Ulana/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ulana
Wydawca Bolesław Maurycy Wolff
Data wydania 1855
Druk Drukarnia Gazety Codziennej
Miejsce wyd. Petersburg i Mohylew
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

IX.

Gdy się to dzieje, Tadeusz tymczasem wyjrzał w dziedziniec i spostrzegłszy Berdyczowskie furmanki, których się tak prędko nie spodziewał z powrotem, zagryzł usta i czoło namarszczył.
— Jużeścieto wrócili? — spytał ekonoma.
— A cóż! nie można było wcześniéj — odpowiedział pan Linowski, kręcąc zawiesistego wąsa.
— No, no, idźcież się rozpakujcie, a potém do mnie. — I drzwi zamknął, bo nie miał dość przytomności, aby się z nim zaraz rozmówić. Upadł na kanapę i mimowolnie głośno spytał się siebie:
— Cóż teraz będzie?
Zdało mu się, że coś okropnego spadło na niego. Nigdy jeszcze nie uczuł tak mocno swojego szalonego przywiązania, nigdy żadnego tak silnie nie uczuł nieszczęścia jak teraz. W oczach mu się mieniło, i powstawał, i chodził, i myślał. A na podwórzu zciemniało właśnie i chłodny wiosenny wieczór przez okno zaglądał. Powietrze go w izbie dusiło, oczy mu nabrzmiewały, dreszcz przechodził po plecach i wdrapywał się na czaszkę zimnemi palcami.
Wybiegł do ogrodu: tu ujrzał miejsca swych schadzek wieczornych i wrócił nad jezioro. Tam dymiła się wieś, na jaśniejącém jeszcze łuną zachodnią niebie wieczorném, i chata Ulany!
— Miéj rozum! — rzekł do siebie: — Cóż się tak strasznego, tak nieprzewidzianego stało? On nic nie wié, ty będziesz z nią jak byłeś dawniéj, będziesz ciągle.
Ale gdy tak tłumaczył i wmawiał sobie, czuł wszakże, że coś się stać musiało, bo go okropna niespokojność dręczyła: czuł, że sama przytomność męża czyniła położenie jego nie do zniesienia; czuł, że dzielić się tém, co zwał swojém szczęściem, piekielną było męczarnią, a lepiéj sto razy nic nie miéć, niż dzielić się i z kimże jeszcze!!
On, co swoją Ulanę już był osłonił dziwaczny w tak poetyczne szaty, co ją był oswoił ze swemi marzeniami, co śpiące w jéj duszy rozkołysał myśli, jakże cierpiał okropnie, gdy między nich dwoje, w to życie krótkie, ale już swobody pełne, pełne tajemnicy i wdzięku, wpadła czarna ręka gbura — Kalibana, odrywająca ich od siebie, rozsuwająca daleko.
Tak myśląc wlókł się brzegiem jeziora nieprzytomny i poglądał to na niebo wieczorne, poczynające się już blademi gwiazdkami ubiérać, to na wioskę, przez któréj czarne, nizkie, okopcone chaty, widział Ulanę swoją. Szedł tak brzegiem jeziora, nie wiedząc co czyni: czasem się tylko konwulsyjnie wstrząsnął, gdy nagły szelest dumanie mu przerwał. Byłyto to lecące dzikie kaczki nad głową, to przez trzciny sunący się wąż wodny, to ptaszyna spłoszona z noclegu przez niego, to znów powiew wiatru przelotny, który ciepły przelatywał, poruszał suche trzciny i łozy, i upadał gdzieś pod lasem.
Tadeusz nic nie widział, nie poznawał: jedna myśl go zajmowała — jedno tylko własne położenie. Oxen powrócił, jéj już widziéć nie można codziennie; rozkoszne nocy, w których przy blasku księżyca patrzał w jéj oczy tak wyrazu pełne, tak wiele mówiące milczeniem, i te nocy już się skończyły, przerwały.
Tego nie umiał przypuścić Tadeusz, nie potrafił wierzyć temu.
— Choćbym miał nie wiem co uczynić, ja ją miéć muszę, ja bez niéj żyć nie będę. Ten chłop — ja się go pozbyć muszę. Ona warta. A onby jéj śmiał teraz dotknąć po mnie! On dziśby ją ściskał, ja jutro! Jabym się musiał z nim dzielić! Nigdy! nigdy! ja go.... ja się go pozbędę... dziś... jutro...
