Trębacz cesarski/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Trębacz cesarski
Podtytuł Powieść z r. 1830—31
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Towarzystwa Św. Michała Archanioła
Druk Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła
Miejsce wyd. Miejsce Piastowe
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział XVI.
Ostatni patrol.

Groźny wróg zbliżał się do stolicy.
Już sztab bez wodza naczelnego z Bolimowa przeniósł się do Ołtarzewa; stoczono krótką walkę z moskalami w okolicach Szymanowa; a tymczasem w Warszawie kotłowało się coraz bardziej.
Towarzystwo Patrjotyczne, podjudzane przez Czyńskiego, księdza Puławskiego, Płużańskiego i Krępowieckiego, robiło hałas, domagając się ustąpienia rządu i wyznaczenia sądu nad zdrajcami.
W kołach, spokojnie i trzeźwo myślących, budziło to obawy i oburzenie, szczególnie zaś wnosiły zamęt ogniste mowy księdza Puławskiego, tego ducha niespokojnego, krzykliwego i nie cieszącego się szacunkiem duchowieństwa i ogółu.
Jan Czyński nawoływał do gwałtownych, rewolucyjnych wystąpień, które do reszty krzyżowały plany księcia Adama Czartoryskiego, ponieważ mieszczański rząd Francji z trwogą przyglądał się rozwojowi skrajnych kierunków myśli polskiej, wyjątkowo niebezpiecznych w dobie wojny, gdy nie trudno było o wciągnięcie wojska do zaburzeń ulicznych.
Czartoryski niemal codziennie miewał utarczki z Lelewelem i ministrami-kaliszanami.
Rząd niepopularny, oskarżany przez wszystkich, szukał wodza naczelnego i rzucał się od Prądzyńskiego, do Łubieńskiego i Małachowskiego, wreszcie wybór swój zatrzymał na Prądzyńskim.
Nikt nie wiedział jednak, że dwóch innych ludzi dążyło do władzy najwyższej, a celem tych dążeń nie była jedynie wiara w możliwość obrony kraju, ani też ofiarna miłość Ojczyzny.
Na widownię wychodzili generałowie Krukowiecki i Dembiński.
Pierwszy działał podstępnie, opierając się na Towarzystwie Patrjotycznem i intrygując przeciwko Skrzyneckiemu, Rządowi, Sejmowi i wszelkim możliwym kandydatom do buławy.
Drugi zaś wypatrywał stosownej chwili, aby buławę tę porwać i władzę swoją narzucić Polsce.
15 sierpnia tłum, podżegany przez Czyńskiego, Płużańskiego i Puławskiego, dopuścił się samosądu, wdzierając się do zamku i więzienia, aby ukarać zdrajców i szpiegów, których rząd bojaźliwy i chwiejny oszczędzał.
Czyn taki sprzeciwiał się prawu, lecz Krukowiecki potajemnie mu sprzyjał.
Wojsko nie broniło zamku, straż nie stawiała oporu przy bramie więziennej.
Wywleczono więc generałów Jankowskiego, Bukowskiego, Sałackiego, Hurtiga, Szambelana Fanshave, urzędnika Bentkowskiego, szpiegów Bazanową, Szleja, Szymanowskiego, Grünberga i Makrota, a nożownicy i pospolici bandyci, których sporo w tych czasach niepewnych z bronią w ręku grasowało w okolicznych wioskach, zamordowali wszystkich i powiesili na latarniach ulicznych.
Wtedy to rząd, postanowiwszy wreszcie podać się do dymisji, mianował Krukowieckiego gubernatorem Warszawy, obierając jednocześnie Prądzyńskiego na stanowisko naczelnego wodza.
W sprawę tę wmieszał się natychmiast Dembiński, wyczuwszy, że nastał czas wystąpienia, prowadzącego do buławy.
Ze swojej kwatery posłał on generała Sznajdego z sześciu szwadronami jazdy i czterema armatami, aby wzburzoną stolicę uśmierzyć, chociażby kartaczami.
