Toreador w masce

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Toreador w masce
Pochodzenie Na skrzyżowaniu dróg
Wydawca Instytut Wydawniczy Szkoły Morskiej w Tczewie
Data wydania 1929
Druk Instytut Wydawniczy Szkoły Morskiej w Tczewie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
TOREADOR W MASCE
I.

Pablo Bienwenida był synem wieśniaka z okolic Granady. Gdy sam został gospodarzem po śmierci ojca, nic się w jego życiu nie zmieniło. Tak samo, jak przy ojcu, pracował od rana w dużym warzywnym ogrodzie przez cały dzień, doglądał, aby siostry Izabella i Teresa nie zaniedbywały krów, kóz i drobiu, wieczorem zaś ładował na muła kosze z pomidorami, cebulą, grochem i karczochami i odwoził je do hotelu „Alhambra”, gdyż tu właśnie dostarczał warzywa.
Siedząc na mule pomiędzy koszami, zwykle śpiewał dźwięczną „andaluzę” i wesołym głosem pozdrawiał znajomych. Miał ich bez liku, gdyż wszyscy lubili młodego, uprzejmego Pabla.
Jak prawdziwy Hiszpan, Bienwenida kochał się we wszystkich pięknych dziewczynach i mężatkach Granady i w noce świąteczne wyśpiewywał pod ich oknami serenady własnego pomysłu, przygrywając sobie na gitarze, suto ozdobionej żółtemi i czerwonemi wstążkami.
Zazdrośni narzeczeni i mężowie nieraz usiłowali poturbować romantycznego wiejskiego trubadura, lecz chłopak był zwinny jak wąż, a ręce miał twarde i mocne. Więc zwykle po porządnej bójce powracał pod okno ukochanej, dośpiewywał ostatnią zwrotkę i odchodził pogwizdując.
Bienwenida lubował się też w walkach byków. „Corridas” pociągały go i nie opuszczał żadnej, mając, za pośrednictwem dyrekcji hotelu, znaczną zniżkę na bilety, naturalnie na „cota del Sol”, — na słonecznej stronie, gdzie tak praży, że publiczność zwykle stopniowo się rozbiera i, gdyby nie to, że na arenę cyrku wypuszczają tylko sześć byków, „cota del Sol” przedstawiałaby koniec końców zgromadzenie Adamów i Ew, nawet bez listków figowych. Młodzieniec znał osobiście wszystkich banderiljosów, kapadorów i pikadorów, zachwycał się „toreros”, rozmawiał nawet nieraz z artystokratycznymi sędziami, zwolennikami i znawcami walki byków, i z lubością wdychał ostry, przejmujący go dreszczem rozkoszy zapach areny cyrkowej.
Bienwenida, prawdziwy syn swego narodu, był religijny, jak mnich i przesądny, jak pierwotny poganin, to też tak, jak to czynił jego ojciec, przyjmował udział we wszystkich procesjach kościelnych, oblewał się potem, niosąc na schylonych barkach ciężkie figury Chrystusa, upadającego pod krzyżem, spowiadał się co miesiąc i modlił się z grubej książki do nabożeństwa. Na piersiach chłopak miał zawsze duży żelazny krzyż, kupiony przez pradziadka od jakiegoś powracającego z Jerozolimy pątnika, lecz zarazem na tym samym sznurku pozostawał talizman, przechodzący w ich rodzinie z ojca na syna. Była to podłużna złota tabliczka z napisem arabskim — może modlitwą do Allacha, a może czarodziejskiem zaklęciem.
Ten właśnie Pablo Bienwenida jechał na swoim mule aleją cyprysową, prowadzącą do hotelu „Alhambra” i nucił jakąś piosenkę, lecz czynił to prawie bezwiednie, czując jakiś niepokój, tak zwykły dla człowieka, który o czemś zapomniał.
— Ale co miałem jeszcze do zrobienia? — pytał samego siebie wesoły chłopak. Długo męczył się tem pytaniem, aż nareszcie przypomniał sobie, że to było przecież pierwszego lipca. Każdego zaś pierwszego nowego miesiąca, jeszcze za życia ojca, a później po jego śmierci, do ich domu przychodził stary cygan Karnako i zadawał zawsze jedno i to samo pytanie:
— Czy już namyśliliście się?...
Stary Bienwenida na to pytanie wzruszał zwykle ramionami i odpowiadał:
— Nie rozumiem, o czem mowa?
Ponieważ Karnako, nic nie objaśniając, zadawał takież pytanie młodemu, ten zbywał go tą samą odpowiedzią, po której cygan odchodził, mrucząc...
— Nie nadszedł jeszcze czas!... Nie nadszedł, bo nic nie wiedzą...
Pablo Bienwenida tak przywykł do tych odwiedzin Karnako, że gdy dziś po raz pierwszy stary nie zjawił się, czuł, że braknie mu czegoś, co stało się jakąś dziwną potrzebą, budzącą w nim niejasne myśli i dążenia.
Wkrótce jednak Pablo zapomniał o cyganie, gdyż musiał wyładowywać pomidory i kalafiory i wściekle targować się z kucharzem niemal o każdą sztukę. Gdy zakończył swoje interesy w „Alhambrze”, wypił szklankę dość marnej „Manzanilli”, gdyż zdarzało mu się nieraz pić lepsze nawet w szynkach wiejskich, podczas procesyj kościelnych lub podczas swoich wypraw miłosnych z gitarą, serenadami i bójkami. Pablo powracał do domu, skracając sobie drogę. Jechał więc przez Agueducto y torre del Agua, wzdłuż starych rzymskich zwalisk, zarosłych winem, pnącemi się różami i kwitnącemi przez całe życie „gualilos”, przebrnął przez wysychające łożysko Darro, przeciął parę dużych ulic i gdy muł zaczął wspinać się stromym zaułkiem, ciągle załamującym się wśród murów, ze zwisającemi z nich mięsistemi łodygami „higa chumbos”, zeskoczył z siodła i szedł obok, obojętnem okiem przyglądając się niskim, ubogim domkom przedmieścia Albasin.
