Trędowata/Tom I/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXIV.

Wystawa! Magiczne Słowo, ściągające do środowisk ludzkich — jeszcze więcej ludzi, do zbiorników cywilizacji, wyczynów kultury — jeszcze więcej dowodów pomysłowości ludzkiej i genjalnych zdobyczy wiedzy. Rojne ulice wielkiego miasta wypełniły się podwójnie, w hotelach brakło mieszkań, w ogrodach, restauracjach, cukierniach — wszędzie brzmiał niezwykły gwar. Na dworcu kolejowym ruch ześrodkowywał się. Co chwila wpadały pod hallę pociągi, wypełnione publiką. Głównie jednak znać było zwiększenie przyjezdnych w I i II klasie. Trzecia pozostała jednakowo pełna, bez różnicy. Czasem wysiadł ktoś z zielonego wagonu, dążący również na wystawę, jakiś skromny wystawca, lub kupce inwentarza, mający dużo pieniędzy, a mało wymagań. Takich, którzyby jechali na wystawę dla przyjemności, tu się nie spotykało: do nich należały niebieskie i żółte bilety. Niezwykły, świąteczny charakter przybrało miasto. Dopomagała do tego śliczna pogoda. Wrzesień całe swe złoto jesienne sypał na strojne ulice, Ogrody i przybrany we flagi plac wystawowy, — ciskał gorące, jasne smugi na twarze i stroje zebranych tłumów.

Środkiem głównej ulicy jechało wspaniałe lando, zaprzężone w cztery czarne, piękne araby. Uprząż lśniła od lakierów i nabijanych bronzów. Stangret i lokaj w pysznej liberji wyglądali typowo. W głębi, na ciemnokarmazynowych poduszkach landa, siedział Waldemar, wytworny, ubrany z pełną smaku elegancją. Często zdejmował kapelusz
Lucyna baronówna Elzonowska w stroju balowym.
na powitanie znajomych lub oddawał ukłony. Strojny zaprząg i strojna postać właściciela robiły wrażenie; na chodnikach rozlegały się pytania i odpowiedzi uświadomionych:

— Czyje to konie?... Kto to jedzie?...
— To z Głębowicz. Ordynat Michorowski.
— Ten magnat? On ma najwspanialszą stajnię na wystawie.
Waldemar jechał na kolej, gdzie miał spotkać dziadka i panie ze Słodkowic. Na dworcu była już panna Rita, Trestka i Wiluś. Ten gorączkowo chodził po peronie w oczekiwaniu pociągu.
Trestka żartował z niego, że opuścił kursa i tu przyjechał nie na wystawę, ale dla tego pociągu, jaki ma nadejść, i że z tęsknoty jest nieprzytomny.
Student odcinał się Trestce, jak umiał, lecz nie przeczył. Waldemar gryzł wąsy. Drażniło go to. Ale gdy po danym sygnale wyszedł na peron i zobaczył Wilusia, który stał na samym brzegu asfaltu, wychylony naprzód i wpatrzony w zbliżający się pociąg, nie wytrzymał i przechodząc koło niego, rzekł z pewną ironją:
— Szkoda, że pan z bukietem nie wystąpił.
Student spojrzał na niego żałośnie, spuścił oczy i poczerwieniał.
Pociąg wpadł pod hallę dworca. Waldemar szedł wolno i przeglądał okna pierwszej klasy. W jednem błysnęła twarzyczka Luci, potem ukazali się: pan Maciej i pani Idalja. Waldemar zaniepokojony wskoczył do środka, zanim jeszcze pociąg stanął, Stefcia, pochylona nad ławką zawiązywała jakąś paczkę. Ordynat szybko podszedł do niej, podali sobie ręce w milczeniu. Spojrzał głęboko w jej oczy i przycisnął do ust jej rękę. Stefcia oblała się rumieńcem, jak ogniem. Ten cichy hołd jego wstrząsnął nią. Lucia, widząc to, już się nie zdziwiła. Panna Rita, Trestka i Wiluś weszli równocześnie. Zaczęły się przywitania i głośna urywana rozmowa.
Niedługo potem po głównej ulicy toczyło się znowu lando ordynata, wiozące pana Macieja, baronową, Lucię i Wilusia Szeligę. W drugim powozie parokonnym, także z Głębowicz, jechała panna Rita ze Stefcią, Waldemar i Trestka. Rita mówiła:
— Wie pan? moje konie robią wenę. Pańskich nie prześcignęły, ale jednak są na wysokości...
— Moich koni, czy aspiracji pani?
— Złośliwy! Do pańskiej stajni jeszcze nie dorosłam.
— Zabawne zestawienie!
— A ja jestem szczęśliwy, żem żadnej szkapy nie przyprowadzał — rzekł krzykliwie Trestka.
— Tak, to zwiększa pańskie szanse — zauważył z uśmiechem Waldemar.
— Właśnie o to mi chodziło.
Panna Rita utkwiła w nich obu ostry wzrok, który jednak nie miał własności zabójczych, bo się panowie tylko uśmiechnęli, zamiast przestraszyć.
— O co to panu chodziło? i o jakich to szansach pan mówi, panie ordynacie?
Waldemar zrobił komicznie poważną minę.
— Ja mówiłem o wyścigu hipicznym, łaskawa pani sportsmenko.
— Jakto?
— Bo każdy z nas może wyścig przegrać, a kto koni nie posiada, ten ma zawsze szanse wygrania przez to samo, że nie będzie grał.
— Paradoks! A pan?
Trestka był zaskoczony.
— Ja? Ja mniej więcej to samo, co ordynat.
— Mój kochany panie, pozwól sobie na większą odwagę — zaśmiał się Waldemar.
Panna Rita wzruszyła ramionami i zawołała do Stefci:
— Co pani sądzi o tych oto panach?
— Że są w jakimś konflikcie z panią i że się państwo wzajemnie nie rozumiecie.
— Ech! nie powiedziała pani tego, czego chciałam.
W hotelu zebrało się już całe towarzystwo. Po powitaniach i przebraniu się, wszyscy zeszli do dolnej sali restauracyjnej na śniadanie.
Było osób do dwudziestu. Dość ładna, lecz nie europejska sala przybrała natychmiast wygląd bardziej zachodni. Księżna Podhorecka i Maciej Michorowski nadawali główny ton zebraniu. Waldemar uświetniał je ;zresztą wszystkie twarze rozpromienione, brzydsze lub piękniejsze, ale przeważnie rasowe, miały pewną cechę wyłączną. Gustowne uczesania i stroje pań, przy mniej lub więcej wytwornych postaciach męskich, tworzyły całość zupełnie cywilizowaną i bardzo estetyczną. Ale w mieście tem nie wszyscy byli oswojeni z towarzystfem tego pokroju, zwłaszcza tak licznem: kilka osób, siedzących przy stolikach, po wejściu i rozlokowaniu się patrycjatu, cichaczem wyszło do drugiej sali.
Wesołość zapanowała niezmącona, lecz utrzymana w tonie zastosowanym do stylowych postaci głównych: księżnej i pana Macieja.
Nie przeszkadzało to młodym bawić się z bujną swobodą. Sala, trochę za ciasna i za mało wykwintna, nieźle się jednak nadawała do utworzenia całości przygodnie wystarczającej. Kieliszki były z mierniejszego kryształu, choć restaurator powyciągał, co miał najlepszego, ale wina lały się dobre, a szkło, byle napełnione klasycznie i przy ożywionej temperaturze, dźwięczy zawsze jednakowo.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.