Trędowata/Tom I/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Błękitna tafia jeziora mieniła się opalowo, zapalała się mnóstwem złotych iskierek, płynąc jaskrawą szarfą. Chwilami pokrywał ją ciemny błękit lub szmaragdowa tęcza, albo stawała nagle nieruchomo, niewytwarzając barw, i odbijała tylko poszarpane obłoki. Jakieś zygzaki szły po fali, niby tysiące ogni, wzdymały się, rozświetlały, pozostawiając po sobie zwał piany. Z jednej strony błyszcząca szyba wody zaciemniała się równą linją od bujnej masy drzew parkowych. Ogromne korony wierzb, smukłe olchy, potężne graby, klony i drżące, rozpuszczone włosy brzóz spadały na lustrzany kryształ leżący u ich stóp. Na brzegach szumiały mięsiste tataraki i kępy trzcin o rozwianych kitach. Pojedynczo strzelały w górę na sztywnych łodygach ciemne, podłużne słupki stawowej rogóżki. Białe szmatki piany drżały u podnóża trzcin; to woda, spadająca gwałtownie w zawiłą masę korzeni, szumi, wydaje suchy szelest i pieni się z gniewu.
Lecz i na środkowym szlaku zamajaczyła biała plamka, niby mały skrawek obłoku, spadły na wodę, zwabiony roziskrzoną falą... Oto druga plamka... trzecia... całe mnóstwo spada na płynące złoto i znów wzlatuje w górę, unosząc na swej bieli kilka świetlistych iskierek. To nie obłoki — to stado mew, lśniące, pełne świergotu. Mewy cieszą się ciepłem i słoneczną roztoczą, śpiewają radosny hejnał, zanurzając śnieżne pióra w tęczowej topieli. Nad samą wodą sykają smukłe ważki, zwane panienkami, brudząc przeczysty lazur powietrza, kręcą się krzykliwe komary.
Rzeźwe podmuchy poruszają liśćmi drzew, wywołując szumy, tajemniczą gwarę przyrody. Czasem zakwili głośniej mewa, czasem odezwą się żaby, lub z głośnym pluskiem rzuci się ryba, pozostawiając po sobie szerokie obręcze wody. Zresztą cicho było na jeziorze, tylko park huczał niezliczoną ilością głosów ptasich. Krzyczały makolągwy, gwizdały wilgi, świstał kos, gruchała synogarlica. Niżej, na gałęziach, kłóciły się z sobą liczne zastępy, całe pospólstwo wróbli, infanterja armji ptasiej.
Waldemar Michorowski zatrzymał się w swym spacerze po krętej uliczce nad wodą. Nagle po przez zielone sklepienie drzew prysnął gorący promyk słoneczny, zamigotał dokoła niego, zadrgał w jego stalowych źrenicach i krwawą kroplą rozbłysł na rubinie szpilki w krawacie. Waldemar spojrzał w górę.
— Szczególny promień. Ukłół mnie, jak igłą. Gdybym był zabobonny... Ach, cóż znowu!...
Podszedł dalej. Dziwił się, że nie może zebrać myśli; rwały się. nasuwając wciąż jedno pytanie.
— Dlaczego jestem taki wrażliwy? Co znaczy ten objaw? Jakiś promyk rozświetlił mnie, jak ten przed chwilą spadły ze słońca... Promyk! Czy ona może być promykiem? Jest również słoneczna, czy jednak równie gorąca?
Zaśmiał się ironicznie.
— Może była, ale ostygła, wyczerpana ogrzewaniem kogo innego.
W wyobraźni mignęły mu postacie Stefci i Prątnickiego. Wzruszył ramionami i rzekł prawie głośno ze śmiechem:
— Ogromnie głupi jestem! Cóż promyk? Skoro jest słoneczny — ogrzać się nim. Po co te rozważania bezcelowe?
Spojrzał na jezioro.
— Naprzykład te mewy — myślał — pławiąc się w blaskach i biorą na swe skrzydła tyle tęczy, ile się zmieści. Jaki one mają rozum!... Nie należy omijać żadnego promyka, kraść każdą tęczę bezwzględnie — oto jest umiejętność korzystania z życia. Na rozpatrywaniu wszystkiego, badaniu szczegółów marnuje się tylko bezowocnie czas i w rezultacie nie otrzymuje się wyników, bo przedmiot powszednieje, przestaje budzić zajęcie.
— Czy to prawda, czy paradoks? — zastanowił się.
— Więc chcę, aby była prawda. Mogę sobie na to pozwolić.
Za jeziorem, na drodze, obramowanej murem zboża, ujrzał sunące prędko łby i grzbiety końskie, oraz górny kontur żółtego amerykana. Siedziały w nim dwie ciemne sylwetki, odrzynające się wypukło na tle złotego łanu pszenicy.
Waldemar patrzał chwilę, wreszcie wybuchnął śmiechem:
— O! tam jedzie promienisty! — zawołał wesoło i zawrócił do pałacu.