Muł szedł wolno i także wolno wlókł się za nim Pablo, o niczem nie myśląc i pykając dymem niedopałka grubego cygara, podarowanego mu przez kucharza hotelowego.
— Stój, Pablo, stój! — usłyszał Bienwenida dźwięczny głos kobiecy.
Obejrzał się i ujrzał młodą, śniadą dziewczynę, stojącą przy wejściu do jaskini, których tak dużo na skraju Albasinu, a gdzie mieszkają albo biedacy, albo też cyganie. Przyjrzawszy się dziewczynie uważnie, zrozumiał, że była to cyganka, a że miała wetkniętą w włosy gałązkę oliwną, na ramionach zaś haftowaną chustkę z długą frendzlą i jedwabne zupełnie całe pończochy, — wiedział już, kogo ma przed sobą.
— Co sobie życzy piękna hitana? — zapytał, uchylając kapelusza. — A od kiedy to dumne hitany zaczepiają na ulicy przechodzących senorów?
Hitana parsknęła śmiechem i odparła:
— Senor, za przeproszeniem, jest podobny raczej do poganiacza mułów, ale nie zaczepiłabym go nawet wtedy, gdyby był podobny do duka Alby lub innego arystokraty z rodu „Gran Espana”, lecz mam interes do senora...
— Piękna hitana ma bystry język i jeżeli takiż bystry umysł, — będę szczęśliwy posłyszeć o interesie! — zawołał Pablo, rozbawiony rezolutnością cyganki.
— Widzi senor tę rzecz? — spytała, podnosząc z ziemi i opierając sobie na biodrze gliniany dzban do noszenia wody.
— Piękny dzban, lecz tylko dzban — zaczął Bienwenida.
— Nie o to pytam! — niecierpliwym głosem przerwała mu hitana. — Chcę wiedzieć, czy już namyśliliście się?...
— Carrambo! — wykrzyknął zdziwiony młodzieniec. — O to co miesiąc pyta nas Karnako, stary cygan Karnako...
— Stary wczoraj umarł i polecił mi zadawać ci to samo pytanie, aż się namyślisz, senorze — rzekła cyganka.
— Wypadkowo tylko skierowałem się przez Albasin, mogłaś mnie nie zobaczyć dzisiaj? — zauważył Pablo.
— Jechałeś, senorze, tą drogą, gdyż ja tego chciałam — szepnęła hitana, rzucając na młodzieńca palące spojrzenie.
Bienwenida usta otworzył, zdumiony i przerażony trochę.
— Czarownica, czy co? — błysnęła mu myśl i mimowoli sięgnął ręką w zanadrze, aby dotknąć krzyża na piersi.
— Ta-a-ak! — przeciągnęła hitana — pokaż to!
W głosie jej młodzieniec usłyszał rozkaz, więc rozpiął koszulę i wydobył krzyż, wiszący na sznurku splecionym z końskiego włosia.
— Krzyż pradziadka — objaśnił Bienwenida...
Cyganka położyła krzyż na wąskiej smagłej dłoni i, wskazując oczami amulet arabski, przyczepiony do sznurka, zapytała:
— Czy wiesz, co posiadasz?
Wzruszył ramionami i odparł:
— Stara to rzecz, przechowywana w rodzinie. Jakieś napisy arabskie, powiadają...
Hitana zamyśliła się na chwilę, a później szepnęła:
— Daj rękę, chcę spojrzeć na twoją dłoń.
Powiedziawszy to, postawiła dzban na ziemi i schwyciła Pabla za rękę.
— Piękna hitano — bronił się młodzieniec — droga to historja wasze wróżby, wiem to! Jedno duro i tego za mało! Nie stać mnie na to... Obejdzie się bez wróżby.
— Milcz! — szepnęła, wpatrując się w linje ręki.
Po chwili puściła dłoń i rzekła stanowczym głosem.
— Wkrótce się namyślisz, senorze, a więc w sobotę przychodź tu, zaprowadzę cię do Golondriny.
— W sobotę nie przyjeżdżam do Granady — zaprotestował.
— Przyjedziesz! — odparła.
— Nie! — zaśmiał się. — W sobotę będę na nieszporach w San-Miguel, a po nabożeństwie na ślubie Rodriga. W dzień mam nawał pracy w ogrodzie i około domu. Nie przyjadę w sobotę, hitano, nie!
Dziewczyna przenikliwie zajrzała mu w oczy i, nic nie mówiąc, odeszła, pozostawiwszy go w zdumieniu i dziwnej trwodze.
Pablo postał trochę, nie wiedząc, co ma robić, później wsiadł na muła i ruszył dalej.
Gdy w domu opowiedział matce o dziwnem spotkaniu z cyganką, staruszka niezadowolonym głosem mruczeć zaczęła:
— Zawsze mówiłam, że ta arabska zabawka, to coś z czarów. Bądź ostrożny, chłopcze, żeby ci się co złego nie przytrafiło, za co ciebie Bóg lub ludzie mogliby pokarać!
— Co też matka mówi — zawołał Pablo wesoło. — Co za czary?... Chce ta cyganka wyłowić z mojej kieszeni parę „duros”, lecz wara od tego! nie dla niej moje ciężko i uczciwie zapracowane „duros”.
Zawrócił się i wyszedł z izby. A był to czwartek.
W piątek Pablo Bienwenida jak zwykle pracował na grzędach swego ogrodu i naprawiał pompę przy studni, marząc o wesołej sobocie i niedzieli, kiedy to na weselu Rodriga, w kościele, a później w niedzielę w pobliskiej osadzie miał się spotkać z kilku wiejskiemi pięknościami, do których pałał miłością. Układał w głowie parę nowych piosenek i niepokoił się trochę tem, czy wytrzyma mocno nadszarpnięta basowa struna gitary. Te przyjemne myśli i niepokój o strunę nie przeszkadzały młodzieńcowi obliczać, ile warzywa będzie miał do odstawienia do hotelu w poniedziałek.
