Trędowata/Tom I/XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXXIV.

Wystawa zamknięta. Większość towarzystwa przeniosła się do Głębowicz, gdzie nastąpił sezon polowań jesiennych. Zamek głębowicki z łatwością pomieścił gości. Waldemar przyjmował ich po królewsku.
Miała się odbyć wielka obława na wilki, polowanie na łosie, dziki i w zwierzyńcu na bażanty. Cała armja leśnej służby ordynackiej była w ruchu. Łowczy Urbański wypełniał gorliwie polecenia ordynata, komendenrując z kolei podłowczymi, ci zaś mieli pod sobą zastępy gajowych i masy nagonki. Psiarczyki trzymali na smyczach psy gończe i małe podpalane jamniki do wytrapiania lisów z nor.
Dokoła dziedzińca zamkowego jeździły zwolna bryczki i wolanty, ciągnione przez rosłe spasione konie.
Masztalerze uwijali się pomiędzy wierzchowcami. W wielkiej marmurowej bramie stali na koniach trębacze, oznajmiając rozgłośną fanfarą zbliżających się gości z sąsiedztwa. Całe obywatelstwo ordynat zaprosił do Głębowicz.
Wszystko to miało wygląd wyprawy wojennej. Michorowski w ubraniu myśliwskiem, jak główny wódz był wszędzie. Witał przyjeżdżających, doglądał ostatnich przygotowań, nawet bawił panie, zebrane w wielkiej sali jadalnej, gdzie mężczyźni jedli śniadanie przed wyjazdem do kniei. Nikt prawie nie siadał, każdy stojąc, trzymał talerz przed sobą. Taka swoboda sprawiała niezwykłą przyjemność. Godzina była wczesna, więc tylko młodsze panie i panny towarzyszyły wyjazdowi. Po głośnych pożegnaniach, bryczki, wolanty i myśliwi konni wyruszyli z bramy zamkowej długim sznurem. Przeprowadzał ich odgłos trąb, jakby zamek, wysyłając swą drużynę w bój, dodawał jej otuchy tym dźwiękiem śpiżowym.
Ordynat jechał konno, za nim strzelec Jur wiózł dwie strzelby i naboje. Waldemar miał przy sobie rewolwery w olstrach i sztylet w srebrnej pochwie. Olbrzymi dog Pandur biegł obok jego konia poważnie, lecz z butną miną. I on rozumiał ważność wyprawy. Udano się najpierw do bliższych borów. Majaczyły czarną linją i w miarę zbliżania się myśliwych rosły w olbrzymów. Od przepaściastych głębi wiało obfitością zwierzyny. Orszak wbił się klinem w lasy i zaraz po pierwszej knieji rozpoczęto łowy. Obława na wilki dała pyszne trofea. W pierwszych zakładach Waldemar nie strzelał, ustępując gościom najlepszych stanowisk. Dopiero w następnych zabił ogromnego wilka w biegu, pomykającego wśród krzaków. Łowczy Urbański polował również i dwaj praktykanci. Główną komendę nad ustawianiem nagonki prowadził jeden z podłowczych, drugi kierował psiarną w zakładach, gdzie puszczano psy. Ale nadzór ogólny miał sam ordynat. Zajęto nową część lasu, gdzie przebywały łosie.
Gęsty bór sosnowy, wysoki, podszyty lisciastemi krzakami, szumiał poważnie, miał wewnątrz wielką różnorodność kolorów. Żółte i czerwone liście, ciche, prawie bez szelestu spadały na ziemię. Gdzieniegdzie czerwieniły się borówki, grzyby wysuwały z pod mchu tłuste swe czoła. Czerwone plamki syrojadek, żółte towarzyskie gąski, różowe rydze, okryte rosą, tworzyły ładne desenie na ciemnym dywanie mchu. Jesień wysadziła się na bogactwo, darząc las wszystkiem, co mógł mieć w sobie o tej porze roku. Białe nitki babiego lata, zaczepione o złotawe pnie sosen, wiewały w powietrzu srebrnemi pasmami, owijając liście, tworząc pajęczą siatkę, oplątującą las. Razem z masą włókien spływała dziwna melancholja, jakby sonety jesienne. Jakiś ociężały spokój i łagodna cisza w naturze, i bezpretensjonalność i powaga. Cała natura zdawała się mówić: „Oto szczęśliwie dobiegam kresu“.
