Krocząc ludną ulicą bluźnierczego miasta,
Idąc nago i pięknie, dziki adamito,
Chciałeś frunąć nad dachy 16-piętrowe,
Aby wzlecieć z uśmiechem, jak poranny obłok.
Nad biedną czaszką chwiały się twą aureole,
I paliło cię słońce strasznym złotym nimbem,
Kluła świętość nadziemska twe różowe ciało,
Co pragnęło niebiosów w tej suchej Gomorze.
Pochłaniałeś nozdrzami, miast asfaltu, ozon,
Chłód niebieski, jak palmy, rozkołysał łyse
Czoło, a spalona benzyna była jak chloroform,
Błogostan się rozwierał, ryczący trąbkami —
Zanim cię obskoczyli zwinni policmeni,
Usłyszałeś harfiany jęk, ujrzał-ś lutnistę,
A kiedyś runął twarzą w tłum, padałeś przed Nim,
I ci, co odrywali cię, byli Anieli,
Wszyscy w niebieskich bluzach, z zapoconą mordą,
Nad tobą wyjąc śmiechem, któryś ujrzał Jego —
My wszyscy, którzy codzień u białych obrusów
Niepojęte i święte zjadamy potrawy,