Uchuł (Ossendowski, 1930)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Uchuł
Podtytuł (Szkic z podróży przez Gobi)
Pochodzenie Nieznanym szlakiem
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
UCHUŁ
(Szkic z podróży przez Gobi.)

Gdy podróżnicy po Centralnej Azji opuszczają ostatni mongolski klasztor na południu — Narabanczi, przechodząc przez zdradziecką rzekę Zapchyn, zagłębić się muszą w posiadłości chana Jassaktu.
Południowe obszary tego chanatu wchodzą już w skład zachodniej części pustyni Gobi, tak zwanej Naron-Khuhu-Gobi.
Straszliwe i ponure są to miejsca.
Jak tylko wzrokiem sięgnąć można, ciągną się żółto-szare martwe piaski, zrzadka tylko porośnięte badylami twardej, ostrej trawy, której nawet wielbłądy nie chcą tknąć. Lecz i te resztki roślinności znikają wkrótce i przed oczami podróżnika odłogiem leży Naron-Khuhu-Gobi. Ocean piargów, nawiedzanych przez wicher, ocean, pokryty falami nagich wałów i pagórków, śród których, jak śród fal morskich, odbywają swoją ostatnią podróż topielce — szkielety ludzi, koni i wielbłądów.
Gdym opuszczał Narabanczi, kierując się przez pustynię do chińskiej prowincji Kansu, przeor klasztoru, czcigodny Dżełyb-Dżamsraphutuhtu, dał mi specjalny amulet, w postaci jedwabnej chustki z napisami zaklęć, i wyrzekł słowa, które strachem przejęły moich Mongołów.
— Chorczók choł uch morityj — chun oczirchonył... cecèg-charà-uchùł!...[1]
Długo milczeli Mongołowie, a później zadali kilka pytań, z których zrozumiałem straszliwą tajemnicę pustyni.
Czarna ospa jest plagą koczowników Centralnej Azji. Całe plemiona wymierają od tej choroby. Ogromne obszary Chałchi, Chin, Afganistanu, Tybetu rok rocznie są ogłaszane, jako zakazane dla koczowania i osiedlania się. Takie miejscowości są poznaczone wysokiemi masztami, z powiewającemi na nich czarnemi lub żołtemi flagami w postaci trójkątów, z napisanym na nich jednem tylko słowem — „Uchùł“[2].
Do tych to miejscowości, zakazanych przez uczonych kapłanów-lamów, zwożeni są chorzy na ospę. Żaden z nich nie ma prawa przed uzdrowieniem opuścić tego miejsca rozpaczy i straszliwej choroby, pod groźbą okrutnej śmierci od szponów złego ducha Cecèg. Nikt nie powinien zjawiać się w wyklętym obwodzie pod karą śmierci. Kto zaś umyślnie, czy przypadkowo tam się dostał, jest obowiązany pozostać do czasu, aż ostatni z chorych opuści z zezwolenia lamy-lekarza obóz ospy.
Najczęściej nikt nie pozostaje tam przy życiu, umiera nawet lama-lekarz, i tylko kości męczenników i porwane strzępy flag tkwią śród piasków pustyni.
Czasami epidemja jednocześnie szerzy się w różnych krajach Azji, a wtedy do Naron-Khuhu-Gobi ciągną zdaleka, aż z poza Himalajów karawany z chorymi, gdyż podanie twierdzi, że zaraza z pustyni tej nie powraca, ginąc wraz ze swemi ofiarami.
Tak było właśnie wtedy, gdyśmy przecinali Naron-Gobi pomiędzy grzbietami Boro i Khara, to też Mongołowie szczegółowo rozpytywali przeora, w jakiem miejscu wystawione są flagi „uchùł“.
Ruszyliśmy... Przezroczyste, drgające od odbitych przez piasek promieni powietrze pochłonęło nas, jak najgęstsza mgła. Lekki wiatr niósł drobny pył, który się zakradał do ust, gardła, nozdrzy i oczu i z lekkim zgrzytem biegł po powierzchni wydm...
Czasami na horyzoncie majaczyły czarne ruchome punkciki, szybko znikające. Wiedzieliśmy, że były to małe stadka dzikich koni, silnych i lekkich w biegu, a czujniejszych od argali — skalnych kozłów Bogdo-Uła.
Na trzeci dzień w parę godzin po południu spostrzegliśmy wielbłąda.
— Wielbłąd osiodłany, ale „chom“[3] na nim nie nasz — oznajmili przewodnicy.
Skierowaliśmy się w tamtą stronę.
Na stoku piasczystego pagórka stał wielbłąd, a przed nim wysoki, chudy człowiek o smętnej czarnej twarzy i szeroko rozwartych, pełnych niepokoju oczach. Miał na sobie biały płaszcz i białą płachtę okrywającą usta.
— To człowiek z dalekiej Afagi[4] — rzekł jeden z Mongołów.
Czarny człowiek patrzał w naszą stronę.
Podjechaliśmy do niego z mongolskiem pozdrowieniem. Odpowiedział po mongolsku zachrypniętym i obojętnym głosem.
Mongołowie po zwykłych ceremonjach palenia fajki i zdawkowych pytań, rozpoczęli rozmowę. Afgańczyk mówił po mongolsku bardzo źle. Przewodnicy zrozumieli go jednak i przestrach odbił się na ich twarzach.
— Co tam takiego? — spytałem.
— Ten człowiek jedzie do zakazanego obwodu Cecèg-charà. Z jego dalekiej ojczyzny przywieziono tu młodą dziewczynę, — która jest jego narzeczoną. Zły duch Cecèg dotknął jej swemi przeklętemi palcami, a ciało jej pokryły czarne wrzody choroby. Wsadzono ją wraz z innemi na wielbłądy i rzucono tu do Naron-Khuhu-Gobi na pastwę złego ducha... Czarny człowiek nie mógł czekać na jej powrót w swoim domu i przybył tu... Chce przekroczyć granicę „uchùł“ i pozostać przy dziewczynie na śmierć lub życie... Powiada, że serce mu już umarło z troski o nią...
Kazałem rozpalić ognisko z „argyłu“[5] i przyrządzić herbaty. Częstowałem Afgańczyka, który smętnym głosem opowiadał o niepokoju i męce swojej, a później oznajmił, że ma ostry wzrok i, że daleko na horyzoncie zoczył już złowrogie czarnożółte znaki śmierci. Postanowił więc pozostawić tu wielbłąda, aby się nie zbliżał do niebezpiecznego miejsca, a sam miał zamiar iść piechotą do obozu chorych.
Rozstaliśmy się o zachodzie słońca, gdy wyznawca Islamu Afganczyk rozpoczął już wieczorny „salam“.
Siedząc na ziemi, zapatrzony w zachodzące słońce, w milczeniu skinął nam na pożegnanie ręką.
Wkrótce zniknął nam z oczu...