I dreszcz szedł po wielkich konarach drzew w obawie nadchodzącej zimy. Liście i kwiaty i zioła przeróżne czuły, że kres idzie, żółkły im lica i więdły ciała. Uśmiechały się jeszcze do słońca, ale już przedśmiertelnie, boleśnie, wspominając z żałosnym poszumem miniony, złoty maj. Tylko grzyby panoszyły się butnie, słyszeć nie chcąc o jakiejś tam zimie; zaledwo wyjrzały na świat Boży i były pełne pretensji.
Dziś bór miał wiele rozmaitości. Po ustawieniu się myśliwych zagrzmiała donośnie trąba na wyruszenie nagonki, poczem zapadła głucha cisza. Cała linja strzelców jakby zamarła, tylko gęste korony sosen huczały w górze jednostajną melodją kołysanki leśnej, tylko liście szeleszcząc spadały na ziemię, a czasem zakwilił ptak wśród gałęzi. Linję obstawiono gęsto; prawie za każdym myśliwym stał strzelec.
Waldemar miał miejsce pod ogromną sosną. Trzymał strzelbę w pogotowiu, druga stała oparta o drzewo. Nie lubił mieć za plecami służącego: jego strzelec, olbrzymi Jur, stał w pewnej odległości, mając polecenie przynosić zabitą zwierzynę po skończonym zakładzie.
Naganka ruszyła daleko, myśliwi nic słyszeć nie mogli. Bór milczał jakby się gotując do mającej nastąpić kanonady. Waldemar wsparł się plecami o sosnę, niebardzo uważając na ciemne głębie przed sobą. Oczy jego nie miały ironicznego wyrazu, sarkazm częsty gość w nich, schował się głęboko, wysyłając na swe miejsce trochę tęskną zadumę. Pełne, nieco zmysłowe usta przeciągnęły się w linję stanowczą, jakby do walki, przez tęsknotę oczu przelatywał chwilami groźny błysk. Wówczas brwi tworzyły złowrogi łuk. O czemś rozmyślał, coś postanawiał, może nawet marzył... Lecz na fali marzeń musiały być jakieś porohy nieprzyjazne. One wywoływały groźne cienie w jego oczach i na twarzy.
Nagle rozpogodził się, jakby jasny blask słońca padł wprost na jego głowę. Lekki uśmieszek, prawie rzewny, przemknął po jego ustach. Wyszeptał niemal z czułością:
— Stefcia...
Wiatr wionął, żółte liście z drzew poruszyły się zgodną harmonia, zaszumiały głośniej wyniosłe czuby sosen, kilka głosów ptasich uderzyło w niebo
— Stefcia... Stefcia... — szeptały dokoła drzewa i kwiliły ptaki.
Zdaleka zerwał się hałas kołatek i przeciągłe pohukiwanie idącej zgrai.
Szła nagonka.
Jeszcze chwila natężonej uwagi... Zadudniał głuchy, potężny tętent, ozwał się trzask łamanych gałęzi i Waldemar ujrzał pędzącego z boku olbrzymiego łosia. Zwierzę rwało przez zarośla ociężałym kłusem, z podniesioną głową i położonemi na grzbiet rogami, jak sękate gałęzie.
Waldemar wymierzył, lecz nie strzelał: — Oddał pierwszeństwo księciu Zanieckiemu. Ten raptownie podniósł strzelbę do oczu, ale łoś dojrzał ruch i, skręciwszy na miejscu, rzucił się w stronę Waldemara. Zaniecki strzelił z obu luf — spudłował! Łoś zadarł głowę i, farbując, posunął się bliżej ordynata.
