Trębacz cesarski/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Trębacz cesarski
Podtytuł Powieść z r. 1830—31
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Towarzystwa Św. Michała Archanioła
Druk Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła
Miejsce wyd. Miejsce Piastowe
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział IV.
Powrót zbłąkanego.

Na brzegu brudnej, cuchnącej rzeki Fontanki, przecinającej środkową część Petersburga, naprzeciwko rozległego parku, należącego do słynnego w dziejach Rosji rodu tatarskich książąt Jusupowych, wznosiły się olbrzymie gmachy, w stylu koszarowym, — nudnym i ponurym.
Wszystkie te zabudowania, rozrzucone na dużej przestrzeni, stanowiły posiadłość wielkiego księcia Konstantego, stale przebywającego w Warszawie.
Cesarzewicz nie lubił Petersburga i niechęci swej do stolicy imperjum rosyjskiego wcale nie ukrywał.
Dowiedziawszy się o szczegółach zamordowania ojca swego, cesarza Pawła, przez oficerów gwardji i wyższych dostojników pałacowych, w co, jak mówiono wielkiemu księciu, byli wtajemniczeni zawczasu i mogli przeszkodzić w dokonaniu zamachu bracia jego Aleksander i Mikołaj, cesarzewicz przez całe swoje życie nie mógł zwalczyć uczucia nienawiści i pogardy dla Rosjan i szczególnie dla arystokratów petersburskich, których w napadzie gniewu nazywał „carobójcami“.
Jedną z oficyn zabudowań pałacowych Konstanty oddał marszałkowi Brońcowi, ojczymowi małżonki swojej, księżny Joanny Łowickiej.
Marszałek zjeżdżał tu rzadko, poto tylko, żeby odczasu do czasu pokazać się na dworze cesarskim i coś-niecoś wycyganić dla siebie. Nie ośmielał się bowiem pan Broniec prosić o coś Konstantego, ponieważ zbyt dobrze znał gwałtowny charakter i niczem niepohamowaną brutalność cesarzewicza, piastującego godność naczelnego dowódcy wojsk polskich, a w rzeczywistości coraz bardziej zaciskającego w twardych i dzikich rękach losy Polski kongresowej.
Jednak petersburska siedziba marszałka Brońca nigdy nie świeciła pustkami. Stawał tu ze swoją świtą nominalny namiestnik Królestwa Polskiego, generał Zajączek, jeszcze częściej — niegodziwy doradca wielkiego księcia, pijak, rozpustnik, szpieg i ciemiężca — senator Nowosilcow, zagorzały wróg konstytucyjnych praw Polski, a z nim razem znienawidzeni przez Polaków, a cieszący się zaufaniem cara oficerowie Van-der-Noot, Kampen i Szlej. Mieszkał tu też ówczesny minister, książę Lubecki, i inni działacze polscy, zmuszeni z tej lub innej racji przebywać w „północnej Palmirze“, jak nazywano Petersburg.
Najczęściej zaś oficynę w pałacu Konstantynowskim zamieszkiwała sama pani Brońcowa. Dama ta lubiła pokazywać się w stolicy i umiała, jak nikt inny, załatwiać przeróżne sprawy, odwiedzając liczne kancelarje urzędowe, gdzie wszędzie miała wstęp, jako matka księżny Łowickiej, oraz podejmować szumnie znajomych dostojników, których poznawała na przyjęciach dworskich i na balach arystokracji stołecznej.
Do pani marszałkowej zjeżdżały się z Litwy, Białej Rusi i Kongresówki, gdzie ta o nader obszernych koligacjach dama miała rozgałęzione stosunki, całe hufce ciotek, wujenek i kuzynek, proszących o protekcję i pomoc wpływowej krewniaczki.
Na jesieni r. 1830 przybyła do niej generałowa Romerowa z siostrzenicą pani marszałkowej — Juljanną Truszkowską, panienką 17-letnią, niezamożną, lecz starannie wykształconą.
Pani Marjanna Romerowa zjechała nad Newę w celu uzyskania ułaskawienia dla swego syna, który dostał się w ręce szpiegów. Wykryli oni bowiem przynależność młodego studenta do rozwiązanego przed laty stowarzyszenia „Promienistych“ i wszelkiemi sposobami dążyli do ostatecznego uwikłania go w swe sieci.
