Przejdź do zawartości

Tylko jeden krzyż!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Tylko jeden krzyż!
Pochodzenie W zamyśleniu
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1923
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


TYLKO JEDEN KRZYŻ!



 Tak się wydaje na razie — że śmierć Szulakiewicza to niepotrzebny zgon.
 Taka bezużyteczna śmierć.
 To machnięcie symboliczną kosą, która nic nie przynosi — wszystko zgładzi.
 Wszystko!
 To jest ten „oddech“ to życie — o którem mówi Szakal do bogini Bast w Eposie zwierzęcym egipskim — nazywając trafnie życie — oddechem świata.
 I tu zamarł na szczycie samotnym, zimnym, milczącym — zamarzł oddech młodego życia — które po junacku — bojko — bez troski, leciało wichrowo nad przepaściami, skacząc z głazu na głaz i śmiejąc się wśród zadymki śnieżnej.
 Zagasł „oddech“ — i w łańcuchu młodych istnień stworzyła się chwilowo luka, czarna jama, w której zamajaczył grobowy krzyż, a u stóp krzyża zabielała niewyraźna mgławica rozpraszającej się w Cudzie Jedności, duszy Szulakiewicza.
 I uderzono w wielki dzwon łez i smutku. Zbyteczna śmierć! — powiało od Tatr — zbyteczna i bezużyteczna. I zachwiało się w niejednym umyśle, w niejednem sercu przekonanie, iż nic się nie dzieje bezcelowo, że wszystko ma swoje wytyczone i przeznaczone miejsce, że każdy najdrobniejszy fakt odbije się w życiu Wszechświata echem czasem gigantycznych rozmiarów, echem wstrząsającym do głębi tysiącami dusz.
 Tak wierzyć nas nauczono.
 I wierzymy.
 Lecz nie na mocy suggestji, wpajającej w nas, że w to i to wierzyć należy.
 Lecz mocą drogi rozumowań i uczuć, gdy potem w życiu zaczniemy wiązać fakty z przyczynami, gdy w posłyszeniu gromu przypominamy sobie, iż widzieliśmy przedtem błyskawicę.
 Choćby nie w tem istnieniu, ale w jednem z tych — z przed tysiącleci, których nabyte wrażenia drzemią tajemniczo w naszej podświadomości.
 I oto... stał się z nami jakiś tragiczny fakt, a my się nie buntujemy. Przyjmujemy go dziwnie obojętnie, jak coś, co przyjść musiało. Bo czujemy, że szedł on złączony łańcuchem nierozerwalnym z jakimś szeregiem innych faktów i jak rzeka źródło, tak on miał swoją przyczynę. Ten tragiczny, cichy trup młodzieńca, zastygły w bezlitosnej, okrutnej głuszy kamiennego rumowiska, jakiem są Tatry — miał przecież usprawiedliwienie, przyczynę, dla której był — dla której się usunął z pośród żyjących.
 Oto. —
 Zamierał jeden „oddech“, lecz objawiła się nagłe czysta, bez odsłon, prawdziwa w swej prostocie, królewska bez purpury, boska bez aureoli, mocarz w państwie zaufania i miłości — dusza Klimka Bachledy.

............................................

 Sprawiono mu wspaniały pogrzeb. Śpiewano, gdakano mowy nad trumną — żegnano w nim bohatera. Ba! mówią o pomniku. Lecz to wszystko, to jak nic — wobec wielkości czynu tego chłopa. Nocką, ciemnicą — odwiązuje się od sznura i idzie... A idzie dlaczego?
 — Bo tam człowiek żyjący leży!
 To są jego słowa.
 To niby nic — a jakież w nich piękno wewnętrzne, jaki to bliski duch prawdy i rzeczywistej miłości bliźniego.
 Bohater?
 Nie. — Tak brzmiące słowo przystoi marom zakutym w zbroje, którzy tyle i tyle naścinali łbów ludzkich i depcą po „wrogach“ — — w upojeniu — nadęci, że taką rzeźnię sprawili, aż miecze zmieniać musieli. — To są „bohaterzy“. — Do nich się modlą po szkołach dzieciaki, podbijając później oczy swym „bliźnim“ — i wzorują swoje charaktery na okrucieństwie, mogącem ich później w rzędy pomnikowych bohaterów postawić.
 Marzy się im, ażeby stanąć w szeregu owych „Rem-Kenkenów“, dziesięciu na tysiące rycerzy o których potworzyły się rapsody w rodzaju średniowiecznych „Chansons des gestes“.
 Marzą się im pomniki, na szczycie których oni, ci, którzy zabijali...
 A Klimek Bachleda szedł właśnie ratować.
 Nie wydzierać oddech.
 Lecz zatrzymać go.
 Rapsody o nim śpiewać będzie górska wichura i ten łomot spadających kamieni, gdy uparty starzec leciał, pozostawiając strzępy swego ciała po wyszczerzonych zębach przeklętej ściany.
 — Tam żywy człowiek... — musiał powtarzać sam do siebie, gdy go owiała zadymka.
 — Wróć się! — wołają nasi z dołu. — Wszyscy zginiemy!
 Klimek macha tylko ręką.
 — Tam żywy człowiek...
 Idzie przed siebie.