∗             ∗

Tą samą drogą powracaliśmy w trzy miesiące później.
W pustyni szalał wicher, wróżący bliską zimę. Chmury piasku mknęły nad ziemią, znosząc pagórki, zasypując wąwozy i tworząc nowe góry, sypkie i ruchome, jak widma bezbarwne i bezkształtne...
— Tu spotkaliśmy człowieka z Afagi... — odezwał się jeden z Mongołów.
Poznałem to miejsce. Ukryte za wysokiemi wydmami przechowało jeszcze ślady naszego ogniska, przy którem leżał jakiś rzemyk z czerwoną kitą na końcu i złamany cybuch od fajki.
Mongołowie zaproponowali, by zatrzymać się tu na nocleg. Zgodziłem się. Przewodnicy poszli na poszukiwanie „argyłu“ na ognisko, lecz wkrótce zaczęli wołać na mnie.
O trzysta kroków od naszego obozu ujrzałem trup wielbłąda. Był osiodłany sposobem afgańskim, a padł zapewno już oddawna, gdyż sępy i kruki zdążyły już rozszarpać mu głowę, szyję i brzuch.
Nic więcej nie znaleźliśmy. Nigdzie nie spostrzegliśmy nawet najmniejszego śladu człowieka.
Gdzie jesteś, czarny człowieku z Afagi dalekiej? Czyś odnalazł tę, którą umiłowało twoje dzikie, a wierne serce? Czy już stała się ofiarą potwornego ducha Cecèga, a tyś walczył z nim i padł, czując, że ciało umiera w mniejszych cierpieniach, niż te, które zabiły twoje serce, stroskane niedolą kochanki.
Może żyjesz jeszcze szlachetny, czarny człowieku? Jaki los spotkał ciebie? Jeżelis zginął, jakie były ostatnie chwile twego ponurego zgonu?...
Milczała Naron-Khuhu-Gobi i tylko mknący piasek szumiał, złowrogo wył wicher, a w tych odgłosach pustyni martwej dosłyszałem tylko:
— Uchùł... Uchùł... Uchùł...


Przypisy

  1. Nie wolno podawać ręki napotkanym jeźdźcom, czarna śmiertelna ospa!
  2. Śmierć.
  3. Wielbłądzie siodło.
  4. Afganistan.
  5. Suchy nawóz wielbłądzi.

Zobacz też


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.