Ulana/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ulana
Wydawca Bolesław Maurycy Wolff
Data wydania 1855
Druk Drukarnia Gazety Codziennej
Miejsce wyd. Petersburg i Mohylew
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VIII.

Po kilku tygodniach wrócił nareszcie Oxen z Berdyczewa; przyjęły go dzieci okrzykami, starzy ściśnieniem ręki, wszyscy obstąpili jego wóz dokoła i pytali o nowiny, a on nawzajem. Sam arendarz ciekawy ceny wołów, wyszedł ku niemu, założywszy w tył ręce.
Opodal stali Lewko i Ułas, ojcowie, i patrzyli po sobie, czy mu co powiedziéć czy nie; stała i Ulana, ale blada, bez pamięci, bez wiedzy co robiła. Trzymała biały fartuch pod brodą w ręku i spoglądała na męża, ale tak, jakby go nie widziała, jakby gdzieindziéj zupełnie była myślami i duszą; bojaźń przechodziła po niéj dreszczem i migała przed oczyma łzami.
Przyjazd Oxenia obudził w niéj zgryzoty, przestraszył, przerwał słodką już przędzę kilku dni, kilku nocy z Tadeuszem spędzonych. Kobiéta myśląc jak przyjdzie to porzucić i wrócić znowu do swojéj chaty, do męża, do dzieci, a lubego nie widziéć, nie kochać i nie siedziéć z nim swobodnie długich wieczorów: płakała krwawemi łzami w duszy, bo oczyma nie mogła. Wszyscy na nią patrzali; uśmiechała się konając w głębi serca ściśnionego tą walką.
Stary Honczar obaczywszy dzieci, którym dał po jabłku, dowiedziawszy się o dobytku, dawszy żonie chustkę na gościniec przywiezioną, nie troszczył się już o więcéj i poszedł z dwoma staremi, z ojcem i teściem do karczmy. Do nich przyłączył się młody Pauluk brat Oxenia, który najbaczniéj niejako z tradycyjnego obowiązku strzegł Ulany, i najlepiéj wiedział o wszystkiém, a najpilniéj chciał o tém uwiadomić Oxenia.
Gdy oni wszyscy szli do karczmy, widząc ich twarze ponure, ich milczenie znaczące, Ulana domyśliła się do czego to zmierzało: uczuła burzę blizko. Płacząc ukradkiem, ścierała ławy i stoły, stawała u okienka i patrzała za odchodzącemi, myśląc co będzie gdy wrócą. Wiedziała ona, że Pauluk i Lewko powiedzą mężowi o wszystkiém. Spodziewała się jednak z zarzutów wytłumaczyć jakkolwiek nie mając nadziei, aby się obeszło spokojnie, bez łajania, gniewu a może i bicia. A jéj tak dziwno było już pomyśléć, że ją ktoś bić i łajać może! Ona się już tak rozpieściła, tak zpaniała, tak przywykła do pocałunków i słów miękkich, że nie pojmowała co pocznie, jak wytrzyma.
Nasi poszli do karczmy, siedli za stołem, a póki arendarz wypytywał Oxenia o nowiny Berdyczowskie, milczeli; lecz gdy wyszedł i zostali sami, Lewko się piérwszy odezwał:
— No, synku, my tu tobie twojéj żonki pilnowali, musisz za to taki kwartę postawić.
— Dobrze, niechaj kwartę — rzekł śmiejąc się Oxen — ale pilnowaliż wy jéj bardzo?
— O! jak mogli — odezwał się Pauluk — ale bracie, kto kobiéty ustrzeże, to na pajęczynie się powiesi.
Oxen spojrzał mu w oczy i szare jego źrenice zapałały ogniem.
— Albo co? — spytał ściskając zęby.
— At, biéda u nas w domu.
— U mnie?
— A cóż? Wiész ty dlaczego jeździłeś do Berdyczewa?
— A no?
— Bo pan z twoją żonką zna się.
— Pan? Co ty gadasz? Nasz pan?
