Trębacz cesarski/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Trębacz cesarski
Podtytuł Powieść z r. 1830—31
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Towarzystwa Św. Michała Archanioła
Druk Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła
Miejsce wyd. Miejsce Piastowe
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział XIII.
Łuna nad Litwą.

Roziskrzony, przepojony słońcem, osłabły w cieple wiosennem maj, rozmarzony od stugłosej pieśni ptaków byłby prawdziwym majem, niosącym ludziom nowe siły, radość i nadzieję.
Jednak nie było tak w tragicznym 1831 roku na Litwie.
Wieśniacy po wioskach, drobna szlachta po zaściankach, nawet bartnicy, kłusownicy i smolarze, rzadko wychodzący ze swoich kryjówek leśnych, mieli tajemniczy, skupiony, niespokojny wyraz twarzy, nadsłuchiwali, węszyli i szeptali coś sobie do ucha, oglądając się podejrzliwie, nieufnie.
Po drogach leśnych i po traktach ciągnęły kompanje żołdactwa rosyjskiego, skradały się patrole konne; po karczmach przydrożnych, po wioskach i miasteczkach myszkowali szpiedzy, rozsyłani na wszystkie strony przez gubernatora Wilna, gen. Chrapowickiego, i dzikiego, okrutnego Ostroszczenkę.
Bez powodu porywali Moskale Litwinów i Polaków i stawiali przed sądem doraźnym. Bory litewskie przechowały tajemnicę ponurą i nowemi pędami krzaków i płaszczem powojów ukryły ciała rozstrzelanych synów tej ziemi.
Na Litwie od pierwszych dni powstania potworzyły się mniejsze i większe kupy partyzantów, lecz albo się nie zdradzały, siedząc po zaściankach i dworach, albo się zaszyły do najdzikszej, bagnistej kniei.
Długo wyglądano gońca od Rządu Narodowego z rozkazem, aby ruchawkę rozpocząć i do wojny o wolność wspólnej ojczyzny zbrojnie i otwarcie przystąpić.
Wymarzona chwila nie nadchodziła jednak.
Niepokój coraz większy ogarniał ludność. Ten i ów ze szlachty, co to pod sztandarami Kościuszki i Napoleona część życia strawiła, mitygował niecierpliwych, dowodząc, że dowództwo czeka aż cała armja Dybicza wejdzie w granice Królestwa kongresowego, a wtedy powoła Litwę i Białą Ruś, aby na tyłach nieprzyjaciela powstały, jak jeden mąż.
Dybicz dawno już był przeszedł za Bug; nad Litwą przebrzmiały echa bitew pod Stoczkiem, Wawrem, Białołęką i Olszynką Grochowską, a nikt nie rzucał ognistego hasła Litwinom.
Wtedy to partyzanci rozpoczęli napady na tyły armji rosyjskiej, odważne ataki na etapy, przecinając dowozy żywności i paszy, wstrzymując szybki marsz posiłków moskiewskich, zdążających pod Warszawę.
Dalekie i błyskawiczne zagony Jacewicza, Szona, Puszeta, Truszkowskiego i Radziszewskiego podnosiły ducha i wkrótce zmusiły nieprzyjaciela obwarować się w Wilnie, Kownie i Wiłkomierzu, pilnie strzec i bronić głównych traktów.
Moskale swoim zwyczajem srożyć się zaczęli: powstańczych oficerów rozstrzeliwano, szlachcie konfiskowano majątki, wpływowych ludzi skazywano na zesłanie, chłopów poddawano chłoście, a wsie równano z ziemią.
I nagle na początku maja przyszły wieści od księcia Ogińskiego i Matuszewicza dowodzących znaczniejszemi partjami powstańców. Zawierał się w nich rozkaz: zaczaić się, przerwać napady i czekać...
Partyzanci łamali sobie głowy nad tem, czego mają oczekiwać i to w chwili, gdy hr. Tołstoj formował już nową armję, aby stłumić powstanie na Litwie i Białej Rusi i ruszyć na pomoc Dybiczowi, z którego działań car niezadowolony był niezmiernie.