I obłąkany gadając tak do siebie, szedł brzegiem jeziora, aż pod karczmę samą. W karczmie słychać było głosy. Mimowolnie nastawił ucha, i sparty o płot dumając, spotkał kilka razy dolatujące jego uszu własne nazwisko, wyrzeczone przez chłopów. Zbliżył się do okna, nastawił ucha.
Właśnieto była chwila, w któréj chłopi rozprawiali o ukaraniu Ulany. Tadeusz wysłuchał wszystkiego, ale od piérwszych słów, krew mu się rzuciła do głowy, włosy najeżyły, ręką uderzył po czole i o mało nie padł.
— On wié, oni wiedzą — zawołał w duchu — wszyscy, cała wieś. Nieszczęśliwa! Co tu począć?
W miarę jak słuchał rozmowy i pogróżek, gniéw jego wzrastał niesłychanie; już i miłość i tęsknotę zastąpiła w sercu niepohamowana żądza zemsty, odzywająca się z głębi serca ludzkiego, ilekroć ją namiętności za sobą wyciągną. Gdyby był mógł, rzuciłby się był na nich, ale jakby niewidzialna władza przykuła go do miejsca, ruszyć się nie potrafił, i piersi tylko poruszane ciężkim oddechem, na który brak mu już było powietrza, wznosiły się często, a ręka drżąc, ściskała mocno kij i potniała zimna.
Co przez jego głowę przeszło, co się w niéj działo w czasie téj rozmowy, któréj podsłuchał, niepodobna opowiedziéć. Tysiąc się po niéj przelało zamysłów zemsty, sposobów uwolnienia się od tych ludzi, a nie przyszło ani na chwilę uznanie własnéj winy. I jakkolwiek Tadeusz dotąd cnotliwym prawie i jeszcze obłąkanym tylko nazwać się mógł, w téj chwili szału, połowa jego myśli krwią nabiegła i okropnemi zaczerniła się zbrodniami. Do kogóż czasem nie przemówi szatan tym sposobem, probując skusić go do złego?
Tadeusz passował się z miłością, gniewem, żądzą zemsty, rozpaczą, żalem; nie dziw więc, że na wiérzch tych fali wypływały okropne myśli, na które sam się wzdrygał, a pozbyć się ich nie mógł. Namiętność zawsze uniewinnia siebie a wszystkich potępia; gdyby potrzeba było poświęcić świat dla nasycenia w chwili szału, zepchnęłaby go w przepaść bez namysłu.
Okropna była ta półgodzinna męczarnia pod oknem karczmy, w osłupieniu i gniewie spędzona; gdy się wreszcie ludzie piérwszy raz ruszać poczęli do wyjścia, Tadeusz skoczył w blizkie zarośla nad jezioro, i nie wiedząc co czyni, pędzony tą samą niespokojnością, która go tu przygnała, poszedł szybko do dworu, obłąkany, nieprzytomny, nie umiejąc nawet zebrać się na jakąś radę, na stałe postanowienie, nie wiedziéć jak łamiąc się próżno z myślami gorącemi a próżnemi skutku i czynu.
Już brał za klamkę drzwi, gdy usłyszał głosy w przedpokoju. Stanął znowu niespokojny.
Jakób rozmawiał z panem Linowskim, ekonomem:
— O! bardzo się odmienił — mówił Jakób — i to tak prędko, niespodzianie.
— No, ależ teraz nie gorszy?
— O! nie, jeszcze lepszy — odpowiedział Jakób — można mu choć kołki ciosać na głowie. Raz-wraz lata a lata jak postrzelony.
— To polowanie jak dawniéj.
— Na sarneczkę — rzekł Jakób śmiejąc się — a wiem nawet na jaką.
— No?
— Albożto wy się nie domyślacie, kto tu we wsi najpiękniejszy. Toćto i wyście ostrzyli zęby, i gdyby nie żona...
— A! a! to o Ulanie, mówisz wacpan. No! patrzaj! wypatrzył sobie pięknie! Ale czyżto pewno?
— Kiedy ja mówię! Proszę pana na tabakę. Dobra.
— Niezła.
— Pińska.
— I to pewno o Ulanie?
— Pewnie, kiedy ja wacpanu mówię; ale co nam do tego, a potém nam nic złego.
— Cały więc świat wié już o tém — rzekł do siebie z gniewem Tadeusz — i wpadł nagle do przedpokoju.
Zmieszali się rozmawiający, schowała tabakierka, on na nich ledwie rzucił okiem.
