Ulana/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ulana
Wydawca Bolesław Maurycy Wolff
Data wydania 1855
Druk Drukarnia Gazety Codziennej
Miejsce wyd. Petersburg i Mohylew
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

I.

Jeśli jaki kraj cichy, jeśli jaki spokojny, to Polesie nasze. Kiedy przez którą wieś gościniec pocztowy albo trakt kupiecki nie przechodzi, to prócz pospolitego odgłosu wsi, który jest jakby jéj oddechem, nic nie słychać obcego, nic nie widać cudzego. Wszystkie świty jednakowo siwe, wszystkie chustki jednakowo białe, i sosny jednakowo zielone i chaty jednakowo nizkie i nieforemne, i ten sam zawsze dym czarny ponad ich dymnikami się wzbija. Jednakże jak dwóch liści jednakowych na krzaku, tak dwóch wiosek zupełnie jednakowych w Polesiu nie znajdziesz; tam cerkiew wyższa z ciemnemi galeryami dokoła, tam las gęstszy, tam chat więcéj: wszystkie podobne jak siostry rodzone, a dwóch nie ma jednakowych zupełnie, jak dwóch ludzkich twarzy.
Spojrzyj ponad to jeziorko, co ciche i spokojne położyło się u stóp wzgórza, zajętego przez dwór pański: jestto jedna z najpiękniejszych wiosek wołyńskiego Polesia, co go otacza. Gdy zjedziesz z pagórka, po którym droga się wije, widzisz przed sobą wieś rozsypaną nad brzegiem jeziora; za niém dwór bieleje, a od przyjazdu twego trzykopulna cerkiew stara, na wzgórku stojąc, pogląda na okolice. Droga idzie spadzisto ponad jeziorkiem aż do karczmy, która wieś rozpoczyna. W oddaleniu naokoło jednaki las sosnowy, mniéj więcéj zniszczony, niższy lub wyższy, ogradzający każdy widok na Polesiu; piasek, błoto kępiaste przez które sączy się rzeczułka okryta trzcinami, a nad tém niebo pochmurne.
Przez wieś ciągnie się błotnista ulica, gdzieniegdzie przedzielona dróżką od chaty do chłopskiego gumna, paździerzem lub wiórami i trzaskami wysłaną. Otaczają ulicę naprzemian chaty, chlewy, gumna całe i pozawalane, zwieszone, w węgłach rozparte, z słupami pochylonemi, z dachami zapadłemi, lub zaczynające się dopiéro klecić; między niemi kawałki tynu (płotu z dębowych szczepów), i starego ogrodzenia z kołków i chrustu. Tu i owdzie z zagrody blada jarzębina wychyla się na ulicę, stara grusza wygląda, lub długi żuraw od studni kołysze się powolnie nad głową przechodnia. Z przodu chat nizkich, pokrytych nie szczelnie czarnemi już od dymu dranicami, zaledwie do krokwi przymocowanemi, widzisz tylko pod okapem wystającym niewygodną przyźbę, często z położonéj pod ścianą odartéj z kory kłody składającą się; nizkie drzwi od dziedzińca, zniżone jeszcze wysokim progiem, nie dopuszczającym wejścia do sieni blizko stojącéj kałuży; małe okienka, z umyślnych szyb okrągłych zielonych, do dna butelek podobnych, złożone. Rzadko nieforemne szybki bielsze z cienkiego szkła pospolitego, kupione z gotowém oknem na jarmarku, zastępują pospolite, krągło-szybowe okienko. Nad okopconym dachem wysokim, wznosi się dymnik drewniany, czarny od dymu, w kształcie trąby lub czworogrannego słupa. W zimie, a często i innych por roku, niedość dymnika na wypuszczenie dymu zebranego pod dachem chaty: ciśnie się on wszystkiemi szczelinami, oknami, drzwiami, ścianami i dachem tak, że się zdaje, jakby chata wewnątrz płonęła i za chwilę płomień się miał ukazać. W takiéjto atmosferze smolnych, gęstych, sosnowych drew wyziewów, pary i swądu, całe swe życie przepędza Poleszuk.
