Trójprzymierze (Lemański, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lemański
Tytuł Trójprzymierze
Pochodzenie Prawo mężczyzny
Wydawca F. Gadomski
Data wydania 1922
Druk T. Jankowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Człowieka stanowią trzy organy zasadnicze: głowa, serce i brzuch.
W tym podziale zastanawia nas to, że najszlachetniejszy organ — głowa, jest rodzaju żeńskiego. To, co myśli, jak również i sama myśl jest u nas żeńska.
Organ uczuć, serce, należy do rodzaju nijakiego: serce, to — dziecko.
A mężczyzna — brzuch. Brzuch, nawet u kobiety, jest rodzaju męskiego.
Jest to reguła. Ale zdarza się czasem, że głową bywa mężczyzna, a u kobiet, zwłaszcza u tych, które często przebywają z mężczyznami, a mianowicie u żom, rozwijają się raczej cechy brzuszne.
Jak rośnie człowiek?
Naturalnie w człowieku rosnącym muszą rosnąć jego trzy zasadnicze organy. Ale ten wzrost w każdym z nich przejawia się inaczej.
Otóż naprzód głowa.
Głowa rosnąć materjalnie nie może, po prostu niema miejsca na wzrost, bo tamują go kości czaszkowe. Kość rośnie tylko w dziecku, ale wtedy właśnie nie jest kością; kością jest wówczas, kiedy skostnieje, ale wtedy już nie rośnie. Zatem wzrost głowy materialnie jest ograniczony. Głowa fizycznie rosnąć może tylko do pewnych granic. Ale za to wynagradza sobie tę szczupłość materjalną w zrostem myśli, nieograniczonej już niczem. Głowa wzrastająca — to rosnąca myśl.
O brzuchu zaś można powiedzieć, że właśnie materjalnie dochodzi nieraz do rozmiarów wprost nieograniczonych. Cóż ma kłaść wzrostowi brzucha tamę? Kort spodni? Surdut? czy kamizelka? To nie jest materja kostna, jak u głowy; to jest tylko materjał wełniany, ustępliwy sam przez się, a tembardziej dający się rozszerzać nieograniczenie za sprawą łatwo w tym względzie ustępującego krawca, któryby chciał, żeby na dolną szatę dla pana Brzucha musiało być brane nie dwa łokcie kortu, czy tam szewiotu, ale co najmniej dziesięć. Brzuch tedy, rosnąc, staje się naprzód brzuszyskiem, potem kałdunem, baryłą, „telbuchem“, dalej staje się wielki, jak pierzyna, jak wańtuch, jak okseft, jak góra, wreszcie tak, że już i nazw dla niego, brzucha, braknie[1]. Posiadacz takiego brzucha zolbrzymiałego, człowiek prosperujący, stara się ten swój organ zdrobnieć przynajmniej formalnie, tytularnie, nazywając go już to brzusiem, już kałdunkiem, i pieszczotliwością nazwy starając się go zdziecinnieć, zdrobnieć. Ąle pieszczota stosowana do brzucha jeszcze go bardziej roznosi wszerz i wpodłuż, tak, że w końcu rozmiarami swojemi przywodzi na pamięć czasy przeddziecinne jeszcze, bo przedpotopowe, w których pławiły się w oceanie plezjozaury o kałdunach z pojemnością, przechodzącą wszelką wyobraźnię. Kamienica trzypiętrowa w takim brzuchu gigantycznym byłaby ziarnkiem piasku; mogłaby się w nim zmieścić wieś cała, dwie wsie, cały powiat, cały ojczysty kraj nawet mógłby być w takiego giganta wrzucony, i strawiony.
Ale dosyć o brzuchu. Przejdźmy do serca.
Serce jak rośnie?
Jeżeli mówimy, że „serce nam urasta“, że „przybywa nam serca“, żeśmy się „na sercu wzmogli”, jeżeli są nasze „corda sursum”, to to wszystko znaczy, że więcej, rozleglej czujemy w sobie życia, że bardziej miłujemy, że czujemy się zdolni do ukochania wszystkich i wszystkiego, że miłości naszej prawie że niema granic...
Prawie niema. Bo jest: serce nam pęka z miłości.
Brzuch nikomu jeszcze za życia nie pękł. Ale serce, wielkie, kochające serce, to już pękło niejednemu — z boleści albo z radości, jednem słowem z wielkiego ukochania.
Mówi się też i o „pękaniu głowy“ czasem. Tylko brzuch jest najwytrzymalszy.
