Troilus i Kresyda (Shakespeare, tłum. Rossowski, 1897)/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Troilus i Kresyda
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom IX
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1897
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Stanisław Rossowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IX
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
AKT PIERWSZY.

SCENA PIERWSZA
Troja.
Wchodzą TROILUS i PANDARUS.

Troilus. Giermka przywołaj, niech mi zdejmie zbroję!
Po co tam walczyć pod Troi murami
Mnie, który w sercu dziką noszę walkę?
Niechaj w bój spieszy, komu w łonie jeszcze
Zostało serce; Troil już go nie ma!
Pandarus. Wciąż zatem stara piosnka?
Troilus. Greczyn jest silny i wćwiczony w sile,
W zręczności śmiały i dzielny w śmiałości.
Jam zasię słabszy, niźli łzy niewieście,
Od snu korniejszy, głupszy od głupoty,
Lękliwszy niźli dziewica w noc ciemną

Pandarus. Dość ci już nagadałem z mojej strony; nie myślę się dalej wdawać w tę historyę. Kogo nęci placek pszenny, niech czeka zanim mąkę umielą.
Troilus. Czyż nie czekałem?
Pandarus. Tak, na zmielenie; ale teraz czekaj, aż mąkę spytluja...
Troilus. Czyż nie czekałem?
Pandarus. Tak, na pytlowanie, ale teraz czekaj, aż ciasto ukisnie.
Troilus. I na to czekałem.
Pandarus. Tak, na ukiszenie... Lecz czyż to już dosyć? A wmiesić placek, a formę nadać, a w piecu podpalić, a wypiec... Ba, ba, jeszcze po tem wszystkiem trzeba czekać, aż pieczywo ostygnie, jeśli nie chcesz ust sobie sparzyć...

Troilus. Cierpliwość nawet, chociaż to bogini,
Przed męką chyżej cofa się odemnie.
Ileż to razy u stołu Pryama,
Gdy nagle na myśl przyjdzie mi Kresyda —
Przyjdzie? Czyż wyszła kiedy z moich myśli?

Pandarus. Już to prawda: wczorajszego wieczoru była tak piękną, że piękniejszej dziewczyny trudno sobie nawet wyobrazić.

Troilus. Posłuchaj: serce chciało mi już pęknąć,
Tak je westchnienia rozsadzały ciche.
By nic nie poznał ojciec, ani Hektor,
Ukryłem w fałdach uśmiechu westchnienie,
Biorąc wzór z słońca, co świeci wśród burzy.
Lecz z troski zawsze, nawet kiedy miota
Pozory szczęścia — rodzi się zgryzota.

Pandarus. O, tak! Gdyby jej włosy nie były odrobinę ciemniejsze od włosów Heleny — chociaż co to szkodzi? — nikt nie potrafiłby odróżnić jednej od drugiej. Oczywista, niemogę zapominać, że Kresyda jest moją krewniaczką. Nie chciałbym jej, jak to się powiada, wymazać z pamięci. Ach, gdyby ją kto wczoraj, jak ja, słyszał mówiącą! Nie uwłaczam bynajmniej rozumowi twojej siostry Kasandry, w każdym atoli razie..

Troiuis. Pandarze, słuchaj, mówię ci, Pandarze!
Jeżeli twierdzę, że tam utonęła
Moja nadzieja, nie pytaj, na ile
Zapadła sążni... Mówię ci: szaleję
Z miłości dla Kresydy. Zwiesz ją piękną,
W otwartą ranę serca mego wglądasz,
Prawisz o licu, o włosie, o głosie,
O chodzie... Słuchaj, jej rączka tak biała,
Ze wszelka białość sama na ten widok,
Jakby atrament, wyrok sobie pisze:
A jaka mięka! Łabędzi puch nawet
Wobec niej cięży, muśnięcie zaś zda się
Twardem, jak zgrzebne dłonie. Prawisz o tem

Podczas gdy ja przysięgam ci, że kocham.
Pandarze! W każdą z ran, które mi miłość
Zadała, wkładasz mową swą nie balsam,
Jeno ukuty przez nią sztylet.

Pandarus. Mówię, co prawda.
Troilus. Mniej nawet!
Pandarus. Jako żywo, umywam ręce od wszystkiego. Niech ona sobie będzie, jaka jest! Jeśli jest piękną, tem lepiej dla niej; jeśli zaś nie jest piękną — nie bój się: potrafi dać sobie radę.
Troilus Drogi Pandarze... Co tobie, Pandarze?
Pandarus. Przejadła mi się ciągła mitręga. Nie umiesz ty mnie ocenić i ona nie umie mnie ocenić. Nabiegałem się tędy i owędy, a czy mi kto choć dobre słowo powiedział za to?
Troilus. Gniewasz się, drogi Pandarze? Czy na mnie?
Pandarus. Ponieważ to moja krewna, nie uchodzi więc za tak piękną, jak Helena. Gdyby jednak nie była moją krewną przyznałby każdy, że może być ładną Helena, lecz i jej nic nie brakuje. Cóż? Mnie to ani swędzi, ani boli! Niech nawet czarna będzie, jak murzynka, wszystko mi jedno!
Troilus. Czyż twierdzę, że Kresyda nie piękna?
Pandarus. Twierdź sobie, co ci się podoba! Głuptas z niej, że nie poszła za ojcem; do Greków powinna się udać — powiem jej to przy pierwszem widzeniu. Co do mnie, nie chcę się odtąd mięszać...
Troilus. Pandarze!
Pandarus. Powiedziałem.
Troilus. Poczciwy Pandarze!
Pandarus. Proszę cię, daj mi pokój! Zostawiam wszystko tak, jak zastałem — i basta!

(Pandarus odchodzi. Słychać w oddali trąby bojowe).