Środek chaty, tego samego ubóstwa czy niedbalstwa dowodzi: sień błotnista zwyczajnie, po któréj świnie się przechadzają, zarzucona grabiami, przygotowaném na zimę łuczywem, drwami olchowemi, drabinami i ułamkami soch i bron popsutych; z niéj wejście do jedynéj izby z piecem i ławami naokoło, ciemnéj, małéj, dymnéj, bez podłogi. W środku stół jeden, dzieża, matka chlebodajna; w rogu izby na ławie pod świętym obrazkiem, czasem jeszcze kołyska dziécięcia i krosna tkackie. Nic zbytkowego, nic nad najpiérwsze potrzeby życia, żadnego wspomnienia, żadnego uczucia przywiązanego do przedmiotu nie znajdziesz. Jestto jeszcze stan wpół dzikiego ludu, nie myślącego o niczém, nad zaspokojenie piérwszych swych potrzeb zwierzęcych. Zaledwie dziecinne młynki na rowach, i ogródki pod chatami, w których złoci się nogietek, kwitnie czasem malwa i mak czerwony jaśnieje, dowodzą, że i tu dzieciom młodym wolno się czasem pobawić. Niedługo jednak i dziécię zaczynając od pastuszkowania i niańczenia młodszego rodzeństwa, wchodzi w żywot pracy, rzuca swoje zabawki nazawsze, a dziéwczę wyszedłszy za mąż, nie myśli sadzić kwiatków, ni stroić się w kwiatki.
O! jak lżéj, swobodniéj nad jeziorkiem, niż w téj chacie smutnéj i brudnéj. Na wzgórzu masz dom dziedzica, który wiankiem otoczyły topole przeglądające się w wodzie; ostawiony śpichlerzami, gumnami, stértami i stogami siana. Wśród drzew widać tam i gołębnik, i żuraw studni, i próżnujący wiatrak z tyłu na pagórku, któremu wiatr lasy kradną: to téż większą część roku spoczywa.
Daléj na drugim brzegu wyniosłym jeziora, cerkiew czarna, mała, stara: krzyż koło niéj i dzwonnica; milcząca cerkiew, któréj jeszcze życie wraca, kiedy się pieśnią jéj ściany rozlegą, dzwony uderzą, lud ją przepełni. Od niedzieli do niedzieli milcząca, głucha, patrzy na wioskę, jak staruszka na dzieci, co się grzebią w piasku. W oddaleniu na żółtem polu, wśród zagonów chłopskich jest cmentarz wiejski pogarbiony mogiłami, nad któremi stoją czarne krzyże podwójne, potrójne, od drobnych, które nastąpisz nogą, do wysokich jak sosny: proste i malowane, z męką i bez męki. Nad wszystkie wyżéj wyniósł się krzyż Semena Bartnika, pokryty zielonym daszkiem; syn mu go postawił: wziął po nim sto barci, więc było z czego!
Teraz pytaj, jak ci ludzie żyją, którzy w tych chatach mieszkają, w téj cerkwi się modlą, na tym leżą cmentarzu. Życie to smutne, a jednak nawyknieniem lekkie, byleby Bóg rodził, byleby ich zbyt obfity ryb połów głodem nie straszył, bo wierzą w przysłowie: kiedy się ryba łowi, żyto się nie rodzi. Łatwo wytłumaczyć tę przypowiastkę: ryby najlepiéj się łowią, gdy wiele wody, a nizkim gruntom Polesia zalewy grożą nieurodzajem. Zapomnieliśmy jeszcze jednéj z najważniejszych we wsi budowli, któréj w opisie ominąć niepodobna. Widzieliśmy już dwór, który dla kmiecia reprezentuje władzę i zwierzchność, cerkiew, skarbnicę niebieskich przyszłego żywota nadziei: zostaje karczma, miejsce uciechy codziennéj. Wszystkim tym trzem wkoło siebie ustawionym ogniskom, wieśniak musi dać z siebie życie, musi odpracować, odpłacić za opiekę panu, za nadzieję księdzu, za uciechy arendarzowi; wszyscy trzej żyją z niego, ale i on bez nich żyćby nie potrafił. Pokażcie mi wieś bez dworu, cerkwi i karczmy? — będzieto chyba biedna jakaś sierota, mająca gdzieś nieopodal opiekunów. Jeszczeż obejdzie się bez dworu łatwo, jako tako bez cerkwi (bo są miejsca, gdzie o milę chodzą się modlić i grzebać umarłych); ale gdzież jest wieś bez karczmy? Byłobyto stworzenie bez serca. Karczma bowiem jest miejscem schadzki, rady i wesela: w niéj się wszystko zawiązuje i rozwiązuje, w niéj żal jeden drugiemu wylewa, w niéj się kłócą i biją, i swarzą i godzą, i kochają! Karczma, to serce wsi, tak jak cerkiew jéj głową, a żołądkiem jéj dwór; ręce i nogi tego ciała, to chaty wieśniacze. W téj długiéj walącéj się budowie, w któréj razem mieszka żyd z familią, bydło, kozy, gęsi i kury przez ścianę tylko od niego, a czasem nawet w jednéj izbie; jest główne miejsce schadzki i rady, dzisiejsze horodyszcze wieśniaków. Nad jéj dachem wznosi się arystokratyczny biały komin, okna ma podobne chłopskim, ale znacznie większe; u okien okiennice, u drzwi czasem żelazne klamki, jeśli nie pierwotne zasuwki drewniane.
