U źródła światła
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | U źródła światła |
| Pochodzenie | Nieśmiertelniki |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Wydanie | pośmiertne |
| Data wyd. | 1923 |
| Druk | Drukarnia A. Gojawiczyńskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Nie była to banalna uroczystość, ta chwila, która w posiadanie gronu nauczycielek i uczennic seminarjum oddawała gmach nowy. W tej kaplicy białej i widnej, której ściany niknęły pod powagą purpurowych draperyj, zasiadło na estradzie grono dostojników świeckich i kościelnych. Przed nimi cały tłum, przeważnie złożony z kobiet i młodych dziewcząt. W głębi — organy. Na ścianach pozapalane gazowe światła. Powaga, cisza uroczysta i słowo „obowiązek“ na ustach wszystkich. A przecież tam na estradzie, jak nuta wiecznego wdzięku kobiecego — wiązanka kwiatów, bukiet białych tuberoz i chryzantemów w smukłym, kryształowym kielichu.
Ten snop kwiatów białych, czystych, wonnych niesie ze sobą czar miły i w sercach jakieś dziwne uczucie budzący. Te dziewczęta, tłoczące się poza rzędami krzeseł, przeznaczone na twardą dolę nauczycielek, nie przestaną przecież od życia spodziewać się kwiatów, woni i barwy. Szarą będzie ich dola, szarą bezwątpienia, ale wdzięk ich i czar, w duszy każdej kobiety jak kryształ zamknięty, potrafi tę szarość ubarwić kwiatem poezji, bez której życie nie jest życiem, ale nędzą bolesną i z trudem przez pewien szereg lat w katorżnej taczce wleczoną.
Wszyscy im mówią o ich obowiązkach, tym młodym dziewczynkom, których ciemne, jasne główki, aż całą chmurą zaległy salę. I one przyjmują to słowo z jakiemś poddaniem się, a nawet egzaltacją szlachetną i piękną. Gdy po mszy, odprawionej przez biskupa Webera i poświęceniu ścian przez ks. Turkiewicza — z estrady, na której więdły tuberozy, padły pierwsze słowa wiceprezydenta Rady szkolnej Bobrzyńskiego — dziewczęta, których nieśmiałe, czyste głosy przed chwilą wzywały Stwórcę o siłę i wytrwanie w pracy — spoważniały nagle.
Twarzyczki ich dziecięce powlokła powaga kobiet, gotowych do ciężkiej walki życiowej. I gdy ich dyrektor Zubczewski w następnem bardzo barwnem i dokumentowanem przemówieniu starał się rozwijać przed niemi całe pasmo ich obowiązków i odpowiedzialności, jakie na ich dziewczęce barki względem społeczeństwa spadną — twarzyczki coraz więcej powlekał cień przedwczesnej dojrzałości, rozjaśniany chwilami iskrą prawdziwej, serdecznej inteligencji i zapału. Nie zrobiły one na mnie wrażenia istot, dla chleba obierających zawód nauczycielski, ale miały już w sobie pewien hart i już zaznaczoną silną wolę umysłów, które obrały sobie cel w życiu, cel uczciwy i piękny i potrafią dojść do niego naprzebój, często o chłodzie i głodzie, ale wytrwale i dzielnie — kalecząc ręce do krwi o ciernie, ale nie czując ran, bo z ran tych wypływa struga ożywczego światła, mająca rozjaśnić ciemnotę i nędzę wydziedziczonych.
Dość spojrzeć na siedzące koło estrady nauczycielki, na ten szereg kobiet, których twarze prawdziwie mają na sobie piętno uduchowienia. Łagodne, spokojne, rozumne ich oczy spoczywają od czasu do czasu na gronie dziewcząt z jakąś pobłażliwą, wielką miłością. One były tem samem, taką chmurą jasnych i ciemnych główek — i dziś mają już niektóre siwiejące nad czołem pasma, a w sercu cały skarbiec bolesnych często zawodów, lecz i pewien wielki spokój z dokonanego w życiu obowiązku. A gdy przed estradą zjawiły się dwie postacie dziewczęce i głosy ich młodziutkie, pełne trwogi, mówić zaczęły, to w jednej chwili nastrój całej uroczystości przybrał cechę tak ciepłą, tak jasną — że otucha wstąpiła w serca, widząc, ile w tych młodych umysłach jest energji, ile tam zapału i pragnienia do niezboczenia z obranej drogi i do uczynienia z zawodu nauczycielskiego nie karjery, ale... posłannictwa.
Mówiło dwoje dziewcząt: Polka, panna Wajdówna i Rusinka, panna Witwicka. Pierwsze dziewczę biało odziane, blade, z wyrazem szlachetnej jakiejś dumy i energji w czarnych oczach, mówi rozumem i daje miarę, że ta reprezentuje stalowy hart tej części uczennic, które budzić będą rozum trzeźwy, inteligencję i w życiu swem umysły ludzkie budzić będą blaskiem wiedzy, zdobytej kosztem poświęceń całego życia. Druga mowa wybiegła z ust Rusinki panny Witwickiej, czarno ubranej młodziutkiej panienki, i ta mowa była cała sercem, tak jak tamta rozumem dyktowana.
To dziewczę mówiło o rodzinie, którą zastąpić ma nauczycielka dzieciom, o obowiązkach serdecznych nauczycielek dla uczennic i głos jej nieśmiały i drżący przenikał do głębi, ciepłem napawał. A gdy obie skończyły i znikły w tłumie, pozostało wrażenie skończonej całości, bo obie dopełniły się wzajemnie i dały to, co duszę każdej nauczycielki ożywić powinno — rozum i serce.
Gdziekolwiek pójdą te dziewczęta — czy to pod walący się dach ludowej szkoły, czy siądą na katedrze w eleganckiej sali — możemy być spokojni, iż duch ich jasny i czysty zapłonie, jak kryształowa lampa w świątyni społecznej. — I światło i ciepło dawać będzie ta lampa, przy której rosnąć będzie nowe pokolenie, kształcone kosztem ofiary tych młodych i pełnych poświęcenia serc kobiecych.