Panna Juljanna Truszkowska miała zaś własną sprawę, którą marszałkowa obiecała poprzeć.
Chodziło jej o uzyskanie zezwolenia rządu na wyjazd do Paryża, gdzie miała się poświęcić studjom lekarskim, Francję zaś w owe czasy uważano za „kuźnię rewolucji, buntu i wszeteczności wszelakiej“.
Młoda panienka dla swej wizyty nad Newą wybrała czas jak najlepszy, albowiem w pobliżu stolicy, w swoim pałacyku w Carskiem Siole na początku jesieni przebywała od dni kilku księżna Joanna Łowicka, zmuszona do tego niebywałą łaską cesarza Mikołaja, który rozkazał nazwać imieniem małżonki swego brata nową fregatę.
Księżna musiała być więc „matką chrzestną“ okrętu i wyrazić cesarzowi swoją wiernopoddańczą wdzięczność za tak wysoki zaszczyt, poczem powrócić do Warszawy.
Pewnego dnia na początku listopada r. 1830 do bramy pałacu Kostantynowskiego zbliżył się barczysty, rumiany kadet o śmiałej twarzy i jasnych oczach.
Stojący przy furcie hajduk dość brutalnie zatrzymał go.
Kadet, wyjął z poza zawiniętego mankieta rękawa żółtą, urzędową kopertę i rzekł:
— Nazywam się Władysław Lis! Zostałem wezwany tu przez kancelarję ministra wojny.
— Ach tak, wasza dostojność! — zawołał hajduk, zrywając czapkę z głowy. — Pani generałowa Romerowa kazała mi natychmiast odprowadzić waszą dostojność do apartamentów pana marszałka!
Kłaniając się w pas, wskazywał gościowi drogę.
Przechodząc przez obszerny dziedziniec, kadet mruczał do siebie:
— Pani generałowa... pan marszałek... moja dostojność... — jakieś cuda z bajki! Nic nie rozumiem, lecz widzę, że trafiłem do krainy niespodzianek i wypadków przedziwnych!...
Hajduk wprowadził go do sieni oficyny, stojącej w głębi ogrodu, pomógł zdjąć płaszcz, obciągnął na nim mundur i pas, strzepnął kurz z butów i wskazał na drzwi, mówiąc:
— Wasza dostojność raczy wejść tędy, bo tam właśnie przyjmuje gości pani generałowa!
Lis wszedł do dużego, pięknie umeblowanego salonu, zastawionego ciężkiemi fotelami, kanapami, kozetkami, szafkami z porcelaną i srebrem.
Na ścianach, obitych ciemno-szafirową jedwabną tkaniną, haftowaną w srebrzyste lilje, wisiały obrazy w drogich, złoconych ramach.
Kadet nie spostrzegł nikogo w salonie, lecz gdy postąpił kilka kroków naprzód, rozległ się głos niewieści:
— Nareszcie!
Lis obejrzał się i złożył niski ukłon. Dopiero teraz spostrzegł sędziwą matronę, której był przedstawiony na balu. Siedziała w głębokim fotelu, patrzyła na gościa przez lornetkę i uśmiechała się, wyciągając doń długą, bladą dłoń.
— Teraz Juljanna umityguje się nakoniec! — mówiła. — Nie uwierzysz, młodzieńcze, jak dziewczyna miotała się, szukając sposobu na ciebie, aż dopóki zupełnie przypadkowo nie poznałyśmy u starej feldmarszałkowej Kutuzowej generała Paskiewicza, który wystarał się o list ministra do twego dyrektora, z poleceniem, abyś nas w każde święto odwiedzał w pałacu cesarzewicza...
— Teraz rozumiem!... — odparł Lis, składając pocałunek na dłoni staruszki. — Ja i koledzy głowiliśmy się nad tem, co może znaczyć papier z kancelarji pana ministra wojny!...
— To sprawki Juljanny, która zamierza przerobić ciebie stante pede[1] na prawdziwego Polaka! — zaśmiała się pani Romerowa. — Z pewnością, jednak, nie zapytała się ciebie, czy sam pragniesz tego?