Troilus. Zmilknij surowca gro, przeklęty dźwięku!
Głupcy z głupcami walczą. Ze Helena
Piękna, nie dziwo, jeśli ją codziennie
Krwią różujecie własną... Mnie ten powód
W bój nie pociągnie... Wyżej miecz mój cenie.
Lecz Pandar — bogi, jakże mnie nękacie! —

Tylko przez niego przystęp do Kresydy...
Niech-że kto zdoła użyć go za swata,
Ona zaś głuchą jest na wszelkie prośby.
O, Apolinie, przez miłość twej Dafne,
Powiedz, czem jest Kresyda, Pandar, ja sam w końcu?
Indye jej łożem, ona zaś ich perłą...
Wszystko pomiędzy tronem jej, a Ilium,
Jest jakby dzikie, rozhukane morze;
Na niem ja kupcem, Pandar — sterownikiem,
Łodzią, załogą: niepewna nadzieja.

(Odzywają się surmy bojowe. Wchodzi Eneasz).

Eneasz. Książę Troilus — dla czego nie w boju?
Troilus. Bo nie! Odpowiedź godna ust kobiety,
Tak, jak kobieca rzecz nie być tam dzisiaj...
Jest coś nowego? Jaki przebieg walki?
Eneasz. Powrócił Parys, krwią oblany, ranny...
Troilus. Z czyjej-że reki padł cios?
Eneasz. Z Menelausa...
Troilus. To rzecz zabawna w tem spotkaniu srogiem:
Parys raniony Menelausa rogiem!
Eneasz. Słyszysz? Na ostro snać starli się! W drogę!
Troilus. Czemuż „chcę“ tyle nie znaczy, co „mogę!“
Eneasz. Choćby w tej chwili.
Troilus. Naprzód więc, a śmiało!

(Wychodzą).
SCENA PRAGA.
Tamże.
Wchodzi: KRESYDA i ALEKSANDER, jej służący.

Kresyda. Kto przeszedł tędy?
Aleksander. Hekuba z Heleną.
Kresyda. Którędy poszły?
Aleksander. W stronę wschodniej bramy,
Aby z jej szczytu, skąd widok rozległy.
Przyjrzeć się walce. Hektor, niezachwiany
Nigdy w spokoju, dzisiaj czegoś nie swój;
Wyburczał Andromache, zbił strażnika;

Jakgdyby wojna była gospodarką,
Wstał dziś przed świtem. Wstawszy wdział wnet zbroję,
I ruszył w pole, gdzie każda roślinka
Jak prorok płacze, przewidując skutki
Gniewu Hektora.
Kresyda. Cóż go rozgniewało?
Aleksander. Tak to tłumaczą: w szeregach heleń[skich
Walczył z trojańskiej krwi książę, Hektora
Krewniak, Ajaksem zwan.
Kresyda. Cóż mówią dalej?
Aleksander. Jestto mąż, twierdzą wszyscy, nadzwyczajny.
Stoi na własnych nogach.

Kresyda. To potrafi każdy mężczyzna, byle nie był chory lub pijany, naturalnie jeśli nóg mu nie brakuje.
Aleksander. Ten mąż jednak, o, pani, przybrał sobie właściwości różnych zwierząt; jest on śmiały jak lew, chytry jak niedźwiedź, wytrwały jak słoń. Natura nagromadziła w nim tyle przymiotów sprzecznych, że jego dzielność rozpływa się w niedorzeczność, a jego niedorzeczność nawet, zaprawdę, jest rozsądkiem. Nie masz takiej cnoty, która nie rzuciłaby nań przynajmniej odblasku i nie masz takiej przywary, której chociaż odrobinka nie przylgnęłaby do niego. Ten bohater wpada bez przyczyny zarówno w melancholię, jak w szał radości; umie wziąć się do wszystkiego, a jednak wszystko staje się w jego ręku do niczego. Istny to Bryareusz, gośćcem ubezwładniony, mający sto rąk, ale żadnego z nich pożytku; możnaby go także przyrównać do oniemiałego Argusa, który posiada wprawdzie oczy, ale nie posiada siły widzenia.
Kresyda. Jakże ten człowiek, którego sam opis mnie rozśmiesza, zdołał wywołać w Hektorze burzę gniewu?

Aleksander. Opowiadają, że we wczorajszej bitwie zmierzył się Ajaks z Hektorem i przyprawił go o pogiom... Owóż ten pogrom, ta hańba mają być przyczyną, iż Hektor odtąd jadła nie tknął i przez całą noc ani na chwilkę nie zmrużył oczu do snu.
(Wchodzi Pandarus).

