U stóp Giewontu (Faleński, 1913)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

U STÓP GIEWONTU.

Tam gdzie bucha wodospad z pod sklepienia tęczy,
I wyżej, gdzie zdrój jego w mglistej tryska chmurze,
Aż gdzie wreszcie grom dźwięczy,
I jeszcze, aż gdzie w wichrach pokutują burze,

U wejścia w Sejm, gdzie siwych skał sterczące węgły
W lodowej ciszy chmurne rozważają sprawy,
Stoi, w groźny próg wstrzęgły
Oprawca dolin, słońcem zachodowem krwawy.

Bowiem o wyszczerbiony krzemień tej epoki,
W koło której, drżąc, szumią gór struchlałe rzesze
Błyskawiczne wyroki
Gromowładną prawicą Bóg rozgłośnie krzesze.

Więc też lodozwał z trzaskiem z procy wichrów pchnięty,
Więc skał zręby miotane gradów grzmiących warstwą,
Więc potoków odmęty
Dziwnie tu wspólne zewsząd wiodą gospodarstwo.

Więc też, jak zajrzysz — cisza. Pod wyrocznem żniwem,
Próżno las wygrażając sęki bluźnierczemi,
W udręczeniu straszliwem,
W twardych granitach szukał serca matki ziemi.


Runął, a z nim przepadli w drzazgi, w puch lub w ćwierci,
Nieużyci i tkliwi, swoi i nie swoi;
Gdyż w tem państwie walk śmierci,
Sam tylko wykonawca jej nietknięty stoi.

Sam — sam jeden — wśród tego gniazda bujnej klęski,
Wspaniały, tą u stóp swych rumowisk ozdobą, —
Lecz w tej chwale zwycięskiej
Patrząc nań, strach cię bierze być sam na sam z sobą!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Felicjan Faleński.