Staruszka westchnęła i po chwili dodała:
— Tak! Coraz więcej teraz mamy takich, którzy radziby byli zapomnieć o Polsce i o swem pochodzeniu lechickiem... Minęły, powiadają, te czasy, gdy miano Polaka przynosiło honor i splendor... Teraz inaczej... o, jakżeż inaczej!...
Lis zamienił się w słuch i nawet oddech zahamował.
Czuł, że w tym domu dowie się wreszcie wszystkiego, czego brakowało mu, aby powziąść jakieś postanowienia, które po pamiętnej rozmowie z Fedorczukiem już kiełkowało w sercu jego.
— Proszę mówić!... — szepnął z namiętną prośbą, widząc, że staruszka umilkła i, jakgdyby w rozpaczy, przycisnęła blade dłonie do piersi.
Pani Romerowa podniosła na niego oczy i odparła:
— Pozostawiam to Juljannie, bo młoda osoba ma w sobie więcej sił i wiary niezłomnej... Ona cię oświeci, miły chłopcze...
To rzekłszy, zadzwoniła, a gdy wszedł sługa, kazała mu prosić panienkę do salonu.
Po chwili wbiegła panna Juljanna i, serdecznie uścisnąwszy rękę kadeta, jakgdyby oddawna panowała pomiędzy nimi zażyłość i przyjaźń, zawołała:
— Wezmę pana w obroty! Musi pan być bardzo cierpliwy, uważny i pojętny, bo czasu mamy mało, a do odrobienia — niezliczoną moc! Zostanie pan zwolniony od nauki tylko podczas śniadania, obiadu i kolacji, a resztę czasu poświęcimy na to, co jest najważniejsze teraz i nieodzowne, ponieważ...
Urwała i zamyśliła się przez chwilę poczem, potrząsnąwszy złocistą główkę, zakończyła:
— Nie! Do tego dojdziemy później... A teraz nie przeszkadzajmy cioci, która czyta „Malwinę“ pani Anny Nakwaskiej, i chodźmy do bibljoteki... Tam tak dobrze się gwarzy!
Ujęła go za rękę i pociągnęła za sobą.
W izbie, zastawionej ciężkiemi szafami, pełnemi książek, oświetlonej dużem oknem ze szkieł różnobarwnych i ogniem palącego się kominka, usiedli przy stole; leżały na nim jakieś mapy rozwinięte, kilka książek, papier i ołówek.
Panienka spoważniała nagle i, rzuciwszy badawcze i rzewne zarazem spojrzenie na Lisa, uczyniła na piersi znak krzyża świętego, a później oczy wzniosła na wiszący nad klęcznikiem srebrny krucyfiks.
— Pani się żegna inaczej niż my!... — zauważył kadet.
— Żegnam się po katolicku — odparła. — Proszę powtórzyć to za mną: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego — amen!“ Jeszcze raz! Doskonale! Teraz pan może już modlić się po polsku do Boga — Stwórcy. Napiszę panu jeszcze „Ojcze — nasz“ po polsku i „wieczne odpocznienie“. Będzie pan modlić się odtąd w rodzinnej mowie za ojczyznę i za swych zmarłych rodziców! Żeby na przyszłą niedzielę umiał pan te modlitwy na pamięć, bo razem pójdziemy do kościoła!...
Szybko napisała modlitwę Pańską i „wieczny odpoczynek“, a, oddając kartkę chłopakowi, z zadowoleniem spoglądała na jego zamyśloną i poważną twarz, na której nie dostrzegła ani cienia zakłopotania, ani też drwiącego uśmiechu.
— No, a teraz będziemy mówili o czemś innem! — zawołała panienka. — Kto są Lisowie, mój panie?
Wzruszył ramionami i potrząsnął głową.
— Nie wiem! — rzekł. — Fedorczuk powiedział mi tylko, że są Polakami i mieli posiadłość ziemską na Inflantach... To i wszystko!
— Bardzo mało! — zaprzeczyła energicznie. — Lisowie należą do jednego z najstarszych rodów polskich i pieczętują się herbem Lis, który wygląda tak!