Jednak tegoż wieczoru do Pabla Bienwenida przyczłapał na wychudzonej szkapinie chłopak-piccolo hotelowy z żądaniem dostarczenia do „Alhambry” większej ilości sałaty, ponieważ niespodzianie przybyła jakaś amerykańska wycieczka, dla której mogło zabraknąć zapasów.
Bienwenida w sobotę od rana naładował do koszów sałaty i o 7-mej wyruszył do miasta. Około pierwszej po południu jechał już z powrotem, spiesząc się do domu, aby zdążyć zjeść obiad i przebrać się przed nieszporami. Mijając kościół św. Salwatora, zauważył w tłumie przechodniów i drobnych handlarzy bijący w oczy duży zielony szal w szkarłatne kwiaty.
— Same szale nie chodzą ulicami, — pomyślał z uśmiechem — pewno w nim znajdę kobietę, a powinna być piękna, bo tylko taka odważy się na podobną pstrokaciznę!
Uderzył więc piętami swego muła i zaczął doganiać zielony szal. Wkrótce był już przy nim, zeskoczył z muła i, przechyliwszy się, zajrzał w twarz szybko i zwinnie idącej kobiety. Obejrzała się na natręta, a Pablo krzyknął ze zdumienia, gdyż poznał onegdajszą hitanę.
— To dobrze, żeś przyjechał! — rzekła spokojnym głosem. — Golondrina Bailaora czeka na ciebie.
— Ja, właściwie... — zaczął Pablo, lecz cyganka wyrwała mu z rąk cugle i jednym skokiem była już na siodle.
Bienwenida chciał zaprotestować, lecz coś go nagle wstrzymało, więc machnął ręką i szedł obok hitany, rzucając na nią trwożne spojrzenia. To jednak nie przeszkadzało mu przyglądać się dziewczynie bardzo uważnie. Nie była ładna, nie była nawet zgrabna, trochę za niska, trochę za rozrosła w biodrach i ramionach, lecz Biewenidzie wydawało się, że cyganka wcale nie posiadała kości. Ruchy jej były miękkie, szybkie i wężowate, a w tem było dużo uroku i piękna i to usprawiedliwiało w oczach Bienwenidy zuchwały, wyzywający zielono-szkarłatny szal, narzucony na ramiona hitany.

Krętemi zaułkami dojechali do Albasinu i zatrzymali się przy małym domku, o szczelnie zamkniętych okiennicach i drzwiach. Cyganka zapukała do narożnego okna i ktoś z wewnątrz odpowiedział krótkiem a mocnem uderzeniem. Wkrótce zgrzytnął klucz i drzwi się otworzyły.
Po chwili już się kołysał ponad tłumem...
— Wchodź! — rozkazała cyganka, gdy Pablo uwiązał do parkanu swego muła.

Znaleźli się w małem „patio“, otoczonem z trzech stron białemi ścianami, a z czwartej — malutkim ogródkiem z pnącem się winem i czerwonemi „conchillos”.
Wkrótce z głębi domu wyszła cyganka — wysmukła i dumna. W czarnych, namaszczonych oliwą włosach z lokiem, zakręconym na czole, miała gałązkę róży i jeszcze jakieś kwiaty; suknia jaskrawo zielona w białe arabeski uwydatniała silną i zgrabną postać kobiety.
Wyszła z dzbanem na biodrze i zatrzymała się, patrząc badawczo na Bienwenidę...
— To ten? — spytała po chwili, — czyś się nie omyliła, Ritano?...
— Ten sam! Widziałam przecież amulet, — odparła cyganka...
— Pokaż! — zawołała hitana.
Pablo wyciągnął sznurek z krzyżem i amuletem i podał go cygance.
Długo trwało oglądanie, narady i szepty kobiet.
— Jestem Golondrina Bailaora, hitana i wróżka. Patrzę w przeszłość i przyszłość, — rzekła surowym głosem hitana, właścicielka domu. — Posiadasz wielki skarb. Siadaj i słuchaj, młody człowieku! Ritano, przynieś tu wina i migdałów, a później odejdź, gdyż mam z nim do pomówienia.
Po chwili, popijając zimny xeres, Bienwenida siedział z cyganką w zacienionym ogródku i słuchał, a z każdą chwilą jego niepokój, że się spóźni na obiad, do kościoła i na ślub pryskał, aż młodzieniec zapomniał o Rodrigo, matce i nawet o pięknych dziewczynach, dla których miał ułożone nowe, a bardzo ładne piosenki.

II.

Długo szeptała, oparłszy się łokciami o stół Golondrina i opowiadała Bienwenidzie historję arabskiego talizmanu, aż wreszcie zakończyła tak:
— Maurytański król Az-Zaghal, zrozumiawszy, że nie zdoła oprzeć się naszemu królowi w Alhambrze i będzie zmuszony przebijać się przez zwycięskie hufce rycerzy katolickich, rozkazał zakopać w podziemiach zamku i twierdzy wszystkie swoje skarby. Co było zakopane, o tem szła gadka i ludzie później wszystko to znaleźli. Pozostał jeden skarb, dotychczas nie wykryty. Jest to olbrzymi dzban niby do noszenia wody, — piękna waza, pokryta mozaiką i rzeźbą, a pełna złota, które wydobyto z naszej rzeki Darro. Otóż stary Karnako, ujrzawszy na piersi twego ojca ten talizman, zrozumiał, że to jest plan miejsca, gdzie skarb ten ukryli słudzy Az-Zaghala, i zapytywał was co miesiąc, czyście się już namyślili iść na poszukiwania. Nie mówił wam, o co mu chodziło, bo nie nadszedł czas! Teraz ja to czynię i pytam, czy już się namyśliłeś?
— A czy dużo tam złota? — zapytał Pablo.
— Pięciu ludzi nie uniesie wszystkiego! — odparła hitana.
— No, to trzeba się wybrać z towarzyszami! — zawołał Bienwenida.
— Mądry jesteś! — klasnąwszy w dłonie, rzekła Golondrina. — Dam ci pięciu tęgich cyganów, pewnych ludzi. Podzielicie złoto na dwie równe części: jedna — tobie, druga — nam.
