Ulana/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ulana
Wydawca Bolesław Maurycy Wolff
Data wydania 1855
Druk Drukarnia Gazety Codziennej
Miejsce wyd. Petersburg i Mohylew
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

IV.

Tak, tak — mówił w parę dni potém — filut dworka, umié ona jak nasze panie i wzdychać, i gadać, i oczy przymrużać. Ich prostota, kiedy się w nią fałsz wda, sto razy niebezpieczniejsza, bo w jéj szczerość łatwiéj się wierzy. Za cóżby ona miała być wyjątkiem? za cożbym miał tak się zniżyć, żeby się aż przywiązać do téj kobiéty, do prostéj Honczarychy? To stara choroba się odzywa, to słabość i niedarowane dzieciństwo! Marzyć dla oczu wieśniaczki, które zalotność zaostrza, którym chciwość może blasku dodaje, a fałsz ponętniejszemi jeszcze czyni; marzyć dla szaréj siermiężki w któréj chodzi rzeczywistość: — to głupota!
Wyszedł i trzasnął drzwiami za sobą, a w sieniach zastał — kogoż znowu? Ulanę. Tą razą śmielsza podniosła przeciw niemu swoje czarne oczy.
— Co ty tu robisz?
— Że byłam dawniéj we dworze i umiem prać, wzięli mnie do pańskiéj bielizny.
— A dworscy pewnie temu bardzo radzi?
— O! Ale ja? Mąż aż tu przychodzi śledzić za mną. To nieszczęście!
Tadeusz ruszył ramionami, a widząc ekonoma na dziedzińcu, zawołał na niego:
— Panie Linowski! każ WPan, niech Oxen Honczar....
Na te słowa kobiéta pobladła i uciekła.
— Niech Oxen Honczar, — kończył Tadeusz — w ten moment wybiéra się w drogę. Ma on konie?
— A ma panie, i jego najlepsze.
— Pojedzie z wacpanem do Berdyczewa; wszak potrzeba ci jednéj furmanki?
— Miałem wziąć dworskie, folwarczne konie.
— Właśnie dlatego dysponuję go, bo konie będą mi potrzebne. Ich podobno kilkoro tam w chacie?
— Tak, panie.
— Więc on może jechać?
— Może, panie.
— Proszę tak zrobić jak mówiłem.
Ekonom wziął ten rozkaz za dziwaczną chimerę politowania dla folwarcznych koni, i odszedł. Ale i Ulany już nie było. Tadeusz stał we drzwiach i czatował. Wyszedł potém do ogrodu; wiedział, że tam czasem od strony jeziora wieszano chusty, brano wodę. Nigdy w życiu nie zastanawiał się nad tém, gdzie i jak co w domu jego się robiło; teraz wszystkie szczegóły przychodziły mu na myśl: czego nie wiedział, zgadywał. Namiętność rodząca się, ma oczów dziesięcioro.
Zszedł nad jezioro. Tu w istocie stała Ulana, ale zamyślona, z zwieszonemi rękoma; nie widząc go ruszała ramionami, potrząsała głową, rozmawiając ze swemi myślami.
— No, już będziesz na jakiś czas od niego wolna.
Ulana odwracając się krzyknęła.
— Mąż twój dziś wyjedzie — dodał Tadeusz.
— O! da on mnie za to!
— Zkądże wiedziéć może?
— Kiedy najmniéj wié, najwięcéj się domyśla — odpowiedziała dworka.
— O czémżeśto tak myślała i rozprawiała z sobą, kiedym tu przyszedł?
— Czy ja wiem.
— Pewno nie o mnie.
— Czyżto mnie o panu myśléć.
— A czémuż nie, kiedy ja myślę o tobie.
— O mnie? — spoglądając mu w oczy zapytała kobiéta — a toż dlaczego?
— Ja sam nie wiem — odpowiedział naiwnie Tadeusz — ale, ale gdym cię zobaczył, odtąd ciągle mi się snujesz po myśli.
— Ja! Krzyż na mnie! Panby myślał o mnie?
— Zdaje mi się, że cię kocham, Ulanko; ale nie po waszemu, nie po chłopsku i nie po dworsku, ale tak, jakto kochają po pańsku: oczarowałaś mnie niegodna!
I zbliżył się, i wziął ją wpół i chciał ją pocałować; ale ona przestraszona wyrwała się i zawołała po rusku żałośnie:
— A! moje dzieci!
— Ty masz dziéci?
— Mam — odpowiedziała cicho — A! dwoje maleńkich niebożąt.
— Lecz dlaczego boisz się o nich — rzekł, zbliżając się znowu. — Czyż ja im co zrobię? czyż mąż twój im co zrobi?
— O! — odpowiedziała smutnie Ulana — ja słyszałam o tém kochaniu: to zawsze się biédno kończy, a moim dziéciom źle będzie!
— Śmiéj się z tego Ulano — rzekł Tadeusz odgarniając włosy na czole, jakby z niemi chciał myśli odgarnąć. — Na cóż to złe na końcu.
— Kiedy kto komu przysiągł w cerkwi, a ksiądz pobłogosławił, koło ołtarza oprowadził, i razem krzyż całowali, i z jednego kubka pili: o! to niedobrze złamać przysięgę, i zły koniec zawsze! Nikt do przysięgi nie musił... i dotrzymać jéj potrzeba!
Tadeuszowi wymowy niestało.
— Słuchaj Ulano — rzekł obejmując ją gwałtownie — dzisiaj twój mąż pojedzie. Jest kto u was więcéj w chacie?
Ona milczała ponuro.
— Cóżto? nie chcesz mi odpowiedziéć? więc się spytam ekonoma, żeby się cały dwór domyślił dlaczego.
— Jest u nas kilkoro w chacie — zawołała szybko Ulana, podnosząc oczy: parobek, dziewczyna, dzieci. Ale na cóżto panu?
— Słuchaj — rzekł Tadeusz — ja dziś u ciebie będę.
To powiedziawszy i nie chcąc wiedziéć i słuchać odpowiedzi, odwrócił się nagle i poszedł do domu; mimowolnie tylko raz się odwrócił i ujrzał, że Ulana stojąc na miejscu, końcem fartucha łzy ociérała.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.