Jednocześnie posłał był Dembiński rozkaz Krukowieckiemu, aby gubernator złożył mu raport o stanie stolicy.
Wtedy do Ołtarzewa, gdzie przebywał ze sztabem swoim Dembiński, zjechał nowy naczelny wódz, generał Prądzyński.
Jednak dążący do władzy ambitny i w chwili tej brutalny, Dembiński przyjął go tak oschle i wyniośle, że wszyscy zrozumieli prawdziwe zamiary generała.
Nikt nie wątpił, że Dembiński odmówi nowemu wodzowi posłuszeństwa i zagrozi buntem wojskowym w obliczu nieprzyjaciela.
Prądzyński odjechał i natychmiast zrzekł się swej nominacji.
Rząd oddał buławę Dembińskiemu, a sam podał się do dymisji.
W głowie butnego i dumnego generała powstał ostateczny plan.
Mógł stać się teraz głową rządu i państwa, nowym dyktatorem.
Myślał teraz tylko o tem.
Wiedząc, że jest nielubianym, postanowił zaskarbić sobie względy kogoś takiego, który posiadał wielu stronników i miał mir w wojsku.
Tym człowiekiem był Skrzynecki, odsunięty od armji, rozgoryczony i dręczony pragnieniem zemsty nad członkami rządu, sejmem, oczerniającem go zaciekle Towarzystwem Patrjotycznem i wrogimi sobie generałami.
Nowy wódz naczelny zarządził przegląd armji i odbył go, mając przy swoim boku generała Skrzyneckiego.
Wojsko wiwatowało na cześć lubianego generała, wodza i obrońcy Olszynki tak, jakgdyby on to ponownie stawał na czele armji.
Żeby zwrócić na siebie uwagę i podkreślić swoje stanowisko naczelne, Dembiński wygłosił mowę, w której nazwał Skrzyneckiego „mężem bez trwogi i skazy“, przyobiecał solennie, że będzie brał z niego przykład i szedł jego śladami.
Naród nie tego spodziewał się po nowym wodzu.
Tak nieoględnym postępkiem Dembiński podpisał wyrok dla siebie.
Przebiegły Krukowiecki zacierał ręce i zrobił ostatnie posunięcie, naciskając przez Lelewela, Małachowskiego, Nabielaka i członków Towarzystwa Patrjotycznego na posłów sejmowych.
Został obrany prezesem rządu.
Wszystko to stało się w ciągu dwóch dni po zaburzeniach w Warszawie.
Lis, wypadłszy z domu państwa Kobierzyckich, biegł ku swoim koszarom, lecz znalazł tu jeden tylko szwadron, gdyż sztab korpusu przeniósł się nagle do Ołtarzewa na rozkaz przebywającego tam od kilku dni generała Dembińskiego.
Popędził więc tam za swoim oddziałem. Cieszył się, że Dembiński wkrótce rozpocznie atak na moskali, którzy pozostawali w bezczynności.
Nie wiedział Lis, że Paskiewicz, powiadomiony o wypadkach warszawskich, oczekiwał rychłego rozprzężenia armji polskiej i, oszczędzając ludzi, zwlekał z ofenzywą.
Porucznik wkrótce posłyszał od kapitana Jasiuka, przydzielonego do sztabu, o wypadkach groźnych.
W tajemnicy opowiedział mu wzburzony kapitan:
— Na nic się nie zda Dembiński, bracie! Zaczyna on nie od wojny, lecz od waśni i zamachu. Słyszałem naradę jego z panami Wielopolskim, Czartoryskim, Garbińskim i Nakwaskim. Horrendum powiadam ci! Szalone myśli błąkają się po głowie naszemu generałowi!
— Mów śmiało, nikomu nie powtórzę, — rzekł Lis, zaciskając zęby.
— Powiadam ci, że aż przerażenie mnie ogarnęło, gdym posłyszał! Chce, widzisz, pan Dembiński ład przedewszystkiem w kraju ustalić. Cha-cha! Chyba poprosi Moskali, aby na to łaskawie czekać raczyli! Nosi się generał z zamiarem aresztowania Krukowieckiego, Lelewela i krzykaczy z Towarzystwa Patrjotycznego, rozpędzić sejm, postrachem zmusić kraj do posłuchu i milczenia, ba! rządzić po królewsku...