Lis i Truszkowski podzielili swój oddział na dwie części, gdyż znaczną kupą trudno im było ukrywać się przed Moskalami.
Porucznik zaczaił się w bagniskach koło Dzisny, a siedział tam tak cicho, że, zupełnie nic o nim nie wiedząc, w ręce jego wpadł tabor z prowjantami, ciągnący pobliskim traktem, nad którym czujny partyzant miał baczne oko.
Zagarnięcie taboru odbyło się bez strzałów. Moskale, zaskoczeni nagle, widząc, że trafili do matni, poddali się niezwłocznie.
— Pan porucznik każe chyba rozstrzelać dowódcę taboru? Ząb za ząb — jak oni z nami, tak my z nimi! — mruknął do Lisa stary wachmistrz, pan Witold Buterlewicz.
— Można i tak! — zgodził się Lis i rzekł: — A dać — no mi tu oficera.
Wkrótce stawiono przed nim wysokiego, chudego porucznika o szarych, biegających oczach i przybladłej, piegowatej twarzy.
Lis przyglądał się jeńcowi bacznie.
— Kto zacz? — spytał, marszcząc brwi.
— Porucznik Fedorczuk... — wyjąkał oficer.
Przed oczami Lisa przemknęły obrazy z niedawnej przeszłości, gdy życie jego płynęło w murach korpusu.
— Były kadet? — zaczął wypytywać Moskala, lecz ten nagle krzyknął radośnie:
— Liszka, czyż to ty?
Dawni koledzy padli sobie w objęcia ku wielkiemu zdumieniu powstańców.
Wyściskawszy Fedorczuka, Lis ochłonął ze wzruszenia i już surowym głosem jął go indagować!
— To przeciw Polsce wojujesz?
— Hm... wojuję, jeżeli można nazwać wojną ochranianie magazynów ze słoniną, grochem i solą... — uśmiechnął się Fedorczuk.
— Dziś jeszcze nie bijesz się z nami, a jutro każą ci strzelać do Polaków — rzekł Lis.
— Ech, nie! Ja sobie wykombinowałem służbę w eszalonach intendentury i posuwam się wolno, zdala od bitwy — mruknął piegowaty porucznik. — Od jednego eszalonu do drugiego i tak do skutku...
— Do jakiego skutku?
— Do granicy Galicji, a tam czmychnę za kordon i — goń wiatru w polu — zaśmiał się Fedorczuk. — Do swoich jednowierców pilno mi, bo tych cuchnących capów mam już powyżej gardła! Ale teraz już prędko!
— Skąd wiesz? — spytał Lis.
— Mam obiecany przydział na Wołyń, a stamtąd hycnę migiem! Dawnobym już to uczynił, lecz tam wasz Dwernicki kaszy nawarzył...
— To generał Dwernicki jest na Wołyniu?! — zawołał Lis.
— Był, bo jak czytałem w relacji Rüdigera przeszedł on granicę austryjacką i złożył broń. Jakżeżby mogło być inaczej?! Djablo mało miał wojska i żadnej łączności z armją polską!
Lis zacisnął szczęki i milczał.
Po chwili odezwał się ponurym głosem:
— Lepiejbyś był nie trafiał w moje ręce... Zatrułeś mi spokój... Dwernicki, mój generał złożył broń!... Boże, Boże Miłosierny, za co pokarałeś nas tak ciężko?!
Lis ukrył twarz w dłoniach i zapłakał.
Uspokoiwszy się, spojrzał ponuro na dawnego towarzysza i mruknął:
— Puszczę cię wolno, Fedorczuk, boś mi oczy otworzył tam — w korpusie... Dam ci glejt, aby inni partyzanci krzywdy ci nie uczynili...
Fedorczuk pochylił się ku Lisowi i szepnął mu do ucha:
— Odejdźmy na stronę, bo mam ważne wieści, Liszko... Możecie skorzystać z nich.
