Trębacz cesarski/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Trębacz cesarski
Podtytuł Powieść z r. 1830—31
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Towarzystwa Św. Michała Archanioła
Druk Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła
Miejsce wyd. Miejsce Piastowe
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział XV.
Uśmiech niebios.

W życiu ludzkiem zdarzają się okrutne chwile, gdy nagle umiera młodość.
Śmierć ukazuje wtedy blade oblicze.
Pod jej tchnieniem zimnem opadają, jak liść jesienny, miłość i radość, ta bezmierna bezprzyczynna, niezgłębiona radość młodego serca i bujnego życia.
W dobie czarnej, niema świtania promiennego, niema purpurowych, szczerozłotych zórz wieczornych.
Tylko mrok, tylko tęsknica, tylko zimna rozpacz uśmiercająca...
Umiera wszystko, a najpierw upada, jak kłos podcięty, wola.
Wola do życia, miłości i czynu... Pada w proch i kona młodość.
Pomór straszny rzuca stokroć straszniejszy siew.
Jest nim beznadzieja, poczucie niebytu wszystkiego, w czem się dusza ludzka pławiła i do czego dążyła, zawsze niesyta, bez przerwy pragnąca, niezmordowanie wpatrująca się w metę świetlaną, płonącą, która zgasła nagle, jak iskra, co tonie w otchłani nocy.
W takiej ponurej świadomości niebytu wszystkiego, do czego rwała się dusza jego młoda, opromieniona wielką ofiarnością, wiarą w niezwalczony poryw ludu i troską o losy kraju, żył już oddawna Władysław Lis.
Stało się jakoś nagle zadziwiająco szybko i niespostrzeżenie, że zapadła niewidzialna zasłona — nieprzenikniona, przedzielająca od teraźniejszości przeszłość jego.
Życie w korpusie, myśli i przekonania, wpajane mu przez moskali, nieoczekiwana łaska cara, wszystko to oddawna nagle się urwało, znikło i zostało zapomniane.
Do jego życia wtargnęła Juljanna, złotowłosa, pogodna, słodka dziewczyna, przemówiła do niego — zbłąkanego i samotnego, głosem ziemi ojczystej, wspomnieniami, które leżały bezsilne, uśpione w tajnikach jego mózgu, w krążącej w mocnem ciele krwi. Wybuchnęły z siłą i namiętnością ukryte potęgi, odziedziczone po przodkach: gorące umiłowanie ziemi rycerza kniaziowego — Wańka z Lisowa; ofiarne bohaterstwo i nawyknienia bojowe grunwaldczyka — Jaksy Lisa z Targowiska, bujność i zuchwałość Batorowych „oszajców“[1] kresowych, i — oddzieliły dzieciństwo i pierwsze lata młodości od nieznanego jutra murem wysokim.
Poszedł śmiało na spotkanie nowego świtu, rozpoczynając życie nieznane.
Uśmiechnęło mu się wielkie, mieniące się błyskami barwnemi, niby garść drogich kamieni, szczęście miłości...
Byłoby go pochłonęło, jak słodka, promienna toń...
Lecz znów zapadła zasłona i znowu poszedł młodzieniec na spotkanie mamiącej zorzy, szybko w ciemną noc przechodzącej.
Bitwy, nadzieje namiętne, gorycz zwątpienia, jad oburzenia przeciwko wodzom, klęski i... beznadzieja, która niby mętne, siwe opary nad moczarami, nie przepuszczała żadnego jasnego promyka.
W tych zimnych, ślepych skłębieniach mgły ponurej zbłąkała się dusza Lisa.
Do niczego nie dążył już, o niczem nie marzył, wtłoczył na dno serca wspomnienia o dziewczynie umiłowanej, bo wydawała mu się teraz majakiem sennem, zjawą promienną w szarym półzmroku bez świtu; odrzucił, jak łachman zbyteczny, własne szczęście; pragnął jedynie śmierci i resztkami świadomości usiłował śmierć swoją poprzedzić czynami nie sławnemi, bo cóż wobec męki długiego, gorzkiego umierania znaczyła sława? — lecz takiemi, któreby do ostatniego tchu służyły sprawie, istniejącej dla niego i uważanej za świętą, sprawiedliwą, jedyną...
