Ucieczka (Szarecki, 1929)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Wstęp: Ucieczka
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


WSTĘP
UCIECZKA
Gdańsk. Neugartenstrase Nr. 53 JWP. Zygmunt Fonberg.

Kochany Zydziu!
Zdumieniem wielkiem napełni się zapewne Twoje szlachetne serce, gdy po otworzeniu tej koperty, adresowanej do Ciebie, znajdziesz w niej drugą kopertę, zaadresowaną do „JWP. Pułkownika dr. Bolesława Szareckiego, Warszawa, ul. Mokotowska Nr. 49. m. 5.“ Zdziwisz się, czy nie? A może sam się domyślisz, o co chodzi? — Wiem wprawdzie, żeś bystrością umysłu nigdy nie grzeszył, ale w tym prostym wypadku życiowym wystarczy Ci chyba ta homeopatyczna doza inteligencji, którą posiadłeś, przebywając często w mojem towarzystwie. He, Zydziu?
Nie chcę Ci zresztą pisać gorzkich słów prawdy i jątrzyć niezagojone rany, teraz zwłaszcza, gdy mam zamiar prosić Cię o wyświadczenie mi wielkiej przysługi.
Słuchaj, Zydziu — tę kopertę, adresowaną do mojego papy, bądź łaskaw wrzucić do skrzynki pocztowej u siebie w Gdańsku. I to natychmiast. Idź już i wrzuć. Doczytasz później. Czyś już poszedł? Idźże prędzej, synu Ali Baby i czterdziestu rozbójników!
Przekonany jestem głęboko, żeś jeszcze nie poszedł, a sterczysz w miejscu, jak kołek, i czytasz dalej.
— No, trudno — zawsze byłeś uparty i robiłeś mi na złość.
Żeby Cię żądze ciekawości nie kąsały i żebyś wykoncypował sobie nareszcie, o co chodzi, podaję Ci treść mojego listu do ojca:
„Kochany Ojcze! Gdy czytać będziesz ten list, ja znajdować się już będę zapewne na pokładzie statku, idącego na morza dalekie. Pamiętasz zapewne naszą ostatnią rozmowę o wstąpieniu mojem do Szkoły Morskiej, gdyś oświadczył kategorycznie, że nigdy nie dopuścisz do tego, by syn Twój był marynarzem. Że o innej dla mnie myślałeś karjerze, że chciałbyś, bym został prawnikiem, inżynierem, dyplomatą, księdzem chociażby, zaś nigdy marynarzem!
„Ja kocham morze i bez niego obyć się nie mogę. Proszę Cię więc gorąco o pozwolenie wstąpienia do Szkoły Morskiej.
„Za dwa dni zatelefonuje do Ciebie mój pośrednik i zapyta, czy zgadzasz się, czy nie.
„Jeśli się zgodzisz, wracam natychmiast do domu. Jeżeli zaś odpowiedź będzie odmowna, to, wybacz, statek, na który się zaciągnąłem, odpłynie za tydzień, a razem z nim odpłynę ja.
„Wtedy już zobaczymy się nieprędko.
„Jeszcze raz proszę Cię bardzo o pozwolenie wstąpienia do Szkoły Morskiej.

Gorąco kochający Cię syn Jurek“.

„P. S. Pośrednik, który będzie do Ciebie telefonował, natychmiast po otrzymaniu odpowiedzi zadepeszuje do mnie“.
— No co, Zydziu, zrozumiałeś wreszcie? Może jeszcze nie wszystko dostatecznie jasne dla Ciebie?
Pewien jestem, że nie rozumiesz, po kiego licha list do mojego ojca wrzucać będziesz do skrzynki pocztowej Ty, a nie ja sam. Zgadłem? Nie wiesz? Zrozumiej więc, ciemny człowieku, że z pięcioma złotemi w kieszeni wyjechać z Warszawy do Gdańska odważy się tylko warjat i to nie każdy.