— Tak. A cóż? Ona do niego raz-wraz chodzi.
Oxeń uśmiechać się zaczął.
— Coś ty się skręcił? zwaryował? czy co? Nasz pan?
— Ale, pan — rzekł Lewko stary — jużto my tego zaraz po twoim odjeździe dopatrzyli. Z początku to było ni siak ni tak, ale teraz już Ulanie kiepsko w chacie: już jéj nudno, raz-wraz wylatuje do niego! Darmo! co prawda to się nie skryje: chodzi codzień.
— Mówi, że do ekonomowéj — odezwał się stary Ułas.
Oxen milczał.
— Ej damże jéj, dam — porwawszy się zawołał po chwili — jeżeli to prawda a wszyscy wiedzą.!!
— Nikt nie wié — odpowiedział Lewko — my nikomu nie gadali.
— A jéj czemuście nic nie mówili, nie zabronili, nie zatrzymali.
— O! a kiedy pan mądry, wszystkich roześle: tego tu, tego tam — trudnoż upilnować.
— Widzieliście ją z panem, pana w chacie?
— Nie.
— E! kiedy tak, to łgarstwo i złość tylko ludzka. Ulana nigdy taką nie była i nie będzie.
— Nu, a teraz jest — odpowiedział żywo Pauluk — co my widzieli to i powiemy. Po waszym wyjeździe Ulana chodziła w las za grzybami i widzieli ją jak szła, a potém w chwilkę i pan za nią. Ja sam szpiegowałem ją; gdy szła do ekonomowéj, weszła w pański ogród i tam znikła. A do folwarku nie przez dwór droga. Wczoraj w nocy stary Ułas zachorował, prosił wody, Pryśka wody przyniosła, a w komorze szukali Ulany: nie było. Mówiła znów rano, że po nią w nocy ekonomowa przysyłała.
— A może i ona? — rzekł Oxen.
— Oj nie, nie — rzekł Pauluk. — To nie to: dziecko ekonomów zdrowe. Oni mają sługę, po co im Ulana. Wszyscy dworacy widzą, jak się pan odmienił. Jakób dworak coś już przewąchał i śmieje się tylko kiedy Ulanę zobaczy. Nawet na folwarku gadają, i ja sam słyszałem ekonomowę, jak mówiła cyrulikowi, że pan daleko teraz weselszy; a bodaj aby mu tylko nie wpadła w oko która kobiéta ze wsi, bo gdzieś nocami chodzi, czego dawniéj nie było.
Stary Oxen, który bledniejąc słuchał opowiadania, szarpał na sobie świtę i oczyma okropnie przewracał; uderzył pięścią o stół, łając:
— Bodajby przepadła i z wami razem Lewko, coście jéj dopilnować, albo wybić nie mogli, żeby poleżała z pół roku. Czyto nie mogliście rady dać. Czyto nie ma kijów w płocie, albo rózek w lesie, czyto wy nie ojciec? Lewko, albo wy Pauluku, czyto nie rodzony brat? Toście patrzali a nic nie gadali i dawaliście jéj broić; a jacy wy teraz mądrzy, mnie to na głowę kłaść, jakbyście wy bezemnie nic nie mogli. Albo i wy także ojcze: alboto nié ma sposobu na takie rzeczy, alboto piérwszyzna z złą kobiétą rady sobie dać?
— Nie krzyczcieno, nie krzyczcie — wyrzekł ponuro ojciec rodzony Oxenia. — Stary ja i siwy, i wiem co robić, a nie miałbym chyba rozumu, żebym ją bił i kaleczył, kiedy ja jéj nie widział i nie złapał. Kobiéta wyłże się gładko, a nam trzeba wierzyć, bo i lepiéj. Pan kiedy zły, straszny, gorzéj wilka, jak ów powiadał (przysłowie Litwy i Poleszuków). A i wy nie bądźcie głupi mój synku, choćto i ty nie młokos; ale widział ja więcéj na świecie od was i inszych rzeczy, pamiętam jakto bywało. A chcesz prawdy? Gdybyto i tak było, tobie synku milczéć i cierpiéć, bo będzie biéda. W rączkę pocałuj żonkę, pokłoń się i cicho! Biéda będzie, powiadam.