Kresyda. Któż to idzie?
Aleksander. Stryj wasz panienko, Pandarus.
Kresyda. Już to z Hektora dzielny żołnierz!
Aleksander. Nie znaleść drugiego takiego, panienko.
Pandarus. Co mówicie? Co mówicie?
Kresyda. Dzień dobry, stryjaszku!
Pandarus. Dzień dobry, kochana Kresydo! O czem to rozmawiasz? Dzień dobry, Aleksandrze! — Jakże się miewasz, duszko? Dawno byłaś w Ilium?
Kresyda. Dziś rano, stryjaszku!
Pandarus. O czem rozmawialiście, gdym nadszedł? Czy Hektor miał już na sobie zbroję i wyruszył do boju, gdy stanęłaś w Ilium? Helena zapewne jeszcze nie wstała, nieprawdaż?
Kresyda. Hektor już poszedł, ale Helena jeszcze nie wstała.
Pandarus. Tak, tak, Hektor wcześnie dziś się zerwał!
Kresyda. Mówiliśmy właśnie o tem. Mówiliśmy również i o tem, że był wzburzony.
Pandarus. Był wzburzony?
Kresyda. Tak twierdzi Aleksander.
Pandarus. Naturalnie, że był wzburzony. Wiem nawet, dla czego. Skroi on im dzisiaj kurtę, można to z góry przepowiedzieć, Troilus zaś z pewnością nie da mu się zawstydzić. Niech się tylko mają na baczności przed Troilem — mnie przecie można wierzyć.
Kresyda. Cóż to? Miałby i on zionąć gniewem?
Pandarus. Kto, Troilus? Jemu stanowczo należy się pierwszeństwo.
Kresyda. Na Jowisza! Niepodobna przecie ich dwóch porównywać nawet.
Pandarus. Troila z Hektorem? Czyż nie poznasz mężczyzny z samego wejrzenia?
Kresyda. Od razu — jeśli przedtem widziałam go i znałam.
Pandarus. Bardzo słusznie! Ja zawsze powiadam swoje: Co Troilus, to Troilus!
Kresyda. W takim razie najzupełniej zgadzamy się z sobą, ja bowiem twierdzę, że co Troilus, to nie Hektor.
Pandarus. Stanowczo nie! A co Hektor, to nie Troilus — do pewnego stopnia.
Kresyda. Bądźmy więc sprawiedliwi: Każdy z nich jest samym sobą!
Pandarus. Samym sobą? O, ty biedny Troilu! Ja pragnąłbym, aby był  —
Kresyda. Jest przecie...
Pandarus. Z taką odpowiedzią mogę wybrać się na bosaki do Indyi.
Kresyda. Hektorem on przecie nie jest.
Pandarus. Ale sam sobą... Ba, w tem sęk właśnie, że on nie jest sam, to znaczy, ja pragnę, by on sam nie był. Istnieją jeszcze na szczęście bogi. Czas płaci, czas traci. Tak, Troilu! Szczęśliwy byłbym, gdyby ona miała moje serce w swem łonie. — Tego jednak stanowczo nie uznaję, by Hektor był czemś lepszem, niż Troilus.
Kresyda. Wybacz, stryjaszku!
Pandarus. Jest on starszy.
Kresyda. Przepraszam cię, stryjaszku!
Pandarus. Hektor młodszy jest od Troila. Nie dziwiłbym się tobie, gdyby Hektor był w jego wieku. Ale Hektor długo jeszcze czekać musi, nim będzie miał taki rozum, jak Troilus.
Kresyda. Na co mu tego, skoro on ma własny rozum? Pandarus. I jego zalety.
Kresyda. Obejdzie się bez nich.
Pandarus. I jego urodę.
Kresyda. Nie wyszłaby mu na dobre. Własna piękniej go zdobi.
Pandarus. Brak ci dobrego smaku, Kresydo. Helena sama zaklinała się niedawno, że Troilus, jeśli już o brunatnej cerze mowa — brunatny on bowiem bez kwestyi — chociaż znowu nie tak bardzo brunatny —
Kresyda. Nie, tylko brunatny.
Pandarus. Po prawdzie: i brunatny i nie brunatny.
Kresyda. Po prawdzie: i prawda i nieprawda.
Pandarus. Owoż Helena przyznała, iż ma kolory ładniejsze niż Parys.
Kresyda. O, Parys ma kolorów podostatkiem.
Pandarus. I jemu ich nie brakuje.
Kresyda. Chyba Troilus za wiele ma kolorów. A jeśli kolory jego stawia Helena ponad kolory Parysa, w takim razie mamy tu do czynienia z kolorową wyższością. Jeśli Parys jest dość czerwony, a Troilus bardzo czerwony, to pochwałę taką uważać należy jako zbyt jaskrawą, by mogło być z nią komu do twarzy. Tak samo może złoty język Heleny piać tryumfy pochwalne na cześć miedzianego nosa Troila.
Pandarus. Przysięgam, że jak mi się zdaje kocha go Helena bardziej niż Parysa.
Kresyda. Byłoby to ze strony Greczynki istotnie zabawne.
Pandarus. Ależ, naprawdę, duszko. Niedawno stanęła obok niego we framudze sklepionego okna, a wiesz zapewne, że Troilus ma wszystkiego trzy czy cztery włoski na brodzie...
Kresyda. Nie potrzeba umieć matematyki więcej, jak byle szynkarz, aby z tych jednostek skleić sumę.
Pandarus. Jest on, co prawda, jeszcze bardzo młody, a jednak jego ścięgna są jakby ze stali, tak dalece, że aż do wysokości dwóch lub trzech fantów uniesie taki sam ciężar, jak, dajmy na to, jego brat Hektor.
Kresyda. Taki młody, a tak już unosi?
Pandarus. Aby ci dowieść, jak zakochaną w nim jest Helena, przytoczę tylko jedno. Pomyśl, proszę, — ona, Helena, położyła białą swą rączkę na jego rozszczepioną brodę...
Kresyda. O, Juno, bądź nam miłościwa! Któż mu brodę rozszczepił?
Pandarus. Nie widziałażeś tam uroczego dołka? Mojem zdaniem, Troilus uśmiecha się milej, niż ktokolwiek inny we Frygii.
Kresyda. O, tak! On umie uśmiechać się.
Pandarus. Nieprawdaż?
Kresyda. Zupełnie jak deszczowa chmura w jesieni.
Pandarus. Cyt, cyt! Chciałem ci przecie wykazać, że Helena zakochaną jest w Troilu.
Kresyda. Troilus nie pogniewałby się, gdybyś tego dowiódł. Czy jednak potrafisz?
Pandarus. Troilus? Ba, jemu tyle zależy na Helenie, co mnie na pustem jaju.
Kresyda. Jeżeli lubuje się tak samo w pustych jajach, jak w pustych głowach, to chyba wyrzekniesz się piskląt.
Pandarus. Doprawdy, ciągle jeszcze nie mogę powstrzymać się od śmiechu, gdy wspomnę, jak go ona łechtała po brodzie. Bo nie ma gadania, że jej rączka posiada przedziwną białość; każdy musi to przyznać.
Kresyda. Bez przykrości nawet.
Pandarus. Nagle przychodzi jej chętka wyszukać biały włos na jego brodzie.
Kresyda. Biedna broda! Niejedna brodawka bogatsza od niej.
Pandarus. Było też śmiechu, było! Królowej Hekubie spadały łzy z oczu.
Kresyda. Jak młyńskie kamienie.
Pandarus. Śmiała się i Kasandra.
Kresyda. Ale pod garnkami jej oczu pałał zapewne łagodniejszy ogień. Czy i jej spadło co z oczu? Pandarus. Śmiał się także Hektor.
Kresyda. A on z czego?
Pandarus. Z białego włosa, który Helena odkryła na brodzie Troila.
Kresyda. Gdyby to był włos zielony, pośmiałabym się i ja chętnie.
Pandarus. Śmiali się oni zresztą nie tyle z białego włosa, ile z trafnej odpowiedzi Troila.
Kresyda. Cóż on odpowiedział?
Pandarus. Helena rzekła: Na twojej brodzie znajduje się pięćdziesiąt jeden włosów, a i z tych jeden jest biały.
Kresyda. To było jej pytanie?
Pandarus. Naturalnie, bez pytania! On na to: „Pięćdziesiąt jeden włosów, z tych zaś jeden biały? Ten biały włos, to mój ojciec, reszta zaś to pięćdziesięciu jego synów.“ „O, Zeusie, zawołała, któryż z pośród nich jest Parys, mój małżonek?“ „Ów rogaty, odparł, dajcie go Parysowi.“ Toż to było śmiechu! Helena spiekła raki, Parys posiniał ze złości, wszyscy zaś inni śmiali się bez końca.
Kresyda. Niechże teraz będzie koniec, czas już najwyższy.
Pandarus. Dobrze, duszko. Ale pamiętaj, co ci wczoraj mówiłem.
Kresyda. Dobrze.
Pandarus. Przysięgam, że to najszczersza prawda. Nieborak płacze, jakgdyby w kwietniu przyszedł na świat.
Kresyda. A ja, w jego łzach skąpana, wybujam, jak pokrzywa w maju.