Wówczas Waldemar wypalił, mierząc w komorę, raz i drugi. Olbrzym ryknął przeciągle i ciężko ranny poszedł dalej.
Brochwicz dokończył mordu. A Zaniecki szepnął do siebie:
— Ordynat rozmarzony, zaczyna pudłować.
Strzały nie milkły, cała linia grzmiała hukiem.
Padło kilka łosi, — inna zwierzyna sypała się gęsto. Ordynat zabił dużo, otaczał go ładny wianek zdobyczy.
Gdy nagonka podeszła blisko, myśliwi zgromadzili się przy księciu Giersztorfie.
Każdy opowiadał o swych zdobyczach.
— Ja najwięcej dałem strzałów — wołał Trestka.
— A zabił pan ile sztuk?
— Ile?... coś chyba... ech, nie wiem!. To się potem policzy.
— Panowie, baczność! uważam, że Trestka chce ściągnąć każdemu z nas po jednym zajączku dla zwiększenia swego tryumfu — zawołał wesoły Brochwicz.
Trestka obraził się.
— Szczególnie tobie nie mógłbym tego zrobić, bo byś odrazu poznał, mając najmniej na rozkładzie.
— Przepraszam cię! zabiłem sześć zajęcy, wilka i kozła. To trochę więcej, niż u ciebie, gdzie tylko jedna lisia kita błyszczy w otoczeniu dwóch szaraków.
— Dobrze strzelacie obaj i zwierzyny mnóstwo — rzekł pojednawczo Giersztorf.
Hrabia Barski zbliżył się do Waldemara.
— Czekamy ze śniadaniem na panie? — zapytał, biorąc go pod rękę.
— Zapewne, już wkrótce przyjadą.
Hrabia pociągnął go na stronę.
— A propos! niech mi pan powie... raczej określi bliżej stosunek tej... tej... comment donc! panny Rudeckiej do naszego towarzystwa?
Waldemar stanął jak spiorunowany, gniew zawrzał w nim, ostry wzrok zwrócił na hrabiego i spytał:
— Jaki stosunek? Nie rozumiem!
— Ah Dieu! panie ordynacie! chcę, abyś mi jaśniej wytłomaczył pozycję tej panny między nami.
— Jest nauczycielką Luci Elzonowskiej i zarazem towarzyszką... przyjaciółką.
— Nie to. To wiem... Ale ona ma prawa jakieś wyższe, nadane jej przez was?... Ona jest traktowana na równi z pannami ze sfery?... Ale Rudecka to trochę za mały szczebel do naszych wyżyn... za mały!
— Pozwoli pan, nasze wyżyny, jak pan się wyraził, to rzecz bardzo względna i wymagająca szerszego omówienia — przerwał Waldemar.
Hrabia skrzywił się, przybierając postawę pełną godności.
— W ustach pana trochę fałszywie brzmią jego słowa — to nuta nieodpowiednia dla potomka jednego z pierwszych rodów naszej arystokracji.
— Nie jestem, panie hrabio, fanatykiem sferowym. Cenię swój ród, lecz nie kłaniam mu się bałwochwalczo. Stygmat wyższości widzę w czynach, nie w herbie, bo taki sam noszą inne rody w kraju.
— Ale masz pan nad nim mitrę, czego ci inni nie mają.
Waldemar roześmiał się przykrym, szyderczym śmiechem.
— Ach!... Więc to?... u mnie mitra, u hrabiego dziewięć pałek?... to stanowi owe wyżyny? Aa! jeżeli tak, to panna Rudecka istotnie do nas nie dosięga, ale razem z Szeligami, Żninem i wszystkimi, którzy są uważani za naszych, są wśród nas, a jednak mają tylko pięć pałek w koronie.
Hrabia spojrzał ciekawie, lecz z gniewem na ordynata.
— Nie pojmuję pańskiego oburzenia!
