Przejdź do zawartości

Wędrówka miljonów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Wędrówka miljonów
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WĘDRÓWKA MILJONÓW.

 W południowej porze — przed oknem mojem placyk teraz cały biały od śniegu, pokrywa się nagle ciemnemi, drobniutkiemi postaciami. Idzie to, kopiąc się w śniegu, podbija śnieg nóżkami, obutemi w ciepłe buciki, to znów schyli się po troszkę śniegu, schwyci w rękę — ulepi kulkę i rzuci ją — nie bardzo daleko, bo siły nie starczą... A potem — ten tornister, tak — tak — tornister. Bo i to już wciągnięte w czynne szeregi i to już stanowi armię. Tylko bronią — linijki, rączki, ołówki, radirki — umundurowanie — ot, co Bóg da, koszary: mury szkolne, a rewie — roczne egzamina. Idą szkolne dzieci do domów, niosąc ze sobą ciężar swych szkolnych przyborów, a mnie, patrząc na nich, przychodzi na myśl, jaki to moloch nienasycony, taki szkolny tornister. Przez lata szkolnej nauki, czego ono nie pochłonie to skromne, niepozorne narzędzie. Ile to pieniędzy przejdzie przez jego wnętrze w postaci zeszytów, bloków, linij, piórników, stalówek, ołówków, radirek, reiszeigów i Bóg nie wie czego. Wszystko się tam zmieści, razem z ową tradycjonalną bułką z masłem, lub powidłami. Czasem gorzko zapracowane przez rodziców centy, przez takich biednych rodziców, którzy co wieczór rachunek z ubiegłego dnia robią. Aby na jutro wystarczyło... ale... mały powiedział, potrzebny mu na jutro zeszyt rysunkowy... Trudno, to być musi — jutro nie będzie mięsa na obiad. — Ech! może dla dzieci wezmę choć pół funta, my się obejdziemy...
 I obchodzą się, jedzą kaszę, kartofle — mały niesie do szkoły nowy zeszyt, bo to być musi, bo przybory szkolne często ważniejszą grają rolę w budżecie domowym, niż powszednie jadło, bo ojciec i matka rozumieją, że oni mogą odmówić sobie pożywniejszej strawy, ale dziecko zeszyt mieć musi.
 Ileż tysięcy tych zeszytów rocznie ginie w przepaści tych małych tornistrów! Ile tych centów kładą małe i bardziej już roślejsze ręce na ladach sklepowych wzamian za owe czyste, zeszyte arkusze papieru, mające jakiś dziwny, pociągający urok niezapisanych kart, czekających cierpliwie, jak cichy powiernik, na wyniki rozwoju ludzkiej inteligencji, na ten szereg literek, cyfr, które stanowią dokument rozkwitania ziarna śpiącego mózgu w kwiat myśli i czynu! Gdzie giną później te zeszyty — o to mniejsza,mniejsza. Wszystko, co na nich było napisane, najcudowniejszym z cudów pozostało wyryte na jakiejś strunie tej garstki szarawej galarety, która stanowi właściwą istotę ducha ludzkiego. Ale skąd się biorą te tysiące, te miljony zeszytów, notatek, bloków, piór, ołówków? Jakież to źródło dochodu dla kraju daje taka codzienna masowa potrzeba, której zbyt może się równać tylko zbytowi chleba! Ledwie dziecko pióro uchwycić zdolne, już domaga się zeszytu, atramentu, swoich przyborów, które nie odstąpią go przez cały czas nauki szkolnej. A później i my, starsi, ciągle zawsze szukamy tych piór, tych kart niezapisanych. Dla niektórych z nas życie całe upływa nad otwartą, polinjowaną księgą. inniInni stosy arkuszy pokrywają swem pismem — ci wieczni, ci najnędzniejsi wśród pracującej rzeszy — wyrobnicy pióra. Na śmiertelnej pościeli, w trwodze agonji, jeszcze drżąca ręka kreśli na karcie papieru ostatnią swoją wolę... I tak od chwili rozbudzenia się myśli, aż po jej kres, po jej zgon.

............................................

