Trędowata/Tom I/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIII.

Prątnicki miał minę zwycięską, wchodząc do stajni.
Spotkał Lucię, powracającą z cieplarni, widział jej rumieniec i z kilku słów dziewczynki upewnił się, co do jej uczuć. Sam skorzystał, aby uścisnąć rączkę dziewczęcia i szepnąć parę czułych frazesów.
— Jestem na dobrej drodze — powtarzał sobie. — Ta mała kocha się we mnie najwidoczniej.
Podkręcił wąsa z miną człowieka zadowolonego z siebie i ze swej przyszłości.
— Kasztany, czy gniade? — spytał Benedykt.
— Zaprzęgaj czwórkę karych arabów do żółtego amerykana.
Stangret wytrzeszczył na niego oczy.
— Kare araby?!
— Ogłuchłeś, widzę. Zaprzęgaj prędzej.
Z szorowni wyszedł rządca Klecz.
— Dokąd pan chce jechać? — spytał Edmunda po niemiecku.
— Do miasta. Muszę być w składzie rolniczym, aby dowiedzieć się o żniwiarkę.
— Żniwiarka naprawiona. Niema pan po co jechać.
— Ordynat sam mi to polecił.
— Może być, ale dawniej. Teraz tylko poślemy furmankę.
— Muszę jechać — upierał się Prątnicki.
— Ha! jedź pan, ale nie radzę karemi końmi.
— A to. dlaczego?
— Tak... Nie radzę... Daleki kurs...
— Do Szal chyba dalszy, a baronowa jeździ niemi zawsze.
Klecz rzucił na niego znaczące spojrzenie.
— Różnica! — rzekł lakonicznie.
Zrozumiał, co Klecz chciał powiedzieć, ale postanowił nie ustępować.

— Czemu nie zaprzęgasz? — krzyknął na Benedykta.
Prątnicki spotkał Lucię, powracającą z cieplarni. Skorzystał aby uścisnąć rączkę dziewczęcia i szepnąć parę czułych frazesów.
— Panie, po przyjacielsku radzę panu nie brać tej czwórki — rzeki Klecz. — To ulubione konie ordynata. Może im się stać co złego, potem bieda. Pal je licho! Niech pan jedzie kasztanami, konie jak spławy. Albo gniade niech pan weźmie. Podobno baronowa ma dziś jechać do Obronnego. Zadysponuje kare i co wtedy?

— To dla niej założy się gniadą czwórkę — rzekł Prątnicki już zły.
Zwrócił się znowu do Benedykta:
— Zaprzęgaj żywo! Rozumiesz!
Stangret wzruszył ramionami i poszedł spełnić rozkaz, mrucząc pod nosem niepochlebne życzenia dla praktykanta. Klecz machnął ręką.
— Twarda sztuka!... niech go djabli — rzekł do siebie.
Po kilku minutach Edmund siedział w amerykanie i zgarnął lejce czwórki. Następnie, zanim stajenny zdołał się usadowić, trzasnął z bata z ironicznym uśmieszkiem, pożegnał Klecza, puścił konie tęgiego kłusa i zniknął na skręcie drogi.
Rządca i stangret spojrzeli na siebie.
— Żeby się chociaż co złego nie stało — mruknął Klecz.
A Benedykt rzekł, rozkładając ręce:
— Jak pan praktykant znarowi konie, ja nie będę odpowiadał przed ordynatem. Kiedy pan rządca pozwolił, to co ja winien?
— Przecie pan Prątnicki umie jeździć. Co tam Benedykt prawi! — odrzekł Klecz, sam zaniepokojony.
Nieobecność Piątnickiego na obiedzie zadziwiła panią Idalję, a zasmuciła Lucię. Dziewczynka nie rozumiała, dlaczego wyjechał dziś, po tak miłem spotkaniu sam na sam. Smutek jej wzmógł się, gdy pani Idalja oznajmiła, że po obiedzie jadą do Obronnego, odwiedzić księżną Podhorecką. Gdy Lucia została sama ze Stefcią, zarzuciła jej ręce na szyję, szepcąc z rozkapryszoną miną:
Takbym wolała zostać w domu! Tak mi się nie chce jechać!...
— Przecież dawniej lubiłaś bywać w Obronnem — uśmiechnęła się Stefcia.
— Ach! dawniej! to co innego.
I w oczach jej błysnęło rozmarzenie, tak niedostosowane do tej dziewczęcej postaci, jak niewłaściwą byłaby silna woń róży dla niezapominajki.
