Wśród czarnych/Dżungla afrykańska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
DŻUNGLA AFRYKAŃSKA.

Sześć miesięcy otaczała nas dżungla. A jakże różnorodny był jej wygląd! Dziewicze lasy Gwinei i wybrzeża Kości Słoniowej przechodziły w piękne, pokryte szmaragdową trawą sawanny z gajami drzew karité (Butyrospermum Parkii), palm olejnych (Elaeis guineensis) i rafji (Raphia vinifera), a te znowu — w spaloną słońcem brussę sudańską i górską — w Futa-Dżalon.
Leśna dżungla jest nieprzebytem zbiorowiskiem niebotycznych drzew, nad któremi strzela ku niebu pierzastą koroną palma, lub konwulsyjnym ruchem błagalnie wyciągnięte ku nielitościwemu słońcu — potworne, wykrzywione gałęzie baobabu lub serowca (Eriodendron anfractuosum). Zarośla gęstych krzaków bronią wstępu do kniei, a zwisające węże lian, usianych kolcami, wstrzymują śmiałka, szarpiąc na nim ubranie i kalecząc ciało.
W lesie panuje mrok, zaduch od odurzających kwiatów i gnijących liści, wilgotne opary, pełne miazmatów chorób, roznoszonych przez tse-tse, moskity, pająki i muchy.
Nikt nie przedarłby się przez tę knieję, ciemną i zdradliwą, gdyby tu i owdzie nie prowadziły do niej ścieżki, pokryte głębokiemi dołami i wykrotami, pozostawionemi przez przechodzące tu słonie. Tam, w głębi tej dziewiczej, oparnej kniei, rodzą się i umierają olbrzymy Afryki. Nikt z ludzi nie widział chwili przyjścia na świat słonia na wolności i żaden człowiek nie znał miejsca, gdzie składają one swoje kości.
Jakież inne zwierzęta, oprócz słoni, przebywają w mroku lasów afrykańskich?
Na wierzchołkach drzew rechoczą i skaczą brunatne i czarne małpy, o długich, białych ogonach; czasem, gdzieś z chaszczy niedostępnych, doniesie się niby bęben bojowy, echo uderzeń bijącego się w pierś mocarnego szympansa; zwisną z gałęzi drzew na chwilę i znikną plamiste zwoje pitona. Z cichym, złowieszczym szmerem suną tu zastępy krwiożerczych mrówek — „manjan“, pozostawiających po sobie tylko szkielety zwierząt. Zrzadka zajrzy tu lampart i powróci do swego legowiska w skałach.
Nie słychać tu śpiewu ptactwa, chyba tylko drapieżny orzeł zacznie klekotać ponuro lub krzyczeć ostrym, żądnym krwi głosem.
W leśnej dżungli rozlegają się tylko krzyki bojowe — zwycięzców i zwyciężonych, morderców i ofiar.
Biada antylopie, która, wiedziona ciekawością lub strachem, wpadnie do lasu! Zwęszy ją tu w nieruchomem powietrzu, zawsze niesyta krwi, plamista kotka, lub zmiażdży ją w stalowym uścisku tygrysiasty piton.
W zaczajonych wśród papirusów i trzcin bagnach siedzibę swoją mają długie żmije wodne i miljardy niewidzialnych potworów — bakteryj, unoszących się w białawych oparach gnijącej wody. Chmury złośliwych moskitów, gryzących muszek i bąków co chwila podnoszą się z wybujałych trzcin.
Tu i owdzie przez mroczną dżunglę z cichym szmerem powolnie płyną żółte, mętne potoki i małe rzeczki w bagnistych brzegach, zdradliwe i głębokie.
Zarzucałem do nich nieraz wędkę z niedużym hakiem. Jakieś potworne ryby natychmiast z pluskiem rzucały się na przynętę i połykały ją z haczykiem, lecz zaczynały miotać się straszliwie i zrywały mocny, jedwabny sznurek angielski.
Były to tak zwane ryby-kapitany, ze straszliwemi kolcami na grzbiecie i czerwonemi paskami na ciele. Ryby tego rodzaju dosięgają nieraz wzrostu człowieka. Trafiał się też nieraz Protopterus annectus, podobny do naszych sumów.
Oprócz tych olbrzymów widziałem tu tragiczną rybę, nazywaną „Bahr“ przez murzynów Peuhl. Znam te ryby. Należą one do rodzaju Chromidae (Chromis Zilii, Desfontanei, Hemichromis i inne). Spotykałem je w podziemnych rzekach Sahary i widziałem je, wyrzucane przez fontanny, wyrywające się z zakładanych artezyjskich studni na południu Algerji. One to dowodzą związku, istniejącego pomiędzy podziemnemi potokami Sahary a prawdziwą ojczyzną Chromid, jaką jest rzeka Niger i jezioro Czad. Niegdyś do tych basenów wpadały liczne rzeki, przecinające Saharę, lecz słońce poczęści wysuszyło je, poczęści zmusiło do ukrycia się w głębokich podziemiach i do biegu ku Nigrowi niewidzialnie, w ukryciu pod ruchomemi górami piasków Ergów i pod jałową, martwą pustynią Tenezruft. W nurtach tych podziemnych rzek pozostają wierne ojczystym potokom tragiczne, nieraz ślepe już Chromidy.
Doprawdy, los tych ryb jest bardziej tragiczny niż los naszych węgorzy, które przed godami małżeńskiemi odbywają długą i niebezpieczną tułaczkę, aż hen! do morza Sargassa, skąd już nigdy nie powracają, zaszczepiając młodemu pokoleniu dziwną tęsknotę do wędrówki przez cały Atlantyk i Bałtyk, do naszych rzek i jezior, skąd odbywają nową włóczęgę na mogiły rodziców, po miłość, mnożenie się i — śmierć!
