostała lekkiej formy malarji i jeszcze bardziej lekkiego porażenia słonecznego. Zmuszona więc jest wypocząć dobrze przed dalszą podróżą.
Tymczasem zwiedzam Bamako i okolice tego miasta, które, jako stolica o 30.000 ludności, zjawiło się dopiero od 5 — 6 lat.
Na brzegu rzeki Niger ciągnie się duża wieś tubylcza, a obok niej dzielnica mieszana, tubylczo-europejska, stylowe biura urzędów, piękny gmach poczty, Soudan-Club, ogród zoologiczny, meczet, budujący się kościół katolicki, szpital, a dalej — stacja radjotelegraficzna, bardzo potężna i technicznie przedstawiająca ostatnie słowo w tej dziedzinie, dzielnica lotnicza i t. d. Wszystko to u stóp Kuluba, na jej zaś szczycie stoi pałac gubernatora i bardzo malownicze gmachy głównych biur administracyjnych. Pięknie utrzymana droga, wykuta w skałach, pełna wiraży, wężowemi sploty otacza górę, wspinając się aż na jej szczyt na przestrzeni 4 km.
Ze szczytu Kuluba widać szarożółtą płaszczyznę z nierównemi kwadratami tubylczych wsi i miasta Bamako z 11 pilonami TSF i niebieską wstęgą rzeki Niger.
Zacząłem zwiedzanie miasta od szkół. Początkowa szkoła dla tubylców — dla chłopców i dziewcząt oddzielnie, szkoła zawodowa i szkoła weterynaryjna — przedstawiają się bardzo poważnie, bo administracja dokłada wszelkich starań, aby swych wychowanków nietylko nauczyć, lecz także przywiązać do cywilizacji i do tych, którzy ją tu przynieśli.
Jedna strona usiłowań personelu pedagogicznego zwróciła na siebie moją uwagę. Otóż robi się tu wszystko, aby podnieść stopień życiowych zapotrzebowań uczniów. Z temi zwiększonemi żądaniami od życia codziennego, z pewnemi nabytemi w szkołach kulturalnemi nawyknieniami, młodzież powróci do swych wsi i tu mimowoli będzie podnosiła poziom potrzeb życiowych swych rodaków, co stanowi jeden z etapów cywilizacyjnych.
Najzdolniejszych uczniów i uczennice administracja szkoły wysyła do „Aten“ zachodniej Afryki francuskiej — do Dakaru, gdzie istnieją bardzo przez generał-gubernatora p. Cardera popierane szkoły dla nauczycieli, lekarzy i akuszerek tubylczych.
Szczególnie uważnie zwiedziłem obszerny, racjonalnie zbudowany gmach szkoły zawodowej, gdzie 250 uczniów murzynów ma stałe mieszkanie, utrzymanie i naukę w ciągu trzech lat.
Wśród pedagogów spotkałem jednego murzyna, bardzo inteligentnego i oczytanego.
Szkoła wypuszcza młodzież, przygotowaną do zajęcia posad w administracji lub handlu, a więc nauczoną buchalterji, daktylografji, telegrafji i korespondencji, lub techników, ślusarzy, kowali, stolarzy, najzupełniej wykwalifikowanych.
Przyzwyczajeni od dzieciństwa do obchodzenia się z ciężkim nożem-siekierą w gospodarstwie domowem, chłopcy-murzyni bardzo zręcznie operują instrumentami europejskiemi i nieszczęśliwych wypadków prawie nigdy nie bywa. Administracja miała dość duże trudności z przyciągnięciem murzynów do pracy z żelazem, ponieważ żelazo w pojęciu muzułmanów jest magiczną substancją, a człowiek, operujący niem, uważany jest za czarownika, otoczony trochę mistycznym lękiem trochę pogardą. W każdym jednak razie kowale w społeczeństwie muzułmańskiem w Afryce, a także wśród Kurdów, jak to zauważyłem podczas moich azjatyckich wypraw, stanowią odrębną kastę, żyjącą w zamknięciu tak dalece, że muzułmanin nie żeni się z córką kowala, Twareg nie będzie bił się z kowalem, a wśród wielu szczepów berberyjskich największą obrazą pozostaje frazes: „Heddad ben Heddad“, co znaczy: „kowal syn kowala“. Niektóre szczepy murzyńskie, naprzykład: Kulangos i Dompagos — uważają kowali za ludzi, związanych pokrewieństwem z podziemnemi potęgami. Duchy, żyjące w głębi ziemi, nauczają kowali, gdzie mają poszukiwać rudy żelaza, i dają im władzę nad twardym, magicznym metalem. Takie wierzenia są zbliżone do wiary w greckiego Hefajsta, boga i patrona kowali.