— Jam nie skąpy, dzielić, to dzielić! — zgodził się Pablo...
— Gdy słońce zajdzie, wyruszycie — zadecydowała cyganka. — Pójdę ludzi uprzedzić i wszystko przygotować. Pij tymczasem wino i bądź spokojny!
Wyśliznęła się z „patio” i znikła w drzwiach, prowadzących do domu. Pablo pozostał sam i zaczął myśleć o wypadkach. Smutno mu było, że już nie trafi na wesele i że na nic jego nowe piosenki, lecz mówił sam do siebie:
— Tyle złota, to nie żart! Tego na pomidorach i kalafiorach nie dorobię się nigdy. I wogóle, gdziebym znalazł taki skarb, chybabym się ożenił z królewską córką, ale dla niej nie uda mi się nigdy zaśpiewać serenady, a bez pieśni niema co myśleć o miłości królewny. Lepiej nie będę marzył, a pójdę po ten skarb arabski. Matczysko się też ucieszy, gdy w koszach ujrzy zamiast niesprzedanych bobów i fasoli — złoto! Ciężko jednak będzie biednemu mułowi dźwigać złoto na Chico del Sol. No, ale trudno — trzeba! Zdaje mi się jednak, że oszwabiają mnie te cygańskie małpy? Kto to słyszał — brać za taki interes połowę? E-e, potarguję się później, — może im coś tam jeszcze urwę!
Tak rozumując, Pablo Bienwenida pił szklankę po szklance aromatycznego i zimnego wina, a im więcej pił, tem bardziej śmiałym się stawał, aż wreszcie gruchnął pięścią w stół i mruknął!
— Dam każdemu po dziesięć „duros“ i — będą szczęśliwi, a jak nie, to łby porozbijam!...
Jednak tok jego myśli przerwało wejście Golondriny i pięciu tęgich cyganów. Nieśli za sobą liny, latarnie, rydle, kilofy i skórzane torby. Wszyscy mieli za pasami nawachy, te cudowne noże toledańskie, takie dobre do krajania kiełbasy, obierania jabłek i rozpłatywania wrogowi piersi lub brzucha podczas pojedynku.
Zaczęto się naradzać i oglądać talizman Bienwenidy.
— Jaskinia ta mieści się w skałach u brzegu Darro — zauważył jeden z cyganów. — Poznamy ją, gdyż, podług znaków na talizmanie, posiada przy wejściu wykute w skale te dwa dziwne ptaki o długich szyjach i małych głowach. Poznamy! Dziś pełnia księżyca — będzie jasno! Zresztą mamy latarnie...
— Ostrożnie z latarniami, chłopcy! — zawołała Golondrina. — Jeżeli bowiem konstebl zauważy, że szperacie w grotach nadbrzeżnych, przyjdzie i wtedy — koniec!
— Pewno, że policja to już nie kompanja dla nas, — potwierdził Pablo. — Ten też zażąda dla siebie, a później gwizdnie, przyjdzie jeszcze jeden albo dwóch, ci dostaną swoje, znowu gwizdną i będzie to trwało, aż wszystko nam zabiorą, a na dobitkę dla porządku wsadzą nas do ula. A tam to już sam Az-Zaghal nie pomoże. Lepiej będzie, jeżeli te latarnie pozostawicie w domu. Posłuchajcie mnie, dobrze radzę!
— Napijmy się wina — zawołała hitana. — Weselej i raźniej wam będzie w jaskiniach.
Przyniesiono jeszcze wina, a na brzęk szklanek przyszły inne hitany i cyganie. Zjawiły się gitary, zaklaskały kastanjety i dwie młode, zwinne, jak jaszczurki, cyganki zatańczyły boleros i fandango zupełnie tak, jak gdyby Pablo Bienwenida już miał w kieszeniach swych spodni cały skarb maurytańskiego króla i miał zamiar rzucać ognistym hitanom ciężkie „duros” i złote piastry.
Pablo zabawiał się bardzo dobrze i ze smutkiem westchnął, gdy Golondrina oznajmiła, że już czas ruszać. Spakowano wszystko na muła, uściśnięto ręce pozostałym w domu i ruszono w stronę Sacro Monte, aby niespostrzeżenie obejść miasto i zanurzyć się o zmroku w wąwóz, którym płynęła Darro.
Już ściemniło się zupełnie, gdy orszak wkroczył w cieśninę rzeki i zaczął się posuwać brzegiem ku grotom, znajdującym się już w obrębie miasta. Szli wąską ścieżyną, wijącą się około płotów, broniących dostępu do ogrodów od strony rzeki. Wkrótce wyłonił się z poza gór księżyc i płynnem srebrem zalał mury, wieże i pałace Alhambry, czarne skały wąwozu i samą ścieżkę.
— Źle! — mruknął jeden z cyganów. — Djablo jasno...
— Zaczekajmy, aż miasto zaśnie, a wtedy i policja schowa się do nocnej tawerny, — rzekł drugi...
— Dobra rada! — odezwał się Pablo. — Odnajdziemy naszą jaskinię i wejdziemy. Aby tylko wejść, a tam już dobra nasza!
— Pewno! — zgodzili się cyganie.
Wszyscy usiedli w cieniu, odrzucanym od płotu, i zapalili fajki. Rozmowa jakoś się nie kleiła, siedzieli więc w milczeniu, słuchając gwaru miasta i ciężkich westchnień muła.
Było już dobrze po północy, a Granada ani myślała spać. Dochodziły aż tu, do tej zaczajonej w ciemności gromadki ludzi, krzyki, śmiechy, śpiewy, brzdąkanie gitary, odgłosy orkiestry, przygrywającej do tańca, ryki samochodów i turkot powozów.
— Carrambo! — zasyczał któryś z cyganów. — Czy oni tam powarjowali?
Pablo Bienwenida nic nie odpowiedział, bo nie słyszał. Myślami był tam, gdzie na weselu Rodriga tańczono teraz fandango i cerketę i gdzie czarnooka Castellar napróźno uciekła do gaiku oliwnego na schadzkę z nim, śpiesząc się, aby przed nią nie dostała się tam jasnowłosa Ildefonsina, której Pablo obiecał zaśpiewać bardzo miłosną serenadę własnego układu.
