Przejdź do zawartości

Wędrówka Tomcia Palucha

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Wędrówka Tomcia Palucha
Pochodzenie Sześć łabędzi oraz inne bajki
Wydawca Księgarnia Literacka
Data wyd. [1930]
Druk Drukarnia P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Daumerlings Wanderschaft
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WĘDRÓWKA TOMCIA PALUCHA.

Pewien krawiec miał syna, ale chłopiec nie wyrósł powyżej wielkości palca, przeto nazwano go Tomcio-Paluch. Mimo swej maleńkości był to zuch nielada, przeto rzekł pewnego dnia do ojca:
— Ojcze, muszę się rozejrzeć po świecie!
— Dobrze mówisz, synu! — odparł krawiec, wziął długą igłę do cerowania, zrobił przy uszku główkę z laku i dodał: — Oto masz szpadę w drogę!
Tomcio chciał sobie raz jeszcze podjeść w domu, toteż pobiegł do kuchni, by zobaczyć, co matka zgotowała. Jedzeni było już przyrządzone w rynce na blasze toteż Tomcio spytał:
— Pani matko, a co tam jest dziś smakowitego?
— Zobacz sam! — powiedziała matka, a Tomcio wskoczył na kuchnię i zajrzał do rynki. Ale wyciągnął za daleko szyję, przeto porwała go para wzlatująca z potrawy i wyrzuciła kominem. Przez czas pewien fruwał unoszony parą w powietrzu, po tym zaś opadł na ziemię. Tomcio znalazł się tedy w szerokim świecie, wędrował, i przyjął nawet miejsce u jednego krawca, ale jedzenie nie smakowało mu tam wcale.
— Pani majstrowo! — powiedział. — Jeśli nie dostanę lepszego jadła, to pójdę sobie i napiszę wam kredą na drzwiach: „Same tu ziemniaki, z mięsa jeno kości, niech więc każdy zmyka co tchu od jejmości.“
— Czegóż to ci się zachciewa, koniku polny? — — zawołała rozgniewana majstrowa i porwawszy płatek sukna, chciała go uderzyć. Ale malec wlazł prędko pod naparstek, wyjrzał jednak zaraz i pokazał jej język. Podniosła naparstek, by go złapać, ale Tomcio wskoczył pomiędzy skrawki, gdy zaś majstrowa jęła je przetrząsać, wcisnął się w szparę stołu.
— He... he... he::: pani majstrowo! — zawołał, wystawiając głowę. Chciała go znowu uderzyć, ale zręczny Tomcio wpadł w szufladę. Tu go nareszcie dopadła majstrowa i wyrzuciła z domu.
Powędrował dalej i dotarł do lasu, gdzie spotkał bandę rozbójników, którzy mieli zamiar obrabować skarb królewski. Zobaczywszy Tomcia, pomyśleli, że takie maleństwo łatwo się wciśnie przez dziurkę od klucza i posłuży za wytrych.
— Hej, olbrzymie, Goliacie! — zawołał jeden. — Możebyś poszedł z nami do skarbca? Wślizniesz się i powyrzucasz nam pieniądze.
Tomcio-Paluch rozważył rzecz i przystał. Poszli do skarbca, a malec obejrzał drzwi, badając, czy nie ma gdzie szpary. Niedługo znalazł szparę dość szeroką dla siebie i chciał zaraz wejść, ale dostrzegł go jeden ze strażników stojących przed bramą i rzekł do drugiego:
— Jakiś szkaradny pająk snuje się po ziemi, muszę go zadeptać!
— Dajże spokój biednemu stworzeniu, wszakże nie zrobiło ci nic złego! — odparł drugi.
Tomcio dostał się tedy szczęśliwie do skarbca, otwarł okno, pod którym stali rabusie i zaczął im wyrzucać talar za talarem. Właśnie pracował w najlepsze, gdy posłyszał, że nadchodzi król, który chciał zajrzeć do swego skarbca, toteż malec schował się co prędzej. Król zauważył brak znacznej ilości bitych talarów, ale nie mógł odgadnąć, kto by je zabrał, bowiem kłódki i zasuwy były w porządku i nigdzie śladu nie widział włamania. Wyszedł więc z powrotem i rzekł strażnikom:
— Pilnujcież dobrze, bo ktoś kradnie pieniądze!
Tomcio wziął się na nowo do roboty, ale strażnicy posłyszeli, że talary dzwonią, skacząc: klip, klap, klip, klap. Wskoczyli też co prędzej do środka, chcąc przyłapać złodzieja. Ale Tomcio był od nich zręczniejszy, pobiegł do kąta i nakrył się talarem tak, że go widać nie było. Przy czym droczył się jeszcze ze strażnikami, wołając:
— Tu jestem!