Ten właśnie przesąd Francuzi zmuszeni byli przełamać i — przełamali, gdyż prawie cała masa ślusarzy i kowali, pracująca we francuskich warsztatach mechanicznych, składa się z murzynów, wychowanków szkół w Dakarze, Bamako, Konakrze i t. d.
Inspektor szkół w Sudanie, p. Assomption, udzielił mi kilku interesujących szczegółów, dotyczących jego wychowanków.
Okazuje się, że dziatwa murzyńska jest nader spokojna, grzeczna i wcale nie psotna, uczy się pilnie i dobrze. Podczas rekreacji uczniowie zasiadają w cieniu i rozmawiają, nie lubią gimnastyki, gdyż, będąc od dzieciństwa w ciągłym kontakcie z naturą, fizycznie są rozwinięci i sztucznego ruchu nie potrzebują.
Zwróciłem uwagę na kajety uczniów. Wszystkie jednakowo czyste, dobrze utrzymane, a zapisane prawie zupełnie jednostajnem pismem. Dowodzi to braku indywidualności. Dziatwa jest bardzo uważna i zdolna do obserwacji i pamięci wzrokowej, co w znacznym stopniu pomaga pedagogom w ich zadaniu. Oko murzyna, powierzchownie pozbawione wyrazu, obojętnie ślizgające się po ludziach i przedmiotach, chwyta jednak wszystkie, nieraz najdrobniejsze szczegóły, ujmuje całkowicie zewnętrzne cechy człowieka, przedmiotu czy zjawiska. Pamięć wzrokowa przytem rozwinięta jest bardzo wysoko, jak zresztą wśród wszystkich ludów o małej kulturze, żyjących ciągle z naturą. Tem się objaśnia, dlaczego murzyni z taką dokładnością i wprawą orjentują się w swej dzikiej dżungli. Dla nich dość jest ujrzeć jakąś przełamaną trzcinę, zburzone gniazdo termitów, kamień przydrożny, aby przypomnieć, że kiedyś już tędy przechodzili i wtedy natychmiast odnajdują potrzebny kierunek.
Z taką samą precyzją zapisują sobie w pamięci formę znaków alfabetu, wygląd przedmiotów dotąd nieznanych, przyrządów fizycznych, instrumentów rzemieślniczych i t. d.
Widziałem w szkole kilka przedmiotów dość skomplikowanych, bardzo starannie i ściśle przez wychowańców-murzynów wykonanych w warsztatach szkolnych.
Uczniowie są zajęci obecnie poważnem, być może poważniejszem niż się wydaje, zadaniem, zainicjowanem przez inspektora szkół sudańskich. Udoskonalają maszynę, która oczyszcza z łuski ziarna prosa miejscowego, odsiewa je i zmienia w kaszę, potrzebną dla przyrządzenia ogólnie tu używanej potrawy „kuskus“.
Zdawałoby się, że nic w tem osobliwego niema, a jednak kto zna wsie murzyńskie, ten widział i nieraz z pewnością się przerażał, obserwując młode i stare kobiety, z wielkim wysiłkiem rozbijające w drewnianych moździerzach zapomocą ciężkich kloców drewnianych proso, rozcierających je potem na kamieniu, przesiewających garść po garści i tak od rana do wieczora, z dnia na dzień. Jest to bodaj najcięższa praca, leżąca na barkach kobiety murzyńskiej. Wprowadzenie na wsi murzyńskiej prostej w użyciu, lekkiej i taniej maszyny byłoby wprost niemal wyzwoleniem kobiety z pod pręgierza ciężkiej pracy, — pracy, która oddawna była przekleństwem i zmorą niewolników.