Dopiero przed świtem miasto ucichło i tylko psy zrzadka poszczekiwały dla porządku i na dowód, że czuwają i że nie darmo jedzą chleb swych panów. Bienwenidę obudziła cisza, obejrzał się i spostrzegł, że cyganie śpią, a nawet muł się położył.
— Ehe! — pomyślał Pablo. — To już zaraz świtać zacznie?
Skradł się do wylotu ulicy, wychodzącej na rzekę, i zajrzawszy, przekonał się, że tam żadnego policjanta ani też innej żywej duszy niema. Obudził więc cyganów i po chwili ruszyli ku skałom, gdzie grot było jak gniazd jaskółczych.
Szary brzask przedświtu pozwalał obejrzeć znaki, obficie rozrzucone na skałach. Długo szukali, aż wreszcie odnaleźli na kamieniu dziwaczne ptaki o długich szyjach i drobnych głowach, zupełnie takie, jakie miał Pablo na swym talizmanie.
— To nasza jaskinia! — zawołał starszy z cyganów.
Wszyscy zbliżyli się do wejścia, lecz zatrzymali się w zdumieniu. Jaskinia była zabita grubemi klocami drzewa i miała mocne okute żelazem drzwi, zaryglowane nazewnątrz...
— Źle! — mruknął cygan, — ktoś tu mieszka...
— A jak ten twój „ktoś” sam się od zewnątrz zamyka, chłopie? — zapytał, śmiejąc się cicho, Pablo. — Z pewnością ludzie tu coś składają, nie wiedząc, jaki skarb zawiera ta jaskinia.
Długo naradzała się gromadka, nie wiedząc co począć. Tymczasem zupełnie się rozwidniło. Gdzieś zaturkotały na kamiennym bruku żelazne koła wozu, w różnych miejscach rozległy się głosy budzących się ludzi; kilka kobiet zeszło ku rzece i zaczęło płókać kubły i prać jakieś szmaty.
— Czas zaczynać! — zawyrokował Bienwenida. — Albo spać, albo skarbów szukać...
Z temi słowy zbliżył się do okutych drzwi i ostrożnie zapukał. Wszyscy nadstawili uszu, jednak z jaskini nikt nie odpowiedział. Pablo powtórzył pukanie i dobitnym głosem zawołał:
— Wpuśćcie nas! mamy ważny interes.
Znowu milczenie...
— Nikogo! — rzekł Pablo. — Otwieram drzwi. Jeżeli właściciel się zjawi, damy mu garść złota z naszego skarbu i — koniec!
Mówiąc to, przycisnął drzwi ramieniem, odsunął rygiel i wszedł do jaskini. Za nim jeden po drugim wchodzili cyganie. Było tu zupełnie ciemno, pachniało wilgocią i bydłem. Zapalono latarkę i orszak zaczął posuwać się naprzód, wzdłuż krętym zygzakiem zagłębiającej się w skały groty. Gdy ominęli jeden skręt podziemia, nagle rozległ się głuchy i groźny ryk. Cygan, idący na czele, wypuścił z rąk latarnię i wszystko utonęło w ciemności. Pablo Bienwenida na jedno mgnienie oka spostrzegł coś kłębiącego się, a czarniejszego od mroku, i po chwili gwałtownie potrącony ze straszliwą siłą, przewróciwszy kilka koziołków w powietrzu, upadł na ziemię pod ścianą jaskini. Zerwał się jednak natychmiast i na tle wyjścia z groty ujrzał czarnego byka, który, stratowawszy jednego z cyganów, już wybiegał z podziemia, bijąc się ogonem po bokach i głucho rycząc. Cyganie, przyciśnięci do ścian, stali oniemiali i przerażeni. Po chwili zaczęli zmykać co tchu starczyło, krzycząc:
— Djabeł! Djabeł!...
Za nimi wybiegł z jaskini Bienwenida, a myśli, jak błyskawice, latały mu po głowie:
— Djabeł, czy nie djabeł?... W żadnej gadce nie jest powiedziane, że djabeł może się zmienić w byka? Ej, chyba nie djabeł?...
Wybiegłszy z tą myślą z jaskini, rozejrzał się. To, co zobaczył, ścięło mu krew w żyłach, zmusiło porwać za nawachę i pędzić na tamtą stronę rzeki. Ujrzał bowiem Pablo straszną rzecz. Byk przesadziwszy Darro, wpadł na powóz, zaprzężony w parę koni. Furman zabierał się właśnie do mycia kół, gdy byk rzucił się na konie i kilku potężnemi uderzeniami rogów zabił je, przewrócił wóz i popędził ulicą, prowadzącą do miasta.
Bienwenida gonił byka i był coraz bliżej. Byk wypadł na ulicę de los Royos w chwili, gdy nią sunął długi rząd dziatwy szkolnej, zdążającej na wycieczkę za miasto. Chłopaki i dziewczynki pod przewodnictwem staruszki-nauczycielki, sprawnie maszerowali, śpiewając hymn narodowy, niosąc woreczki i koszyki z pożywieniem.
W tłumie dzieci wszczął się popłoch i zgiełk. Jak wystraszone pisklęta, dzieci zaczęły się miotać, potrącać się, padać i przeraźliwie krzyczeć i płakać. Ruch i hałas jeszcze bardziej drażniły wściekłe zwierzę. Byk zatrzymał się i, groźnie opuściwszy rogatą głowę, rył przedniemi racicami ziemię i ryczał.
Jeszcze chwila i rzuciłby się na bezbronną i przerażoną dziatwę. Zrozumiała to staruszka-nauczycielka i, pełna poświęcenia, stanęła przed miotającą się gromadką, gotowa przyjąć na siebie pierwszy impet byka.
W tej chwili jednak dopadł go Pablo. Już biegnąc, zerwał sobie z szyi czerwoną chustkę i teraz, uzbrojony w improwizowaną „kapę” i nawachę, stanął przed bykiem, wymachując chustką i krzycząc: „ole... ole! Toro! ole!...”