Rysując wizerunek herbu ze strzałą, dwakroć przeciętą i z półlisem, umieszczonym w koronie, panienka mówiła:
— Przodek pana z w. XIII-go Wacław, czyli Wańko z Lisowa był ulubionym rycerzem księcia Henryka Pobożnego, Piastowicza Śląskiego, który zginął w bitwie z Tatarami i zdradliwemi kniaziami ruskimi pod Lignicą (ot tu, niech pan spojrzy na mapę!). Ten Wańko posłował na dworach czeskiego i węgierskiego królów, a później pobił na głowę armję tatarską. Był to mocarny, odważny i przebiegły rycerz... wierny, ofiarny syn ojczyzny!
Kadetowi aż się oczy roziskrzyły i błysnęły kły, a dziewczyna, coraz bardziej zapalając się, opowiadała dalej o tem, że wśród Lisów było kilku wysokich dostojników Kościoła, a więc: arcybiskup gnieźnieński Pełka, arcybiskup poznański Mikołaj; o tem, że Lisowie straż trzymali nad Wartą przeciwko zalewowi niemieckiemu i od północy, broniąc rubieży polskich od najazdów pogańskich Prusów oraz drapieżnych, chciwych i podstępnych krzyżaków; mówiła o bitwie Grunwaldskiej, gdzie Jaksa Lis z Targowiska w pierwszym szeregu wraz z ośmiu najznakomitszymi rycerzami polskimi, walczył z krzyżackim zakonem niemieckim, gdy to król Władysław Jagiełło odniósł nad nim zwycięstwo sławne; wyliczała imiona Lisów, którzy po udanej wojnie z Moskwą, na zawołanie króla Stefana Batorego, osiedlać się zaczęli na Inflantach i Białej Rusi, piersią swoją osłaniając ojczyznę od wschodu; z ogniem w źrenicach szeptała o harcach Lisów na Rusi podczas panującego tam bezkrólewia, i na zachodzie, gdzie docierali aż do Renu, roznosząc wszędzie sławę miecza polskiego i szerząc klęskę; prawiła o przygodach Władysława Lisa na Bałtyku, gdy król Zygmunt III o to morze ze Szwedami się prawował, wspomniała też tych Lisów, którzy śmiercią walecznych polegli pod sztandarami Kościuszki, obrońcy prawdziwej wolności, bo nie szlachty tylko, lecz całego narodu polskiego; mówiła też o Lisach, poległych w bitwach Napoleona Bonapartego, wielkiego wodza i wojownika, chociaż zawiódł on był nadzieje Polski...
Wreszcie umilkła, wyczerpana i blada.
Kadet nie odzywał się.
Siedział z głową opartą na dłoniach i, cały zamieniony w słuch, oddychał porywczo i często, płonął i drżał ze wzruszenia.
Oczy jego zwykle jasne i pogodne, ciskały teraz błyskawice, a twarz stała się dumna i uduchowiona.
Po chwili oprzytomniał i spojrzał na dziewczynę.
— Dziękuję pani... o, jakże gorąco dziękuję! — wyszeptał. — Teraz wiem, jaka krew płynie w moich żyłach. Gdyby nie pani...
Zerwał się z krzesła i nagle ze szlochem padł jej do stóp w porywie wdzięczności bezmiernej, żądającej czynu i wyrazu.
Cały ten dzień przegadali ze sobą.
Panienka opowiadała mu o dziejach Polski, o sławnych królach, hetmanach uczonych, o bitwach i zwycięstwach, a nigdy nie zapominała wtrącić słówka o tem, czem się zasłużyli w tym lub innym okresie Lisowie, dalecy i bliscy przodkowie trębacza korpusu kadetów imienia cesarza Pawła, ulubieńca surowego imperatora Wszechrosji — Mikołaja.
— Skąd pani wie tyle o Lisach? — zapytał wreszcie chłopak.