Rezultaty, dotychczas otrzymane, chociaż dość dobre, lecz jeszcze niewystarczające, dają jednak nadzieję, że zadanie to zostanie rozwiązane pomyślnie.
Mój pomocnik zrobił kilka zdjęć kinematograficznych z życia szkoły, poczem, odprowadzani przez uprzejmych, spokojnych pedagogów, wychodzimy na szeroką malowniczą drogę, biegnącą z miasta Bamako do Kuluba, rezydencji gubernatora, gdzie mamy swoją sztabkwaterę.
Drogą tą kroczą murzynki półnagie lub owinięte w barwne płachty, niosą na głowie koszyki z jedzeniem dla mężów i ojców, pracujących w warsztatach lub przy budowie nowych gmachów; starcy i podlotki dążą z brussy, niosąc ciężkie wiązanki suchych gałęzi lub trawy; żałośnie ryczy jakiś zbłąkany osiołek, a od strony zoologicznego ogrodu odpowiada mu groźnym rykiem niedawny władca dżungli — lew, zamknięty obecnie w żelaznej klatce, przy której ciągle zbierają się tłumnie tubylcy, aby spojrzeć bezpiecznie w żółte ślepia strasznego „pana“; z obu stron drogi zwisają ciemnoczerwone skały; w głębokim wąwozie szemrze potok, a nad nim unosi się biała czereda czapli; gdzieś wysoko niewidzialny dla oka kwili jastrząb.
Gdyby nie piękna, równa jak stół droga automobilowa — zupełnie dziki krajobraz! Lecz tuż za szkołą widzimy bardzo ładny, wesoły, dwupiętrowy gmach. Musimy go zwiedzić, gdyż tu się mieści laboratorjum zootechniczne, przeznaczone do walki z „peste bovine“, a kierowane przez wychowańca Instytutu Pasteura w Paryżu, doktora Curasseau, który pracował w Polsce w dobie wojny, walcząc tam z epidemją.
Laboratorjum zootechniczne, zorganizowane przez gubernatora Sudanu, wyrabia dostateczną ilość surowicy dla walki z epidemją. Choroba ta jest już zwalczona w całej kulturalniejszej części Sudanu, lecz zniszczyć jej całkowicie nie można, gdyż Maurowie z Sahary i tubylcy z dalekich, północnych obwodów Sahelu przypędzają tu swoje bydło, nieraz nową szerząc zarazę.
Laboratorjum jest urządzone bardzo umiejętnie, a trzech lekarzy weterynaryjnych nie szczędzi sił i czasu na uporczywą i owocną pracę teoretyczną i praktyczną.
W celu zwiększenia pomocy weterynaryjnej ludności przy laboratorjum założono szkołę weterynarji dla tubylców; buduje się nowy gmach, aby można było znacznie zwiększyć liczbę uczniów. Tubylczych weterynarzy administracja rozrzuci potem gęstą siecią po całym kraju aż hen! do progu Sahary i wtedy potrafi zabezpieczyć ludność od wielkich nieraz strat, gdy epidemja zaczyna dziesiątkować stada bydła i baranów. Bydło stanowi bogactwo Sudanu. Sudańska rasa byków i krów jest bardzo ładna, mająca cechy rasy kulturalnej.
Obok walki z „peste bovine“ laboratorjum opracowuje sposoby walki z jadowitemi wężami, szczególnie z czarnym wężem „naja“, który jest afrykańską odmianą okularnika indyjskiego. Ten wąż, oprócz bardzo niebezpiecznego ugryzienia, nieraz pluje w oczy swej ofierze, dlatego też Francuzi sudańscy nazywają go „serpent cracheur“. Ślina węża nie jest bardzo niebezpieczna, lecz w każdym razie jadowita, gdyż u człowieka wywołuje zapalenie błony śluzowej oczu; lekarze laboratorjum nieraz to na samych sobie doświadczyli.