— Będzie biéda! mnie! — zawołał Oxen coraz tężéj pijany, — alboto ja się boję. A co on mnie zrobi? Wybije — niechaj siecze choć w śmierć! W tydzień się skóra zagoi, w rekruty nie odda, bo nie przyjmą, zabić taki nie zabije. Co on mnie zrobi?
— Oj! oj! jakiś-bo ty śmiały, — odpowiedział rodzony ojciec — tak jak żyd do psa na powrozie! A jakby wam przyszło pocierpiéć, tobyście powiedzieli co ja: trzeba znosić i milczéć.
Lewko i Pauluk dobrze podpili przerwali mu:
— Oj! ty już bat’ku krzywo gadasz; coto ty chcesz, żeby my hodowali cudze, kukułczyne dzieci? Będziemy cierpiéć wstyd w domu? Czyto na to rady nie ma? Coto, że on pan, a i ja człowiek i ręce mam takie jak on; alboto nie ma ziela w lesie i ognia w piecu?
— Oj! to wy źle gadacie, — rzekł sobie znowu ojciec. — Kryj Boże kto usłyszy: pogubicie wy nas. Choćby nas pan ze skóry darł, na to on pan; a ty za jedno takie słowo pójdziesz, gdzie ciebie więcéj twoi nie zobaczą: milczbo, milcz.
Oxen zerwał się od stołu i chwycił do kija.
— Chodźmy do chaty! — rzekł — już nie wytrzymam, bo mi ręce świerzbią tak ją obłatać, żeby rok leżała. Ja jéj tego nie daruję.
A Pauluk ozwał się:
— Jutro, żeby się pan nie dowiedział, powiemy, że z drabiny spadła, włażąc na dach.
A Lewko mruczał.
— Lepiéj ja ją sam oćwiczę, bo ja ojciec, a mnie pan za to nic nie zrobi. Wam Oxeniu, jeśli skóra na grzbiecie nie świerzbi, nie tykajcie jéj sam, bo czort baby nie upilnuje; pan się dowié i będzie źle.
Ale Oxen nie słuchał i szedł ku drzwiom, a drudzy za nim; tylko stary ojciec jeszcze go ciągnął za rękaw.
— Postój, Oxen, postój, pogadajmyno jeszcze; nie śpiesz się, kij nie uciecze i żonka doczeka się swego: odłóż na jutro.
— Nie wytrzymam.
— Siadajno jeszcze, ot tu, siadaj-bo. — Panie arendarzu, dajcie jeszcze kwartę na mnie.
Oxen na wspomnienie kwarty obrócił się i siadł, a reszta także od drzwi odeszła. Tymczasem z alkierza z zakasanemi po łokieć rękawami, wyszła żydówka ocierając czoło fartuchem, za nią krzyczący w jarmułce z złoconemi galonami wyleciał bachur.
— Czego wy chcecie?
— Jeszcze kwartę — odpowiedział stary.
— Nu, a macie pieniądze?
— Wy wiecie, — odpowiedział stary — że ja płacę dobrze, a nie zapłacę, to jest miarka żyta jeszcze u Filipa, co mi ją winien za robotę, to oddam.
— Nu, nu! — I żydówka poszła napełnić kwartę, a stary szeptał Oxeniowi:
— Nie chwytaj się synku, postój, trzeba czasem starego posłuchać. Daj ty pokój kijowi i milcz. Lepiéj złapać Ulanę na czém inném i za co innego niby ukarać.
A Lewko dodał:
— Tażeto moja rodzona córka, a ja jéj nie żałuję, co wy jéj będziecie żałować. Czy ona warta tego, kiedy sama siebie nie żałuje!