Poco mi zresztą pchać się do Gdańska? Przecież nie gdzie indziej, a właśnie w Gdańsku policja łapie takie, jak ja, ptaszęta zamorskie, do Ameryki, do Indjan się wybierające!
Ojciec, oczywiście, po otrzymaniu ode mnie listu ze stemplem pocztowym W. M. Gdańska wierzyć będzie święcie, że ja nie gdzie indziej, tylko akuratnie tam się znajduję. W Gdańsku też szukać mnie będą rozmaite Sherlocki Holmesy i inne Pinkertony, najęte przez ojca. Niech szukają. Szukajcie, a znajdziecie, powiada przysłowie; zobaczymy, czy w tym wypadku się sprawdzi. Niezawsze przysłowia się sprawdzają.
No, bądź zdrów, Zydziu, kończę już ten przydługi list. Całuje Cię, spluwając z obrzydzeniem.

Twój szczery przyjaciel Jurek.

P. S. Nie piszę Ci, gdzie będę przebywał, abyś, wzięty na śledztwo i bity mocno po gębie, przysiąc mógł na brodę Mahometa, że naprawdę nie wiesz, gdzie jestem.

***

Śniłem cudny sen. Sen o morzu. Wizja jego fal, toczących swe ogromne cielska o białych kędzierzawych grzbietach pian po modrej, bezmiernej, na horyzoncie z błękitem nieba się stykającej płaszczyźnie, prześladowała mnie już oddawna. Urodzony nad brzegami morza Czarnego, pokochałem lazury niebios i wód mórz południowych. Gdy w następnych latach mego życia ujrzałem po raz pierwszy Bałtyk, przekonałem się, że nie jest on tak szary, jakim go opisują, i niebo nad nim też nie jest zawsze pochmurne. Pokochałem też morza północy. Odkąd miłością swoją objąłem wody wszystkich stron świata, rozpoczęła się męka. Wszystko przypomina mi morze. W mieście rechot pojazdów i gwar ludzi wydawał mi się szumem fal, bijących rytmicznie w skały wybrzeża, na wsi łany zbóż, kołysane podmuchami wiatru, robiły na mnie wrażenie oceanu o złotej barwie fal. Nawet w szkole monotonny i szepleniący głos profesora matematyki w uchu mojem przeistaczał się w łagodny szmer pian morskich, pieszczących piasek wybrzeża.
To ostatnie zjawisko akustyczne przyczyniło się niemało do obniżenia i tak już niewysokiego poziomu mojej wiedzy matematycznej.
Gdy więc dolazłem do klasy siódmej, a tęsknota do morza i niewiedza w dziedzinie nauk ścisłych osiągnęły u mnie punkt kulminacyjny, powiedziałem sobie: basta. Mam już dość życia lądowego, chcę na morze!
Tak powiedziałem ja. Ale Vis Maior, którą w danym wypadku uosabiał mój wszechwładny w stosunku do mnie ojciec, zdecydowała inaczej. Powiedziała mianowicie: Skończ szkołę, a później będziemy mówić o morzu.
Łatwo powiedzieć — skończ szkołę.
Jak tu ją skończyć, gdy się ma na tercjał same „dwóje“ i „konie“, a jedyna piątka, słabo ratująca sytuację, wysłużona została na boisku gimnastycznem?
Ja więc, jak z powyższego wynika, zamiaru ukończenia szkoły nie miałem, szkoła zato powzięła mało szlachetny zamiar „ukończenia mnie“.
Wieść o tem, krążąca wśród kolegów, zrazu głucha i niepewna, stawała się coraz głośniejsza, nabierała cech prawdopodobieństwa, aż w pierwszych dniach marca, stała się rzeczywistością.