Kolację spożyto w milczeniu, pan Maciej był apatyczny, Waldemar zimny, Prątnicki niespokojny.
Edmund nie spodziewał się zastać ordynata. Zmieszał się podwójnie, gdy mu powiedziano o wyjeździe pań. Czuł się zazwyczaj swobodniejszym wobec pani Elzonowskiej i Luci. Wszedłszy do sali jadalnej zauważył sztywność obu panów, postanowił więc nadrabiać miną. Opowiadał wesoło o bytności swej w składzie narzędzi rolniczych. Dowcipnie krytykował firmę i panów, z którymi tam rozmawiał. Ale spostrzegł, że opowiadanie jego nie robi wrażenia na obu Michorowskich i zaczął mówić głównie do pana Ksawerego. Zniżonym głosem spytał starego rezydenta:
— Czy panie dziś nie wrócą?
— Chyba nie — odparł pan Ksawery. — Pojechały do Obronnego, tam zawsze nocują.
— Szkoda.
— Dlaczego pan tak żałuje? Niema pan przecie osobistego interesu do żadnej z pań?
— Owszem, mam bardzo pilny.
— Ciekawym jaki, bardzom ciekaw — rzekł pan Ksawery, patrząc na praktykanta żartobliwie.
Edmund odczuł cień lekkiej ironji w głosie rezydenta i pomyślał:
— A temu, co się dzisiaj stało?
— Więc jakiż to interes? — powtórzył pan Ksawery.
Staruszek, zjadłszy ogromnie dużo, był w bardzo dobrem usposobieniu.
Prątnicki pokręcił głową.
O, tego nie mogę powiedzieć nikomu.
— Aż tak! Ho, ho! A o którąż z pań tu chodzi, jeżeli wolno choć oto zapytać?
— Mam osobisty interes do swego ideału — rzekł z zagadkowym uśmiechem zapytany.
— A nie będę niedyskretny, jeżeli zapytam, jakiej natury jest ten interes?
— Pan zbytnio ciekawy! Przypuśćmy, że pragnę jej opowiedzieć o  mej tęsknocie i ujrzeć rumieniec na jej buzi.
Waldemar mimowoli słyszał wszystko. Wzburzony, chciał wstać i  wyrzucić za drzwi Prątnickiego. Ale opanował się, może pod wpływem błagalnego spojrzenia pana Macieja.
— Jaki pan pewny tego rumieńca! — zauważył pan Ksawery. — A gdyby panu nie udało się go wywołać?
— Pan wątpi? Panienki zawsze łase na słodkie słówka i mają rumieńce na zawołanie. Zwłaszcza Stefa do rumieńców skłonna. Już ja ją znam...
Tu Edmund spostrzegł, że posunął się za daleko, więc umilkł.
Ale ordynat nie mógł dłużej panować nad sobą. Skruszył w palcach cygaro, zasypując nim obrus, i gwałtownie powstał. Przeprosił pana Macieja i wyszedł z sali.
Stary Michorowski powiedział dobranoc obu panom, coś do nich przemówił i wyszedł. Prątnicki, niemile tknięty, stracił humor, a stary rezydent, podając mu rękę, pomyślał:
— Czy nie przegalopowałeś, kawalerze?
Waldemar biegał po swym gabinecie, chcąc się uspokoić. Po godzinie rozkazał Jacentemu prosić Edmunda. Ordynat siedział przy biurku z miną spokojną i obojętną, tak że praktykant, nie widząc niezadowolenia na jego twarzy, odzyskał swobodę.
— Czem mogę służyć? — spytał, podchodząc elastycznie do biurka
Waldemar wskazał mu krzesło.
— Proszę, niech pan siada. Chcę z panem pomówić.
Młody człowiek zmieszał się i usiadł w milczeniu.
— Właściwie — rzekł Waldemar — mam wyrazić panu mój zamiar, który powziąłem od pewnego czasu — zamiar dotyczący pana.
— Mnie?
— Tak. Chcę panu zaproponować przeniesienie się na stałe do Głębowicz. Sądzę, że to panu różnicy nie zrobi, a teren pracy tam będzie nawet większy...
Mówił tonem naturalnym i uprzejmie, ale z lodowatym chłodem.
W Prątnickiego jakby nagły grom ugodził. Spodziewał się wszystkiego, prócz przeniesienia do Głębowicz. Nie wiedział, co o tem sądzić. Bezwiednie bąknął:
— Dlaczego, panie ordynacie... tak nagle... Nie jestem przygotowany
— To najmniejsza, kwestja paru mil drogi, przeprowadzka niedaleka.
Edmund jeszcze chciał się bronić.
— Czy pan niezadowolony z mych czynności gospodarczych w Słodkowcach? — zapytał z uniżonością, która obudziła niesmak w Waldemarze?
— Z gospodarczych? Nie. Tylko wogóle jest pan odpowiedniejszy do Głębowicz.
— Odpowiedniejszy?... Dlaczego? z jakich względów?
Michorowski tracił cierpliwość.