Brzuch może się rozszerzyć, bez obawy pęknięcia, najbardziej, ale też roźszerzenie to jest czysto materjalne, polegające na rozdęciu się kiszek, opony brzusznej i sadła. Serce może się rozszerzyć już nie tyle materjalnie, ile uczuciowo. Sercem można objąć bardzo wiele, ale w końcu i serce wydaje się niedostatecznem do ogarnięcia tych których kochamy, i wówczas albo rozszerzone do ostatnich granic fizycznych pęka, albo też wdaje się w tę sprawę głowa, i ona ciężar słodki dalszego obejmowania na siebie przyjmuje, w tym celu posiłkując się myślą, dla której granic już niema.

II.

Pewnego razu, w pewnym człowieku, który dłuższy czas w harmonji swoich trzech części składowych żył, głowa, jako do ogarnięć największych uzdolniona najbardziej, zaczęła podporządkowywać sobie najbliżej sąsiadujące z nią serce. Ale wskutek tych aneksyjnych wykroczeń, zajmując serce, przejęła nieco jego uczuciowości tej, która się udziela najłatwiej — mianowicie pychy. Głowa zaczęła sobie pochlebiać, że inne członki są w człowieku zbyteczne i w następstwie tej wygórowanej samooceny, jęła z góry traktować swoich wspólników, mówiąc, że ona położona najwyżej, a tamci nic nie znaczą, że brzuch jest tylko dla człowieka ciężarem, a że serca wcale w życiu nie widać, bo jest tam gdzieś głęboko schowane. Jednem słowem z całego człowieka wartościową i jedynie wartościową rzeczą jest głowa.
— Powiedz temu kałdunowi — tak rzecze raz głowa sercu: — bo ja wzdrygam się gadać z tem brzuszyskiem, że mu za służbę dziękuję, że już mam dosyć tej jego czynności, polegającej na jego ciągłem przetrawianiu mięs, jarzyn, chlebów i całej kolekcji trunków. Już mi brzucha nie potrzeba. Może sobie iść.
— A cóż będzie robił ten biedak? — mówi serce.
— Niech sobie robi, co mu się podoba! — rzekła głowa ostro: — może sobie zostać balonem, radcą w jakiem stowarzyszeniu, gdzie trzeba tylko siedzieć na posiedzeniach, jeść i pić... Zresztą niech będzie, czem chce, niech zostanie babą do wbijania palów — to też karjera. Wszystko niech robi, bylem go tylko nie widziała. Co spojrzę, zdaje mi się, że widzę przed sobą górę. Dosyć tego. Idź i powiedz mu.
Serce, acz z bólem swoim wielkim, ale nie śmiejąc odmówić głowie, zwróciło się drugą stroną swoją do brzucha i powiada:
— Brzuchu, tylko się nie martw, kochanie, tem co ci mam do zakomunikowania od głowy.
— Co — burknął brzuch: Jakiem prawem głowa śmie mi coś komunikować? Patrzcie mi, jaki naczelnik! Małe to jak kawon, głowa kapusty od tego większa, i to mą czelność komunikować mi coś...
— Ale bo nie wiesz co i zaraz się gniewasz. Posłuchaj! Głowa komunikuje ci, żebyś się podał do dymisji.
— Co, mnie dymisjonować? — zadudniło w brzuchu. — En voila du nouveau! Attends, ma belle! Nie, aż mię rozsadza. Powiedz tej mózgownicy, że kpię sobie z jej zapatrywań i że rozkazywać może mi tylko człowiek, a nie jakaś tam głowa, umieszczona na karku, jak makówka na łodydze. Idź i powiedz to.
Serce znowu zwróciło się do głowy i mówi:
— Tak i tak, moja głowo. Brzuch powiada, że rozkazywać mu tylko człowiek ma prawo. Zlitujcie się, nie kłóćcie się, bo doprawdy aż mię coś zaczyna kłuć w dołku. Miłości, kochani moi, więcej miłości. Jeżeli nie kochacie siebie nawzajem, to kochajcie się w imię człowieka.
— Nie znam żadnego człowieka nad sobą — rzecze głowa: — Co ja rozkazuję, to i ma być i kwita. A ty, serce, zanadto się roztkliwiasz i zdaje się, trzymasz stronę brzucha.
— Ja? Ależ, kochane moje, głowo. Ja was oboje kocham, jak rodzonych moich. Tyś mi, głowo, siostrą, a on mi, brzuch, jest bratem. Gdy różnicie się z sobą, serdecznie mnie boli.