Dyrektor wezwał mnie do siebie i oznajmił, że za trzy dni wydalony zostanę ze szkoły. Powód: zbyt ciche postępy i zbyt głośne w stosunku do nich sprawowanie. Kismet! — powiedziałem sobie w duchu — teraz już niema innego wyjścia z tej sytuacji bez wyjścia. Wyruszam na morze. Zimno i z rozwagą zacząłem przygotowywać zamach stanu. Odrazu zostać marynarzem było niemożliwe. Trzeba było najpierw ukończyć Szkołę Morską. Żeby ukończyć Szkołę Morską, trzeba było uzyskać pozwolenie ojca. Żeby uzyskać pozwolenie nie chcącego dać pozwolenia ojca, trzeba było uciec z domu. Pierwszym więc etapem w drodze do celu była ucieczka. Plan ten wykonałem z precyzją i ścisłością matematyczną, której, sądząc z postępów w szkole, trudno się było po mnie spodziewać.
Postanowiłem nie bawić się w dalekie podróże, a ukrywać się w okolicach Warszawy, żeby zaś odwrócić uwagę rodzicielską od właściwego miejsca mego pobytu, przeprowadziłem ową kombinację listową, z której jasno wynikało, że przebywam w Gdańsku.
Do spisku wciągnąłem kilku swoich najbliższych przyjaciół. Każdy z nich miał nałożone na siebie odpowiednie funkcje. Jedni z nich, „funkcjonarjusze mieszkaniowi“, mieli obowiązek dostarczania mi mieszkań (mieszkania musiałem często zmieniać ze względu na spodziewany pościg policji), drudzy, „spożywczy“, troszczyć się mieli o moje odżywianie, trzeci wreszcie pełnić mieli służbę najtrudniejszą i najbardziej odpowiedzialną: wywiadowczą.
Postanowione mianowicie zostało, że najsprytniejsi z moich „pomagierów“ przychodzić będą co jakiś czas do zrozpaczonego ojca i dowiadywać się oględnie o nastrojach domowych co do udzielenia mi pozwolenia na wstąpienie do wymarzonej Szkoły Morskiej.
Tak zorganizowawszy wszystko z najdrobniejszemi szczegółami, dnia 15 marca zapakowałem do małej walizki niektóre artykuły pierwszej potrzeby, wsunąłem do kieszeni dwie kajzerki i wyszedłem z domu.
Na dworze była podła, marcowa pogoda, kropił deszcz. Przed domem oczekiwał już mój agent mieszkaniowy, szkolny kolega Damazy.
— Zdecydowałeś się jednak? — odezwał się on, widząc mnie z walizką.
— Allah jest mądry, a ty głupi — odrzekłem mu na to ze zdenerwowaniem, zrozumiałem w mojem położeniu — nigdy się nie cofam przed stanowczym krokiem w życiu. Chodźmy.
— Jak tam z mieszkaniem? — zagadnąłem.
— Właśnie chciałem ci powiedzieć — zaczął, wzdychając, Damazy — że z mieszkaniem jest krucho. Przyjechała do nas kuzynka z Krakowa i wpakowała się do pokoju, w którym miałeś mieszkać. Do mnie więc nie można.
— Carramba! — zawołałem z oburzeniem — a niech ją gęś kopnie za to, że przyjechała. Cóż ja teraz zrobię? Do Stefana będę mógł się wprowadzić dopiero za cztery dni, do domu już nie wrócę, bo pojutrze nadejdzie mój list z Gdańska, w Łazienkach nie można nocować, bo deszcz pada. Cóżeś uczynił ze mną, Judaszu?!
— Jest na to rada — spokojnie odrzekł Damazy — znam pewien dom w Drewnicy, na którego strych podejmuję się ciebie zaprowadzić, i tam przesiedzisz te trzy dni. Później przyjdzie po ciebie Stefan i zabierze do siebie.
— Jakże ja wlezę na strych cudzego domu?
— Nie bój się, ja to urządzę.
— A jak przyjdzie Stefan, jakże się do mnie dostanie, żeby go nie zauważono?