— Daruje hrabia, ale ja nie pojmuję całej naszej rozmowy.
Waldemar był wzburzony i nie ukrywał tego, nie bacząc na nic.
— A jednak ja wciąż dążę do tego, aby pana przekonać.
— Nie, hrabio, to na nic. Proszę się nie trudzić!
Barski mówił dalej, jakby nie słysząc:
— Nasz stygmat nie leży w tej samej koronie, lecz i w tradycji. To, co świat cały nazywa arystokracją, wymaga u nas pewnej baczności, nawet pieczołowitości. Nie wolno nam zapominać o tem! nie wolno wprowadzać obcych pierwiastków w nasze zgromadzenie, aby nie wywołać gangreny, paraliżującej nasze poglądy, najświętsze dążenia. Ferment taki byłby katastrofa naszych idei: nie wolno nam zapominać o tem!
Hrabia podniósł wskazujący palec do wysokości swej twarzy i, wpijając w Waldemara oczy jak sztylety, powtórzył dobitnie:
— Nie wolno!
— Patetyczny głupiec! — pomyślał Waldemar. — Gangreny... paraliże... fermenty... Co to ma za związek z panną Rudecką? — wybuchnął głośno.
— O, ma! i wielki. Ona jest właśnie pierwiastkiem...
— Mogącym nas zgangrenować? Ha! ha!... niech pan wierzy, że jeżeli kto kogo, to z pewnością my ją prędzej zgangrenujemy.
Hrabia poruszył się obrażony.
— My przedewszystkiem powinniśmy takie osoby trzymać na daleką metę, lecz nie wprowadzać w nasz świat bezpośrednio. To szerzy niepokój, budzi nieufność w towarzystwie.
— Wszystkie te wypowiedziane przez hrabiego... komunały nie mają zastosowania u nas. W naszym domu i okolicy panna Rudecka jest uważana jak najlepiej, zasługuje na zupełne uznanie i staramy się traktować ją w sposób, odpowiadający jej osobistej godności; chcemy, aby się nie czuła obcą i każdy, kto przebywa wśród nas, musi się do tego stosować bezwarunkowo.
Waldemar mówił prawie niegrzecznie, szorstkim tonem.
Nie dbał już o to, że hrabia jest jego gościem. Wrodzona popędliwość unosiła go, jak burza. Ale hrabia zdawał się słów jego nie rozumieć; nie chciał się obrażać, bo chodziło mu o ordynata, lecz jednocześnie pragnął rozmowę wygrać.
— Ja godności tej pannie ujmować nie chcę, elle est méme bien tenue i ostatecznie w Niesieckim jest zapewne jakiś zakątek na pomieszczenie Rudeckich. Mon Dieu! przecież i wśród naszej służby są osobniki z nazwiskami, których herbarz nie pominął. A jednak nie są oni zaliczeni do towarzystwa, nie bawią się z nami, nie prowadzą salonowych rozmów...
— Panie hrabio, proszę nie wyprowadzać mnie z roli gościnnego gospodarza i nie robić takich porównań. To mnie oburza! Jeśli pan wszedł na tę drogę, muszę go uprzedzić, że dziś przy obiedzie siądzie z nami do stołu mój rządca, łowczy i marszałek dworu. I pan, panie hrabio, przez szacunek dla mnie i dla mego dziadka, musisz im podać rękę. Co zaś do panny Rudeckiej, rola jej wśród nas jest jasno określona i ubliżyć jej bez ubliżenia nam... nie można.
— Za pozwoleniem, panie. Ja mówię z punktu tradycji. Takie osoby, jak ona, zarażają nas. Mamy dowód na panu: zbyt gorliwie jej pan broni. W sprawie takich panien można stawać, nie przeczę, można... lecz w inny sposób. Nʻest-ce pas?
— Panie! — wybuchnął ordynat.