— Skąd? — powtórzyła dziewczyna. — Mój dziadek, ś. p. Gerwazy Truszkowski, miał za żonę Zofję z Lisów. Była to niewiasta uczona i po śmierci swej pozostawiła wraz z pamiętnikiem spisaną starannie kronikę swego rodu. Na końcu manuskryptu zrobiła babka taki napis: „Ród Lisów, co wiernie stróżował ojczyzny nad Wartą, Bzurą, Dźwiną i Wisłą, nie dla zaszczytów, nie dla sławy i bogactwa, ino z uczciwości duszy i gorącego miłowania, podupadł, ubożał coraz bardziej, albowiem troskał się nie o siebie, ino o dobro kraju i narodu, za co należy mu się wspominek, aby imię sławnego rodu prastarego w niepamięć nie poszło“.
— Rozumie pan? — zapytała i powtórzyła z naciskiem: „Troskał się nie o siebie, ino o dobro kraju i narodu“...
Lis w milczeniu skinął głową w głębokiem zamyśleniu.
Powróciwszy wieczorem do korpusu, długo nie mógł usnąć, przewracał się z boku na bok, męczył się aż do świtu, ale zato nauczył się polskich modlitw i w pamięci swej odtworzył obraz dziejów Polski i historję rodu swego, wyraźnie słysząc dźwięczny, słodki głosik Juljanny, dochodzący doń zdaleka.
Gdy rano kadeci stali w sali i śpiewali modlitwę za zdrowie cara i panującej rodziny, Lis milczał i myślał:
— Teraz już nie oszukacie mnie! Wiem, że wszyscy carowie czyhali na zgubę Polski, aż rozdarli ją na szmaty, a teraz chcą ją w niewolnicę obrócić! „Najmiłościwszy“ pan! Najmiłościwszy dla swoich dworaków, a najsurowszy i najniesprawiedliwszy dla ludu mego!...
W myśli powtarzał po polsku „Ojcze nasz“, modląc się o szczęście ojczyzny...
Kiedyś, przechodząc koło dyrektora, posłyszał, jak generał krzyknął do niego:
— No, jak się masz, przyszły ordynansie cesarski? Prędko urządzimy chrzest!
— Najpokorniej dziękuję waszej ekscelencji! — odpowiedział Lis, a w duszy z zaciętością mówił do siebie.
— Lis nie będzie oficerem do posług Mikołaja! Ja pochodzę od sławnych rycerzy, ród swój wywodzących z mroku wieków minionych, a car ma za przodków jakichś książątek szwabskich, których, z pewnością, Lisowie tłukli nieraz! Żeby taki Mikołaj, dziki i wściekły tyran, był moim ojcem chrzestnym?! Przenigdy! Całuj, generale, psa w nos...
Jednak wiadomość, zasłyszana od Paszkowa, zaniepokoiła Lisa.
— Trzeba nagwałt coś zrobić, bo inaczej, tylko patrzeć — pociągną mnie do cerkwi! — myślał z trwogą kadet, lecz daremnie łamał sobie nad tem głowę, nic obmyśleć nie mogąc.
Wreszcie machnął ręką i gwizdnął radośnie.
Sam nie wiedział skąd spłynęło na niego nagłe uspokojenie. Czuł niezłomną pewność, że stanie się coś, co odwlecze, a może nawet zupełnie zniweczy pomysł Mikołaja.
Każdej niedzieli biegł Lis do oficyny marszałka Brońca i cały dzień spędzał z panną Juljanną lub z sędziwą panią Romerową. Obie panie opowiadały mu, co się dzieje w Polsce pod rządami brutalnego Konstantego i ohydnego Nowosilcowa, który zamierzał zniszczyć odrębność królestwa Polskiego i uczynić z niego „gubernję“ rosyjskiego imperjum.
Chłopak drżał, słuchając tych opowiadań smutnych i ponurych, pięści zaciskał, aż mu stawy chrzęściły, i zgrzytał zębami, jak młody wilk.