— Wacpan, panie Linowski, jutro mi dasz rachunek. — Jakób! światła!
I wyszedł.
— Pan czegoś zły — szepnął Jakób, chowając tabakierkę w kieszeń.
— Nie dziw, mąż powrócił — rzekł ekonom — ale ja dam na to radę: zaraz go znowu z lichem wyprawię, humor się poprawi, już wiem w co grać, żeby mu lżéj było!
Całą noc o jedném tylko myślał Tadeusz: jak się od męża uwolnić, jakim sposobem tę kobiétę miéć swoję i na zawsze. Jedne od drugich dziksze i niepodobniejsze do spełnienia pomysły przychodziły mu do skołatanéj głowy. Raz chciał się mścić okropnie na chłopach, to znowu myślał ich łagodnością przekupić, zapłatą usta im zamknąć; to jeszcze porwać ją i uciekać daleko. Ale wszystkoto były myśli latające po głowie i migające tylko, jak jaskółki na niebie: żadna z nich nie usiadła na gniazdzie.
Kręciły się jednak po mózgu bezustanku, aż sen gorączkowy zamknął powieki po północy, przedłużając jeszcze te męki, których Tadeusz doznał na jawie. Sen był tylko straszniejszym, dalszym ciągiem marzenia na jawie; ale wyżéj od niego, silniéj od niego wspinał się niczém niekrępowany, dziwaczny, splątany, pokazując naraz, obok siebie, złote obrazki przeszłości i chmurną przyszłość, i uczynki spełnione, i myśli nie spełnione, zaprzeszłe, i niebo i piekło, i spokój i rozpacze, i wczoraj i jutro, i wszystko, czém zadrgał mózg najsilniéj w ciągu życia.
Obudził go ranek i świegotanie ptasząt pod oknem. Zaledwie uczuł się w rzeczywistém życiu i brzask dnia oczy mu uderzył; nagle przypomniało się wszystko wczorajsze i całe położenie jego wyjaśniło. Wcale inny jest najnamiętniejszy nawet człowiek we dnie, a w nocy. Jestto niezaprzeczoną prawdą: wpływ dziennego światła modyfikuje nawet uczucia i myśli, dorzucając do nich wstyd. Niedarmo szatan mieszka w ciemnościach; nie ma w nich wstydu i opamiętania: szał, gorączka i śmierć. Człowiek sam przed sobą nagość swą chcąc ukryć, szuka figowego liścia; tym liściem są myśli, któremi inne nagie przykrywa do nocy. Światło uczucia hamuje, myśli krępuje wstydem pierworodnym. Inaczéj się rzeczy widzą we dnie i w nocy; oczyma duszy nawet mniéj we dnie jest śmiałości, więcéj rozumu: namiętności słabną, człowiek stygnie. Śmieszneto może i upokarzające dla biédnego człowieka, który nawet światła dziwnego jest niewolnikiem, ale tak jest. Rzadkie zbrodnie popełnione we dnie, po trzeźwemu; rzadki śmiały, zuchwały uczynek przy świetle słońca; noc za to matka dziwnych przedsięwzięć, olbrzymich zamiarów i rojeń miłosnych.
Wcale już inaczéj i daleko chłodniéj widział położenie swoje Tadeusz we dnie. Uczuł się panem, uczuł Ulanę poddanką, swoją siłę, ich słabość. Zaczął rozumować. Jedno z dwojga — rzekł — albo otwarcie, wbrew wszystkiemu mężowi ją odebrać, albo obszyć się tajemnicą, tak, żeby jéj nie docieczono, żeby to, co już wiedzą ludzie, wszystkim się kłamstwem wydało. To jednak niepodobna, więc piérwsze. Piérwsze trudne i niebezpieczne także. Cóż począć? — myślał.
I głos z głębi mówił mu zcicha:
— Czekać, czekać! może się co odmienić, może ci co myśl podać.
A rozum nieubłagany dodał raz piérwszy:
— Może ci się naprzykrzy i porzucisz!
W takim stanie umysłu przebudziwszy się Tadeusz, kazał Jakóbowi przygotować wszystko do polowania, mając nadzieję tą z domu wycieczką podawnemu omamić ludzi, a siebie odurzyć. Ruszył z psami w las, nie myśląc wcale o polowaniu; mimowolnie, powoli, przechodząc znowu w miarę postępu dnia do téj gorączkowéj i namiętnéj burzy, jaka nim miotała wczorajszego wieczora.





Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.