Gdy znaleźli się na uboczu, Fedorczuk spytał:
— Stąd do Dzisny nie będzie dziesięciu wiorst?
— Liczę, że osiem tylko, — odparł Lis.
— Tedy słuchaj! W miasteczku stoi pół kompanji jakichś zatraconych piechurów, którymi dowodzi kapitan Iliczenko, stary, pijany żołdak, okrutny i dziki pies... Ludzie go nienawidzą... Dziś zrana przejął on dwóch gońców i znalazł przy nich listy... Dowództwo polskie postanowiło podtrzymać powstanie na Litwie i wysłało już generałów Chłapowskiego, Giełguda, Rolanda i Dembińskiego.
— Niech będzie błogosławione imię Boże! — zawołał Lis, w porywie radości chwytając towarzysza w ramiona i przyciskając do piersi.
— Puść!... — wyrzęził Fedorczuk. — Puść, bo udusisz, niedźwiedziu jeden!.. Och!.. och!...
— Przyniosłeś mi wieść radosną nad wyraz... — usprawiedliwiał się porucznik. — Teraz rozumiem, co znaczył rozkaz księcia Ogińskiego, abyśmy się zaczaili i czekali... No, teraz pohulamy!
— Słuchaj dalej! — mówił Fedorczuk. — Byłem obecny przy badaniu schwytanych gońców... Iliczenko postanowił oddać ich pod sąd wojenny, któremu sam przewodniczy... Dziś wieczorem zbierze się ów sąd sławetny....
Lis zamyślił się na chwilę, a potem zawołał:
— Ejże! Raczej ja powieszę Iliczenkę!
— Poto tylko opowiadam ci o Dziśnie, kapitanie i gońcach! — zaśmiał się Fedorczuk, z chytrą miną mrużąc oczy.
Słońce już zapadać zaczynało, gdy przez las, pełen szkarłatnych i fjoletowych cieni, przekradali się zbrojni ludzie, dążąc obok traktu ku miasteczku.
Doszli tam wtedy, gdy w domach Dzisny zapalały się już ognie.
Niewysoki, barczysty człowiek wyszedł z krzaków na trakt i patrzył na świecące się okna i na krzyże świątyń, połyskujące w zapadającym mroku.
Gwizdnął cicho i koło pięćdziesięciu uzbrojonych partyzantów wyszło na drogę.
— Wachmistrzu, weźcie trzydziestu ludzi i, gdy posłyszycie strzał, uczyńcie napad od strony mostu, a nie zapomnijcie podpalić jakąś szopę aby jaśniej było... — rzekł człowiek o szerokich barach.
— Rozkaz, panie poruczniku! — odpowiedział wachmistrz i jął dobierać sobie ludzi.
Ledwie odszedł, zanurzywszy się znowu w lesie, Lis obejrzał pozostałych przy nim powstańców.
— Czas na nas! — rzekł spokojnym głosem. — Naprzód!
Zbliżyli się wkrótce do parkanów ogrodów podmiejskich.
— Psia krewi — mruknął Lis. — Moskale nie oczekują napadu, bo czat nawet nie wystawili.
— W to nam graj! — odezwał się ktoś z idących ztyłu partyzantów.
W tej chwili rozległ się tupot kopyt i szczęk podków na kamieniach. Jakiś jeździec wywinął się z poza załamania parkanów i popędził traktem.
— Stój! — zawołał Lis, gdy koń był o kilkanaście kroków przed oddziałem.
Wierzchowiec, zdarty nagle, kopytami zarył się w piasku.
— Kto jedzie, dokąd, poco? — padły pytania, a kilka luf pistoletowych wyciągnęło się ku jeźdźcowi.
— Proboszcz pchnął mnie do parafji jurgielskiej, aby tam wiedzieli, że moskale nadciągają od Witebska... — mówił drżącym głosem chłopak, ze strachem patrząc na napastników.
— Pojedziesz tam później, a teraz wskażesz nam dom, gdzie stanął kapitan Iliczenko — rzekł Lis i, wziąwszy konia za uzdę, zawrócił go ku miasteczku. — Ruszaj, chłopcze!