— Przyjdzie za trzy dni, o godz. 2-giej w nocy, pod dom i będzie gwizdał arję Torreadora, a ty wyleziesz przez otwór w dachu i po rynnie zjedziesz nadół.
— Gdzież ja w nocy będę szukał tej dziury w dachu?
— Oto plan strychu — rzekł Damazy, dając mi jakiś papierek.
— Ha, fiat voluntas tua — rzekłem zrezygnowany. Jedziemy do Drewnicy.
O godzinie dziesiątej wieczór znajdowałem się już, otoczony egipskiemi ciemnościami, na strychu obcego mi zupełnie domu. Przewidując, że mieszkańcy mogą wejść na strych po wiszącą tam właśnie bieliznę lub jeszcze po co innego i, zauważywszy intruza, wrzask srogi podniosą, mniemając, że jestem złodziejem bielizny lub uciekinierem z pobliskiego zakładu dla umysłowo chorych — wlazłem w mikroskopijnie mały podstryszek, znajdujący się pod samym dachem.
Przestrzeń, jaką rozporządzałem tam dla swojej wygody, a właściwie niewygody, wynosiła nie więcej, niż dwa metry sześcienne, wobec czego mieszkać tam mogłem jedynie w pozycji leżącej, bo nawet przewrócenie się na bok było utrudnione z powodu bezpośredniego sąsiedztwa dachu.
Schodzić nadół zaś, na obszerniejszą przestrzeń strychu, było ryzykowne, gdyż podstryszek znajdował się wysoko nad strychem i odgłos skoku mógł łatwo zaalarmować mieszkańców. Poza tem tuż koło miejsca zejścia z podstryszku znajdowały się schody, prowadzące na sam dół domu, w ciemności więc bardzo łatwo mogłem trafić, stoczywszy się po tych schodach wprost w ramiona owego tęgiego policjanta, który mieszkał na dole.
Leżałem tedy smętny na jakiemś tłuczonem szkle, wsłuchując się w namiętne krzyki kotów, harcujących po dachu.
Ze zdenerwowania nie mogłem zasnąć, tem bardziej, że lał deszcz i na moim podstryszku robiło się mokro.
Myślałem o domu, o ojcu, o matce, o tem, że już pewnie się niepokoją z powodu mojej długiej nieobecności. Robiłem domysły, co ojciec uczyni, gdy nadejdzie ranek, a mnie jeszcze nie będzie? Ojciec mój był człowiekiem dobrym, ale surowym, i ucieczka moja była pierwszem jawnem wypowiedzeniem mu posłuszeństwa. Zrobiło mi się ciężko na duszy. Na dachu pluskał deszcz i gdzieś w ciemności miauczały koty.
Tak leżałem długie godziny. Nastał dzień. Przyjście jego poznałem po ruchu w całym domu i po tem, że zabielały zlekka szpary w dachu, przez które obficie lała się na mnie w nocy woda deszczowa.
Dzień ten minął bez przygód, aczkolwiek w trwodze, że mnie odkryją na strychu i romantyczne przedsięwzięcie moje skończy się prozaicznie zbiciem po gębie, jako złodzieja bielizny lub warjata, zbiegłego z zakładu.
Minęła noc, podczas której znów zmokłem z powodu deszczu i nie spałem, strasząc marcujące się koty światłem mojej elektrycznej latarki. Była to jedyna, wątpliwa zresztą, rozrywka, rozganiająca smutne myśli o domu.
Następny dzień tak, jak poprzedni, nie przyniósł nic nowego. Już dwie doby nie spałem i nic nie jadłem, gdyż owe dwie kajzerki, zabrane z domu, zgubiłem, drapiąc się na podstryszek. Do ciężkich przeżyć moich duchowych dołączyły się też cierpienia fizyczne. W nocy, jak zwykle, popadywał deszczyk, a ja mokłem.