Pani Idalja, kończąc ubieranie się, rozkazała zaprzęgać konie do landa. W parę minut potem Jacenty zastukał do jej pokoju.
— Proszę jaśnie pani — stangret mówi — że można jechać tylko gniadą czwórką lub kasztanami.
— Ale ja kazałam zaprzęgać kare — rzekła pani z przyciskiem.
— Stangret powiada, że karych niema.
— Gdzież się podziały?
— Pan praktykant pojechał do miasta.
Pani Idalja zwróciła się gwałtownie na krześle ku Jacentemu i z pod przymrużonych powiek spojrzała na niego bacznie.
— Pan Prątnicki... karą czwórką... do miasta?
— Tak mówi stangret.
— Rządca wiedział od rana, że pojadę. Jakże mógł dać te konie?
— Pan praktykant powiedział, że jaśnie pani pojedzie gniademi.
— To nie może być! — zawołała wzburzona baronowa. — Niech Benedykt przyjdzie do kredensu.
Jacenty wyszedł.
Pani Idalja powstała z krzesła szarpiąc nerwowo rękawiczki.
— Skandal! — wołała do siebie. — Ja dysponuję konie, a mnie powiadają, ze koni niema? On za wiele sobie pozwala. Waldy go rozzuchwalił. To do niczego niepodobne. Voilá qu’il est ridicule!...
Wzburzenie jej rosło.
Tymczasem przed stajnią zebrała się narada. Jacenty, Benedykt i kilku stajennych mieli miny zakłopotane. Szukali rządcy, ale Klecz wyruszył w pole.
Nie było rady, trzeba iść do pałacu.
Gdy Benedykt z Jacentym weszli w obręb dziedzińca, stangret drętwiał z przestrachu.
Dokoła gazonu pokojowiec oprowadzał karego wierzchowca z Głęoowicz. Przyjechał ordynat...
— No! — zawołał Benedykt — jaśnie pan zawsze przyjeżdża wtedy, jak go się nikt nie spodziewa, ale dziś to już trafił!
Waldemar zastał ciotkę bardzo rozgniewaną. Ledwo raczyła się z nim przywitać.
— Co się stało? — spytał ździwiony.
— Widzę, że ten twój protegowany ma tu więcej prawa odemnie. A! tego się nie spodziewałam.
Waldemar słuchał spokojnie, chodząc po pokoju. Gdy skończyła parsknął śmiechem.
— Mój protegowany! Paradna jest ciocia. Nie wiem, kto go dotychczas protegował więcej. Z pewnością nie ja.
— Jednak się teraz śmiejesz. Nie obeszło cię to ani trochę.
— Przeciwnie jestem zachwycony tym wypadkiem.
— Yoyons! jest bardzo uprzejmy.
— Ależ, ciociu, państwo oboje wyrządziliście mi wielką przysługę: ciocia, że dziś chciała jechać, a ten pan, że właśnie dziś pojechał.
— Nie rozumiem cię.
— Moja ciociu, nie ulega wątpliwości, że ten pan zdobywa tu sobie jakieś prawa, ale to wina cioci — nie moja.
— Powtarzam, że nie rozumiem cię — przerwała pani Idalja, wzruszając ramionami.
— Ciocia widzi jego zabiegi około Luci? Tak czy nie?
— Odbiegasz od przedmiotu.
— Właśnie do niego dążę. Niech mi ciocia odpowie.
— Asystuje Luci. Więc cóż z tego?
— Ale ciocia to widzi i pozwala na to.
Pani Idalja zerwała się z krzesła.
— Ach! mój drogi, nie widzę w tem nic złego, że z sobą flirtują. Cóż to szkodzi?
Sądzę, że dla Luci jeszcze taki flirt zbyteczny — rzekł Waldemar chłodno.
— Przeciwnie. Lucia ma szesnaście lat, niech się wprawia. Dla dziewczyny w tym wieku to nawet konieczne.
— Czyby i to było koniecznem, gdyby się zakochała?
— Chociażby! — W Prątnickim może się nawet kochać.
Waldemar spojrzał na nią, nie wierząc własnym uszom.
— Za pozwoleniem. Co znaczy ten dodatek „nawet“ i wogóle to w „Prątnickim“?
— Sądzę, że rozumiesz.
— Niestety nie.
Pani Idalja wybuchnęła:
— Gdyby Prątnicki był z naszej sfery, lecz niestosowny jako partja wówczas inaczejbym się na to zapatrywała, ale tak...