Lis milczał, więc kapitan mówił dalej:
— Wielopolski i Nakwaski za głowę się brali i wołali, że będzie to zdrada stanu i zguba Polski, on zaś się uparł, zaciął i powtarzał: „Ja was nauczę moresu, buntowniki!“
Po tej rozmowie Lis stał się dziwnie zamyślony i spokojny.
Jakieś postanowienie, widać, w nim dojrzewało.
Jeszcze się wahał, jeszcze myślał i ważył w umyśle i sercu zamiar swój, z którego nikomu się nie zwierzał.
Dopiero, gdy posłyszał nowiny, przyniesione mu przez kapitana, wydało mu się, iż czekać dłużej nie ma prawa.
Kapitan Jasiuk szepnął mu do ucha:
— Wiem napewno, że Dembiński cofnie się z armją do Warszawy, poaresztuje tłumy ludzi, porozstrzela, a potem stanie nad Szczarą, mając na wypadek klęski drogę otwartą do Galicji, gdzie zamierza podnieść powstanie. Szaleniec!
— Szaleniec... — niby echo powtórzył Lis.
Nic już nie mówiąc, poszedł do kwatery generała i zameldował się.
Dembiński siedział przy stole i rozmawiał z prezydentem Warszawy, panem Garbińskim.
Gość żegnał właśnie naczelnego wodza i po chwili wyszedł.
— Co powiesz, poruczniku! — spytał Dembiński, wyniośle patrząc na młodego oficera.
— Przyszedłem zapytać, kiedy pan generał poprowadzi wojsko do bitwy? — rzekł surowym głosem Lis i oczy zimne, groźne wbił w twarz wodza.
Generał jeszcze wyżej podniósł głowę. Już zamierzał wybuchnąć, gdy w jednej chwili dojrzał coś, co miotało się w głębi szeroko rozwartych, męczeńskich oczu stojącego przed nim młodzika.
— Pytam... — rzucił Lis i całą siłę swoją, cały żar i ból serca włożył w te słowo krótkie, jedyne, a groźne, jak śmierć nagła.
Dembiński nagle ochłonął z oburzenia i uśmiechnął się blado.
— Dobrze... dobrze... — rzekł. — Odpowiem ci jutro, a dziś, poruczniku, nie! natychmiast weźmiesz dziesięciu strzelców konnych i zrobisz wywiad w lasku na lewem skrzydle.... Muszę wiedzieć, co się tam kryje, bo jutro...
Lis rzucił się do wodza i padł mu do nóg.
— Panie generale... życia nie oszczędzę... rozumiem... jutro bitwa... Panie... generale wybacz... wybacz!...
Jak szalony wybiegł i popędził do kwatermistrza, aby powtórzyć mu rozkaz wodza. W kancelarji sztabowej napisał list do Juljanny i prosił Skotnickiego, aby wyprawił go do Warszawy.
Około północy do lasku, położonego na lewem skrzydle pozycyj Ołtarzewskich, zbliżał się mały oddziałek.
Na czele jego szedł szybko niewysoki, barczysty porucznik. Stanął na skraju lasku i ręką w milczeniu wskazywał ludziom kierunek, a gdy oni bez szmeru wsunęli w gąszcz krzaków, sam wszedł na ścieżkę, ledwie widzialną w mroku.
Postąpił kilka kroków, skradając się cicho i nadsłuchując.
Cisza panowała niczem nie zmącona.
Rozedrgała się ona po chwili i zawyła boleśnie, rozdarta nagłą salwą...
Nazajutrz rano adjutant odraportował naczelnemu wodzowi:
— Z patrolu wywiadowczego, wysłanego z wieczora do lasku, ani jeden nie powrócił, panie generale!
Dembiński drgnął i powtórzył:
— Ani jeden nie powrócił...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.