Z nadejściem rana obliczać zacząłem godziny, dzielące mnie od chwili, gdy usłyszę przecudną arję Torreadora z opery Carmen, zapowiedzieć mającą przyjście kolegi Stefana i uwolnienie moje z tego parszywego strychu.
Cały ten dzień deszcz lał, jak z cebra, tak, że dosłownie zaczynałem pływać, jak okręt, rozbijając się od czasu do czasu o skały podwodne szkła, którego tam, jak wspomniałem, braku się odczuwać nie dawało. Jak i poprzednio, dnia tego zasnąć, mimo tytanicznych wysiłków, nie zdołałem.
Z nastaniem nocy zacząłem nasłuchiwać.
Już o dziesiątej godzinie cały dom spał snem kamiennym. Cisza panowała śmiertelna, przerywana tylko tradycyjnym chlupotem deszczu.
Nafosforyzowana wskazówka mojego zegarka minęła północ, minęła godzinę pierwszą i zbliżać się zaczęła do godziny drugiej. Zmieniłem się cały w słuch. Wszystkie moje uczucia, myśli i pragnienia skoncentrowały się w uchu. W rozgorączkowanym mózgu brzmiała wspaniała arja Torreadora: Torreador... Torreador... śmia... ło... rzuć... się... w... w bój — pukało pośpiesznie serce.
Minęła godzina druga, a na dworze było cicho, jak w mogile. Minęła trzecia i żaden odgłos nie zamącił monotonnego chlupotu deszczu. Rozpacz mnie porwała.
Ach, ty wuju wielbłąda, pomiocie tchórzliwego szakala — myślałem gniewnie o Stefanie — tak to można na ciebie liczyć, ty kłamliwy mężu czterdziestu tysięcy czarownic?!
Trzeba się było na coś zdecydować — umierać z głodu na strychu zamiaru nie miałem.
Postanowiłem sam się wydostać z niewoli. Walizkę porzuciłem w miejscu, gdzie leżała, a sam tyłem czołgać się począłem w ciemnościach do skraju podstryszka. Dolazłem. Nogi moje zwisły w próżni. Zaraz pode mną znajdowały się strome schody, prowadzące nadół. Okalała je barjerka, na której chciałem stanąć, żeby nie robić głośnych skoków po strychu i nie budzić mieszkańców. Zawsze szanowałem sen ludzki. Poświeciłem latarką. Zaświeciła mdłem światełkiem i zaraz zgasła, — baterja się zużyła podczas moich walk z kocim nierządem. — Cholerra! — zakląłem w duchu, nagłos bowiem bałem się. Ten krótki błysk latarki wystarczył mi jednak do określenia miejsca, w którem się znajdowała barjerka. Obliczyłem, że, jeżeli zwisnę na ręku, trzymając się za skraj podstryszka, to nogami dosięgnę barjerki.
Powoli zaczynam zwisać, macając nogami w ciemności. Ot, tutaj, pod lewą nogą powinna być barjerka, a tu na prawo przede mną, według obliczeń, stoi słup, za który się przytrzymam, gdy stanę na barjerce.
No, hop!
Puściłem ręce i... w jednej chwili znalazłem się na samym dole schodów wraz z całym potokiem jakichś beczek, butelek, wiader i łopat, które to instrumenta, strącone skądciś mojem ciałem, poleciały wraz ze mną wdół, hałas czyniąc taki, że obudziłyby nietylko czujnego lokatora-policjanta, mieszkającego na dole, ale samego boga snu, Morfeusza.
W jednej chwili wyprysnąłem z pod przygniatających mnie łopat i butelek i wbiegłem zpowrotem na strych. Do hałasu beczek, ciągle się toczących po stromych schodach i nie mogących znaleźć sobie odpowiedniego miejsca, dołączyło się szczekanie zbudzonego psa i jakiś chrapliwy głos męski — Franka, a co to tam na strychu się wyczynia?!
„Bywają przykre chwile w życiu“ — rzekł podobno rak, gotując się we wrzątku.