Przybywszy do Warszawy, nie kwapił się z napisaniem listu do Juljanny.
— Poco? — myślał. — Cóż jej opowiem? Czyż mam prawo mówić jej o miłości swojej? Miłość? Gdzież ona jest? Przywaliły ją ciężkiemi głazami troski nieskończone i ból... Jakiem prawem miałbym postawić miłość ponad wszystko i w jej blasku zapomnieć... o Olszynce, zlanej krwią bohaterów, o... granicy pruskiej, gdzie z opuszczonemi głowami i oczami, rozpaczy pełnemi, rzucali na ziemię broń żołnierze i oficerowie polscy?! Nie! Nigdy!
Chodził po Warszawie, pytał o sprawy wojenne, o zamiary dowództwa, które w chwili tej tak niebezpiecznej nie istniało, słuchał i myślał, uporczywie, obłędnie szepcąc do siebie:
— Co robić? Co robić?
Wreszcie poszedł do generała Dembińskiego, który właśnie miał jakąś tajną naradę z p. Wielopolskim, posłem Nakwaskim i pułkownikami Sierakowskim i Różyckim.
— Z czem przychodzisz, poruczniku? — spytał generał, wiedząc, że Lis bez poważnej przyczyny nie prosiłby o niezwłoczne posłuchanie.
— Panie generale! — rzekł Lis, ponuro spoglądając w dziwnie rozradowaną twarz Dembińskiego. — Ja już dłużej wytrzymać bezczynnie nie potrafię. Proszę o zlecenie bojowe, albo o przydział do wojska, stojącego na pierwszej linji. Nie mogę...
Mówił to głosem syczącym, zdradzającym wielkie cierpienie.
Panowie długo przyglądali się młodemu oficerowi i nagle poczuli, że jakąś trwogą i zgrozą wieje od tej wyprostowanej, nieruchomej postaci i od tych oczu zrozpaczonych i groźnych w bólu wewnętrznym.
Dembiński pociągnął wąsy i rzekł:
— Czekaj, poruczniku, Bóg da, że sądzonem mi będzie zmienić wszystko, i naprawić to, co zmarnowali Chłopicki i nie w miarę porywczy i pomysłowy pan Prądzyński. Czekaj, rychło już czas ten nadejdzie...
— Oby tak było, — westchnął Lis, — bo chodzę po mieście i wciąż dręczy mię myśl, że oto rozlegnie się warkot bębnów i ktoś, kogo jeszcze nie znam, lecz już nienawidzę, komendę straszną rzuci: „Składać broń! Poddać się“. Panie generale, panie generale, ja tak żyć nie mogę!... Boże sprawiedliwy, ratuj, ratuj!...
— Uspokój się, poruczniku! — mitygował go zmieszany nagle Dembiński.
— Nie mogę! nie mogę! — jęczał Lis. — Już nikomu nie wierzę i nie ufam... Chłopicki, Radziwiłł, Skrzynecki... Jankowski, Bukowski... Giełgud, Chłapowski... nawet on... Dwernicki... wszyscy, wszyscy zawiedli... do klęski rękę swoją przyłożyli!... Jeśli zjawi się jeszcze jeden taki... oto, jak widzicie tu ręce moje, tak porwę go, powiem wszystko, o czem krzyczy każda kropla mojej krwi, o czem szepcą mi blade zjawy, wstające nad polem grochowskiem, kiedy wychodzą one z nieznanych grobów i patrzą na nas żyjących z wyrzutem palącym! Ja nie mogę tak żyć dłużej!...
Dembiński i panowie nie wiedzieli już co robić z tym zrozpaczonym oficerem, więc otoczyli go kołem, starając się go uspokoić i mówili, że jeszcze tli nadzieja w wojsku, że potrzebny jest tylko wódz śmiały i twardy.
Wyszedłszy z kwatery generalskiej, Lis powlókł się bez celu i, ujrzawszy tłok koło jednej z kawiarni, przystanął i z trudem przecisnął się do środka.
To, co usłyszał tam, dodało mu narazie otuchy i sił, a potem zwątpieniem znów dręczyć zaczęło.
Trafił bowiem niespodzianie na wiec Towarzystwa Patrjotycznego, które w okresie tym ożywiło swoją działalność.