Przybiegli, ale on skoczył tymczasem w drugi kąt, za inny talar i zawołał:
— He... he... he::: Tu jestem!
Strażnicy przybiegli co tchu, ale malec dawno już siedział w trzecim kącie i zawołał znowu:
— He... he... he::: tu jestem! Łapcie mnie!
Kpił z nich i wodził tak długo za nos, aż się pomęczyli i wyszli.
Teraz powyrzucał do reszty wszystkie talary, ostatniego cisnął silniej, skoczył nań zręcznie w locie i wydostał się w ten sposób oknem. Rabusie zasypali go pochwałami, mówiąc:
— Jesteś bohaterem! Czy chcesz zostać naszym wodzem?
Ale Tomcio podziękował i oświadczył, że chce wpierw poznać świat. Podzielili zdobycz, ale Tomcio zażądał jeno grosza, gdyż więcej nie mógł unieść.
Potem przypasał do boku szpadę, pożegnał zbójców i nogi za pas. Brał robotę u różnych majstrów, ale mu nie przypadali do gustu i w końcu zgodził się na parobka w gospodzie. Ale dziewczęta służebne nie cierpiały go, gdyż niewidziany przez nie, podpatrywał, co czynią pokryjomu i donosił gospodarzowi, że kradną jedzenie z talerzy, oraz wino z piwnicy.
— Czekaj, zrobimy ci figla! — powiedziały i ułożyły, że mu dadzą nauczkę.
Pewnego dnia kosiła jedna z nich trawę w ogrodzie, a Tomcio skakał po dźbłach i kwiatach. Dziewczyna podcięła szybko kosą kępkę trawy, przyrzuciła garścią już zżętego siana, związała razem w płachtę i potajemnie zadała to krowom do żłobu. Jedna z pośród nich, czarnula, połknęła Tomcia, nie czyniąc mu jednak nic złego. Ale nie spodobało mu się tam, bo było ciemno, a nie zabrał świecy. Gdy krowę dojono, zawołał:
— Widzę, choć taki mały chłopek,
Że wnet pełny będzie szkopek!
Ale w stajni był szmer skutkiem dojenia i nikt nie zrozumiał, co mówi. Niebawem wszedł gospodarz i rzekł:
— Jutro zarżniemy czarnulę.
Tomcio przeraził się i wrzasnął co sił:
— Wypuśćcież mnie wpierw, bo siedzę w niej!
Gospodarz usłyszał, ale nie wiedząc, skąd głos pochodzi, spytał:
— Gdzie jesteś?
— W czarnuli!
Ale gospodarz nie zrozumiał tych słów i wyszedł.
Nazajutrz zarżnięto krowę. Na szczęście mimo rąbania i krajania nic się Tomciowi nie stało, ale wmieszany został w mięso przeznaczone na kiszki. Gdy przyszedł rzeźnik, by jąć się roboty, wrzasnął co sił:
— Nie siekajcie za głęboko, ja tu siedzę w mięsie!
Ale nikt nie usłyszał z powodu łoskotu tasaków, a biedny Tomcio przeżył nielada strach. Ale strach dodaje zręczności, toteż Tomcio wymijał tak zgrabnie ostrza, że ocalał. Niestety uciec nie mógł i z konieczności musiał przystać na to, że go wraz z kawałkami słoniny wepchano do krwawej kiszki. Kwatera to była nieco przyciasna, a w dodatku powieszono go w kominie dla uwędzenia, gdzie mu się czas dłużył wielce. Nareszcie zdjęto go w zimie, gdyż jakiś gość zamówił kiszkę. Gospodyni zaczęła krajać plasterki, a Tomcio musiał znowu baczyć, by nie wyciągnął zanadto szyi i nie został ścięty. Wreszcie, wyczekawszy sposobnej chwili, wyskoczył i odzyskał wolność.
Ale nie chciał pozostać nadal w miejscu, gdzie doznał tylu przeciwności i ruszył zaraz w świat. Nie długo cieszył się jednak wolnością. Spotkał w szczerym polu lisa, który nie bacząc w zamyśleniu, co czyni, chwycił go w paszczę.
— Aj, panie lisie! — zawołał Tomcio. — Tkwię w Pańskim gardle! Puśćże mnie!
— Masz słuszność, — odparł lis — nic mi z ciebie nie przyjdzie! Puszczę cię tedy, jeśli mi dasz wszystkie kury twego ojca!
— Z największą ochotą! — oświadczył Tomcio, — przyrzekam ci kury!
Lis go puścił i sam nawet zaniósł do domu. Ojciec uradował się na widok syna i podarował lisowi wszystkie, jakie jeno miał kury.
— Wzamian za to, — powiedział Tomcio, — przynoszę ładny grosz. — To rzekłszy, podał ojcu pieniądz, zdobyty na wędrówce.
— Czemuż to dostał lis wszystkie biedne kurki? — spytacie.
— Ej, głuptaski! Przecież ojcu milsze jest własne dziecko, niż kury z całego podwórka!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.