(Trąby dają hasło do odwrotu).

Pandarus. Posłuchaj, oto wracają z bitwy. Może pójdziemy popatrzeć, jak ciągną do Ilium? Nuże, droga krewniaczko; nuże, słodka krewniaczko, Kresydo!
Kresyda. Jak ci się podoba...
Pandarus. Tutaj, tutaj, wyborne miejsce! Stąd pysznie widać będzie. Wymienię ci wszystkich po nazwisku, jak przechodzić będą; przedewszystkiem jednak miej Troiła na oku.
Kresyda. Ciszej!

(Przechodzi przez seenę Eneasz).

Pandarus. Oto Eneasz! Cóż? Nie dzielny rycerz? Powiadam ci, to kwiat Troi. Uważaj jednak na Troila; zobaczysz go zaraz!

(Przechodzi przez scenę Antenor).

Kresyda. Kto to jest?
Pandarus. Antenor, kaducznie bystra głowa, wierzaj mi; przytem bardzo dobry człowiek. Wodzi on rej wśród najmędrszych Trojan, a staturę ma, przyznasz, okazałą. Gdzież się podział Troilus? Uważaj tylko, jak głową kiwa, gdy mnie spostrzeże.
Kresyda. O, kiwnie głową?
Pandarus. Przekonasz się!
Kresyda. Czy tylko bardzo was wzbogaci to kiwanie!

(Przechodzi przez scenę Hektor).

Pandarus. To zaś jest Hektor, — ten tutaj — czy widzisz? To ci chłopiec! Bóg z tobą, Hektorze! — Dzielny człowiek, kochanko! — O, dzielny Hektorze! — Patrz, jak się ogląda; taka postawa — to rozumiem! Czy to nie dzielny człowiek?
Kresyda. O, dzielny!
Pandarus. Nie prawdaż? Aż przyjemnie robi się każdemu na sercu, kto go obaczy. Ale popatrz, ile śladów cięcia na jego hełmie! Popatrz: czy nie widzisz? Popatrz jeszcze. Z nim nie ma żartów; on zna się na rzeczy. Z nim zacząć, a guzy pewne!
Kresyda. Czyżby od miecza?
Pandarus. Od miecza, czy nie od miecza, wszystko mu jedno. Choćby sam dyabeł wyruszył przeciw niemu, Hektorowi wszystko jedno. Do stu tysięcy dyabłów, aż przyjemnie człowiekowi pomyśleć! —

(Przechodzi przez scenę Parys).

Tam idzie Parys, tam idzie Parys; spojrzyj tam jeno! Czy on nie piękny mężczyzna? Ba, teraz słynie nawet z męstwa! Kto to powiedział, że Parys wrócił dziś zraniony? Gdzie rany, jakie rany? Helena ucieszy się. — Ach, gdybym tylko zobaczył Troila. — Poczekaj; zaraz Troiła zobaczysz!

(Przechodzi przez scenę Helenus).

Kresyda. A to kto?
Pandarus. Helenus. Nie pojmuję gdzie podział się Troilus. — To jest Helenus. — Chyba, że pozostał dziś w domu. — To jest Helenus.
Kresyda. Umie Helenus bić się, stryjaszku?
Pandarus. Nie — a raczej, tak — o, on umie bić się. — Dziwi mnie tylko, gdzie Troilus. — Ale słuchaj! Czy lud nie woła: „Troilus!“ — Helenus jest przecie kapłanem.
Kresyda. Cóż to za ciura wlecze się?

(Przechodzi przez scenę Troilus).

Pandarus. Gdzie? Tam? Ach, to Deifobus. — Co? To Troilus! No! Rycerz całą gębą, kochanko! Hm... Dzielny Troilu, kwiecie rycerstwa!
Kresyda. Cicho! Wstydzilibyście się, stryjaszku! Cicho!
Pandarus. Uważaj, nie spuszczaj go z oka; o, dzielny Troilu! Przypatrz mu się dobrze, duszko! Czy widzisz: krew kapie z jego miecza, a jego szyszak jeszcze mocniej pozałamywany, niż hełm Hektora! A jak on patrzy, jak stąpa! O, młodzieńcze przedziwny, choć dwudziestu trzech lat nie skończyłeś jeszcze! Z Bogiem, Troilu, z Bogiem! Gdybym miał Gracyę za siostrę, albo boginię za córkę, pozostawiłbym mu wolny między niemi wybór! O, podziwu godny mężu! Parys? Parys wobec niego mucha. Idę o zakład, że Helena przemieniłaby się chętnie i dałaby sobie w dodatku wyjąć jedno oko, aby dostać Troila.