Piérwsza izba, prócz łóżka żydowskiego (które w każdéj izbie być musi) ma stół szynkowny, szafę szynkowną z odmalowanemi na niéj kwartami i wieńcami z obwarzanków; piec z przypieckiem i komin szeroki, na którym i w lecie palić się musi dla Poleszuka; wiadro z wodą, bezpłatnym napojem podróżnych bez grosza, trochę bachurów, błota wiele smrodu.
W drugiéj izbie może być zabita koza, baran lub cielę, pełen kąt kartofli, dziesięcioro przykazań w kącie, znowu kilka łóżek z wysoko wysłanemi betami, ławka, stolik. Jeszcze tu gęściejsza ludność, jeszcze dziwniejsze (jeśli być mogą) wyziewy. Otóż karczma poleska — serce wsi.
Tu to zobaczysz starców wlokących się, żeby zalać w głowie resztę rozumu i pamięci; kobiéty oszarpane i brudne niosące krupy, jaja, kury, często ostatnie berdo z warsztatu, za kwartę wódki; dziéwczęta pijące dziesięcią łykami jeden kieliszek, chłopców zziębłych, zasługujących się pani arendarce za kropelkę tego czarownego napoju. O! ileż tu scen, których połowa ludzi, że są nizko, nie widzi, druga połowa nie sądzi godnemi bliższego przypatrzenia się i zajęcia. Ile tu ciekawych rozmów obija się o te brudne ściany, ile kłótni, ile powiastek! I nikt nie patrzy, i nikt ich nie słucha; a przecie i to są ludzie. Tu najszczerzéj w nich może odkrywa się niczém nieskrępowana natura ludzka, nagi człowiek jak wyszedł z rąk bożych, którego tylko trochę udawania nauczyli panowie, a trochę wiary duchowni.
Ale czas zajrzéć do dworu i wyjść z karczmy. Pan téj wioski, sam jeden, nieżonaty, niedawno powrócił z miasta; młody jeszcze, głowa zapalona, serce wrzące. Wszystko złe, jakie kiedy książki przewracając głowę zrobić mogły, na nim zrobiły. Tadeusz Mrozoczyński nie skończywszy nauk za życia rodziców, poczciwéj szlachty; odumarły sierotą, resztę szkół i uniwersytetu odbył sam, swobodny, w mieście. Szczęściem czy nieszczęściem dla niego, nie wpadł on w towarzystwo młodzieży zupełnie zepsutéj, lecz obłąkanéj; z tego obcowania z nią, z ulubionych ksiąg, dostał zawrotu poetycznego i jakiegoś przekonania, że aby być wielkim człowiekiem, dosyć jest prawie być wielkim dziwakiem. Co téż za dziwactwa dokazywał w mieście i czego sobie nie pozwalał, opisać, wypowiedziéć trudno. Nie uznając za obowiązujące żadnych przyjętych prawideł towarzyskiego życia, żadnych względów nie mając na ludzi i opinią, robił to tylko, co mu się podobało: często szlachetnie, a po większéj części tylko nierozważnie postępując sobie. Byłto młody chłopiec bez rozwagi, bez uczucia potrzeby hamulca, brnący wpław wszystkiego, za uczuciami, namiętnością; walczący z opierającym mu się światem, nie zrażony długo przeciwnościami, śmiesznością własną — niczém. Jątrzyło go wszystko, ale nic nie wstrzymywało.