Właśnie przemawiał ksiądz Puławski.
Namiętnym, gorącym i grzmiącym głosem rzucał on ciężkie, śmiałe oskarżenia, coraz to zuchwalsze hasła i nawoływał niemal do nowej rewolucji, a miała rozszaleć ona już nie przeciwko ciemiężcom — moskalom, lecz przeciwko rządowi polskiemu, przeciwko posłom — antyreformistom w izbach, przeciwko generałom, winnym porażek na wojnie.
Lis zamyślił się nad tem, do czego popychał Polskę ten ksiądz płomienny i groźnie natchniony.
Wtem ktoś pociągnął go za rękaw munduru.
Porucznik obejrzał się. Ujrzał niemłodego już szlachcica, który przyglądał mu się z zaciekawieniem.
Lis oddawna już żył w jakiejś ustawicznej półmgle, działając jak maszyna bezduszna, zimna, rozpętana, bez udziału jego woli i myśli.
Obojętnie ślizgnął się wzrokiem po obliczu szlachcica i odwrócił się, nie poznając go.
— Cóż to? — mówił szlachcic. — Czyżbym się pomylił?! Pan porucznik Władysław Lis?
— Jestem Lis... — mruknął oficer. — Nie znam jednak pana dobro...
— Zapomniałeś Kobierzyckiego? Gościłem cię w Pyszkowie, kiedyś to...
Lis rzucił się do starego przyjaciela, i, wybuchając nagłym szlochem, przytulił się do niego, jakgdyby o ratunek błagając.
— Czekaj no, bracie — mruknął zdziwiony szlachcic, — czekaj!
To mówiąc bacznie przypatrywał się młodzieńcowi i smutnie kiwał głową.
— Patrzcie-no, co to wojna z takiego osiłka uczyniła! — szepnął ze wzruszeniem i, potrząsając głową, dodał:
— Chodź-no, chłopcze, do mojej kwatery!
Ujął go za rękę i pociągnął za sobą.
Dom Kobierzyckich stał niedaleko.
Szlachcic, wprowadziwszy porucznika do salonu, usadowił gościa wygodnie i klasnął w dłonie:
— Podaj no wina! — rzekł do sługi.
Trącając się kubkiem, Kobierzycki pytał Lisa:
— Skądżeś się tu wziął, poruczniku? Gdzież to tak nagle przepadłeś?
Oficer obojętnym głosem wspomniał o udziale swoim i ranie w bitwie grochowskiej, opowiedział o wyprawie na Litwę.
— To znaczy, że z Dembińskim przebiłeś się przez armję rosyjską?! — zawołał gospodarz.
Lis w milczeniu skinął głową.
— Bohaterski, niebywały odwrót! — zawołał pan Kobierzycki. — Kroniki pisać o was będą. — Odżyły dawne, świetne tradycje wojska polskiego... Dlaczego nie pisałeś do Pyszkowa?
Porucznik nic nie odpowiedział. Głowa mu opadła niżej na pierś i westchnął.
— Mów-że! — nalegał gospodarz.
— Poco? — szepnął Lis. — I tak śmierć idzie...
— Hm... — zamruczał szlachcic. — Czy idzie, czy nie idzie, tego nikt wyrozumować nie potrafi...
Umilknął, nie spuszczając oczu z opalonej, zastygłej twarzy młodego oficera. Zdumiał się. Pożegnał go pełnego życia i radości, młodzika jeszcze, a teraz? Siedział przed nim sterany, zgnębiony i struty życiem człowiek dorosły, dojrzały w troskach i bólach.
Strzepnął palcami pan Kobierzycki i, wina dolawszy, rzekł:
— Urobiła cię, ugniotła po swojemu wojenka! No-no! Musisz o wszystkiem szczegółowo i obszernie opowiedzieć, ale poczekajmy, aż wrócą panie ze szpitala, gdzie opiekę nad rannymi roztaczają.
Lis podniósł oczy na mówiącego i spytał:
— To pani Kobierzycka też przybyła do Warszawy i pani Izabella Muszyńska, a może, i babcia? — spytał.
— Nie, babcia pozostała w Pyszkowie, bo starowinka niedomagać zaczęła coraz częściej... Przyjechałem tu z żoną i szwagierką, a za nami pociągnęły do stolicy, gdzie pomoc ofiarna potrzebna jest, panie Sulimirska, Buynowa i Truszkowska z córką...
