Trzy listy (Eminescu, 1933)/List drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mihail Eminescu
Tytuł List drugi
Pochodzenie Wybór poezyj i poematów
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1933
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Emil Zegadłowicz
Tytuł orygin. Scrisoarea II
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST DRUGI

Pytasz mnie o przyczyny, czemu dziś milczy moje pióro,
czemu przekleństwo więzi skrzydła me władzą ponurą,
czemu drzemią me siły wklęte w liści uschniętych zawieje,
czemu w pogardzie gorzkiej mam daktyle, jamby i trocheje — ? —
O, gdybyś mękę życia mego znał, serca pęknięcie —
zrozumiałbyś, wybaczył pióra zamilknięcie;
— pocóż mi walkę wszczynać? — muru nie przebiję głową,
pocóż prastarą, piękną mowę przetwarzać na nowo — ? —
W lutni mej śpią tajemne i otchłanne dźwięki —
mamże je jako lichy towar wieść na ludzkie rynki — ? —
mam nowe formy tworzyć, przymilne obrazki
i pisać tak, by zyskać u tłumu oklaski — ? —

Odpowiesz mi, że przecież muszę myśleć o przyszłości,
zwracać uwagę na poezje moje społeczności,
nazwisko u władz kraju bez przerwy lansować
i ustosunkowanym damom wiersze dedykować;
wstręt duszy powinienem rozsądkiem zadusić — ? —
mój drogi, niejednego ten system zdołał u nas skusić,
poszczęściło się pięknie już wielu poetom; idąc tędy i owędy
wierszami na intratne wpięli się urzędy,
— co tylko nagryzmolą możnym dedykują,
po kawiarniach warcholą, w salonach grasują;
że zaś ścieżki żywota obfitują w ciernie —
względy niewiast zdobywać potrafią misternie,
uwieść je poezjami — by, gdy mąż zostanie
ministrem, — mógł przychylnie o wsparcie załatwić podanie.

Dlaczego dla rozgłosu nie piszę, dla uznania — ? —
cóż począć! — słowa moje na puszczy to wołania;

gdy chciwość i zmysłowość dzisiejszy dzień pustoszą —
sława jest omamieniem, którą partacze głoszą,
by bóstwa swe, wrzodzianki malutkiej współczesności,
postawić obok wielkich duchów w tumie wiekuistości.

Mamże pieśń swą rymami wielkiej miłości głosić,
która w współżycie winna braterskość ludów wnosić — ?
operetkowy chór mamż zwiększyć Manelaja
by rymu podzwanianiem rozmarzała się zgraja — ?
Jak cały świat tak i niewiasty są dobrem często przeszkoleniem,
bądźże kochankiem ich a rychło spotkasz się z cierpieniem;
w tej akademji pięknej Wenus studjuje uczniów wielu —
młodzi, najmłodsi — wszyscy wraz do jednakiego dążą celu —
zaledwie wąs się sypnie mięki — już uczniak idzie tam, gdzie ona włada —
lecz ta świątynia pyszna dziś — już jutro w gruzy się rozpada.

Pamiętasz ty studenckie lata, owe marzenia, sny, nadzieje — ?
i starych, dobrych profesorów co wertowali wieków dzieje,
szukali wiedzy w grubych tomach, które skrywała szafa czarna —
i, trzeba prawdę rzec, w tych księgach mądrości znachodzili ziarna;
słyszę ich pomruk dobrotliwy, szmer jakby rzeki: horum­‑harum,
tak nawpół śpiąco nas wwodzili w ten nervus rerum gerendarum,
mówili o egipskich królach, pokazywali nam planety,
z nieutajoną nabożnością wświetlali nauk w nas podniety.

Tak, jeszcze widzę astronoma, który — przed iluż to już laty — ?
z niewiarogodną wprost łatwością z mgieł wielkie wywoływał światy
i pewną ręką nam rozgarniał całej wieczności gęste chmury —
jedną epokę wiązał z drugą jak perły nanizane w sznury,
— aż poczuliśmy, że nam w głowie młyńskie obraca koło rzeka,
i czuliśmy, jak Galileusz, że ziemia nam z pod nóg ucieka...


Zgubieni w strasznej gmatwaninie — tak tego było wiele —
nie rozróżnialiśmy dokładnie, co mumje, co nauczyciele,
bo patrząc w sufit poprzez który ogromny pająk ważnie kroczy —
słyszymy słowa: Egipt, Ramzes, — lecz w myślach mamy modre oczy;
najpłomienniejsze wpisujemy poezje, gdzie się da w zeszycie,
jakto Klotyldę albo Zosię kochamy strasznie, ponad życie...
Tak naprzemiany krotochwilnie w myślach obierał sobie leże,
to promień słońca, to król Krety, lub zgoła jakieś inne zwierzę —
jeno stalówek wartkich skrzyp naświerszczał owe zbożne chwile —
dusza marzyła zieleń pól, rozkołysanych zbóż idyllę —
...opada głowa na brzeg ławy, sen piękny omgłą oczy kryje...
dopiero dzwonek przypomina, że przecież Ramzes już nie żyje!
Tak, wierzyliśmy wtedy w świat, któryśmy sami sobie budowali;
w rzeczywistości tkwiąc realnej, myśmy w szaleństwie jeno trwali,
lecz dzisiaj wiemy nazbyt dobrze jak ścieżka życia jest zdradziecka,
gdy tak wchodzimy w złą powszedniość z bezradną naiwnością dziecka;
klęska cię czeka, gdy z marzeniem chcesz przejść ziemskiemi wądołami —
zgubionyś, jeśli grzać się pragniesz w zamrozie serc ideałami...

Przeto nie pytaj o przyczyny, czemu dziś milczy moje pióro,
czemu przekleństwo więzi skrzydła złą władzą i ponurą,
czemu me siły drzemią wklęte w liści uschniętych zawieje,
czemu w pogardzie gorzkiej mam daktyle, jamby i trocheje —
— gdybym dziś wiersze pisać chciał i poezjami się zabawić,
napewnoby współczesność mnie zaczęła gromkim głosem sławić,
lecz chociaż nie dotyka mnie nienawiść społecznego chlewu,
to jednak rozpętałaby ich chwalba we mnie pożar gniewu!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Mihail Eminescu i tłumacza: Emil Zegadłowicz.