Nie jestem rakiem, nie siedziałem też we wrzątku, lecz zrobiło mi się niemniej przykro, jak owemu rakowi.
Uciekać nie było gdzie. Rzuciłem się zdesperowany na jakąś słomę i nasłuchiwałem z biciem serca rozmowy na dole.
— Co tam je na strychu, pytam się — grzmiał głos męski.
— Et nic, koty się marcujom — odpowiedział głos kobiecy.
— Koty, jak koty, a pójść i zobaczyć warto.
— Jak chcesz, ja spać będę.
— Cóż to, ja sam mam iść?
— A jak chcesz.
Słuchałem tej rozmowy to głośnej, to zacichającej aż... zasnąłem.
Do dziś dnia zrozumieć nie mogę, jak w takiej sytuacji mogłem zasnąć. Bardzo widać byłem wyczerpany duchowo i fizycznie.
Gdy obudziłem się, było już cicho. Nie przyszli — pomyślałem — myśleli, że koty...
Spojrzałem na zegarek — była godzina wpół do czwartej, spałem więc nie dłużej, niż piętnaście minut.
No, trzeba „dawać fraka“ — mruknąłem, za kilka godzin będzie już widno.
Wstałem ze słomy i szukać począłem owej dziury w dachu, o której wspominał Damazy.
Eheu! — nie było jej nigdzie.
O, plemię jaszczurcze! — przeklinałem. Szczeniaki rajskie, na każdym kroku niespodzianki mi urządzają. Poczekajcie, rozmówię się jeszcze z wami!
Zamiast dziury, natrafiłem na jakieś drzwi, prowadzące do komórki, w której znajdowało się okno. Wyjrzałem z niego ostrożnie. Tak, wychodzi na podwórko. Tędy droga, wspaniały żeglarzu — mruknąłem uradowany.
Okno znajdowało się na wysokości drugiego pietra. Żadnej rynny wpobliżu — wleźć było niepodobieństwem. Skakać nie ryzykowałbym: śmierć pewna lub w najlepszym wypadku złamanie zadnich nóg. Ale na wysokości dwóch metrów nad oknem zauważyłem ciemne zarysy haku. Tuż nad hakiem znajdował się dach. W głowie zaświtał mi plan: zaczepić jaką linkę na hak, wdrapać się po niej na dach, a z dachu już zleźć po rynnie nadół. Plan swój zacząłem realizować w błyskawicznem tempie. Pozrywałem sznury, na których się suszyła bielizna, i skręcać począłem linę. Śpieszyłem się, gdyż bałem się, że zacznie świtać i trzeba będzie siedzieć na strychu jeszcze jeden dzień. Linka wypadła nieźle, niepokoiło mnie tylko, że sznurki były podgniłe od wilgoci rozwieszanej na niej bielizny i niebardzo mocne. Stanąłem na parapecie okna, zrobiłem pętlę i zarzuciłem ją na hak. Zrobione. Pociągnąłem kilka razy. Trzyma. All right — można leźć.
Przeżegnałem się, grzesznego ducha Bogu polecając, i przełożyłem jedną nogę za okno. Krótka chwila wahania: przełożę drugą nogę, a będę już stał tylko na cienkim gzymsie, na wysokości drugiego piętra, trzymając się przegniłej linki.
No nic — raz maty rodyła.
Hop! — druga nóżka też za oknem.
Zaczynam powoli wspinać się do góry. Trrrr... trrr... potrzaskuje linka — trrr... trrr... lezę dalej. Ha, już niedaleko, jeszcze jeden wysiłek, a złapię ręką za krawędź dachu i będzie po niebezpieczeństwie.
Raptem... poczułem okropny ból w krzyżu i skądciś zdaleka usłyszałem głos mego ojca.
Poza tem nic — ciemność i martwa cisza, tylko ból czuję straszny, dech w piersi zatykający, i słyszę daleki głos ojca.