— Pardon! ale wśród nas ona jest niewłaściwym elementem, elle n‘est pas pour nous! nie trzeba się z nią zbliżać i poufalić. Panna Rudecka jest dla nas trędowata.
Waldemar rzucił się gwałtownie. Ostre, obrażające słowa zawisły mu na ustach... Już... już miał je wypowiedzieć. Hrabia to odczuł i raptownie zwrócił się do nadchodzących panów. Jednocześnie zatętniało i na drożynie leśnej ukazała się czwórka koni, zaprzężonych do breku pełnego wrzawy. Przyjechały panie.
Myśliwi pobiegli je wysadzać. Wszystkich rozweseliła obecność dam i przywieziona przez nie nadzieja śniadania.
Waldemar, nie zważając na nikogo, zarzucił strzelbę na plecy i ruszył pomiędzy wysokie sosny i żółtawy gąszcz podszycia. W oczach miał złe błyski, na ustach ironiczny wyraz.
Dojrzał go Brochwicz i dogonił.
— Waldy, dokąd zmierzasz? Panie już są i śniadanie dymi w pawilonie. Głodny jestem, jak ten wilk, co go zabiłem.
— Idź jedz i zajmij się tam wszystkiem w mojem imieniu. Zwłaszcza nie zaniechaj spojić dobrze tego... cymbała!...
— Kogo, Barskiego?
— Ależ zgadłeś!
— Mój drogi! Jeden jest tylko cymbał między nami. Nic też dziwnego, że odgadłem.
— No dobrze, idź już.
— Albo co?
— Ja zostanę sam.
— Zachwycająca naiwność! cóż tam może być bez ciebie?
— Ach! nie nudź.
Brochwicz chwycił Waldemara za ramię.
— Waldy, słuchaj! jeśli mnie kochasz i chcesz udelektować Barskiego, to właśnie wracaj. Nie rób sobie z niego nic, ale to nic na owinięcie palca, to będzie najlepsza kara dla tego mamuta. Nie wiem, czem ci dokuczył i wogóle dziwię się, że to zrobił, bo djablo podkopał szanse swej córki nawet w zwykłych warunkach niekiełkujące pomyślnie. Ale nie poznaję ciebie, Waldy. Dawniej sam pokazałbyś plecy Barskiemu. Z twej irytacji wnoszę, że zaszło coś ważnego.
— Masz słuszność! ten stary szyld wyimaginowanej wielkości staje się tak świetnym, że aż głupim, i tem zirytował mnie.
— Waldy! Waldy! że on ma więcej barw w ustach, niż w głowie, to o tem nawet wrony kraczą. Niema się czem przejmować.
Waldemar uśmiechnął się.
— Wybornie malujesz przyszłego swego teścia!
— Pochlebiam sobie, że nim nie zostanie. Papa mnie mrozi — brrr! A Melanja nawet ze swą gorącą cerą nie zdoła jakoś poruszyć mej północnej natury. Zaniecki bardziej nadaje się do tej kombinacji. Powiem ci coś o Barskim, czego pewno nie wiesz. Pysznie się znalazł twój praktykant, ten najstarszy.
— Otocki?
— Tak. Wyobraź sobie, kiedy stanęliśmy na pierwszem stanowisku, hrabia najpierw skrzyczał koniuszego.
— Badowicza, za co?
— Za to, że ten przez pomyłkę powiedział do hrabiego „proszę pana” bez tytułu. Sam słyszałem.
— Bestia! — mruknął Waldemar. — Idźmy do pań!
Zawrócili do pawilonu.
— Więc dalej o Barskim — ciągnął Brochwicz. — Kiedy już nagonka miała ruszyć, hrabia zeszedł z przeznaczonego miejsca na drugie, bo uznał je za lepsze — z nim zawsze tak. Idąc, zapomniał strzelby, a że jego strzelec gdzieś się zawieruszył, więc Barski, niewiele myśląc, patrzy z góry na Otockiego, który właśnie stał blisko i mówi po swojemu „Słuchajno te... tę... przynieś mi tam strzelbę z pod krzaka“...