Byk rzucił się na zuchwalca, lecz ten uskoczył na bok i zmusił zwierzę do obrotu w prawo, odwracając w ten sposób jego uwagę od tłumu dzieci. Po kilku zwrotach byk już uganiał się za Bienwenidą, coraz bardziej zbliżając się z powrotem do rzeki. Krzyki, nawoływania, gwizdki policjanta, płacz kobiet, ujadanie psów ściągnęły tłumy ciekawych, którzy, cisnąc się do murów i płotów, krok za krokiem posuwali się za tą dziwną, nigdy nie widzianą „corridas”, — walką wściekłego byka z człowiekiem, który zamiast „kapy” miał chustkę, a zamiast szpady „torera” — chłopską nawachę...
— To słynny „Maur”, byk ze stadniny dona Miura! — krzyczano w tłumie.
— Groźny byk! — wołano z innej strony. — Pastuchy Miury trzymają go już trzy tygodnie w ciemnej jaskini, aby pokazać tym madryckim paniczom-espadom, co to znaczy prawdziwy byk z Sierra Newady.
— Szkoda chłopaka — dostanie się na rogi „Maura”! — krzyknęła jakaś kobieta.
— Uratował dzieci nasze od śmierci! — wykrzykiwano z różnych stron...
— Bohater, dobroczyńca!
— Kto wypuścił „Maura”?
— Panie policjancie, strzelaj pan do byka! Tu przecież o życie ludzkie idzie, — doradzano konsteblowi...
Pablo Bienwenida tymczasem, uwijając się przed rogami, prowadził byka na brzeg rzeki, gdzie postanowił zabawić się. Pierwsze wzruszenie i poryw już minęły. Znacznie się uspokoił, przekonał się, że byk był silny i zły, lecz ciężki i niezwinny. Ocenił go we wszystkich szczegółach, a że był znawcą byków i corridas — ocenił więc dobrze. W chłopaku obudziła się krew hiszpańska; zawsze marzył o prawdziwej walce z bykiem, a tu — taka niezwykła okazja! Pragnął więc pokazać, co umie. Zmuszał byka do tak gwałtownych i niespodziewanych obrotów, że ten raz nawet upadł; drażniąc go swoją chustką, jak zawodowy kapador, przepuszczał rozjuszone zwierzę pod prawem ramieniem, z rozmachu uderzając go pięścią w spocony kark, jak gdyby wbijał wyobrażaną banderillę.
Właśnie w tej chwili udało się tłumowi przekonać policjanta, że jego obowiązkiem jest nie telefonowanie do cyrkułu, lecz zabicie byka z rewolweru. Poczciwy konstebl z bronią w ręku począł się skradać do byka, wymierzył w bok i pociągnął za cyngiel. Sucho szczęknął kurek, lecz rewolwer nie wypalił. Pięć razy policjant powtarzał tę operację z takim samym opłakanym skutkiem.
W tłumie drwiono z policji i jej broni.
— Panie konsteblu, to dobra broń dla złodziei, aby mogli bezkarnie rabować nas! — śmiano się dokoła.
— Pan pewno należy do Ligi Pokoju, konsteblu? — pytano policjanta.
— Czy przypadkiem senora konsteblowa nie używa tego rewolweru do rozbijania mięsa na sznycle?...
— Nie, senoritas i senores — małżonka pana policjanta pewnego razu trzasnęła tą „śmiercionośną” bronią w łeb swego małżonka. Nie trudno zrozumieć, że po spotkaniu się z tak twardym przedmiotem pistolet się popsuł!...
— Cha, cha, cha! — ryczał, zanosząc się od śmiechu, tłum, łakomy na drwiny.
— Hej, opryszki, bandyci, złodzieje i inni wisielcy! Hulaj dusza!... Dziś — wasz dzień, bo zastrajkowały wszystkie policyjne rewolwery! — wrzasnął jakiś obszarpaniec.
Lecz tłum zamiast wybuchnąć nową burzą śmiechu, umilkł nagle i stanął jak wryty.
Pablo Bienwenida doprowadził właśnie byka do dość szerokiego placyku tuż nad brzegiem Darro. Zmusił go do zrobienia jeszcze kilku obrotów, a później wyciągnął prawą dłoń z połyskującą w niej nawachą, lewą zaś z czerwoną chustką opuścił. Byk i człowiek stali nieruchomo, zaczajeni i baczni. Każdy mięsień tych dwu istot był w naprężeniu, w pogotowiu błyskawicznego a nieuchwytnego ruchu.
Bienwenida, poczuwszy, że się dobrze umocował na nogach, zlekka poruszył opuszczoną do ziemi chustką, byk, jak wypuszczona z łuku strzała natychmiast runął na niego, atakując. Chłopak odchylił się w lewo i, czując dotykającą go prawą łopatkę zwierzęcia, wymierzył mu nożem cios tuż za rogami, gdzie kończy się czaszka i zaczyna się kość pacierzowa. Uderzenie było mistrzowskie. Tylko wprawny rzeźnik lub cyrkowy „punktilio”, który dobija pokaleczone na arenie byki i konie, potrafiłby ugodzić nieomylnie w to śmiertelne miejsce. „Maur” padł, jak gromem rażony, drgnął parę razy i znieruchomiał na zawsze.
Straszliwy ryk tłumu ogłuszył Pabla. Setki rąk oderwały go od ziemi i uniosły nad głowami. Po chwili już się kołysał ponad tłumem i odpowiadał ruchem ręki i kapeluszem, oraz czerwoną chustką na pozdrowienia, podziękowania, wiwaty i życzenia. Przyniesiono go do cyrkułu, do biura komisarza policji. Tu sporządzono protokół, zapisano imię, nazwisko i adres bohatera, poczem zaniesiono go przed pałac prezydenta miasta, później do redakcyj wszystkich pism, gdzie reporterzy opisywali jego bohaterski czyn i fotografowali Pabla ze wszystkich stron; stąd zaniesiono go do domu dona Miury.