— Ja bo jéj nie żałuję — rzekł stary — ale syna rodzonego. Co on jéj da, to jemu sto razy oddadzą; nie czepiaj się złego psa i nie drażnij pana, kiedy chcesz być zdrów, jak ten powiadał. Ty jemu raz, a on tobie sto; ty jemu dwa, a on tobie tysiąc. Będziemy teraz pilnować Ulany: zjé czorta kiedy nas oszuka; a jakby na moją radę. Tu stary uciął i głową pokiwał. — Ale ja darmo z radą, bo wy jéj nie posłuchacie...
Tu arendarka podała wódkę i zaczęła się ceremonia częstowania.
Nalano kieliszek, spełnił go częstujący z życzeniem:
— Dobrego zdrowia wam.
— I wam ojcze. Do was.
— Do was.
I kłaniali się sobie i pili małemi hausty, a Lewko mruczał:
— Chcecie żebym ja wam powiedział, może wy nie pamiętacie. Toćto i z moją było, póki była młoda. Cały dwór za nią biegał, i pokoju nie było, aż ja jednemu furmanowi grzbiet wyłatał, a żonę tak obił, co się potém cienia swojego bała, a tak była poczciwa, że na nikogo nie spojrzała nawet.
— Oj bo — rzekł stary — co innego z furmanem, a co innego z panem. Co wrona, to nie jastrząb. Słuchajcie mnie, widział ja wiele świata, ot niedaleko i ztąd — przerwał mu Pauluk.
— Oj, bo wy ojcze pozwolilibyście na wszystko, a jakby mąż żony nie pokarał, toby one nam włosy z głowy pozdzierały. Za coto my cudze dzieci karmić mamy. A co mu pan zrobi, że on swoją żonkę obije?
— Nu, nu, słuchajno tylko słuchaj: ot, niedaleko ztąd, mila, koło Ołyki, znacie karczmę na trakcie podewsią Silnem, gdzieto pop się zabił, co jemu figurę postawili nad drogą.
— Aha! aha! na trakcie, byli my tam, jak jechali z żytem.
— Nu, to w téj wsi, dawnegoto czasu, jeszcze za ojca mego, był pan, boto książęca wieś Radziwiłłowska, ale ją tam puścili byli komuś, a dość, że był pan. I pokochał się on z żoną chłopa, a chłop widział to i co ma zrobić? Wybił żonę. Nazajutrz jego w dyby i do czabanki wsadzili na chléb, na wodę, aż pobladł, jakby chorował, siedząc tak cztery niedziele.
Poczęli prosić pana ludzie: wypuścili go. On co tylko jemu żonka na oczy naszła, znowu do niéj. Pan jego znowu na chléb i wodę, aż tak siedział pół roku. Nu, nie wiem jak tam jego puścili, a puścili potém. W dni dwa, z wieczora, aż tu pali się dwór, a wiatr był na gumna i tok, pali się stodoła, ta i obora. Oj! pan w płacz i ręce łamie; a nazajutrz jego w dyby. Najechało tam dużo, posadzili chłopa a pytali, a macali, a prosili; sprowadzili popa, a męczyli go, aż się po dobréj woli sam przyznał. Poszedł chłop w kajdany, a żona do dworu. Nu, jak tobie zdaje się Oxeniu: nie lepiéj było cierpiéć a milczéć. Nu, a co robić, kiedy taka nasza dola? Aboto ty piérwszy, abo co? Alboto tobie jednemu, jak ten powiadał.
— Kiedyżbo to głupi chłop: a czemu on podpaliwszy nie uciekł.
— Oj! oj! a dokąd ucieczesz teraz? Jutro ciebie złapią, — odpowiedział stary. — Coto tobie się zdaje, teraz nie tak jak dawniéj: ucieczesz za sto mil, to cię złapią i oddadzą. Biéda! a cóż? trzeba milczéć i cierpiéć.
— A wy co mówicie bracie i wy Lewko, jak wam się zdaje stary?