— Eh, ty, mazgaju! Idź zaraz powiedz brzuchowi, że człowiek — to ja, i że mocą swoją skazuję go na wycieńczenie. Idź.
Serce zaczęło bić w przyśpieszonem tempie, jako zmuszone przez głowę do niemiłych, nieprzyjaznych posług, a tak sercu niewłaściwych. Ale znowu obawiając się narazić głowie i zrobić jej przykrość, zwróciło się do brzucha.
— Wiesz, brzuchu — powiada — gdzie jest człowiek?
— No? przecież nie w głowie.
— A właśnie, że głowa powiada, że w głowie.
Jamais! — zadudnił brzuch. — Prędzej w brzuchu. Niewątpliwie, poco mam szukać go gdzieindziej. Wszakże umiem myśleć o sobie, zatem są we mnie i funkcje głowy: czuć także potrafię i jeszcze jak? lepiej od ciebie, od serca, czuję głód — cierpienie i sytość — rozkosz. Ja jestem obdarzony zdolnościami za wszystkich. Niepotrzebni mi jesteście! L‘homme — c‘est le ventre. Nie potrzeba już mi serca. Sam się rozmówię z tem siedliskiem zwojów mózgowych, z tą moją parodją. Hej, głowo! Posłuchaj! Żądam z tobą tête-a-tete.
Głowa milczała dumnie. Więc brzuch znowu:
— Hej, głowo, podaj się do dymisji. Jesteś mi niepotrzebna. Możesz sobie na głowie stawać, a nie zmusisz mnie do zaparcia się samego siebie. Zaparcie jest dla mnie niezmiernie szkodliwe.
— A więc możesz się sobie rozwolnić — rzekła nareszcie głowa, porwana przez chęć zrobienia dowcipu. — Daję ci rozwolnienie od obowiązków.
— A któż będzie trawił, ciekawym? Ja, ponieważ mam tę zdolność, jestem ważniejszym chyba od ciebie, nie mówiąc już o tem, że i czuć potrafię.
Smak potraw...
— Proszę mi nie przerywać. I czuć potrafię...
— O tak, umiesz dać się... czuć, brzuchu.
— Proszę mi nie przerywać. I czuć potrafię, powiadam, i myśleć...
— O sobie. Ty innej myśli nie znasz.
— Czy dasz mi nareszcie mówić? A więc ja, który sam własnemi środkami, sokami, ściślej mówiąc, umiem trawić, dalej umiem czuć i nakoniec umiem myśleć, nie spieram się o czem i jak, zresztą myśleć o sobie, to jest cnota kardynalska... te, chciałem powiedzieć kardynalna, bo jeżeli ty sam o sobie nie pomyślisz, to któż pomyśli o tobie?
— A ja, głowa. Nie myślęż ja o wszystkiem?
— Dziękuję za taką myśl. Czy myślisz, że pomyślany naprzykład gulasz wołowy, albo kapusta faszerowana może mi się na coś przydać? Ładniebym wyglądał, myślą się żywiąc.
— A ja, głowa? Czy myślisz, że ja żyję czemś innem, niż myśl? Ja, myśląc, żyję i żyjąc myślę. Żyję, aby myśleć, myślę, aby żyć.
— To zupełnie prawie, jak ja. Ja, brzuch, jem, aby żyć, żyję, aby jeść. No, więc widzisz sama, moja głowo, że jesteśmy do siebie uderzająco podobni pod tym względem, z tą różnicą, że ja cię daleko przewyższam, umiejąc, oprócz jedzenia, jeszcze czuć i myśleć. A myśl gra w życiu mojem rolę właściwą, a nie tak chorobliwie i jednostronnie wybujałą, jak u ciebie. Ja myślę o tem, żeby dobrze zjeść. To grunt życia. Być — to znaczy jeść i pić — oto zakres mojego myślenia, nie przechodzący słusznych stanowisku memu odpowiednich wymagań. Myśleć, myśleć o sobie, jeżeli chcesz, umiem i umiem sobie wystarczać; obejdę się bez ciebie, bez głowy. Głowę rozumiem cielęcą, prosięcą, albo wreszcie świńską, litewską z dzika — delicje. Ale ty, głowa, mająca pretensje być moją: i, co więcej, głowa, roszcząca sobie prawo do grania roli człowieka — nie, za taką głowę dziękuję, mam w sercu taką głowę. Brzucha na nią za szkoda. Tak, głowę mam w sercu, serce mam... także w sercu. Co mi po sercu. Serce prawie że jest niejadalne. Szewcy je tylko lubią. Nie chcę serca mieć, nie chcę w serce ani na serce patrzeć. Sam sobie wystarczam pod względem czuciowym i basta. Jestem sam w sobie zaokrąglonym światem. Ich bin mein eigenes Eigentum. L‘etat cest moi. Rozwiń moje kiszki na długość: ziemię niemi opaszesz. Poza mną niema nic, bo ja jestem bytem.