— Przecież mu przedstawiałem praktykantów. Jak on śmiał! — wybuchnął Waldemar.
— Tak, ale Barski już się dowiedział, że Otocki jest najbiedniejszy i że mu płacisz — to dla niego dosyć. On przecież wszystkich pracujących za pieniądze nieuważa za ludzi.
— Otocki mu pewno dał dobrą naukę? Nie jest przyzwyczajony do podobnych wybryków.
— Poczekaj. Najpierw udał, że nie słyszy, ale gdy się hrabia po raz drugi tak samo odezwał, wówczas Otocki kłania mu się z powagą i mówi: „Byłem już hrabiemu przedstawiony przez ordynata, nazywam się Otocki“. Powiedział tak i odszedł w drugą stronę.
— Pysznie! — zawołał Waldemar ubawiony.
— Ja i Żnin daliśmy brawo Otockiemu, ale Barski musi być wściekły.
Waldemar zaśmiał się.
— Tembardziej, kiedy mu nadmieniłem, że przy obiedzie musi podać rękę panom z administracji, którzy będą na nim obecni. Wykręca się, abym mu nie przedstawił łowczego, ale go złapię wieczorem i przy wszystkich poda mu rękę.
Brochwicz klasnął w dłonie.
— Doskonale! to i o tem była rozmowa.
— Ach. daj mi spokój!
— No widzisz! i ty chcesz, abym wszedł w związki z takim utytułowanym zacofańcem? Choćby mi ciocia księżna nie dała miljona, a Barska sama się oświadczyła, jeszczebym nie chciał. Wstydziłbym się takiego teścia. My z tobą, Waldy, jesteśmy ludzie innej rasy.
— A przynajmniej innych poglądów — rzekł Waldemar.
Powrócili do towarzystwa w samą porę. Nadjechał drugi brek, pełen pań, i amerykan.
Śniadanie przeszło wesoło, ale trwało niedługo, bo Waldemar spieszył.
Powstał projekt, że każda z pań wybierze sobie towarzysza na stanowisko. Do Waldemara podbiegła żywo rozpromieniona hrabina Wizembergowa. Skłonił jej się z wdzięcznością, zadowolony, że wyprzedziła hrabiankę Melanję, niedwuznacznie obiecująca mu ten zaszczyt przy śniadaniu. Waldemar, pod rękę z hrabiną, niepokoił się o Stefcię. Razem z Lucią stała na uboczu, mierząc z floweru do wielkiej sosny. W gronie panów Barski coś spiskował, pewno nic dobrego dla Stefci. Niepokój Waldemara zwrócił uwagę hrabiny.
— Monsieur, vous me troublez! wdaje się pan niezadowolony z mego towarzystwa.
— Przeciwnie, pani, jestem zachwycony. Lecz nie wszyscy mają pary, idzie trochę marudnie.
Hrabina bystro spojrzała na ordynata i pobiegła oczyma w ślad za jego wzrokiem.
— Ach! rozumiem! Lucia i panna Stefanja nie mają pary. Czemuż same nie wybierają? Z pewnością wielu na to czeka. Mrugnę na Żnina, będzie mi wdzięczny.
Waldemar wesoło pocałował w rękę piękną panią.
— Już nie potrzeba, Jurek się tem zajął.
— A prawda.
Brochwicz przymilał się do Stefci, aby go wybrała. Zgodziła się chętnie, poszły razem z Lucią.
Barski popatrzał na nich z pod oka.
— Porwanie Sabinki! — rzekł ironicznie. — Brochwicz zapomina, że i u nas są jeszcze damy.
Zaniecki uśmiechnął się.
— Panie hrabio, prędzej porwanie sióstr sjamskich, bo one zawsze jak przyszyte do siebie.
Barski nie lubił, gdy mu kto psuł dowcip. Spojrzał z góry na Zanieckiego i rzekł kwaśno:
— No dobrze, idź pan na stanowisko. Moja córka czeka.