Stary bogacz i najlepszy w Hiszpanji znawca walki byków, wysłuchawszy opowiadania o czynie Pabla, zaczął kiwać głową i mruczeć:
— Jaki to drań wypuścił mego „Maura”, chciałbym ja wiedzieć?... Ale, żeby nawachą zabić byka jednem pchnięciem — i to w biegu, no, chłopcze, chyba urodziłeś się na pierwszorzędnego „Torero”, w którym się odrodzą dawne, sławne tradycje starożytnych „espadas”. Chodź do mnie, to pogadamy o czemś, co może cię zainteresować!...

III.

Tłum napróżno oczekiwał Pabla Bienwenidę aż opuści dom starego Miury. Nie doczekawszy się jednak, zaczął się rozpraszać, roznosząc po mieście wieść o bohaterstwie śmiałego wieśniaka. Tymczasem don Miura, częstując Pabla kawą, klepał go po kolanie i mówił:
— Chcesz, młodzieńcze, być „Torero”? Zrobię ci karjerę, już się tylko spuść na mnie, chcesz?
— Chciałem, szlachetny i szanowny senorze, bardzo chciałem przed paru laty! — odpowiedział Bienwenida.
— No, a teraz, czemu nie?
— Teraz, czcigodny panie, mam swoje grzędy z pomidorami, kalafiorami, francuskim grochem i fasolą, swój dom, trochę trzody... Pora się już ustatkować, o ożenku myślę, jeżeli Matka Przenajświętsza di Sagraria pozwoli... Bo to widzi senor, porządku w domu niema. Ja muszę jeździć do miasta z towarem, a matczysko rady sobie dać nie może z siostrami mojemi. Utrapione, szalone dziewczyny! Chłopcy im latają po głowie — i nic więcej. Powarjowały z kretesem! Matka nie dojrzy, one zaraz myk — z ogrodu do gaiku, gdzie drzewa granatowe rosną i takie gęste, gęste tamaryndy! A grzędy bez wody schną, palą się na słońcu. Czy to porządek? Ożenię się, wezmę sobie szczere złoto — dziewczynę piękną, figlarną, jak koza, dźwięczną, jak skowronek, a gospodarną! Już ja wiem, którą wziąć! Siostry wydam zamąż, bo inaczej do ładu z niemi nigdy nie dojdę i — ustatkuję się.
Długo i obszernie o wszystkiem opowiadał młodzieniec, aż nareszcie stary don Miura rzekł:
— Rozumiem i pochwalam! Dobrze pomyślane. Ale możesz dziś jeszcze zarobić tyle, że dokupisz sobie roli, nowy dom dla młodej żony wystawisz, siostrom posag dasz i sławę zdobędziesz. Czy chcesz?
— Głupiby takich rozkoszy nie chciał — wykrzyknął Pablo.
— No, to słuchaj! Dziś w Granadzie pierwsza corridas w nowym cyrku. Chcemy ściągnąć jak najwięcej widzów. Ogłoszę dziś walkę nie z sześciu, lecz z siedmu bykami. Z siódmym będzie walczył nawachą „espada” w masce.
— Tym espadą będę ja? — domyślił się chłopak.
— Tak! — zawołał don Miura. — Obiecuję ci za to 5000 duros i połowę zakładu mego z amerykańskim bankierem, jeżeli zabijesz jednym zamachem byka „Valido” z mojej stadniny — zgoda?
— A jak wysoki zakład? — spytał ostrożny Pablo.
— 15000 peset — odparł Miura.
— To znaczy, — obliczał Bienwenida, — że kapnie mi jeszcze 1500 duros?... 5000 i 1500 to stanowi 6500 duros? — Ładny grosz! Proszę szanownego senora pisać umowę!
W pół godziny później Pablo wychodził z gabinetu dona Miury, lecz na progu ten jeszcze go zatrzymał i spytał:
— Czy nie wie Bienwenida, co za drań mógł wypuścić dziś „Maura?”
— Wiem! — odparł bez namysłu młodzieniec — to — ja...
Miura zmieszał się.
— Przepraszam senora za nierozważne słowo, które mi się wymknęło! Chciałem wyrazić się inaczej...
— Nic nie szkodzi, don Miura, jesteśmy w porządku! — zaśmiał się Pablo. — Bo widzi senor, gdy mnie w podziemiu obalił byk pański, pomyślałem sobie: „Co to za drań napycha bykami wnętrza jaskiń?”
Don Miura zamyślił się głęboko, a po chwili zapytał:
— Czy nie będzie niedyskrecją z mojej strony, jeżeli zapytam senora, co go skłoniło do wypuszczenia byka?
— Na to odpowiem panu, Don Miura, po dzisiejszej corridas i po spłaceniu mi przez pana 6500 duros... Zgoda?
— Zgoda! — odparł stary.
— Do wieczora!
— Pomyślności!
Pablo Bienwenida, pykając dobrem cygarem, wyszedł na ulicę.

IV.

W cyrku huczało jak w ulu. Ramię przy ramieniu, głowa przy głowie. Podniecenie, zaciekawienie, wesołość panowały wśród piętnastu tysięcy widzów.
— Niesłychana rzecz! — dziwiono się w tłumie. — Siedm byków... espada w masce... napad z nawachą! Jak Granada Granadą — nie widziano nic podobnego!
— To chytry lis ten stary Miura!
— A widzieliście tego zamaskowanego espadę? — pytano.
— A jakże, przyjechał samochodem razem z Miurą i tym bogaczem amerykańskim.
— Jak wygląda? zauważyliście?
— Nie bardzo wysoki, cienki, silny i szybki w ruchach...
— Może to któryś z madryckich espadów?
— Tamtych znam doskonale i sewilskich też! Do żadnego z nich niepodobny. Nie posiada teatralnych ruchów i fachowej postawy. Wprost — młody, silny i śmiały człowiek.
— Może jakiś arystokracik? — domyślano się na „cota del sol“.
— To możliwe, bo bardzo dystyngowanie wygląda. Rąk z kieszeni nie wypuszcza i milczy.