Błąkając się trzy dni temu w górach, otaczających Bamako, spotkałem tego węża i przygotowałem się do schwytania go, lecz mi umknął w zwalisku kamieni i wypłoszyć go stamtąd nie mogłem.
Następnego dnia gubernator zaznajomił mnie z inżynierem E. Belime, jednym z twórców olbrzymiego dzieła, dokonywanego obecnie w Sudanie.
Dolina rzeki Niger, częściowo zalewana w porze deszczowej przez rzekę, częściowo niezalewana, była bardzo starannie w ciągu szeregu lat studjowana przez specjalistów. Wreszcie wszystkie dokonane prace złożyły się na jeden wielki program ekonomiczny, t. zw. „program Carde’a“. Jest to program irygacji doliny średniego Nigru w celu rozwoju oddawna tu istniejącej kultury bawełny. Prace są już w toku i pierwszy kanał, który się zaczyna od Bamako i kieruje się ku Segu, za trzy lata będzie skończony.
Nie potrzeba wyjaśniać, jaką korzyść otrzyma Francja dla swego rynku przemysłowego, posiadając znaczne zapasy własnej bawełny, lecz niezawodnie jeszcze większa korzyść będzie osiągnięta z chwilą, gdy sieć irygacji obejmie znaczne obszary kultury rolnej tubylców, co podniesie ich dobrobyt i zachęci na skutek dobrych dochodów do większej jeszcze pracowitości i przedsiębiorczości; od tego zależeć będzie dalszy szybki rozwój tak bogatej kolonji, jaką jest Sudan francuski.
Otóż wraz z p. Belime zwiedziłem roboty, prowadzone w okolicach Bamako. Kanał zaczyna się w tem miejscu, gdzie prąd rzeki Niger przegradza ściana skalna, przecięta w kilku miejscach wąskiemi strugami mknącej w szalonym biegu rzeki. Tu się właściwie kończy droga nawigacyjna i z tego powodu administracja musiała obejść zapomocą kolei to niedogodne miejsce, przeciągając linję kolei Dakar-Bamako o 60 km dalej do Kolikoro, skąd statki mogą kursować dalej, aż do Timbuktu i niżej.
Kanał, budujący się obecnie, otwiera drogę statkom i krypom bezpośrednio, co zmniejszy wydatki transportowe. Żeby ułatwić dostęp towarów (bawełny, orzechów arachidowych, prosa i t.d.) do przystani kanału, przez przegradzające Niger skały będzie przerzucona droga cementowa z potężnemi mostami żelazobetonowemi. Droga ta zniknie pod wodą w porze deszczowej, gdy zresztą ruch towarowy zamiera, a będzie czynną przez resztę czasu. Droga ta połączy wszystkie wielkie arterje, któremi odbywa się ruch konny i karawanowy.
250 metrów skały oddziela obecnie początek kanału od Nigru, na odcinku prawego brzegu rzeki w okolicach Bamako, które stoi na lewym brzegu.
Zwiedzając roboty budowlane przy kanale, już wyłaniające się wspaniałe drogi automobilowe po brzegach kanału i głębokie koryto nowej arterji dobrobytu Sudanu, znowu, jak wszędzie tu, rzuciły mi się w oczy paradoksy…
Potężny projekt administratorów, pomysłowość inżynierów, tysiące robotników i myśl europejska, na każdym kroku widzialna, a obok brussa spalona, wyrąbana, stadka wodnego ptactwa, czarne ciała żon i córek robotników, pochylone nad moździerzami z prosem, przy ogniskach nad sporządzeniem strawy; na suchem już, skamieniałem niemal błocie, stanowiącem dno Nigru podczas rozlewu rzeki, widzę ślady dziesiątków olbrzymich hipopotamów, które tu się niegdyś gromadziły i prowadziły spokojny żywot, a które od tej chwili nigdy tu już nie powrócą, nigdy!…
Myśl podróżnika i myśliwego w tej chwili nabiera odcienia smutku i mimowolnego żalu, lecz po chwili skłania się przed genjuszem białej rasy, genjuszem, który z chwilą śmierci egoistycznej ideologji współczesnej mógłby zabezpieczyć całej ludzkości pokój i szczęście… Lecz… kiedyż nastąpią te czasy? Kiedyż przyjdzie ten złoty wiek, kiedy panować będzie wszechwładna, jedyna dla wszystkich moralność, tak doszczętnie teraz zapomniana, pogardzona, odrzucona dla interesów i płonnej nadziei osobistego dobrobytu jednostek i egoistycznych ugrupowań państwowych? Kiedyż zapomną ludy szatańską etykę Nietzschego, który ze zwierzęcą brutalnością i bezczelnością wygłosił formułę: „Popchnij słabszego“?
