Trędowata/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IX.

Lipcowy wieczór zapadł cichy i senny.
Ostatnie krwiste obłoki pociemniały, otulając naturę szarą gazą zmierzchu; w mroku tonęły drzewa parku, zaledwo wierzchołki złociły się jeszcze odblaskiem zachodu, jakby słońce rzucało ziemi pożegnanie.
Znikły barwne kobierce kwiatów, słabo rysowały się trawniki, tylko czarne kontury świerków na klombach i białe posągi widniały wyraźnie. Lecz smutna pomroka nie trwała długo; nagle zadrgały na listkach drzew matowe blaski, ożywiły się posągi, raźniej strzeliły w górę tuje i piramidalne świerki.
Trwające przez chwilę. cienie, spędzone światłem, skupiły się w pojedyncze grupy, gdzieniegdzie tworząc czarne głębie i plamy, w innych miejscach ścieląc się delikatnym rysunkiem, jak cudnie tkane koronki. Niewyraźny, zmącony park stanął w srebrzystej szacie z lamy i lśnił, migotał listkami brzóz, z których szło najwięcej błyszczących ogniwek. Jakby czarami, świat powołany został do życia, ale mistycznego, pełnego snów.
Wszedł księżyc, odwieczny sprzymierzeniec ideałów, powiernik najtajniejszych wrażeń, przyjaciel poetów i lunatyków. Na granatowem tle nieba, wśród mozaiki obłoczków jak w kłębach dymów, płynął niby wielki elektryczny lampion, tylko stokroć świetlistszy, promienny, a nadewszystko niedościgniony. Zapalał na swym szlaku gwiazdy, oświecał drogę mleczną, na ziemię ciskał miljardy spojrzeń brylantowych, wkradał się niemi w każdy zakątek, odnajdując znane już sobie, lub nowe tajniki.
Stefcia siedziała przy oknie i z głową opartą na dłoni wlepiła oczy w oświetlone niebo, zamyślona i tęskna. Dzień ten przeszedł dla niej nie wesoło. Widziała Lucię rozmarzoną i to ją dręczyło.
W postępowaniu Prątnickiego zauważyła wiele szczegółów dla niego niepochlebnych, dla Luci zgubnych.
Dziewczynka była pod jego urokiem, każde jego spojrzenie, słowo działało na nią zabójczo. Edmundowi Stefcia nie ufała, przeczuwając, że Luci nie kocha, że mu chodzi jedynie o zdobycie bogatej dziedziczki. Nie dostrzegła w nim ani połowy tego zapału, z jakim dawniej starał się o jej względy. I ogarniał ją niepokój, pomimo wszystko żałowała Edmunda, będąc pewną, że czeka go zawód. Dumna pani Idalja nie pozwalała się łudzić.
Chwilami żal Stefci skierowywał się głównie na Lucię. Ją czekało rozczarowanie podwójne: ze strony matki i boleśniejsze ze strony Edmunda.
— Daj Boże, aby to był szał, złuda, która przeminie, pozostawiając po sobie trochę goryczy, bez głębszych śladów — myślała poczciwa dziewczyna.
— Gdybym ja mogła wiedzieć napewno — szepnęła strapiona.
W rozmyślania jej wplatały się nieuchwytne marzenia. Było jej dobrze i źle, dziwne połączenie uczuć! Fizycznie odczuwała spokój i bogaty dobrobyt razem z poezją czarownej nocy, ale duch jej leciał wyżej. Błądził w obłokach utopij i z nerwowym niepokojem szarpał się, spadając w szarą rzeczywistość. Miała złudzenie, że posiada skrzydła u ramion, lecz, że przybito ją dużymi ćwiekami do jakiejś zapory i ta trzyma ją bez ratunku. Stefcia chce lecieć w przestworza i czuje, że słabnie, że jej braknie sił; ćwieki tkwią w skrzydłach, ciężą jej, hamują lot. Majaczyła, a księżyc oświecał jej bladą twarz, gładził włosy i zdawał się ją pieścić, jakby wszystkie swe ognie na nią jedną skierował, skupiając mistyczne spojrzenia. Stary oszust! Ile on w tej chwili widział takich okien i rozmarzonych głów dziewczęcych, ile pieścił twarzy, jak przeróżne gładził włosy. A na każdą głowę siał obficie iskry, rzucał kaskady świetlanych uczuć.
Miał ich zapas nielada, żył przecie wieki.
Stefcia, pogrążona w zadumie, nagle drgnęła i obejrzała się z lękiem. Drzwi skrzypnęły i na progu stanęła Lucia w nocnym kaftaniku, z rozpuszczonemi włosami. Oczy miała otwarte szeroko i niepokój w twarzy.
Zanim nauczycielka spytała, dlaczego nie śpi, dziewczynka prędko podbiegła do niej i ręce zarzuciła jej na szyję, twarz rozpaloną przytuliła do jej twarzy i zaczęła szeptać:
— Ja przeczułam, że pani nie śpi, i przyszłam, bo i ja zasnąć nie mogę — tak mnie coś dręczy — i tak mi smutno.
Odjęła ręce od szyji Stefci i, robiąc niemi jakieś ruchy na wysokość twarzy, zawołała z trwogą:
— Ot tak coś mi stoi przed oczyma!
Poczem przytuliła się zaraz i spytała cichutko:
— Panno Steniu, dlaczego ty nie śpisz? Dlaczego tak siedzisz przy księżycu? Czy i ty także?... Jeszcze?...
Stefcia drgnęła, żal błysnął w jej oczach.
— Co chcesz powiedzieć, Luciu?
— Czy pani kocha jeszcze pana Edmunda? — wypowiedziała jednym tchem dziewczynka.
— Prątnickiego!... Dlaczego pytasz o to?
— Pani tak gniewnie wymówiła jego nazwisko.
— Nie odpowiadasz na moje pytanie, Luciu.
— Bo ja chcę najpierw wiedzieć, czy pani go kocha. Panno Steniu, powiedz, proszę.
Patrzała jej w oczy z błaganiem.
Stefci ścisnęło się serce.
— Nie kocham — odparła szybko.
Dziewczynka wstrzymała oddech w piersi, nieufność odbiła się w jej oczach. Spytała jeszcze natarczywiej:
— Nie kochasz? Naprawdę? Ale kochałaś, ja wiem.
— Łudziłam się — odrzekła Stefcia szczerze.
Lucia położyła jej głowę na ramieniu.
— Ja się nie łudzę:..
— Ty. Luciu?
— Tak, ja kocham pana Edmunda.
Zapanowało milczenie. Lucia ukryła twarz na piersiach swej przewodniczki i przestała oddychać, jakby chcąc usłyszeć, co ona myśli. W tej główce dziewczęcej chwila ta wydawała się tragiczną. Wszystkie wrażenia, zaczerpnięte, z powieści francuskich, w jej pojęciu, przedstawiające obecną chwilę czemś rozpaczliwem, prawie rujnującem świat.
Ze drżeniem serca czekała, co powie Stefcia. Może teraz, kiedy wie wszystko, przyzna się, że Edmunda kocha i że on do niej należy.
— Ja bym umarła — myślało zrozpaczone dziewczątko.
Stefcia starała się uspokoić zbłąkaną, ale żal ja ogarniał, że ten sam człowiek, który przed kilku miesiącami ją zahypnotyzował, znalazł nową ofiarę.
Może także tylko do chwili, kiedy cała jego wartość okaże się jedynie w piękności zewnętrznej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.