Rozległ się sygnał z loży sędziów i wszystko dokoła się uciszyło. Walki byków przechodziły bez podniecenia tłumu, chociaż występowali najbardziej sławni „espados”, sprowadzeni przez Miurę. Czekano na siódmego byka i na tajemniczą maskę.
Wreszcie nastąpił dawno upragniony moment.
Na arenie najpierw zjawiło się dwóch kapadorów, a za nimi wkroczył pewnym, lekkim krokiem nieznany zapaśnik w czarnej masce. Po zwykłych ceremonjalnych ukłonach, zamaskowany espada, lśniący bogatym, haftowanym złotem strojem, stanął niedbale przy barjerze, śledząc za tem, co się miało dziać na arenie.
Wypuszczono byka.
Czarny, nerwowy „Valido”, nie namyślając się długo, rzucił się na kapadorów, chociaż ci nie zaczynali jeszcze drażnić go. Rozpoczęła się robota wprawnych kapadorów, gonitwa za nimi byka, przesadzanie barjery przed furją rozjuszonego zwierza, nowe atakowanie go, nowe okrzyki i brawa tłumu raz na cześć byka, raz dla ludzi, ryzykujących życiem.
Gdy zagrała trąbka w loży sędziów, obok których usiedli wszyscy obecni w cyrku „toreros”, na spotkanie byka wyszedł zamaskowany Pablo. Nawachę miał ukrytą za pasem, w lewym ręku trzymał małą szkarłatną kapę. Długo igrał z bykiem, obracając się na bardzo małej przestrzeni i zmuszając go do gwałtownych zwrotów. Nieznacznem odchyleniem ciała wymijał mknący, czarny tułów „Valido” i znowu obracał bykiem jak bąkiem.
— Kto to może być? — gubiono się w domysłach na wszystkich piętrach cyrku Plaza de toros...
— Nie może być fachowcem, ponieważ całkiem inne ma ruchy! — wołano zewsząd.
— Gdzie się on tego nauczył? Zadziwiające! Lepsze to od każdego espady. Brawo! — ryczał tłum.
Co chwila zrywała się burza okrzyków, klaskanie w dłonie z zachwytu, owacje na cześć „espady” i dona Miury, wynalazcy takiego porywającego widowiska.
Zdawało się, że pękną mury nowego cyrku i zawalą się trybuny, gdy Bienwenida, wybrawszy moment, błysnął nawachą i odrazu zwalił byka...
— Zwycięzcą jest dzisiejszy bohater Granady, obrońca dzieci mieszkańców naszego grodu, szlachetny Don Pablo Bienwenida — oznajmiono z loży sędziów, gdzie siedzieli paleni zazdrością znakomici „toreros”, z których jeden dostał nawet nagłego ataku kamieni żółciowych.
Lecz nikt już tego nie słyszał i nie widział. Tłum, rozwalając barjerę, wpadł na arenę.
Znowu noszono Bienwenidę na rękach, ściskano mu dłoń, jakieś kobiety całowały go po nogach, obsypywano go kwiatami, wciskano mu do kieszeni upominki, fotografowano, rysowano, wypytywano. Dopiero w godzinę po skończeniu z biednym „Valido” mógł się Pablo przebrać w swój zwykły strój, a później wypchać swoje kieszenie banknotami i ciężkiemi zawiniątkami „duros” i zanieść swój kapitał do biura hotelu „Alhambra” na przechowanie. Tu sam dyrektor uścisnął mu rękę i, o dziwo! nazwał go Don Bienwenida. Kucharz zaś tylko zdaleka nisko mu się kłaniał. Jakaś młoda Amerykanka w okularach zbliżyła się do niego, schwyciła go za rękę i mocno nią potrząsnęła, zaszczyciwszy go najwspanialszym i najpochlebniejszym komplitnentem:
— All right, Mr. Bienwenida! How do You do?...
Na co Pablo odpowiedział bez namysłu:
— Si, senorita! — co znowu tak ucieszyło Amerykankę, że aż jej zwilgotniały szkła okrągłych okularów w ciemnej szyldkretowej oprawie.

V.

Wieczorem tegoż dnia Don Miura i „Espada” Bienwenida łomotali kilofami i grzmieli rydlami w jaskini, gdzie niedawno był uwięziony „Maur”. Przez całą noc trwała praca i dopiero o świcie poszukiwacze skarbu Az-Zaghala natrafili na zamurowaną niszę, w której po wielkich mozołach wykryli dużą, bogato rzeźbioną wazę. Pusta była, lecz bardzo piękna.
Towarzystwo archeologiczne w parę dni później wydało atestat dziękczynny Don Miurze za cenne odkrycie i tytuł dożywotniego członka Towarzystwa, a senorowi Bienwenidzie — 1000 peset wynagrodzenia. Nazajutrz prezydent miasta udekorował Bienwenidę złotym medalem na żółto-czerwonej wstędze za uratowanie życia bliźnich i wręczył mu duży pergamin z kwieciście, aczkolwiek niezrozumiale ułożonym protokółem Rady Miasta, wyrażającej Don Bienwenidzie wdzięczność i uznanie magistratu i ludności Granady.
W miesiąc później odbył się ślub Pablo Bienwenidy z senoritą Inez Rungillar. Była ona jedynaczką bogatego właściciela tawerny i zajazdu „Pod królem maurytańskim”, a chociaż pochodziła z tak zacnej i kulturalnej rodziny, ręki swej Pablowi nie odmówiła.
Złożyły się na to różne przyczyny: piękny głos Pabla, jego dowcipne i gorące serenady, bardzo gruba świeca, ofiarowana przez matkę Pabla na ołtarz Najświętszej Panny di Sagraria; talizman arabski, który mógł raz jeszcze przynieść nieprzewidziane szczęście całej rodzinie; spory depozyt w banku; złoty medal na piersi zakochanego młodzieńca; sława i nieustający, a bardzo pochlebny gwałt około jego imienia... i przypadkowe, zupełnie przypadkowe spotkanie w gąszczu tamaryndowym, — skąd przedtem przezorny Pablo Bienwenida był zmuszony wypłoszyć swoje siostry — Izabellę i Teresę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.