— O panie, względy są różne — rzekł, strząsając w popielniczkę popiół z cygara.
Prątnicki zrozumiał. Niechciane go tu. Lecz jaki główny powód? pragnął dowiedzieć się koniecznie. Rzekł po krótkiem milczeniu:
— Panie ordynacie, jeśli dzisiejszą swą wycieczką naraziłem się panu, w takim razie przepraszam bardzo. Istotnie popełniłem błąd.
Waldemar podniósł głowę.
— Czy ja panu robiłem wymówki, że mnie pan przeprasza? — spytał.
— Postąpił pan niewłaściwie, lecz to rzecz drobniejsza.
— Przedewszystkiem, nie wiedziałem, że pani baronowa miała dziś jechać — bronił się Prątnicki.
Ordynat skrzywił, usta z niesmakiem. Nie lubił wykrętów.
— No, o tem pan wiedział, bo nawet zadysponował pan gniadą czwórkę dla ciotki. Ale powtarzam, to rzecz drobniejsza. Głównie chodzi o to, że nie nadaje się pan do miejscowego otoczenia w Słodkowcach. Pan rozumie?... Nie odpowiada pan właściwym warunkom, traktując je nazbyt przedmiotowo, co znowu nie zgadza się z pewną skalą naszych pojęć.
Teraz łuska spadła z oczu Edmunda. Spostrzeżono jego zamiary i dają mu odprawę. Projekt przeniesienia go do Głębowicz to tylko delikatne wskazanie drogi, którą ma się wycofać.
Jego plany przekreślone zostały ręką ordynata bardzo stanowczo. Prątnicki był zgnębiony, przegrał na całej linji bez możliwości odwrotu. Spojrzał na ordynata.
Waldemar paląc, patrzał przed siebie na marmurowy kałamarz z takim wyrazem twarzy, jakby chciał rzec:
— Czemu nie wychodzisz? Ja już skończyłem.
Edmund czuł, że powinien odejść, ale jeszcze się wahał niepewny, czy to zupełne usunięcie, czy tylko przeniesienie.
Waldemara to wahanie drażniło. Zirytowany wstał i podając mu rękę, rzekł krótko:
— Zatem skończone. Dobranoc panu
Praktykant zerwał się z krzesła i odpowiedział z fałszywa swobodą:
— Postaram się zadowolić pana ordynata.
— Dziękuję. Będzie to korzystniej dla obu stron.
Ukłonili się sobie i Prątnicki wyszedł z podniesioną głową, którą za drzwiami zwiesił smutnie.
— Psia krew! dostałem arbuza — mruknął zły — bo to przecie arbuz prywatny nie urzędowa dymisja. Ale jak on to delikatnie zrobił, po pańsku. Arystokrata! — dodał ze zjadliwą ironją.
W przedpokoju lokaj chciał mu podać palto, ale Edmund odtrącił go z gniewem.
Idź do djabła!
— Oho! — zawołał służący, zamykając drzwi za nim.
Waldemar wszedł do sypialni pana Macieja. Staruszek leżał w łóżku, czytając dzienniki. Na widok wnuka, odsunął lampę.
— Czemu tak długo nie przychodziłeś?
— Rozmawiałem z Prątnickim. Już skończone — odpowiedział Waldemar, siadając obok łóżka.
— Wymówiłeś mu miejsce?
— W zasadzie tak. Zaproponowałem mu przejazd do Głębowicz.
— I zgodził się?
— To byłoby niepożądane, ale zrozumiał, czego się od niego chce.
— Powiedz prawdę: wywołała to dzisiejsza rozmowa przy kolacji. Czy tak?
— Tylko przyspieszyła.
— A wywołała głównie dla czego?
— Dziadzio się o to pyta? nie mogłem nigdy znosić jego dowcipów, zwłaszcza takich...
Powstał i zaczął chodzić po pokoju.
Pan Maciej milczał. Światło lampy, padając ukośnie, oświecało jego białe włosy i szerokie brózdy na twarzy. Czoło miał sfałdowane, oczy przymknięte, na zwiędłych ustach osiadł bolesny wyraz. Długo siedział pogrążony w głębokiej zadumie, z pochylonemi barkami, jakby gniótł go jakiś ciężar niezmierny.
Na tle dywanu jego starcza postać odrzynała się wypukło; spływały na nią gnębiące wspomnienia z przeszłości, pod ich brzemieniem zginał głowę coraz niżej. Nagle podniósł zmarszczone czoło, spojrzał na wnuka i rzekł z naciskiem:
— Waldemarze, bądź szczery. Tobie głównie o nią chodzi?
Z głębi ciemnego pokoju odezwał się głos przytłumiony, o pięknem, niskiem brzmieniu:
— Tak!
— Boże, nie odmawiaj swego zmiłowania! — szepnęły drżące wargi starca.
Zasłoniwszy oczy rękoma, modlił się cicho, powtarzając z przejęciem:
— Za moje winy nie karz go, Panie! Panie! Odpuść mi. Zaniechaj zemsty!...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.