(Przechodzi przez scenę grupa wojowników)

Kresyda. Oto i inni idą.
Pandarus. Osły, woły, barany! Otręby i plewa; Musztarda po obiedzie! W obliczu Troila tylko żyć i umierać! Nie warto nawet, abyś patrzyła na innych; przeleciały już orły, reszta to same kawki i wrony, kawki i wrony! Wolałbym być mężem jak Troilus, niż jak Agamemnon lub którykolwiek z Greków.
Kresyda. Ależ jeśli o Grekach mowa, to u nich Achilles w każdym razie więcej znaczy, niż Troilus.
Pandarus. Achilles? Ot, potyradło dobre do pchania taczek i dźwigania worów, wielbłąd i nic więcej!
Kresyda. Dobrze już, dobrze!
Pandarus. Dobrze, dobrze? Czy ty nie masz głowy na karku, czy ty nie masz oczu w głowie? Czy ty nie wiesz, co to mężczyzna? Czyż ród, wykwintne obejście, cnoty, młodość, łagodność itd. nie są podstawą męskiej chwały?
Kresyda. Siekaniną na pasztet, który kością staje w gardle.
Pandarus. Co też za kobieta z ciebie! I niech tu kto zgadnie, na czem się opierasz.
Kresyda. Na plecach, by bronić łona: na dowcipie, by bronić mych kaprysów; na tajemnicy, by bronić mej dobrej sławy. Maska broni mej urody i wszystkiego, co mnie trwoży. Na takich więc opieram się podstawach, a tysiące straży mam na zawołanie.
Pandarus. Wymień że choćby jednego z nich.
Kresyda. Ani mi się nie śni — i to właśnie jeden z najważniejszych członków mojej straży. I choć bym nie zdołała już ustrzedz tego, co pragnę widzieć nienaruszonem, ustrzegę przynajmniej ciebie, stryjaszku, od wypaplania, jak się to stało, — chyba, że owe coś tak się rozrośnie, iż o tajemnicy nie będzie mogło być mowy, a wówczas i strzedz się byłoby zbytecznem.
Pandarus. Dobra-ś sobie!

(Wchodzi pachołek Troila).

Pachołek. Pan mój pragnie natychmiast mówić z wami.
Pandarus. Gdzież u licha?
Pachołek. W waszym domu, tam pan zdjąć chce rynsztunek.
Pandarus. Powiedz mu, kochanku, że zaraz przyjdę.

(Pachołek wychodzi).

Czy tylko nie raniony! Bądź zdrowa, duszko!
Kresyda. Bywaj zdrów, stryjaszku!
Pandarus. Zaraz tu wrócę, kochanko.
Kresyda. Aby mi przynieść —?
Pandarus. Zakład miłości od Troila.
Kresyda. Na ów zakład, stryjaszku, jesteś rajfurem!

(Pandarus wychodzi).

Przysięgi, słowa, łzy — miłości dary
W imieniu jego przynosi ten stary;

Lecz choć w mych oczach przerasta o głowę,
Troil pochlebstwa nawet Pandarowe —
Baczność! Przystraja nas w czar pożądanie,
Nasyć je tylko, a urok ustanie.
Niech o tem każda kochana pamięta,
Że w niepoddaniu się tkwi jej ponęta —
Że nie dorówna nigdy czar ziszczenia
Temu, co żądzę pragnień opłomienia.
Niechże mi świętą będzie ta maksyma:
Sługą, kto pragnie, — panem, kto otrzyma —
I choćby miłość owładła mną całą,
Nie zdradzi oko, co się z sercem stało!

(Wychodzi).
SCENA TRZECIA.
Część obozu greckiego przed namiotem Agamemnona.
Wchodzą AGAMEMNON, NESTOR, ULISSES, MENELAUS i inni.

Agamemnon. Książęta!
Od jakiej troski zżółkły wam oblicza?
Cel, który sobie zakreśla nadzieja,
Odkąd świat światem, spełnić się w całości
Nie może; trudność i przeszkody krążą
W najwznioślejszego nawet żyłach czynu.
Jako brodawki, płód zepsutych soków,
Wstrzymują rozwój smukłej, zdrowej sosny,
Aż się pokrzywi i skarleje w końcu —
Ani nas dziwić powinno, książęta,
Gdy nas nadzieje zwiodły i lat siedem
Nie wystarczyło, by obalić Troję,
Gdyż każdy atak przez nas ułożony
Uległ spaczeniu, nie osiągnął celu
Wbrew obliczeniom, które sobie skrzętnie
Poczynił umysł. Czemuż, o, książęta,
Z wstydem patrzycie na spełnione czyny,
Jakgdyby hańbą było, to co w gruncie
Jest tylko nazbyt długą próbą Zeusa
Żądnego wiedzieć, czy wytrwałość jeszcze

Nie znikła z ziemi? Bo nie sztuka wytrwać,
Gdy szczęście sprzyja; bo tchórz, czy bohater,
Mędrzec czy głupiec; doktor, czy bakałarz
Stoik, czy piecuch — są wówczas jednacy.
Lecz gdy Fortuna burzą, wichrem smaga,
Gdy wszystko wielką poruszy łopatą,
Wtedy dopiero odlatuje plewa,
A to, co ciężkie przez swoją zawartość,
Zostaje, zdobne w cnoty, niezmięszane.
Nestor. Nie uwłaczając boskiemu tronowi,
Który posiadłeś, cny Agamemnonie,
Objaśni Nestor ostatnie twe słowo.
Wśród przeciwności daje się mąż poznać.
Na cichem morzu drobna łódka fruwa,
Gładką swą piersią prując wodę obok
Szlachetnej, dumnej nawy.
W tem zawadyaka Boreasz rozgniewał
Cichą Tetydę; spójrz, jak wały wodne
Szybko przecina okręt o potężnych
Żebrach; jak skacze po wodnym żywiole
Podobny rumakowi Perseusza!
Gdzież łódź, co chciała wątłością swą sprostać
Onej potędze? Umknęła do portu,
Jeśli jej Neptun nie połknął po drodze.
Jakże oddziela groźna burza losu
Pozory siły od prawdziwej siły!
W piękny dzień mucha nawet strwoży trzodę,
Jakby sam tygrys; lecz gdy dzika burza
Ugnie kolano pękatego dębu,
A mucha schronu szuka, — wtedy tabun
Sam się wściekłością staje, rozwścieklony
I równie groźnym głosem odpowiada
Na onej furyi ryk.
Ulisses. Agamemnonie!
Władyko możny, praw y Greków wzorze,
Ty serce naszych hufców, wielki duchu,
W którym powinna zamknąć się istota
I myśl nas wszystkich, wysłuchaj Ulissa.
Hołd i cześć tobie, potężny swą władzą,