Nareszcie, w skutek wypadku, z którego wyszedł haniebnie oszukany, gdyż chciano skorzystać z jego prostoty, szlachetności i ślepoty dobrowolnéj, a przypadek ledwie go od nieszczęścia ocalił; Tadeusz zbrzydził sobie świat, zasmakował w myśli samotnego, pustelniczego życia, wyjechał na wieś do swego jeziora, i tu przedsięwziął czytać tylko, dumać, i tak całe spędzić życie. Łatwo było przewidziéć, że to nagłe, namiętne, nierozważne postanowienie, jedna chwila zburzyć mogła, a rok ciężarem swym przełamać musiał; lecz jemu się zdawało, że w tém życiu wytrwa, że je poślubi nazawsze. Dziwna rzecz, jak człowiek we wszystkiém co czyni na przekor naturze swojéj, zawsze chce sobie wiekuistość budować; nie mogąc ręczyć za jutro, przysięga do śmierci, i sto razy zawiedziony, poczyna setne piérwsze doświadczenie od nieopatrznych zobowiązań na wieki! Cieszył się Tadeusz tą myślą pustelniczego życia, powiedziawszy sobie, że nie ma przyjaciół, że nie ma krewnych, że nie ma żadnych związków na świecie, że jest sam jeden, wziął los swój na ramiona, przesadzając go, i nie chciał już znać i widziéć nikogo, żyć z nikim; i nad swojém jeziorem, wśród niedostępnych błot i lasów, ze strzelbą, wyżłem i książką, myślał wiek cały przepędzić. Dom jak zastał po rodzicach, tak religijnie zachował: nic w nim nie ruszył, nie zmienił; a choć widział piękniejsze, choć mógł miéć wygodniejszy, cenił w nim ostatnią, żywą pamiątkę tych, co go jedni prawdziwie kochali, a których już na świecie nie było. Wybrał sobie jeden pokoik na rogu, do tamtych tylko jak w gościnę uczęszczając.
Widok opuszczonych mieszkań, z których zda się wczoraj dopiéro życie uciekło, mieszkańcy wyszli jakby na długą przechadzkę, był smutny, ale dziwnie przejmujący. W pokoju matki, na kominie szedł codziennie nakręcany zegar, śpiewały stare kanarki, leżała pończocha niedokończona, poduszka pod nogi, książka otwarta na loretańskiéj litanii, założonéj wstążeczką. Łóżko nawet pod czerwonym adamaszkowym pawilonem, posłane stało, i klucze od komodek i kantorka wisiały na ćwieczku, wbitym przed ćwierć wiekiem.
W pokoju ojca tenże porządek: — strzelba na haku, torby i trąbki, kalendarz na sznurku, wyschły kałamarz na stoliku, na którym leżał zegarek kieszonkowy z pieczątką herbowną, woreczek zielony od pieniędzy, i tabakierka z konchy. Olchowe drewka niedopalone na kominku, i zapas ich w skrzyni.
Na pułeczce świéca, siarniczki i fidibusy do fajek, postrzyżone z listów. Daléj szafa z odzieniem, łóżko z obrazkiem Matki Boskiéj Częstochowskiéj; w głowach gromnica, któréj już użył ten, co na niém sypiał. A wszystko jakby wczoraj opuszczone, jakby tylko co porzucone jeszcze. Co chwila spodziewać się było można usłyszéć głos zmarłych, zobaczyć ich wchodzących: żyli tu jeszcze w czci, jaką im syn oddawał. Nie każdy byłby mógł sam jeden, w obec tak rozdzierającéj, tak dojmującéj pamiątki zmarłych, wytrzymać, wyżyć i patrzéć na nią bez strachu lub boleści niepokonanéj: potrafił to Tadeusz, i jemu lubo było wieczorem cieniami rodziców zaludniać te puste pokoje, w których tylko matczyne świergotały kanarki i stary zegar zdał się szeptać ciągle:

Wieczne odpocznienie.