Wszyscy powsiadali na bryczki i wolanty, aby podjechać do dalszych knieji.
Niektóre panie i panna Rita polowały również. Ale nowy zakład w towarzystwie pań nie bardzo się powiódł.
Stefcia, Lucia i Brochwicz stali obok ordynata i nie krępowali się w rozmowie, nawet śmiech hrabiny Wizembrgowej zadźwięczał czasem. Cała linja brzmiała echem rozmów. Strzały częściej szły w powietrze, niż w zwierzynę, jednak ilość zabitej przedstawiała się nieźle. W jednym zakładzie nagonka ruszyła stado dzików. Z rechotem i głośnym tętentem racic waliły wprost na strzelców. Strzelanina nie ustawała, lecz myśliwi gorączkowali się, pudłując często. Na księcia Zanieckiego wyszedł olbrzymi odyniec. Kłusował ostro i przewalał na dwie strony czarne, nasiąknięte żywicą cielsko. Z pod rozsuniętych wściekłością warg zwierzęcia błyskały potężne kły. Książę nie stracił głowy, wymierzył spokojnie i wypalił. Kula drasnęła dzika w grzbiet, nie robiąc mu krzywdy. Rozjątrzony potwór sapnął i ruszył obcesem naprzód. Dano do niego jeszcze dwa strzały. Kula księcia Giersztorfa zraniła odyńca w nogę. Barski przestrzelił ucho. Rozjuszony do szaleństwa zwierz, tocząc pianę, rozejrzał się krwawemi ślepiami i ruszył wprost na Stefcię. Rwał na nią ciężkim galopem, sapiąc przeraźliwie i świszcząc nozdrzami.
Stefcia zdrętwiała z przerażenia, zbladła, lecz, nie tracąc przytomności, zasłoniła sobą Lucię i cofnęła się wstecz. Powstała straszna panika wśród strzelców. Brochwicz przerażony, krzyknął na Stefcię, aby uciekała, i sam zakręcił się, jakby do ucieczki. Michorowski stał blady, groźny, lecz spokojny.
W ostatniej chwili, kiedy myśliwi osłupieli ze zgrozy na widok rozjuszonego odyńca, rzucającego się na Stefcię, nagle Waldemar przypadł do niej, błyskawicznie cofnął ja za sosnę i, przyskoczywszy do dzika, szalonym rzutem ramienia wpakował kordelas aż po rękojeść w samo serce zwierza. Ugodzony śmiertelnie dzik runął na trawę, czarna krew tryskała, cielsko drgnęło w kurczu śmierci i zwierzę znieruchomiało.
Waldemar, trzymając skrwawiony kordelas, przeciągnął ręką po mokrem, bladem czole. W oczach miał grozę, usta zacięte. Spojrzał na martwego dzika i prędko podszedł do Stefci. Ona, ochłonąwszy, wysunęła się do niego z Lucią, bardzo blada, lecz z ogniem w łzawych oczach. Waldemar rzucił kordelas i porwał jej ręce. Wpił w nią przerażone oczy i spytał zdławionym głosem:
— Bardzo się pani zlękła?... Boże! co za wypadek!
Gorąco uścisnęła mu dłonie.
— Dziękuję panu... ocalił mi pan życie z narażeniem siebie... Tego... nie zapomnę...
— Miałem straszną chwilę!... Nie, mówmy już o tem.
A myśliwi i panie zaledwo teraz otrzeźwieli z przestrachu, zgrozy i zdumienia. Śmiałość ordynata zaimponowała wszystkim. Pierwszy ocknął się Brochwicz, lecz był trochę zawstydzony. Wszyscy podeszli do sosny, winszując Stefci ocalenia, a ordynatowi odwagi.
Ściskali dłoń jego z podziwem, patrząc nań ciekawie. Zwłaszcza panie przenosiły uporczywie wzrok z ordynata patrząc na Stefcię. Brochwicz uspokajał struchlałą Lucię. Rękę ordynata ścisnęła z kolei Hrabina Wizembergowa.