Na sawannach, w basenie rzeki Bandama i Wolta, na pograniczu Złotego Wybrzeża i Liberji, pasą się stada bawołów, antylop i słoni, a w krzakach czyhają na nie lwy i lamparty.
W rzekach, wpadających do zatoki Gwinejskiej, spotkać można, jak już pisałem, hipopotamy i krokodyle.
Trudnym jest strzał do tych dużych potworów, gdyż myśliwy musi umieścić swoję kulę pomiędzy okiem a uchem, ponieważ tylko tą część swego ciała wystawiają z wody te zwierzęta. Ranne zaś ukryją się w skrytkach, porobionych w błotnistych brzegach, pod zwalonemi i zatoniętemi drzewami lub śród podwodnych kamieni i tam wyzioną ducha, aby nie stać się łupem człowieka.
W dżungli sudańskiej, w oceanie suchych traw i krzaków, przebiegają stada różnych antylop: Oreotragus saltator, Nanotragus melacolis, Tragelaphus scriptus, sylvaticus i niger, Hippotragus eąuinus, Cobus ollipsiprimus, Bubalis maior i dziesiątki różnych drobnych, pospolitych tu gatunków. Czasami, coraz rzadziej zabrną tu słonie, żyrafy i strusie. Nietrudno tu o spotkanie ze lwem, lampartem i hieną.
Brzegi Nigru roją się od wodnego ptactwa: brodźców, bąków, czapli, spatul, żórawi, strojnych Mycteria abyssinica i barwnych, niezgrabnych gęsi senegalskich. Wysoko, pod rozpalonym namiotem nieba, krążą, wypatrując zdobyczy, sępy, sokoły, jastrzębie i odważniejszy od nich, biało-czarny orzeł — rybak (Haliaetus vocifer).
Dżunglę przecinają setki ścieżek, któremi jednak nigdy nie kroczył człowiek. Są to szlaki zwierzęce. Ostre kopytka antylop, miękkie, lecz ciężkie łapy lwa i lamparta, okrągłe ślady nóg bawołu — przebiły przez chaszcze te ścieżki.
Gdy wprawny myśliwy-murzyn prowadził mnie przez brussę wpobliżu Sahelu, przecinając ścieżki zwierzęce, słuchałem nieraz cudnej opowieści, którą zawiera tajemnicza „księga dżungli“.
— Patrz! patrz! — szeptał murzyn, schylając się do samej ziemi. — Tu „Suluku“ — hiena, skradała się za „damisá“ — panterą, tropiącą „diadó“ — dzika. Stał on tu, nad tym potokiem i pił… Zwęszył jednak wroga, rzucił się do wody, przepłynął na tamten brzeg… Pantera powróciła do brussy, bo widzę ślad uciekającej przed nią w popłochu „suluka“… Wczoraj tu przechodził bawół, a za nim kroczyły trzy antylopy — koby… Doszły razem do wody i spłoszyły tu stadko małych, brunatnych bolé-foré[1]… Tu spędzało upalne godziny stado pentad[2], a obok chodziły żórawie… A to co? Cyweta wpadła na stado kuropatw… Widzisz wyrwane pióra? — a tu zczerniałą krew na suchych łodygach trawy?… Tam na piasku wygrzewał się duży wąż… później wczołgał się na drzewo… Widocznie czatował na antylopy, lecz uszły mu, więc ześliznął się z drzewa, bo zdarł kawał kory i ukrył się w gąszczu brussy…
Można słuchać tej opowieści od rana do wieczora, aby tylko sił starczyło błąkać się po dżungli, a nigdy do końca doczytać tej księgi nikt nie potrafi, bo wielki, porywający Autor codziennie zapisuje nowe i nowe jej karty.
Czyż istotnie ma nastąpić ten dzień, gdy genjalny autor księgi dżungli nie znajdzie już w niej wolnych kart?
Przecież nastąpić to może wtedy, gdy drogi przetną dżunglę w różnych kierunkach, gdy padną niedostępne teraz głębie kniei pod siekierą białych przybyszów, gdy nad rzekami powstaną nowe osiedla ludzkie i gdy obwieszony amuletami łowieckiemi murzyński łucznik wdzieje na siebie europejską marynarkę i trzewiki, pogwizdując piosenkę kabaretową?
O, Boże wszechmocny! Oddal ten moment wielkiej zbrodni, gdy zostanie zamknięta na zawsze, do końca doczytana, genjalna, porywająca, romantyczna księga dżungli! Oddal ten moment do czasu, gdy mięśnie moje osłabną, słuch stanie się niewrażliwym na najmniejszy szmer w kniei, gdy wzrok mój nie będzie mógł odróżnić w brussie plamistego ciała drapieżnika i brunatnego grzbietu antylopy, a w ostygłem, znużonem sercu już nie będzie płonęła wielka żądza przygód i ciężkiej włóczęgi!…
Spełnij, Boże, błaganie moje!
Spełnij w imię tego, że kocham piękno wszechświata, stworzonego przez Ciebie, że zostałem wtajemniczony w magję przyrody i że mogę czytać księgę, przez Ciebie zapisaną świętemi hieroglifami, bardziej wzniosłemi niż pismo potężnej koranicznej Lugha i wspaniałych Wed!




Przypisy

  1. Antylopy Maxwella.
  2. Pentada — perliczka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.