— Taki ty wybij żonę, to nic tobie nie będzie, a dobrze wybij, żeby aż poleżała na piecu ze dwie niedziele. Co tobie pan zrobi? Chodźmy, chodźmy. — I ruszyli się do wyjścia, kiedy drzwi skrzypnęły, otwarły się, i pokazała się we drzwiach Ulana.
Zobaczywszy ją, zrazu języka w gębie zapomnieli. Oxen wstał z ławy trzęsąc się z gniewu.
— Nie bijcie w karczmie — rzekł Lewko — bo zaraz do dworu doniosą.
— Wieczerza gotowa, chodźcie do domu — odezwała się Ulana drżącym głosem, udając, że niczego się nie domyśla, choć część rozmowy z podedrzwi słyszała.
— O! jakto ty mnie czekała — rzekł jéj mąż wymykając się za nią. — A kto tobie dopomagał mnie czekać? A nie tęskniłaś za mną.
— Jakby nie tęsknić?
Oxen zżymał się ze złości, aż wreszcie oddaliwszy się już od karczmy i widząc, że towarzysze jego zostali za nim daleko, porwał się do niéj. — A dobrze tobie było z panem zabawiać się, ha!
— Co? co ty gadasz, za co mnie bijesz — zawołała z wrzaskiem Ulana. — Czego ty odemnie chcesz?
— A po coto ty do pana chodzisz, a czegoto ty w nocy nie nocujesz. Coto tobie dworski chléb smaczny i pańskie podarki? Ja cię rozumu nauczę!
I bił nieszczęśliwą, która głośno krzyczała wyrywając się i wołając:
— Ratujcie, ratujcie, on mnie chce zabić! Nadbiegli Lewko i Pauluk i stary Ułas, porwali Oxenia i odciągnęli.
— Co ty się skręcił, wrzask na ulicy robić i budzić ludzi, żeby wszyscy twój wstyd wiedzieli? Czyto tobie mało tego, że ciebie z chaty posłyszą? Czyto ty chcesz prędzéj, żeby pan posłyszał!
— A chcę — odpowiedział Oxen rozjuszony — i ją zabić i jego.
— Milcz — wrzasnął Ułas — milcz na krzyż Pański, pogubisz nas wszystkich. Chcesz swojego i naszego nieszczęścia? Powiedzą, żeśmy ją wydali i tobie radzili!
Ulana tymczasem widząc co się dzieje i co ją czeka, wyrwała się im, i płacząca, zbita, okrwawiona, wpadła do chaty siostrzynéj z płaczem.
W chacie Maryi, była jak na biédę wieczornica: kilka starych bab siedziało u ognia, kilka kobiét przędząc śpiewało, a dzieci skakały po izbie. Otworzywszy drzwi i obaczywszy ich, wróciła się Ulana i zawołała tylko na siostrę:
— Maryo, chodźno tu. — Sama została w sieniach. Porwała się od kądzieli siostra poznawszy ją po głosie, za nią wybiegły wszystkie ciekawe baby, a za niemi mężczyzni; ale nie posłyszeli co siostra siostrze szeptała i próżno pytali jeden drugiego:
— Czegoto ona chce? Czemu nie weszła do izby?
Widząc w tém jakąś tajemnicę, mężczyzni nazad do izby się wrócili pleść postoły i szczepać łuczywo, a jeden się z nich ozwał:
— Czegoto Ulana przybiegła?
— Cośto poradzić się z siostrą.
— Oxen dziś powrócił — rzekł drugi — czy nie pobił jéj tylko.
— Aha! — dodał trzeci — i byłoby za co; oj wiem i ja coś, wiem.
— Alboto i my nie wiemy — powiedzieli inni. — Nie utai się to pańska miłość, jak kot w śpiżarni.
— Nie gadajcie, kiedyście nie widzieli.
— Żebyto nie widzieli.
— Albo co!
— Ot, lepiéj milczéć!