— Truszkowska... — powtórzył Lis, jakgdyby nazwisko to z trudem wyłaniało się z pamięci jego.
— No, tak! — wzruszył ramionami szlachcic, coraz bardziej zdumiony. — Cóż to, bracie, zapomniałeś o pani Truszkowskiej z Nowogródka i... o Juljannie...
Lis zbladł straszliwie, oczy mu rozwarły się szeroko, dyszał ciężko i porywczo, a ręce zaciskał z taką siłą, że aż mu stawy chrzęściły. Nie mógł złapać tchu i wykrztusić słowa.
— Napij się zimnego wina, chłopcze! — zawołał zaniepokojony pan Kobierzycki. — To ci ulży! Pij-że! Pij, na rany Chrystusowe, bo jeszcze mi zemdlejesz, albo zgoła rozum postradasz!
Wskoczył i sam do ust oficera począł wlewać zimne wino. Głaskał go przy tem raz po raz po włosach i przemawiał łagodnie:
— No! — No! Dobrze już... Spokojnie... Nie dawaj się, chłopaku miły... Taki wojak... patrzcie-no go... a z sercem rady sobie dać nie może... Chłopcze mój złoty...
Lis, przyciskając się do ramienia pana Kobierzyckiego, milczał, borykając się ze straszliwą niemocą, ogarniającą go.
Zaniepokojony szlachcic zajrzał mu w twarz.
Oficer miał oczy zamknięte, a z pod powiek ciurkiem biegły mu łzy i spływały na szeroką, kopulastą pierś.
Zaciskając szczęki, drżał na całem ciele i tulił się coraz bliżej do obejmującego go przyjaciela.
Pan Kobierzycki, nic już nie mówiąc, podłożył mu pod plecy poduszkę skórzaną i cicho wyszedł z pokoju.
— W samotności łacniej myśli zbierze i uspokoi się biedak — myślał szlachcic i, zajrzawszy do sieni, rzekł do pachołka:
— Skocz-no, Jacek, do szpitala i powiedz pani naszej, że gościa mamy... pana porucznika Władysława Lisa. Tylko śpiesz się i nigdzie nie stawaj po drodze z jadaczką otwartą, bo primo — kawki ci do niej wlecą, secundo — rzemykiem przez grzbiet zdzielę cię własną ręką. Pędź teraz!
Lis, pozostawszy sam, siedział nieruchomy, a czujny zarazem, jakgdyby skupiony w sobie i gotowy do odparcia nagłego napadu.
Czuł, że znowu życie jego zbliża się do kresu, tego nieznanego, dziwnego progu, za którym lada chwila zapadnie zasłona, ukrywająca przed nim wszystko, co już był przeżył, przemyślał i przecierpiał.
Wiedział, że wkrótce zmuszony będzie rozpocząć jakieś nowe życie.
Miał przed niem lęk, bo mogło ono wszakże, jak i minione już okresy, zakończyć się nową klęską i rozpaczą.
Nie czuł się już na siłach ich znieść ponownie lub borykać się z niemi.
Ktoś cicho drzwi otworzył i wszedł.
Lis pochylił głowę i oczy przymknął, jakgdyby oczekiwał, że spadnie nań cios.
Jakiś szmer lekki, ledwie uchwytny dobiegł go.
Jeszcze raz... jeszcze...
Drgnął młody oficer i ręce do bijącego gwałtownie serca przycisnął.
Zaszemrało bowiem jedno tylko słowo, wymawiane szeptem słodkim, a tak głęboko zapadającym do duszy, że słyszał go nieraz w szeleście liści, gdy chadzał na podjazd, i w zgiełku bitwy tak samo wyraźnie, jak w głuchej, ciszy nocnej, niezmąconej żadnym dźwiękiem.
— Władeczku!
On, jakgdyby miał śmierć ujrzeć przed sobą, podniósł głowę i spojrzał przed siebie wzrokiem, pełnym strachu niemal obłędnego i błagania niemego.