Głos się zbliża, potęguje, rośnie, wibruje z każdą chwilą coraz silniej, aż rozbrzmiewa gdzieś zbliska rozdzierającym jękiem. To już nie jęk ojca — słyszę swój własny głos: Boże... Boże...
Ból w krzyżu staje się wyraźniejszy, ciemności ustępują i... spostrzegam, że leżę w kałuży na ziemi, trzymając w ręku kawał oberwanej liny i beczę z bólu baranim głosem.
Stłumiłem oczywiście odrazu ten mimowolny krzyk i spróbowałem się podnieść. Trudno. Popełzłem parę kroków na czworakach. Wkońcu wstałem i zgarbiony, chwiejący się wyszedłem z podwórka w wiejską ulicę. Cud Boski — pomyślałem sobie — zleciałem z drugiego piętra, żyję, mało tego — kręgosłup, zdaje się, mam cały.
Powlokłem się słaby i rozbity w kierunku szosy. Jedna myśl tylko panowała w głowie: nie jestem już na strychu, jestem na wolności.
Ledwie żywy dolazłem do Warszawy. Była godzina piąta zrana. Doczekałem się otwarcia bufetu na dworcu głównym i poszedłem pokrzepić swoje znękane ciało.
Na publiczność, znajdującą się w bufecie, oraz na kelnerów, wrażenie wywarłem piorunujące. Wyglądałem rzeczywiście, jakbym przed chwilą dopiero wylazł z wąskiej rury kanalizacyjnej: zabłocony, mokry, pokryty słomą, blady i wogóle ledwie żyjący, uchodzić mogłem za nieboszczyka, który, znudziwszy sobie pobyt w mogile, zwiał z cmentarza do bufetu dworca głównego.
— Proszę herbaty i butersznitów — zażądałem. Sam się przeraziłem, lecz nie menu swojego, a głosu, jakim to było powiedziane. Głos to był taki słaby i żałosny, że mnie samemu zapłakać się zachciało nad sobą.
Po herbacie jednakże i butersznitach odzyskałem siły na tyle, że zadziwiłem całą salę gromkim okrzykiem: płacić!
O trzeciej godzinie dnia tego spotkałem się ze Stefanem i już o czwartej zamieszkałem w willi jego ojca w Ząbkach. Naiwnemu ojcu jego bujałem codziennie przy obiedzie, że rodzice moi wyjechali zagranicę, a ja z nudów jedynie przyjąłem zaproszenie Stefana zamieszkania z nim na jakiś czas.
Z nieobecności swojej owej krytycznej nocy tłumaczył się Stefan w ten sposób, że miał randkę i nie mógł przyjść.
— Randka — mówił — dla mnie suprema lex i żaden przyjaciel na strychu w takim wypadku nic mnie nie rozczula.
— Szakalu — powiedziałem mu tylko, lecz takim głosem, że pobladł i cofnął się parę kroków.
Codziennie przyjeżdżali do mnie z raportami „wywiadowcy“ i donosili, że sprawa stoi pomyślnie, że poszukiwania policji w Gdańsku spełzły na niczem i po fakcie tym mój biedny, zmartwiony ojciec skłonny jest do daleko idących ustępstw na moją korzyść.
Rozczuliłem się tem ogromnie i kazałem, jak to było ułożone, zatelefonować do ojca i spytać ostatecznie: zgadza się, czy nie, na moje wstąpienie do Szkoły Morskiej.
Piątego dnia pobytu mojego u Stefana przyniesiono mi ustną odpowiedź ojca: zgoda na wstąpienie do marynarki.
Nazajutrz byłem już w domu.
— Wróciłeś synu marnotrawny — powiedział ojciec, całując się ze mną serdecznie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W trzy miesiące potem płynąłem już na statku, jako uczeń Szkoły Morskiej, w pierwszą ćwiczebną podróż na wyspę Maderę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.