Tymczasem w sieni, Ulana płacząc prosiła siostry, żeby ją przed mężem schowała. Spodziewała się ona znaleźć politowanie u niéj, ale się omyliła. Siostra Ulany, Marya, była także piękna, a niegdy dworka: daleko jednak inna, choć niemniéj piękna. I ona już wiedziała co się działo, i zazdrościła siostrze, bo męża miała niedołęgę, co patrzał i nie widział nic w chacie, prócz miski na stole; a rada była, żeby się pan ku niéj obrócił, bo myślała, że jéjby do gospodarstwa dopomógł. Zimno więc przyjęła płacz i użalanie siostry.
— Mąż mnie pobił — mówiła Ulana — i jeszcze bić będzie jak złapie. Upił się w karczmie, przyczepił się.
— Nu, to co — odpowiedziała siostra — alboto ty rąk nie masz, żeby jemu oddać?
— Kiedyż ich kilku.
— A za cóżto oni do ciebie przyczepili się? — spytała Marya, udając, że nic nie wié.
— Ach! czyż ja wiem!
— Nie jużto nie wiész?
— Aha! — dodała jakaś stara kiwając głową — kiedy my wiemy.
— To pewno za to, że ty raz-wraz do dworu chodziła?
— Alboż ja chodziłam, albo kiedy każą do ekonomowéj, to można nie iść?
— Jużto ty zawsze do ekonomowéj chodzisz — przerwała stara — a ja ciebie dlatego nigdy na folwarku nie widzę: małoto ja tam nocy nocowała?
I stare baby zaczęły między sobą gadać, szeptać, a Ulana stała i płakała, tuląc twarz w koniec zmiętego fartucha. Aż we wrotach podwórka posłyszeli głosy Oxena i Pauluka. Biédna Ulana rzuciła się na drabinę, na strych, a baby obróciły się do drzwi.
— Dobry wieczór — rzekł Oxen, który w téj chwili przestępował próg — a nie było tu mojéj Ulany?
— Była — odpowiedziała szybko jedna stara — ale poszła.
— Kiedy! dawno?
— Ot, tylko co była, czegoś z siostrą pogadała, ta i poszła.
— Pewnie poszła?
— A juściż pewnie! A cóż? wyszła podwórkiem ono co na ulicę. Krzyż na mnie, że poszła. Alboto czego wy jéj szukacie? — dodała stara, stając z ręką założoną pod brodę do rozmowy.
— At, — rzekł Oxen — to nasza sprawa domowa; niechajno pójdę jéj poszukam. Ty tu zostań Pauluk i pilnuj choćby do białego dnia. Może gdzie przychowała się.
— Nie bój się — odpowiedział Pauluk — już ja nie odejdę.
— To chodźcież z nami do chaty — odezwała się Marya, siostra Ulany.
— Nie, nie, ja tu sobie na przyźbie usiądę i popilnuję.
Kobiéty weszły cicho szepcąc i usiadły do kądzieli porzuconych, ale nie śpiewały. Mężczyzni w milczeniu pletli łapcie. Długa chwila upłynęła nim piérwsza śpiewaczka zaczęła znowu nucić pieśń smutną, do któréj powoli łączyły się głosy wszystkich, ciche z początku, potém coraz głośniejsze, jakby mimowoli wyrywające się z uciśnionych piersi.

Czemuż mi pierwéj nie było wiedziéć,
Że mi w rodziców chacie nie siedziéć;
Sad trzeba żegnać i kwiatków w grzędę,
Bo z niéj wianka pleść nie będę!
Jeden wianek uwiłam,
Sama go nie znosiłam,
I jak był jeden, Jankowi oddałam.
O! czemuż sadu nie porozgradzałam!!
Niechby nań stadem poszły konie wrone,
I moją rutę zdeptały zielonę...[1].

Cała pieśń długa, i druga, i trzecia, które po niéj nastąpiły, tęsknych myśli dziewiczych były powtarzaniem, a nuta ich gdyby płacz powolny rozchodziła się po chacie....





Przypisy

  1. R. Zienkiewicz, Pieśni ludu pińskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.