— Vainqueur! maintenant vous l’avez prise, elle vous appartient.
Ordynat złożył pocałunek na jej ręce.
Po zachodzie słońca orszak myśliwych powracał do zamku, witany odgłosem trąb i orkiestrą, umieszczoną na krużganku.
Podczas kiedy myśliwi przebierali się, straż leśna, pod nadzorem łowczego, ułożyła zabitą zwierzynę na dziedzińcu zamkowym w olbrzymią klamrę. Mieszały się razem lisy i zające przetykane gęsto ciemną, aksamitna sierścią kozłów, których głowy ładnie podparte wysuwały pyszne rogi. Koronę klamry tworzyły łosie i dziki, w środku leżało kilka wilków. Na samym przodzie, zręcznie umocowany, stał odyniec, zakłuty przez Waldemara. Z półotwartej paszczy wisiały sople skrzepłej krwi, ostre, białe kły były, rzec można, urągowiskiem minionej potęgi. Szklane oczy stały słupem, przerażone, jakby zwierz zdziwił się, że tak niedawno wzbudzał szalony popłoch wśród ludzi, że wywoływał grozę, a teraz oni trąbią nad nim larum, na sławę dla siebie, na pohybel jemu. Wilki miały wysunięte języki i wyszczerzone zęby, jakby zgrzytające z gniewu, że zwierzyna, którą tępiły, teraz tak w licznym wyborze otacza ich ponure cielska tryumfalnym wieńcem. „Myśmy polegli, ale i was tyranów nie stało“.
Kiedy panie wyszły na dziedziniec, kilku strzelców w zielonych kurtkach, w długich botfortach, stojąc na boku klamry, uderzyło w trąby radosną fanfarę myśliwską. Było coś rycerskiego w ich postaciach. Podniesione w górę trąby opiewały grzmiąco historję dzisiejszej obławy, niby marsz pogrzebowy dla zgraji poległych mieszkańców boru.
Goście przysunęli się bliżej, panie zaczęły oglądać zwierzynę grubszą i leżące dalej wianki ptactwa. Pieścili zgrabne główki jeleni i śliczne płowe kuropatwy. Mężczyźni opowiadali sobie szczegóły każdej zabitej sztuki, przyczem najgłośniej krzyczał i kłamał Trestka, wyręczając Brochwicza, bo ten nie mógł jakoś otrząsnąć się po wypadku z dzikiem, czując, że odegrał w nim jeszcze nieszczególną rolę. Zaczęły się sprzeczki o te, kto najwięcej zabił zwierzyny. Okazało się, że właśnie Brochwicz. Ordynat ogłosił go królem. Ale Trestka, zły na to, rzekł złośliwie:
— Nie miał byś pan tej weny, gdyby ordynat strzelał swobodnie. Ale ordynat ustępował dziś strzały gościom i oddawał im wyborowe stanowiska. W tem tkwi klucz do rozwiązania zagadki szczęścia pańskiego: ordynat oddał ci tytuł króla.
— Czemuż, naprzykład, pan się o to nie postarał? — zapytał Brochwicz — jesteś także gościem.
Trestka machnął ręką, jakby mówiąc:
— Każde szczęście nie dla mnie.
Stefci rękę panowie umoczyli w krwi dzika. Ją i ordynata ogłoszono bohaterami dnia. Hrabianka z ojcem z wielkim wysiłkiem panowali nad sobą, aby nie wybuchnąć gniewem i oburzeniem. Z pań najwięcej zwierzyny położyła panna Szeliżanka. Waldemar wziął jedną z kuropatw, zabitych przez nią, i wśród wesołych żartów umazał krwią jej rękę jako fryumfatorki.
— Wiwat nasza nemrodka! — zawołał.
Młoda panna cieszyła się choć z takiego powodzenia. Ale Trestka gryzł wąsy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.