Zobaczył wiotką postać niewieścią, w szacie białej i w białym czepku, z pod którego wybijały się pasemka włosów złocistych. Uśmiechały się do niego słodko, lecz rzewnie i lękliwie usta młode, a z oczu niebieskich płynęły łagodne, niepokojem i współczuciem przepojone spojrzenia.
— Władeczku... Biedaku mój! Sieroto najdroższa!
Lis chciał przemówić, lecz wargi odmówiły mu posłuszeństwa.
Usiłował wstać i iść ku tej białej zjawie, umiłowanej, ciągle żywej, acz ukrytej w nieznanych tajnikach jego istoty, nie mógł jednak udźwignąć ciała, więc ręce tylko wyciągnął ku niej, jak tonący, ostatnim wysiłkiem.
Ogarnął go nagle bezwład i przebłysk świadomości strasznej, że jakaś nieznana, wroga potęga ciska go w otchłań, jak wtedy pod Grochowem, gdy ścigał kirasjerów...
Zawirował mu przed oczami cały świat, skrzyżowały się w walce potwornej jakieś promienie ostre i jaskrawe, oddalające się coraz bardziej, bo on sam mknął z zawrotną szybkością w bezdeń otchłani, którą ogarniał i wypełniał po brzegi przerażający, czarny mrok.
Znowu te same ręce niewieście, ciepłe i dobre, ten sam głos słodki, niezmiernie zatroskany, wstrzymały go na krawędzi bezdni.
Ocknął się i przetarł oczy.
W mig przypomniał sobie wszystko i szepnął cicho:
— Juljanno... Miłuję ciebie ponad umiłowanie wszystkiego... Tyś mi radość i szczęście, tyś — zdrowie i ojczyzna, tyś spokój i słońce niegasnące...
— Władeczku... — odpowiedział mu słodki szept.
I chociaż w pokoju, gdzie otaczali go zafrasowani państwo Kobierzyccy, strwożona pani Truszkowska, zapłakana i wylękłe panie Buynowa i Sulimirska, a przez drzwi wyglądała zaciekawiona, pucołowata twarz pachołka Jacka, dłonie młodych ludzi połączyły się porywczo, zwarły się ramiona i usta na ustach zawisły...
Cicho, stąpając na palcach, wysunął się z salonu pan Kobierzycki, a za nim, nie oglądając się, wychodziły bez szmeru starsze i młodsze panie, wzruszone bardzo i uradowane.
Lis, trzymając w objęciach dziewczynę swoją, całował ją po oczach i włosach, a później znowu ust jej szukał w milczeniu, niemal strasznem i tajemniczem.
Juljanna nie odzywała się więcej, drżąca i bezwładna.
Nagle młodzieniec odsunął ją od siebie i przyjrzał się jej bacznie, marszcząc czoło.
— Czekaj... Czekaj! — szepnął. — Czekaj, luba moja, opowiem ci wszystko, wszystko... całą mękę i bezmierną gorycz rozpaczy, która zmogła miłość moją, bo gnębi i trapi mnie w dzień i w nocy... Ukój, poratuj!
Spiesząc się, mówił załamującym się co chwila głosem, co przeżył i co poznał na wojnie, od czasów bitwy po Stoczkiem aż do odwrotu pod wodzą Dembińskiego.
— Byłeś dobrym Polakiem, wiernym synem ojczyzny! — rzekła nagle twardym, prawie surowym głosem dziewczyna, gdy Lis skończył opowieść swoją i zamilknął. — Niema na tobie skazy!
Ucieszył się Lis na te słowa i odparł natychmiast:
— No, widzisz? No, widzisz?! I cóż z tego? Oto patrzę przed siebie, ja — żołnierz, i nic, krom klęski i hańby, nie widzę... Jakże żyć dalej?! Jak żyć!?
Milczeli oboje długo.
On powiedział wszystko, a to, co powiedział, tchnęło rozpaczą zbłąkanego na rozdrożu.
Ona zrozumiała i wyczuła całą głębię cierpienia jego, więc w trosce kobiecej, w której splatają się poryw, duma kochanki i żony z mądrością i miłością matki, szukała takich słów, aby dodały mu otuchy i sił.