Lecz dość tych pytań! Wszak wczoraj jeszcze czytałem dość świeże ostatnie dzienniki i wykrzyknąłem w rozpaczy:
„Wolę prażyć się przez całe życie pod złowieszczem słońcem tropikalnej Afryki, wolę być zjadanym przez moskity, termity i gryzące muchy; wolę chorować na febrę i dyzenterję; wolę znosić wszelkie trudy i niebezpieczeństwa, aby nie widzieć tego obłędu Europy, wpadającej w stan nieuleczalnego marazmu, na którym jak ohydne grzyby na gnijącem drzewie wyrastają bolszewizm, egoizm i niemoralność osobista i społeczna“!
Dość tego! Powróćmy do paradoksów…
Przez dżunglę i zarośla Sudanu, jak wszędzie tu, przebiegają znachorzy i czarownicy, szukający leczniczych tajemnych traw i ziół. Lecz febra, lues, wola (opuchanie glandula thiroidea), słoniowa choroba (elephantiasis), niezwykłe rozrastanie kości nosa, czoła i setki innych chorób grasowały tu. Teraz są już one ujęte w karby. Lekarze i szpitale pracują usilnie, badając charakter i przebieg tych chorób w klimatycznych warunkach kraju i walczą coraz energiczniej i owocniej. Ludność ma zaufanie do medycyny białych ludzi, już zna „ceiture d’idiot“ (co ma oznaczać teinture d’iode), „ripatation“, czyli „iodure de potassium“, różne surowice, szczepienie ospy i inne rzeczy z praktyki leczniczej.
Wdziera się nauka i technika białej rasy coraz głębiej w brussę afrykańską, a potrafiła zadziwić, lecz nie nastraszyć tubylców. To też murzyni coraz częściej pobłażliwie uśmiechają się na widok rozwiewającej się nad jakimś domem tubylczym białej flagi — oznaki mieszkania znachora, i garną się pod skrzydła lekarzy europejskich, mając szczególne zaufanie do chirurgów, bo oni niosą uzdrowienie natychmiastowe, niemal magiczne.
Nauka europejska wdziera się do dżungli sudańskiej…
A ta dżungla z rozrzuconemi po niej małemi wioskami murzyńskiemi, polami bawełny, prosa, kukurydzy, orzechów arachidowych, dających wspaniałe urodzaje, jest tak dzika i tak dziewicza, że słowo „nauka“, „technika“, wśród tych wyschłych traw, bambusów i drzew najprzeróżniejszych, wydaje się czemś bardzo dziwnem, zupełnie obcem.
Bo i cóż bardziej dziwnego spotkać tu można od weterynarza, przecinającego brussę dla walki z epidemją; od lekarza, wiozącego surowicę rockfellerowską dla obwodu, nawiedzonego przez żółtą febrę; od inspektora oświaty, zwiedzającego szkoły w Sahelu, lub od lotnika, lecącego nad dżunglą z pocztą od Dakaru przez Bamako, Tombuktu do Zinderu, leżącego pomiędzy Nigrem a jeziorem Czad!
Dziwne to i niezwykłe widowisko!
Dziwne, gdyż ludzie ci przecinają w dżungli ścieżki, wydeptane przez antylopy i hipopotamy, a poznaczone śladami pazurów lwów, lampartów i mniejszych drapieżników, kryjących się w oceanie dżungli…





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.