I tobie także wiekiem już czcigodny;
Cześć twoim słowom, wodzu, tak wybornym,
Iż Agamemnon i ręce Greczynów
Winne uwiecznić je w spiżu... A niemniej,
Mądre, Nestorze, twe słowa, srebrzyste,
Któremi niby węzłem eterycznym
Tak silnym jednak, jako oś niebiosów,
Przykułeś uszy Greków do swojego
Doświadczonego języka; — a jednak,
Przywódzco Greków i ty mężu światły
Pozwólcie ozwać się Ulissesowi.
Agamemnon. Władzco Itaki mów; rzecz równie pewna,
Że nigdy zbędne, beztreściowe słowo
Z ust twych nie wyjdzie, — jak to, że szczekania
Tersytowego psa wziąć niepodobna
Za dowcip, za muzykę, albo wieszczbę.
Ulisses. Dotąd nietknięta, runęłaby Troja
I miecz Hektora zostałby bez pana,
Gdyby nie jedno.
Służby publicznej upadło pojęcie.
Popatrzcie: ile próżnych tam namiotów,
Tyle też u nas próżności stronniczych.
Jeżeli w wodzu nie widzimy ula,
Któremu wszystkie roje kornie służą,
Skąd ma się miód wziąć? Gdy stopnie zniesiemy,
To i najlichszy wyda się szlachetnym.
Wszak same niebo, z gwiazdami i ziemią,
Zwraża na pewne stopnie i godności,
Na miejsce, bieg, stosunek, czas i formę,
Wedle dostojeństw ład swój utrzymując.
Jemu zawdzięcza Sol majestatyczny
Tron swój, Sol, z planet wszystkich najwspanialszy.
Jego uzdrawiające oko unicestwia
Wpływy złośliwych gwiazd; jego spojrzenie
Jak słowo króla potężnie, wszechwładnie
Na złe i dobre pada. Lecz niech kiedy
Planety się zmieszają bez porządku,
Co za okropność! Co za zgroza, popłoch!
Jakie na morzu burze! Jak drży ziemia!
Jak wiatr szaleje! Trwoga, przewrót, rozłam

Unosi, grzebie, druzgoce, porywa,
Obraca w niwec harmonię i spokój
Potrzebny państwom! Jeżeli wiec stopnie,
Te szczeble na drabinie wszystkich szczytnych
Planów, zburzymy, nic się nam nie uda.
Jak bowiem mogą gminy, szkół godności;
Miast cechy; brzegów morzem rozdzielonych
Bratnie handlowe węzły; lub jak może
Pierwszeństwo i przywilej pierworództwa,
Cześć dla starości, berła, tronu, laurów —
Odwieczne praw a zachować bez stopni?
Znieś stopnie, pozbaw dźwięku ową strunę,
I słuchaj, co za dysonanse! Wszędzie
Powstanie opór. Wzburzone wód tonie
Wylewem wały przesadzą i w błoto
Cały nam glob rozmiękczą; siła będzie
Tyranem słabej niezdarności; ojca
Zabije syn brutalny — siła bowiem
Nazwie się prawem; nie: prawo natenczas,
Jak i bezprawie utracą nazwisko.
Wszystko rozpłynie się bez śladu w gwałcie,
Gwałt w samowoli, samowola w żądzy,
A ona żądza, wilk uniwersalny,
Podwójnie mocny: rozjuszony gwałtem.
Porwie świat cały, jako łup, aż w końcu
Połknie i ciebie też, Agamemnonie!
Ten chaos — znieśmy tylko stopnie — wstanie
Zaraz z ich gruzów.
Brak czci dla stopni w tył cofa się zawsze,
Choć mu się zdaje, iż pospiesza naprzód.
Szydzi z dowódzcy najbliższy poddany,
Z tego, co po nim pierwszy, szydzi drugi,
A z następnego niższy znów; tak zwolna
Nieposłuch coraz dalej jad swój szerzy,
Każdego trując gorączką zazdrości,
Przez blade, nędzne współzawodniczenie.
Owa gorączka właśnie broni Trojan,
A nie ich oręż. Słowem: ocaliła
Troję niezdarność nasza, nie jej siła.

Nestor. Bardzo roztropnie wykazał Ulisses
Złe, co potęgę nasza podkopuje.
Agamemnon. W choroby sedno sięgnąłeś, Ulissie;
Lecz jak ją leczyć?
Ulisses. Dzielny Achilles, w którym sąd powszechny
Zastępów naszych uznaje prawicę,
Słuch napełniwszy sobie lotną sławą,
Stał się zuchwałym, kapryśnym i siedząc
W namiocie, szydzi z naszych czynów. Patrokl
Na tymże samym wyprawia barłogu
Figle całymi dniami
I z idyotycznie zabawnym patosem
(Naśladowaniem zowie go oszczerca)
Małpuje nas. Niekiedy bywa, królu,
Nawet twojego majestatu tyka,
Krocząc jakgdyby sceniczny bohater,
Który ma duszę w kolanie i który
Ma za rzecz wielką, gdy zbudzi drewniane
Odgłosy desek, tupiąc o nie nogą.
Jak on z przesadą nędzną tam przedstawia
Twoją wspaniałość! Głos jego gdy huknie,
Brzmi jakby z dzwonu zbitego pochodził,
A w słowach bombast raziłby nas, nawet
Gdyby z Tyfona wypadły gardzieli.
Achillesowi tylko graj w to; leżąc
Leninie na poduszkach, parska śmiechem
I w dłonie klaszcząc, woła: „Oh, cudownie!
Ależ to Agamemnon, jakby żywy!
Teraz udawaj Nestora! Odchrząknij,
Pogłaskaj brodę, jak on, nim się ozwie!“
A Patrokl trafia, jak południe trafia
Północ, i takie stwarza podobieństwa,
Jak wulkan jest podobnym do swej żony,
Ale przyjaciel Achilles znów woła:
„Cudownie! Cały Nestor! Mój Patroklu,
Pokaż mi jeszcze, jak podczas napadu
On się uzbraja w nocy!u I Patroklus
— Jakież to małe, skoro nawet wieku
Słabość za przedmiot śmiechu służy — kaszląc,
Chrząkając, chwyta gorączkowo ręką