On nic nie ruszył z miejsca, nic nie dozwolił przestawić: szanował nawet węgle w kominku ojca i popiół z ostatniéj przez niego wytrząśnionéj fajki i próbkę pszenicy rozsypaną na oknie, którą tylko myszom jeść było wolno.
Takie samotne, pustelnicze życie pana Tadeusza trwało już miesiąc czy dwa podobno: i to wiele, bardzo wiele! Książki, polowanie, przechadzka, dumanie, zajmowały czas cały; czuł się spokojniejszym jeśli nie szczęśliwszym, a choć czasem poziewał, choć codzień śniło mu się wrzące miasto, i turkot powozów, i łoskot muzyki i gwary ludu; gdy się obudził przy szumie jeziora, przy odgłosie dzwonu cerkiewnego, czuł, że mu tu lepiéj było, i doznawał jakby słodkiego napojenia dokonaną zemstą, mówiąc:
— Obejdę się bez świata i ludzi.
Jeden tylko sługa dość niezgrabny, lecz milczący, bo p. Tadeusz ze sługami rozmowy nie lubił, cały dwór jego składał. Ekonom, kucharz, szafarka, rzadko mu się pokazywali; dawał rozkazy, patrzał czy je spełniono, lecz się do nich więcéj nad konieczną potrzebę nie odzywał. Często Jakób, służący, nosił tylko rozkazy, i Jakób był téż ważną figurą we dworze, bo on jeden do pana przystępował: byłto jakby piérwszy minister.
W pokoju Tadeusza było łóżko ciasne i twarde, stolik z książkami, na ścianie strzelby i torby, pies przed zawsze zapalonym kominem grzejący się, szafka zamknięta u drzwi: oto cały sprzęt jego. Strój składał się z tych fantazyjnych części ubrania, które opiérają się modzie i rozkazów jéj nie słyszą: kurta szara, czamarka czarna, lisiurka zielona, czapka z baranem, kapelusz słomiany, i twarde rękawice łosiowe.
Niedawno piérwszy strojniś w mieście, na wsi przyjął ten rodzaj stroju powszechnego, który go nie odróżniał od innych, a uwalniał od myślenia o najgłupszéj ze wszystkich reguł towarzyskiego życia — o modzie, skomponowanéj dla próżniaków.
Całkiem pustelnik, wyrzekłszy się świata, bo nawet do najbliższego nie jeździł miasteczka, chciał żyć sobie tylko, nie zważając na nic i nikogo, i całym dniem rozporządał jak chciał, jak zamyślił. Nie miał interesów żadnych, nic mu nie przeszkadzało, i rad był swojéj swobodzie, przekładając ją nad życie miejskie, a w duchu obiecując sobie, że do niego już nigdy a nigdy nie wróci.
— Czyż jeszcze niedość znam ludzi? — mówił do siebie. — Czyż znowu cierpieniem miałbym nowe doświadczenia płacić? Na co! Czyż mi nie dość? Ilużto ludzi nie ma téj swobody, takiego kątka, takiego życia jak moje, niezawisłości mojéj. Ilużto jeszcze mogłoby mi zazdrościć? Na co mi świat, kiedy mi wystarcza Jakób, pies, strzelba i kilka ulubionych książek; kiedy mam las, wodę, ziemię, powietrze moje, kawałek mojego nieba; kiedy o nic nikogo nie proszę i nie mam natrętów, i jestem tak dobrze, tak spokojnie sam jeden! I tak życia łódkę do brzegu dobić można, nie szukając szérszego morza i burzy.
To mówiąc zawsze jednak wzdychał Tadeusz, jakby żałował, że mu się przeszłość nie udała, jakby czegoś więcéj wymagał jeszcze od życia, jakby roił nadzieję, do których sam sobie nie chciał się przyznać.
Sam żal przeszłości, samo do niéj odzywanie się, malowało stan jego duszy nieukołysanéj jeszcze, niespokojnéj, wyglądającéj wynagrodzenia za boleść doznaną, tak jak zwykle po każdéj człowiek od losu wymaga zapłaty. Jest w nas przeczucie szczęścia: zranione serce czuje, że mu się coś za jego bliznę należy, ale ślepo szuka nagrody na pobojowisku, gdzie bój panuje tylko ze śmiercią i zniszczeniem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.