 Na biurku mem mała, żółta książeczkaksiążeczka. Tytuł — „Wędrówka miljonów“. Treść, właśnie ta sprawa. I z niej się dowiaduję w bardzo skromnem i raczej pesymistycznem obliczeniu, że Galicja spotrzebowuje na owe przybory naukowe i pisemne pięć miljonów dziewięć kroć sto tysięcy koron! I czego dowiaduję się jeszcze.
 Oto, że owe blisko 6 miljonów wędrują za granicę naszego kraju, bo kupcy tutejsi sprowadzają wszystkie owe przybory z zagranicy. Słyszycie! marne zeszyty, bloki, linijki, rączki, atrament — wszystko za miljony sprowadza się z Wiednia, Pesztu i Pragi. Tam — wszystko to wyrabiają. Widocznie są to inni ludzie, z innej ulepieni gliny, z innemi rękami, niż my — Polacy. Oni potrafią zeszyć i obciąć kilka arkuszy papieru, potrafią obciosać drzazgę drzewa i zrobić z niej rączkę. Sześć mijonów idzie pomiędzy obcych, podczas gdy w Galicji ludzie puchną z głodu i zabijają się dla kilku centów. Dlaczego tak jest? Czy my jesteśmy pod czarem jakiejś klątwy, która nas wiecznie nieradnymi, wiecznie żerem dla innych tych pracowitszych i rzutniejszych od nas czyni? Czy nie może być inaczej?
 — Może!
 Obok mnie stoi autor owej broszury p. Budzanowski i znużonemi jakiemiś oczyma patrzy to na mnie, to na swoją książeczkę. W jego bladej, wychudłej, ascetycznej twarzy jest to piętno, które mają na sobie ludzie żyjący i poświęcający się dla jakiejś idei.
 — Pani dziwi się i oburza, że te mijony niedołęstwem naszem płyną poza granice kraju. Niech pani pójdzie ze mną. Ja pani pokażę — że tu, niedaleko, buduje się taka tama, która ten odpływ miljonów chce powstrzymać i w kraju zostawić. Pracujemy nad tem całemi siłami z otuchą i wiarą. Jest nas zaledwie garstka, ale myśmy już coś zdziałali. Czy pójdzie pani ze mną?
 — Pójdę.

............................................

 Na Piekarskiej ulicy trzy niewielkie pokoje. W pierwszym, przy biurkach, pracuje dwóch mężczyzn — pan Bujno, buchalter i pan Kassern, magazynier. Są to kierownicy oddziału. W ich towarzystwie wchodzę do środkowego pokoju, w którym mieści się cała fabryka, należąca do krajowej wytwórczo-handlowej Spółki przyborów szkolnych. Pod oknami, wychodzącemi na ulicę, duży, jasny szkielet maszyny do linjowania papieru. Z cichym szmerem, jakby płynęła woda, suną się arkusze papieru, które dwie dziewczynki, stojące przy maszynie, spokojnemi ruchami podsuwają pod walce. Energicznym, szybkim ruchem chwyta już polinjowane arkusze p. Baliński, kierownik pracowni, i rzuca je na stół, zajmujący cały środek pokoju. Tu młoda panienka czyści plamy, powstałe gdzie niegdzie, chlorkiem. Na prawo, przy stole, na całych stosach zielonych zeszytów, naklejają etykietki introligatorzy, a na środkowym stole aż wre, aż migają ręce drobne kobiece; składają arkusze papieru, oprawiają w zielone, różowe, brązowe okładki. A czynią to tak sprawnie, tak zręcznie, że patrzy się na ich pracę z całą artystyczną przyjemnością. Obok stołu maszyna do zeszywania. Co chwila kilka arkuszy, spojonych drucikiem, z niej wypada. Już chwytają je inne ręce i niosą w kąt pracowni, gdzie wznosi się poważna, trochę groźna maszyna do obcinania. Ma ona pozór gilotyny — nóż olbrzymi błyszczy zdaleka. Oto całą paczkę zeszytów położono pod nim, zakręcono korbą — jeden zgrzyt i setka zeszytów gotowa idzie na stół introligatora po etykiety. W dniu, w którym jestem w pracowni, robią tam zeszyty, obstalowane przez klasztor Benedyktynek. Szybkość, z jaką postępuje ta robota, zdumiewa mnie. Dziewczęta pracują cicho i zręcznie. Zapytuję, ile zarabiają
 — Od sztuki.
 — Mniej więcej, ile panienka zarobi miesięcznie?
 Panienka uśmiecha się z pewną dumą.
 — Dwadzieścia guldenów, proszę pani!
 Prawie tyle, ile w niektórych „biurach“, wydających się rajem dla niektórych kobiet, — a ileż więcej, jak u szwaczek!
 Przechodzę do magazynu. Tu już widzę skończone owoce pracy tej spółki. Stosy zeszytów, notatek, bloków rysunkowych, przygotowane do transportu nazewnątrz.
 Pan Budzanowski ożywiony, z oczyma nagle rozbudzonemi, krząta się, pokazuje mi książki buchalteryjne, które fabryka sama wyrabia, oprawia... I w tem małem mieszkanku, tych kilku ludzi, pracujących tak gorliwie, tak gorąco, zdają mi się być mrówkami, budującemi początki olbrzymiego mrowiska.
 — Przed sześciu laty, w Czechach, taka sama powstała spółka — mówią do mnie — nazywa się „Narodni Podnik“. W pierwszych latach nie dała akcjonarjuszom wiele, ale po sześciu latach przyniosła 80 procent dywidendy, a teraz ma dwa miljony obrotu!
 W Czechach!... Tak, ale oni tam umieją się wziąć za ręce, umieją nie we frazesach, a w czynie pokazać swój patrjotyzm i miłość dla kraju. Oni zwartym murem staną i nie wypuszczą z kraju miljonów, jak u nas się to czyni. I ze smutkiem patrzę na całe stosy czeskich rączek, bo u nas nikt jeszcze nie potrafi obrobić kawałka drzazgi! A przecież to drzewo na te drzazgi sprowadzili Czesi od nas z Galicji. Sami dali robotę swoją i oto drzewo galicyjskie powróciło do nas — sprzedane za nasze pieniądze i przyniosło setny procent korzyści czeskiemu przedsiębiorcy. Historja takiej galicyjskiej drzazgi drzewa więcej mówi, niż wszystko, co w tej kwestji powiedziećby można.
 I gdy tak stoję pomiędzy tą garstką ludzi, którzy nie tylko chcą przemysł krajowy podnieść, pieniądze w kraju zatrzymać, ale którzy chcą dać pracę setkom rąk niezatrudnionych i ginących w nędzy, poczuwam się do obowiązku opowiedzieć, że widziałam, widziałam tę pracę mrówczą, a doskonałą na własne oczy, że miałam w rękach zeszyty tak samo doskonałe i bez zarzutu, jak zeszyty, sprowadzane z Wiednia, że atrament z naszej krajowej fabryki „Tlen“, jest tak samo wybornym, jak atrament peszteński, i że ci, którzy Spółkę ową popierać będą, spełnią jedynie obowiązek obywatelski, obowiązek-obowiązek, który każdy z nas ma dla swego rodzinnego kraju, dla tych, którzy są „naszymi“, a z głodu giną i marzną, uśpieni w niedołęstwie, w braku pracy, podczas, gdy obcy przedsiębiorcy z nędzy naszej jeszcze miljony zarabiać są w stanie.