Wart nigdzie nie było. Od strony rynku tylko dochodził gwar głosów, krzyki i śmiech. Dobiegały wysokie, trochę ochrypłe nuty harmoniki, rozlegał się tupot nóg, bijących w ziemię, i klaskanie w dłonie.
Lis, idący na czele oddziału, spojrzał na chłopaka pytająco.
Ten pochylił się z konia i szepnął:
— Moskale przyłapali dziś dwóch powstańców z jakowemyś listami i urządzają sąd nad nimi. Kapitan chwali się, że za pojmanie tych ludzi i za ważne listy, znalezione przy nich, dostanie krzyż i wyższą rangę... Oficerowie popili się z radości i hulają w karczmie...
— A gdzie moskale zamknęli pochwyconych ludzi? — spytał Lis.
— W kancelarji burmistrza....
— Panie Wolski! — zawołał porucznik. — Weźmiesz trzech towarzyszy i odbijesz powstańców. Ten chłopak wskaże panu miejsce!
To rzekłszy, poprowadził swoich ludzi wprost na rynek.
Stanąwszy w wylocie ulicy, oglądał placyk z płonącem na środku ogniskiem.
Przed karczmą tańczyli żołnierze pod dźwięki harmoniki i popijali okowitę, czerpiąc ją manierkami z otwartej beczki, wystawionej na stopniach ganku.
Lis wypalił w tłum z pistoletu. Partyzanci dali salwę, a na nią, jak echo, odpowiedziały strzały od strony mostu.
Powstańcy odrzucili żołnierzy od karczmy, gdzie oparte o ścianę stały karabiny i otoczyli całą gromadę, żądając poddania się.
Lis wbiegł do karczmy.
Przy stole, zastawionym butelkami i półmiskami, ucztowali oficerowie.
Na widok obcego, uzbrojonego człowieka, jeden z oficerów sięgnął po pistolet, leżący na oknie, lecz Lis uprzedził go, wpakowawszy mu kulę w pierś.
— Poddać się! — krzyknął groźnie.
Pijany kapitan Iliczenko z kłaczastą, siwą brodą natychmiast podniósł ręce do góry. Za jego przykładem poszedł młody porucznik.
— Związać tych drabów! — rzucił rozkaz Lis, patrząc na wystraszonych parobków, usługujących w izbie.
Gdy oficerów wyprowadzono na rynek, Lis ogłosił wyrok.
Wkrótce dwa ciała zawisły na bramie.
W karczmie Lis słuchał uważnie, co opowiadali mu zwolnieni przez partyzantów wysłańcy kapitana Paszkowskiego, powiadamiającego inne partje o oczekiwanem wkroczeniu wojsk polskich w granice Litwy.
— Wielce byłaby pożądana jakaś zuchwała wyprawa w głąb Białej Rusi! — mówił jeden z gońców. — Dałoby to możność generałowi Chłapowskiemu nieznacznie wejść na Litwę i pozbawiłoby moskali ducha, bo i tak już cierpnie na nich skóra. W Petersburgu (mamy o tem wieści!) — popłoch w pałacu. Mikołaj klnie i wali po pyskach generałów i ministrów, że wojna przeciąga się i że, z powodu powstania litewskiego, nie ma żadnych wieści od Dybicza. Z moskalami zaś, panie dobrodzieju, coraz gorzej! Słyszeliśmy, że cholera szerzy się w armji Dybicza i dziesiątkuje ją, a tu tymczasem transporty cudem tylko, lub pod silną eskortą przedrzeć się mogą!
Lis dał przewodnika, gońcom kapitana Paszkowskiego aby ich pod Wilno, gdzie się znajdowali przewódcy najliczniejszych partyj, poprowadził, sam zaś usiadł pod drzewem i namyślał się długo.
Wreszcie skinął na wachmistrza Buterlewicza i rzekł do niego:
— Zamierzam zagon uczynić aż pod Witebsk....