Sprzączki u szyi pancerza, wśród czego
Pyszałek, ginąc prawie z śmiechu, woła:
Dość już, Patroklu! Daj mi żebra z stali,
Bo jeszcze pęknę!“ Tak to im obydwom
Zdolności nasze, natura i postać,
Szczególne cechy i wspólne przymioty,
Spełnione czyny, projekty, rozkazy,
Wojenny odzew, ofiara rozejmu,
Tryumf, czy pogrom, prawda i zmyślenie
Pochop do głupstw a dają i do żartów.
Nestor. Zły zasię przykład tych obu, na których,
Wedle Ulissa wskazuje opinia
Jako na przodowników — zatruł wielu.
Ajaks próżności pełen, nosi głowę
Tak dumnie, tak wysoko, jak rozparty
Achilles. W swoim też, jak on, namiocie
Siedząc, wydaje uczty swym stronnikom
I nas wykpiwa, jakby był wyrocznią.
On to podjudza głupca Tersytesa,
Co zwykł brać hańbę za dobrą monetę,
By nas sprośnemi lżył porównaniami,
I wciąż ośmieszał, niepomny strapienia,
Jakie nas gnębi pośród niebezpieczeństw.
Ulisses. Tchórzostwem dla nich nasza polityka,
Z wojennej rady, prawią, mądrość u s zła;
Drwiąc z ostrożności, uznają jedynie,
To pięść zdziała; cicha praca ducha,
Roztrząsająca, ile rąk ma działać,
Gdy przyjdzie chwila; praca, co oznacza
Mozolnie z góry siły przeciwnika,
To wszystko dla nich warte torby sieczki:
Zabawka śpiochów, bój piór, rzeź w pokoju —
Chyba więc taran, który łamie mury,
Chyba gwałtowność jego uderzenia
Pierwszeństwo ma przed ręką, co go wzniosła,
A nawet przed tą, co chytrze, roztropnie,
Bystro działanie jego obmyśliła!
Nestor. Jakże przewyższa w takim razie w cenie
Koń Achillesa, synów Tetis!

(Za sceną słychać trąbienie).

Agamemnon. Trąby?
Spójrz, Menelausie, kto przybył.
Menelaus. Ktoś z Troi.

(Wchodzi Eneasz).

Agamemnon. Co was sprowadza tutaj?
Eneasz. Wolno spytać
Czy w tym namiocie wielki Agamemnon?
Agamemnon. W tym właśnie.
Eneasz. Czy ktoś, co księciem jest i posłem razem,
Śmie się przybliżyć do królewskich uszu?
Agamemnon. Może — i pewniej niźli pod opieką
Achilla nawet — tu, gdzie książąt grono,
Z Agamemnonem na czele zasiada.
Eneasz. Taka uprzejmość daje bezpieczeństwo.
Lecz kto tym wzniosłym spojrzeniom jest obcy,
Jak zdoła poznać go?
Agamemnon. Jak poznać zdoła?
Eneasz. Pytam, by całkiem przejąć się szacunkiem
I na oblicze przywołać rumieniec,
Podobnie jak Aurora, gdy zziębnięta,
Patrzy w twarz Feba...
Gdzie jest potężny, wzniosły Agamemnon?
Agamemnon. Albo z nas drwicie, lub też nazbyt kwitnie
Dworskość wśród Trojan.
Eneasz. Dworskość łagodna, szlachetna, bezbronna,
Jak aniołowie — tak bywa w pokoju.
Lecz w gniewie nie brak nam wojennej cechy;
Żelazne ramię, wierny miecz, bóg w sercu
— Poszukać równych! Lecz cyt. Eneaszu!
Traci powaga sławy z swej wartości,
Gdy podziwiany sam sobie hołd składa;
Lecz kiedy sławę głosi wróg pobity,
Czyn, co ją zdradził, wart sięgać w błękity.
Agamemnon. Nazwałeś siebie księciem, Eneaszem?
Eneasz. Tak, Greku, to jest me imię.
Agamemnon. Co ciebie
Sprowadza do nas?
Eneasz. Wybacz; to powierzyć
Mogę jedynie Agamemnonowi.
Agamemnon. Sekretów nie chce on mieć z Trojanami.

Eneasz. Alboż z sekretem przychodzę do niego?
Czyż trąba w uszy jego nie zadąłem,
Aby je zbudzić i skłonić ku sobie?
Przemówię zatem.
Agamemnon. Mów, jak wiatr, swobodnie.
To nie czas drzemki u Agamemnona.
Dowiedz się, Trojańczyku, że on czuwa
I sam ci o tem mówi.
Eneasz. Nieście surmy,
Spiżowy dźwięk swój w ospałe namioty,
Każdemu z mężnych Greków obwieszczając,
Że Troja głośno myśl swą wypowiada

(Słychać trąby).