............................................

 Tam — wśród tych głazów nienawistnych, które mnie zawsze odrazą przejmują — jest już wieczysty pomnik Klimka. Jest jego mara bajkowa, biała, schylona — idąca w przestrzeń i ginąca w tumanie śniegu... Kto zdoła pochwycić tę obojętność upartą, tę ofiarność niepojętą, z jaką on idzie w tę dal śmiertelną? Kto zdoła oddać ten moment tak wzniosły, iż piękno objawiające się w czynie tego człowieka, zdumiewa i przeraża? Gdzie jest artysta, któryby dostatecznie potrafił przeciągnąć w sobie dreszcz wzruszenia, jakie nas przyjmuje na myśl o tej godzinie wzniosłości w życiu napozór drobnego, niezdolnego do podobnych czynów człowieka. W jednej chwili Klimek zbliżył się do ideału — do tej duszy idealnej, która patrzy tylko przed siebie, nie oglądając się ani na siebie, ani za sobą... W postępku Klimka tyle jest rzeczywistego piękna, że altruizm jego pozbywa się pewnego (zwykłego tej cnocie) sentymentalizmu, a nabiera piękna w stal zakutej cnoty.
 W tę chwilę — w tę wichurę — tam, na wysokościach śmierciodajnych Tatr, zapłonęła nagle lampa, która zdawała się być tylko ubogim kagankiem góralskiej chaty. I blask tej lampy był tak silny, że aż olśnił oczy nasze, przywykłe do szukania tych blasków czynów wielkich — w przeszłości. Jakiż to krzyż zasługi, jakie „virtuti militari“, jakie „św. Grzegorze“ ozdobić winne martwą, poszarpaną pierś Bachledy?...

............................................

 A teraz — zastanówmy się jeszcze nad tą drobnostką.
 Aby dojść do takiego szczytu ofiarności, trzeba iść bezwarunkowo życie całe coraz wyżej i jedyną ścieżką, nadzwyczajnego duchowego samokształcenia, milczącego, zamkniętego w sobie; oddanego i rozumiejącego doskonale esencję, istotę — czystego Chrystjanizmu.
 Nie przed tym samym czynem Bachledy winniśmy więc złożyć pokłon w podziwie, bo ten czyn, to już ten kwiat tajemniczego kaktusa, który zakwita raz przez jedną noc na lat kilkadziesiąt — lecz przed tą silną, żelazną zakutą w wolę pracą nad duchem, jaką Bachleda prowadził przez cały swój żywot nędzny i napozór nic nie znaczący. Bo że wodził po Tatrach, że znał je, że kochał góry, wśród których się urodził, że odkrywał nowe drogi — jak mu piali przy trumnie — nie w tem była jego zasługa i jego wielkość.
 Ale w tem, że dążył całemi siłami, aby wyrobić w sobie to, co Maeterlinck gdzieś nazywa „piękne przeznaczenie“ — bo inaczej byłoby się nie spełniło.
 Nie byłby przyciągnął go ku sobie i nie byłby znalazł się w świątyni prawdy, gdyby nie stukał uparcie po drodze do innych pokrewnych w Prawdzie świątyń. Bachleda imponuje nam spokojem i siłą, z jaką on posiada władzę nad swą duszą. — Bohaterowie, którymi się zachwyca Saint Simon, czem są naprzeciw niego? Bachleda ma duszę, przepojoną esencją miłości bliźniego i nie czyni z tego parady, nie każe się podziwiać. W ukryciu ma ten skarb najcenniejszy, brylant, który zdołał sam tak oszlifować, iż może iść w porównanie z największemi klejnotami dusz ludzkich.
 I w jednej chwili, gdy zachodzi tego potrzeba, otwiera wrota swego skarbca i wydobywa zeń klejnot bezcenny.
 — „Tam człowiek żywy leży...“
 Nie słucha nic, nikogo.
 I — ginie.

............................................

 Potworzyły się komitety, które nawołują do składek na pozostałą w nędzy żonę Bachledy i na pomnik dla zmarłego.
 Tak. — Składki powinne iść — całą pełnią, całą siłą — bo nie godzi się, aby tam, w zimnej izbie, stara góralka, przed pustym kominem, na którym choćby „gruli“ garstka winna się warzyć — płakała cicho, przeklinając ten odruch królewski, ten gest najwyższej szlachetności, który roztrzaskał na szmaty żyjącego jej opiekuna i żywiciela. To nic nie jest to, co jej damy w zamian zato, co utraciła. Ale dać winniśmy, dać musimy.
 Co do pomnika — to już, jak mówiłam, na grobie tego prawdziwego, czystego chrześcijanina — krzyż starczy. Symbol Prawdy, który wyznał czynem, który oblał krwią swoją serdeczną.
 Żadne sztuczne, kamienne — granitowe, szablonowe pomniki, znaczące istnienie tych, którzy wygodnie ułoży lisię do śmierci ułożyli.
 Tylko — jeden krzyż!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.