Buterlewicz poruszył wąsami i w milczeniu skinął głową.
— No, to i dobra! Szykuj ludzi, wachmistrzu! — mruknął Lis.
Od tego dnia przez niespełna dwa miesiące rzucał się zuchwały zagończyk po Białej Rusi, zapędzając się aż pod Witebsk. Rosjanie, nie mając pojęcia o istotnych siłach nieznanego szaleńca wysłali przeciwko niemu pułk kawalerji z lekkiemi działami.
Lis zawczasu dowiedział się o tem i, nie czekając rozpoczęcia pościgu, ruszył prawym brzegiem Dźwiny na Połock, Drissę, Siebież, Lucyn i Rzeżycę, niszcząc urządzenia etapowe, napadając na transporty, podpalając składy i szerząc popłoch.
Dwoił się, troił Moskalom w oczach, rozsyłając na wszystkie strony swoje szczupłe, lecz zuchwałe oddziałki.
Koło Rzeżycy miejscowy szlachcic Kiełbsz opowiedział mu, że już od dwóch miesięcy wojska polskie prowadzą wojnę na Litwie, gdzie odbył się wreszcie nieudany atak na Wilno. Szlachcic miał wieści o tem, że po ekspedycji na stolicę Litwy generał Giełgud cofa się na północ trzema kolumnami i że podobno dochodzi już do Szawli, ścigany przez Moskali.
Nie zwlekając, ruszył Lis na zachód, przeprawił się przez Dźwinę i 15 lipca, nie dojeżdżając wsi Degucie, spotkał duży oddział polski. Mieszanina oficerów i żołnierzy różnych pułków zdziwiła go i zaniepokoiła. Jął się więc wypytywać. To, co posłyszał, rozpaczą go ogarnęło. Dowiedział się był bowiem, że Chłapowski, Giełgud i Roland, otoczeni przez Rosjan, przeszli już do Prus i złożyli broń. Jednak niektórzy żołnierze i oficerowie nie chcieli uczynić tego i powrócili, aby walczyć dalej, do końca. Tych to bohaterskich, wiernych ojczyźnie ludzi prowadzili kapitan Jasiuk i porucznik Skotnicki.
Prowadzili, chociaż nie znali dróg i nie mieli żadnej nadziei.
Lis spostrzegł to odrazu i rzekł:
— Poczekajcie chwilę! Należy sprawę całą dobrze obmyśleć i rozważyć do cna!
Podczas narady Lis dowiedział się, że feldmarszałek Dybicz, zapadłszy na cholerę, zmarł.
Z tego powodu wynikło zamieszanie w sztabie rosyjskim bo nowy wódz, generał Iwan Paskiewicz, jeszcze, nie przybył a generał Toll nie potrafił ująć w swe ręce czasowej władzy naczelnej.
Na Litwie generałowie rosyjscy Tołstoj, Chrapowicki, Kreutz, Osten-Sacken i Schirman oczekiwali dyspozycyj od nowego wodza i zachowywali się biernie.
— Taką okoliczność należy wykorzystać! — zauważył Lis i zamyślił się.
Miał przed sobą trudne zadanie — wyrwać tych ludzi z matni i zaprowadzić tam, gdzie mogli być pożyteczni.
— Czy na Litwie nie pozostało już żadnego oddziału wojsk polskich? — spytał po chwili.
— Koło Grużdzi stał wczoraj generał Dembiński, — odparł Skotnicki.
Lis podniósł głowę i spojrzał na mówiącego.
Jakieś błyski mignęły w jego oczach ponurych.
Podniósł się na strzemionach i krzyknął:
— Zwrot na lewo! Marsz!
Zmienił się odrazu w wodza. Już wiedział, co powinien czynić.
Wysłał patrole i sunął ostrożnie czujny, jak ryś osaczony.
— Dokąd nas prowadzisz? — spytał Jasiuk.
— Do Dembińskiego! — odparł Lis twardym głosem
— Do Dembińskiego! — powtórzyła knieja głuchem echem.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.