Dowiedział się z przerażeniem o samowolnem ograniczeniu przez cara praw sejmu, uszanować które przysięgał uroczyście; łzy mu nabiegły do oczu, gdy słyszał o zupełnem zniszczeniu szlachetnego aktu konstytucji 3 maja; z trudem powstrzymywał się, aby nie kląć po żołniersku, dowiadując się o niecnej robocie szpiegów senatora Nowosilcowa, nie przebierającego w środkach; o niespełnionej przez cesarza Aleksandra obietnicy przyłączenia Litwy do Polski pod berłem cara; pojmował teraz, że chociaż rosyjscy pochlebcy nadali Aleksandrowi przydomek „Błogosławionego“, okazał się on drapieżnym obłudnikiem i bezczelnym kłamcą, gdyż milczeniem swojem potakiwał samowoli i bezprawiu Konstantego, torturującego oficerów i żołnierzy, dręczonych, znieważanych podczas nieprzerwanych musztr i manewrów.
Dowiedział się młody Lis o straszliwym ucisku drukowanego słowa w konstytucyjnej Polsce. Wiedział, że w Rosji srożył się zacofany, ciemny Uwarow, lecz i ten nie dopuszczał się takich zbrodni nad żywą myślą i sumieniem ludzkiem, przed jakiemi nie cofał się w Warszawie wynaleziony przez Nowosilcowa przekupny zdrajca swego kraju, cenzor Szaniawski, lub minister Stanisław Grabowski, usiłujący zniszczyć oświatę i spodlić młodzież.
Pewnego razu pani Romerowa opowiedziała chłopakowi o ponurych dziejach tajnego Towarzystwa Patrjotycznego, kierowanego przez majora Walerjana Łukasińskiego i jego pomocników — Ignacego Dobrogojskiego i Mikołaja Dobrzyckiego, wydanych w ręce wielkiego księcia Konstantego przez zdrajcę Karskiego. Lis, posłyszawszy o skazaniu ich i o publicznem nad nimi znęcaniu się katów, zakuwających nieszczęsnych w kajdany, huknął pięścią w stół i krzyknął z rozpaczą i wściekłością:
— Jak długo będą znosili Polacy takie rządy? Należy ogłosić cesarza wrogiem narodu, pozbawić korony, zabić Konstantego, jak zgładzili Pawła, i rozpocząć wojnę z Rosją! Młodzież powinna to uczynić!
Obie kobiety spojrzały na siebie znacząco i opuściły oczy tajemniczo.
Po chwili panienka przyniosła zwój papieru i po francusku przetłumaczyła Lisowi „Odę do młodości“ Mickiewicza, a potem opowiedziała mu treść „Konrada Wallenroda“.
Chłopiec skrzywił się i rzekł:
— Oda jest piękna i wzniosła! Zato poemat nie podobał mi się... Mężczyźni powinni walczyć otwarcie, oko w oko, pierś z piersią... Podstęp jest bronią niewolników!... Chytrość wojenna jest rzeczą niezbędną i korzystną, lecz przedtem powinno nastąpić wypowiedzenie wojny...
Wysłuchawszy opowiadania o tem, jak sąd sejmowy, wiedząc o pogróżkach cara, uniewinnił spiskowców polskich, będących w stosunkach tajnych z rosyjskiemi grupami rewolucyjnemi, Lis wskoczył i krzyknął w uniesieniu:
— Sąd uratował honor narodu! Nie uległ despotycznej woli cesarza! O jakżeż jestem dumny z tego i szczęśliwy!
— Nic to nie pomogło! — z westchnieniem rzekła generałowa. — Cesarzewicz kazał uniewinnionych schwytać ponownie i przewieść do Petersburga.
— Tak? — spytał Lis, zgrzytnąwszy zębami. — Cóż dalej będzie?
Zapanowało milczenie, które przerwała pani Romerowa, mówiąc:
— Nic innego nie pozostaje, jak tylko zdać się na łaskę i niełaskę cesarza Mikołaja... prowadzić układy, politykować, posyłać delegatów, aby prosili cara o zachowanie konstytucji.
Chłopak energicznie potrząsnął głową i odparł twardym głosem:
— Nic innego nie pozostaje, jak bronić tej konstytucji i honoru narodu ręką zbrojną! Ja pierwszy pójdę!...
Panienka z krzykiem radości i szczęścia rzuciła się ku niemu i szeptała gorąco, patrząc w jego oczy, pełne płomieni i uniesienia.
— Niech Bóg cię natchnie, miły, szlachetny panie Władeczku, niech cię prowadzi drogą świetlaną!...



Przypisy

  1. Odrazu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.