............................................

 „Gdyby nas zrozumiano“ — mówi do mnie p. dr. Kalina, prezes Spółki. „Gdyby nas zrozumiano!“ — powtarza p. Budzanowski. Ależ tak, zrozumieć was muszą — wszak idziecie do walki z produktem zagranicznym, niosąc krajowi miljony, które on tak niebacznie, w chwili głodu, nędzy i niedostatku za granicę wyrzuca.
 Jeżeli tylko ci wszyscy, którzy piszą, a którzy dzieciom swoim często ostatni cent na zeszyt oddając, zechcą pamiętać, że się urodzili w kraju bardzo biednym, a pragnącym z biedy tej wydostać się powoli — jeżeli więc te miljony zapotrzebowań codziennych — myślą, pamięcią zwracać się będą ciągle do tej Spółki krajowej i żądać jej, a nie zagranicznych wyrobów — kupcy zaopatrywać się będą ciągle w krajowy produkt i z czasem Spółka dojdzie do tych rezultatów, do jakich doszedł ów NarodoniNarodni Podnik w Czechach. Owe sześć miljonów, wydawanych obecnie rocznie na przybory pisemne i szkolne, pozostaną w kraju, a pomyślcie — za sześć miljonów, jak może się podnieść wspaniale dobrobyt Galicji! ile rąk roboczych będzie zajętych! ile marnujących się dziś inteligencyj znajdzie możność zużycia swej wiedzy i fachowego wykształcenia, ile kobiet znajdzie chleb i zajęcie, nie wyczerpujące sił i zdrowia! To wszystko jest w rękach naszych, w rękach kupców, którzy się czują obywatelami, w rękach nauczycieli, którzy sami, mając poczucie miłości i przywiązania do swego kraju, powinni pójść śladem nauczycieli czeskich, w rękach wreszcie rodziców, dzielących się z dzieckiem groszem ciężko zapracowanym dla zdobycia wiedzy, światła i chleba.
 „Bierz to, co nasze, co robią w naszym kraju... co wytwarzają nasze ręce“ i dziecko samo nauczy się tego słowa „nasze“, tak, jak czeskie dziecko mówi „nasze“ i tem słowem tworzy mur, sprawiający że miljony jego kraju pozostają w obrębie kraju i dają chleb i uczą pracować tych, którzy nie umieli pracować i z głodu ginęli. Jesteśmy nędzarzami wśród innych narodów, na polu przemysłu jesteśmy niczem, a z tych okruchów, jakimi się żywimy, z tych łachmanów, jakiemi otulamy nasze smutne gniazdo, jeszcze obce ptactwo roznosi po kawałku. Nie dajmy się! Nie słowy pustemi, lecz każdą chwilą, każdym czynem, każdą myślą. Świt i dla nas może być piękny i wspaniały. Dlaczego nie przyśpieszyć go, dlaczego nie rozerwać tej opony nędzy i niedołęstwa, która nas jak całun grobowy otacza? Tylko trochę dobrej woli, siły, chęci i pamięci, a miljony u nas zostaną i to małe mrowisko, poruszające się z taką bohaterską energją i szlachetną wolą kilku ludzi zmieni się w ognisko, z którego zacznie się dobrobyt kraju.

............................................

 Bo te zeszyty, te drobiazgi szkolne, biurowe, to są jako chleb powszedni, są czemś więcej nawet. Bo często głodne dziecko kładzie na ladzie sklepowej kilka centów, mówiąc:
 — Proszę o zeszyt rachunkowy....




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.