Agamemnonie, żyje w murach Troi
Książę Hektorem zwany, syn Pryama
Którego rozejm przydługi i głuchy
Rdzą pokrył. Oto rzekł on: Uderz w trąby
I tak mów: Króle, książęta, władyki,
Gdy jest ktoś wśród szlachetnych synów Grecyi,
Kto wyżej ceni honor niźli spokój,
Kto w imię sławy drwi z niebezpieczeństwa,
Kto zna odwagę swą, lecz nie zna trwogi,
Kto szczerzej kocha bogdankę, niż słowy
I przysięgami wyraził, a stwierdzić
Jej wdzięk i wartość potrafi nietylko
Bronią miłości — temu zapowiadam:
W obliczu Greków zarówno, jak Trojan,
Hektor dowiedzie, lub spróbuje dowieść.
Że ma kobietę mędrszą, milszą, droższą,
Niż którykolwiek Grek do piersi tulił.
Rankiem nazajutrz znowu trąby zabrzmią
W waszym obozie i u murów Troi,
By powstał Greczyn wytrwały w miłości.
Jeśli się znajdzie, to Hektor go uczci.
W przeciwnym razie mówić będzie w Troi:
Greczynki, słońcem spalone, niegodne
Ni drzazgi z włóczni. — Oto moja misya.
Agamemnon. Dosłownie zakochanym rzecz powtórzę.
Gdy nie wystąpi nikt tak pałający,

Widocznie szukać by ich trzeba w domu.
Lecz my rycerze, a w rycerzy gronie
Nie wart zasiadać, kto jeszcze nie kocha,
Albo nie kochał, lub kochać nie będzie.
Więc kto w kochanków zaplątał się rzesze,
Niech występuje, lub sam w bój pospieszę.
Nestor. Powiedz ty jemu w imieniu Nestora,
Co był już mężem, gdy dziadek książęcia,
Niemłodzik teraz, ssał piersi matczyne. —
Że jeśli w nikim pośród naszych hufców
Chęć nie zapłonie, bić się za kochankę:
Powiedz, że siwą brodę pod hełm skryję,
Żelazem zwiędłe osłonię ramiona
I pójdę rzec mu, iż moja małżonka
Urodą babkę jego prześcignęła,
Czystością — wszystkie. Zobaczycie sami,
Jak stwierdzę prawdę krwi mej ostatkami.
Eneasz. Niech Bóg zachowa. Czyż nie ma już młodych?
Ulisses. Amen!
Agamemnon. Szlachetny panie, podaj mi prawicę!
Wszak raczysz namiot nasz zaszczycić sobą?
Niech, o co idzie, dowie się Achilles,
I każdy z greckich rycerzy w namiotach.
Zjedz razem z nami, nim wrócisz do Troi;
Za przyjaciela zacny wróg nam stoi!

(Wychodzą, pozostaje Ulisses i Nestor).

Ulisses. Nestorze!
Nestor. Co mówi Ulisses?
Ulisses. Pod czaszką moją pewna myśl się rodzi,
Bądź czasem, który na świat ją dobędzie!
Nestor. Cóż to?
Ulisses. Posłuchaj mnie: siekierą tępą
Biją o twardy kloc. Nadmierną pychę,
Co wybujała wysoko w swawolnym
Achillu, sierp nasz niech skosi czemprędzej,
Bo gdy się posiew ten rozniesie w koło,
Zdusi nas wszystkich.
Nestor. Dobrze! lecz jak, powiedz!

Ulisses. Walka, do której dzielny Hektor wzywa,
(Chociaż wyzwanie obejmuje wszystkich),
W gruncie na Achillesa tylko dybie.
Nestor. Cel wpada w oczy; w skład ogółu zawsze
Wchodzą malutkie, poszczególne cząstki.
Niech tylko wieść rozniosą, a nie wątpię,
Że Achill, choćby mózg jego był suchszy
Od piasków Libii, (Apollo mi świadkiem,
Jak one suche), błyskawicznym sądem
Przejrzy natychmiast, jaki cel miał Hektor;
Pozna, że pił do niego.
Ulisses. I wystąpi?
Nestor. Tak, niezawodnie! Któż zresztą potrafi
W walce z Hektorem zdobyć sobie sławę,
Prócz Achillesa? Choć ten bój igraszką,
Od próby takiej zawisła opinia.
Trojańczyk naszym najlepszym przysmakiem
Połechce sobie czułe podniebienie;
I wierzaj mi, Ulissie — choć niesłusznie, —
Oceni wartość naszą wedle końca
Szalonej sprawy, gdyż tryumfu sława,
Chociaż jednostki tylko, za grunt służy
Powszechnej sławie, albo też niesławie.
Czyn taki — choć on będzie drobną głoską
W księdze, co z niego powstanie — wskazuje
W postaci dziecka to olbrzymie ciało,
Które ma uróść. Obaczą nasz wybór
W szermierzu, który spotka się z Hektorem:
A wybór, jednomyślny zbiór zdań wszelkich,
Wybrańca stroi w gloryę, wydobywa
Z całej wartości naszej, z całej siły
Sam ekstrakt męża. Gdy on nie dopisze,
Jak łatwo wówczas zwycięzca potrafi
W boju wzmóc jeszcze swą rzekomą wielkość.
Ambicya wszystkie poruszy narzędzia,
Niemniej potężna, jak ramię, co włada
Mieczem i włócznią.
Ulisses. Wybacz memu słowu:
Niech więc Achilles nie walczy z Hektorem.
Jak kramarz, naprzód pokażmy zły towar,

Może go zbędziem się; w przeciwnym razie
Zwiększy się blask towaru wybornego,
Gdy zły wprzód ujrzą. Toż nie nalegajcie,
Aby Achilles zmierzył się z Hektorem,
Bo w ślad za sława nasza, albo hańba,
Dwaj najgroźniejsi pomkną towarzysze.
Nestor. Próżno ich szuka stary wyrok: kto oni?
Ulisses. Gdyby nie pycha Achilla, to sława,
Którą zdobędzie, i nam by przypadła;
Lecz on za butny przecie i bez tego;
I raczej Libii słońce niech nas spali,
Niż jego ona pycha i szyderstwo,
Jeśli zwycięzcą wyjdzie. A gdy przegra,
Zburzyłby całą wiarę w nasze siły
Pogrom jednego z nas. Losujmy raczej.



Dzieła Wiliama Szekspira T. I - ornament from p.663.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Stanisław Rossowski.