— A tak wolno im się kochać? No to może wolno im będzie pobrać się? — spytał z ironją.
— Drażnisz mnie, mój drogi!
— Ja tylko pytam. Więc jemu wolno z nią flirtować, jej wolno kochać się. Ciocia na to pozwala, on to widzi. No i nie bądźże tu w dobrym humorze. To jest kwintesencja jego dzisiejszej przejażdżki. Pełen dobrych myśli pojechał karemi końmi, a cioci zadysponował gniade. uważając, że przyszła teściowa może ustąpić w takiej drobnostce.
— Waldy, co ty mówisz?
— Nic więcej, tylko prawdę.
— Ależ... Czyżby?... — zastanowiła się.
— Tak, tak... to właśnie! — zawołał Waldemar, podchwytując myśl ciotki, która nagle zbladła.
— On śmiał marzyć o Luci?
— O! dlaczegożby nie? On jest bardzo odważny.
— To niemożliwe!... Nie. nie! Toby było szczytem zuchwalstwa! mówiła pani Idalja wzburzonym głosem.
— Moja ciociu! On miał twoją protekcję, czegóż potrzeba więcej? Może śmiało powiedzieć: veni, vidi, vici — drwił Waldemar.
Ciotka spojrzała na niego.
— Skąd wiesz o tem, Waldy? — spytała nieufnie.
— Od dziadka, który jest lepszym badaczem od cioci. Zresztą sam widzę dużo.
Pani Elzonowska poruszyła się gwałtownie na krześle.
Waldemar chodził po pokoju. Myśli rozsadzały mu głowę. Przedewszystkiem jedna: że choćby nawet Prątnicki był innym człowiekiem i kochał Lucię, nie danoby mu jej dlatego, że należy do „niższej“ sfery społecznej.
— Co za barbarzyński przesąd! — mówił sobie w duchu. — Więc ona, Elzonowska, nie może zostać żoną Prątnickiego dla nazwiska. Jakież to dzikie!... I ja sam do tego dopomagam. Dajmy na to, że dla wielu przyczyn. Za Prątnickim nie przemawia nic, prócz dziecinnego zadurzenia się Luci. Lecz gdyby Prątnicki był innym człowiekiem, nie byłoby w Słodkowcach Stefci... I tu także inna sfera... Przekleństwo! — szepnął do siebie.
Baronowa ocknęła się z odrętwienia.
— Powiedz mi, Waldy, dlaczego mówiłeś przed chwilą, że ja i ten... Prątnicki zrobiliśmy ci przysługę — spytała.
Waldemar przesunął ręką po czole, jakby odpędzając od siebie natrętne myśli.
— Bo ja czekam sposobności, żeby uwolnić się od niego.
— Ach! rozumiem! I sposobność znalazłeś. To bardzo dobrze!
— Chyba ciocia nie myśli, że głównym powodem będzie jego spacer dzisiejszy.
— A cóż więcej?
— Jakto co? Czy ciocia życzy sobie, aby on tu nadal pozostał?
— Wobec tego, o czem się dowiedziałam, broń Boże! Ale przecież mu wyraźnie drzwi wskazać nie możesz.
— Dam do zrozumienia w sposób jak najoględniejszy, że jest tu zbyteczny.
Wszedł Jacenty, oznajmiając, że Benedykt czeka.
Pani Idalja rzekła do Waldemara po francusku:
— Kazałam mu przyjść wytłómaczyć się. Ale teraz tobie go zostawiam.
Wzruszył ramionami.
— On nic nie winien, tylko rządca. Jabym cioci radził jechać i kwestję końską pozostawić na boku. Winienem jej wdzięczność, ale wysuwać ją na pierwszy plan niema powodu. Więc jedzie ciocia, tak?
Nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do Jacentego:
— Niech Benedykt zaprzęga kasztany.
Po odejściu kamerdynera, Waldemar spytał:
— Czy z ciocią jedzie tylko Lucia?
— Jedzie z nami Rudecka.
Gniew zadrgał na ustach Waldemara.
— To dobrze. Tylko mogłaby ją ciocia nazywać cokolwiek mniej urzędowo.
Baronowa rzuciła na niego krytyczne spojrzenie. Chciała coś odrzec, lecz Waldemar szybko skłonił się jej, dodając:
— Proszę być gotową. Czas jechać.
Wyszedł i mruknął do siebie z gniewem:
— Chciała mnie znowu poczęstować sferą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.