— Jest jeszcze poza tobą rezultat twojej działalności życiowej — twój odbyt. Zaprawdę, dopóki ty bytujesz, świat musi być zanieczyszczany przez ciebie, przez twoje odbyty. Bytuj więc sobie sam, zaokrąglaj się i upodabniaj do ziemskiej okrągłości. Zrywam z tobą, bo nie mogę na twoją wyolbrzymiałość już patrzeć. Oderwę się od ciebie i będę żyła czystą myślą, myślą dla myśli i tak się w swoją myśl wmyślę, tak...
— Że zapadniesz na umyśle...
— Nie przerywaj mi, brzuchu. Więc tak się, powiadam, wmyślę w istność wszechrzeczy, że pomiędzy nią, tą istnością, a pomiędzy moją o niej myślą, coraz minimalniejszy, jak myślę, przedział będzie, aż wkońcu, oprócz mojej myśli, nie będzie na świecie nic...
— A ja? — zabiło nagle serce. — Zapomnieliście o mnie? Tchu już mi brak od waszych przekomarzań. Dla ciebie, głowo, być — znaczy myśleć; dla ciebie, brzuchu, być — znaczy jeść i pić. Ale dla mnie, serdeńka wy moje, być — to znaczy bić. A komuż będę biło, jeżeli wy się pozabijacie? Bić, bić się, zabijać, zabijać się, podbijać się, rozbijać — zostawcie to już, serdeczni wy moi, mnie. Ty sobie, głowo, myśl, ty sobie, brzuchu, traw, a ja, serca wy moje, już mnie tam najlepiej odpowiada bicie. Bić wam przestanę i co? Zginiecie oboje. Już i teraz, kiedyście się tak kłócili, ledwie, ledwie już bić nie przestałom, czyli być. A nie będę ja, nie będzie i was.
— Czy to być może? — spytali razem zaniepokojeni brzuch z głową.
— To jest tak pewne, jak to, że was kocham, dopóki bić mogę. Miłuję was, dopóki uderzać mi pozwalacie swoją zgodnością. Chcecie rządzić, ty, głowo, sama, albo ty sam, brzuchu, to uderzenia moje coraz zamierają, aż mogę umrzeć całkiem, a wtedy kto was będzie kochał. Zginiecie.
— Więc co? — rzekł brzuch, — może się nam każesz kochać także? Ja, brzuch, mogę żyć bez głowy i sam.
— Tak, jak ja — rzekła głowa — bez brzucha. Kochać cię? Kochać takiego bytowca? Nie.
— Nie potrzeba, abyście wy kochali. Tylko pozwólcie mnie was kochać, mnie dajcie żyć pomiędzy wami.
— Cóż mnie każesz robić, serce? — rzekł brzuch.
— Jedz, pij, traw i żyj, ale żyj nie dla siebie, nie myśl o sobie.
— A dla kogóż mam żyć?
— Dla człowieka. Żyj z tą myślą, że służysz człowiekowi.
— A ja? — spytała głowa.
— A ty? Ty właśnie myśl o sobie, a nie o brzuchu. Ty myśl o myśli człowieczej i nie wdawaj się w sprawy brzuszne. A ja, serce, będę wam biło miłością.
— A wtedy wy wszyscy ujrzycie naraz niewidzialnego wam aż dotąd człowieka.

Był to głos, a raczej szept ledwie dosłyszalny, ale dla nich w tej chwili jednako zrozumiały. I umilkli i zaczęli go słuchać.



Przypisy

  1. Por. Słownik Lindego. „Z swym brzuchem jak z telbuchem chodzi“. (Kochowski). Wyraz ten pochodzi z kroackiego „terbuch“, z bośniackiego „tarbuk“. Pierwiastek niemiecki — „Bauch“. W tymże Słowniku pod wyrazem „Brzuch“ spotykamy przysłowie: Brzuch tłusty — łeb pusty. Nie musiał tego przysłowia układać ktoś z tłustym brzuchem, z brzuchem takim, o jakim znów inne przysłowie powiada, że „Brzuch to wór dziurawy“. Ale z tych wszystkich uszczypliwości przysłowiowych brzuch sobie kpiąc, rośnie i potężnieje.