Wreszcie mówić zaczęła:
— Niedołęstwo, błędy, czy niewiara w powodzeniu świętej sprawy zgubiły powstanie. Teraz — koniec, rychło już i, kto wie, — może, niewola... Męka przed nami straszna i długa... Niech przychodzi rychlej! Niech przychodzi! Zmyje ona grzechy szlachty... ślepej, głuchej i pysznej... oświeci mrok duszy ludu ciemnego... uleczy naród od przywar naszych... Wyrobi, wykuje ta męka moc i niezłomność duszy, rozpali i rozdmucha gorące umiłowanie ojczyzny, posieje tęsknotę do wolności, nauczy skupienia wszystkich sił i całej woli do walki o ziemię i lud... Plon ten zbierze nieznane nam nowe pokolenie oraczy, tnących lemieszem ziemię jałową, a odwalających skibę żyzną, przyjdzie pokolenie siewców, co tylko zdrowe ziarno na rolę rzucają... W męce i łzach, w cierpieniach i poniżeniu codziennem, w walce ciężkiej, nieustannej, potem i krwią ociekającej, musimy rodzić pokolenie po pokoleniu, aż powstanie nowy naród polski, który ujmie w swe ręce młot, radło i ziarno zasiewne, rzekłszy przed całym światem: „Otom przyszedł!“
I sama, nie wiedząc dlaczego, uklękła złotowłosa dziewczyna i modlić się na głos zaczęła słowami prostemi.
— Boże, Sędzio sprawiedliwy! Chryste Jezu, umęczony za nas! Bolesna Matko, płacząca pod krzyżem! Oto prosimy was, potężnych opiekunów, dajcie poratowanie ojczyźnie, ginącej w toni nieprawości naszych i w złości wrogów! Jeżeli karą ciężką dosięgnąć i skarcić nas zamierzacie — uczyńcie w miłosierdziu swojem, aby kara ta i udręka stała się oczyszczeniem i uzdrowieniem duszy ludu naszego, za co my, stojący tu kornie przed wami, ślubujemy w tej chwili oddać bez wahania szczęście nasze, zdrowie i życie, amen!
Lis klęczał obok Juljanny i powtarzał za nią każde słowo tej dziwnej modlitwy, czując obecność Istot najwyższych, które słyszały prośbę i przysięgę ich.
Nagle rozległy się za oknami krzyki, gwar tłumu, tupot nóg setek ludzi, biegnących po kamieniach ulicy.
— Śmierć zdrajcom! Na szubienicę! — wyły złe, ponure głosy.
— Precz z rządem pięciogłowym!
— Śmierć arystokratom! Na szubienicę! — wzmagały się coraz głośniejsze nawoływania.
— Na zamek! na zamek! Pokarać szpiegów i sprzedawczyków! Na latarnię psubratów!
— Na szubienicę! Śmierć! Śmierć! — rwały się wściekłe krzyki.
Po chwili ten zgiełk i tumult zagłuszyły przeszywające powietrze odgłosy trąbek, warczenie bębnów i gromka komenda:
— Oficerowie i żołnierze do swoich pułków! Rozkaz gubernatora! Do pułków!
Ktoś cwałował na koniu i rzucał słowa rozkazu.
Lis zerwał się natychmiast i wybiegł na ulicę.
Zatrzymał się na chwilę, zawahał się i wpadł do sieni.
Porwał w objęcia Juljannę, zalaną łzami i smutną, tulił ją do piersi i szeptał:
— Wszystko stać się może... luba gołąbko moja, serdeńko złote! więc nie płacz tedy, nie rozpaczaj... a, pomnij, że ja wolność ci daję i od przysięgi zwalniam w godzinę śmierci mojej...
Juljanna podniosła na niego oczy zapłakane i strwożone. Złe przeczucie, jak zmora senna, dotknęło jej serca zimnemi szponami i ścisnęło boleśnie.
Trwało to jedną chwilę, krótką, jak mgnienie oka.
Uspokoiła się nagle i, podnosząc rękę nad głową, rzekła cicho, powolnie wymawiając słowo po słowie:
— Ślubuję ci miłość i wierność w radości i w męce, w doli i niedoli, na życie i na śmierć!
Raz jeszcze przytulili się do siebie, złączyli ręce i usta...
Lis, brzęcząc pałaszem, zbiegł ze schodów i, nie oglądając się więcej, popędził ku koszarom.



Przypisy

  1. Kolonistów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.