The Player/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł The Player
Pochodzenie cykl Szatan i Judasz
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I
PLAYER.

Obawiając się o los emigrantów, co sił popędzaliśmy konie; sądziliśmy bowiem, że odpoczną sobie, przybywszy do celu podróży. Już popołudniu następnego dnia ujrzeliśmy pogranicza hacjendy; coprawda młodzi Mimbrenjowie siedzieli na koniach, spienionych ze znużenia, nasze jednak były tak świeże i wypoczęte, jakgdyby teraz dopiero wyruszyły w drogę.
Jechaliśmy, znowu kierując się strumieniem; niezadługo ujrzeliśmy mury, okrążające zgliszcza zabudowań. Nikt nie bronił nam wstępu. Pomimo to ociągałem się z wjazdem do podwórza. Winnetou odgadł myśli moje i rzekł:
— Niech mój brat Shatterhand sam naprzód poszuka. Hacjendę napadli czerwoni mężowie. Jeśli jest tutaj ktoś, a zobaczy nas zdaleka, może pomyśleć, że to Yuma. Wtedy niechybnie ucieknie i nie będziemy mieli u kogo zasięgnąć informacyj.
Wjechałem więc sam do środka. Podwórze tworzyło chaos rumowisk zczerniałych od dymu; przeszukałem je, nie znajdując żywej duszy. Zawróciłem więc poza mur, chociaż słabą miałem nadzieję, że kogoś tam spotkam. Zaledwie znalazłem się za południowym węgłem, spostrzegłem człowieka, nadchodzącego wolnym krokiem. Był to biały; miał na sobie długi, ciemny surdut, który nadawał mu wygląd duchownego; ujrzawszy mnie, przystanął zaskoczony.
Buenos dias — pozdrowiłem. — Czy należysz pan do tej hacjendy, sennor?
— Tak, — odpowiedział, mierząc mnie nieprzyjemnym, kłującym wzrokiem.
— Kto jest tu właścicielem?
— Sennor Melton.
— A więc jednak! Szukam go. To mój znajomy.
— Bardzo mi przykro, że pan go nie zastał w domu. Pojechał z poprzednim właścicielem, sennorem Timoteo Pruchillo, do Ures, aby prawnie zatwierdzić akt kupna.
— A może są tu jego przyjaciele?
— Sennores Wellerowie? Nie. Udali się wgórę rzeki, do Fuente de la Roca[1].
— A robotnicy cudzoziemscy?
— Udali się tam również; przewodzą im właśnie ci dwaj sennores. Oczekują ich tam Indjanie Yuma. Musisz pan być przyjacielem sennora Meltona, skoro pytasz o nich wszystkich. Czy mogę wiedzieć, kim...
Urwał nagle. Postępując wciąż naprzód obok siebie, doszliśmy właśnie do węgła. Ujrzał lndjan, słowa ugrzęzły mu w gardle; wlepił przerażony wzrok w Apacza i zawołał po angielsku, podczas gdy uprzednio posługiwaliśmy się językiem hiszpańskim:
— Winnetou! Wszyscy djabli! Tego sprowadził sam szatan!
Mówiąc to, a raczej krzycząc, odwrócił się i począł uciekać. Przeskoczył w mgnieniu oka strumień i pobiegł jak ścigany jeleń. Pędził tak po gruncie leśnym, usianym popiołem. Gdzie niegdzie wystawały pnie spalonych drzew i resztki gałęzi. Winnetou, zobaczywszy go i usłyszawszy, spiął konia, minął mnie i galopem pośpieszył za białym, nie tracąc czasu na objaśnienia. Pięknym łukiem przesadził strumień i puścił się dalej. W każdym razie wiedział, co sądzić o tym człowieku i na pewno poznał z takiej strony, że uważał za stosowne schwytać go i unieszkodliwić.
Była to jednak ciężka sprawa. Niezliczone pnie spalonych drzew trudno było odróżnić od wysokiej na stopę warstwy popiołu. Wierzchowiec, gnając galopem, mógł zranić sobie kopyta tak dotkliwie, że o dalszej jeździe nie byłoby mowy. Spostrzegł to również Winnetou, gdy potknął się kilkakrotnie. Zatrzymał więc konia, zeskoczył i ruszył dalej pieszo.
Gdybym wiedział, kim był ten człowiek i że musieliśmy go dostać w ręce za wszelką cenę, byłbym w pierwszych chwilach, i to nader łatwo, dał mu kulą w nogę, aby przeszkodzić ucieczce. Teraz musiałem go poniechać, tem bardziej, że powiedziałem sobie: — Winnetou chwyci się tego samego środka, skoro uzna za konieczny. Był doskonałym biegaczem; wiedziałem, że nikt go nie zdoła przegonić; wszak tylokroć życie nasze zależało od jego nóg. Teraz jednak zawadzała mu nietylko strzelba, ale wszystkie manatki, podczas gdy tamtem nie nosił nic przy sobie i, gnany strachem, pędził z szybkością, na którą w zwykłych warunkach na pewnoby się nie zdobył. Zbyt znacznie wyprzedził Winnetou, aby Apacz mógł go doścignąć w krótkim czasie. W każdym razie wiedziałem, że dopędzi go na dłuższym dystansie, gdyż Apacza cechowała wytrwałość jaką z pewnością nie mógł się ścigany poszczycić.
Zbieg skierował się w stronę wzgórza, łysego od czasu pożaru, a leżącego poza budynkami hacjendy. Dotarł doń o całą minutę wcześniej od Winnetou i zniknął z drugiej strony. Apacz, znalazłszy się na wzgórzu, z początku chciał się również puścić dalej; przystanął jednak, zamyślił, ocenił wzrokiem odległość, dzielącą go od ściganego, i — podniósł broń do oka. Jednakże, zamiast dać ognia, opuścił strzelbę, wykonał ruch ręką, który miał oznaczać „nie, wolę tego zaniechać“, odwrócił się i zszedł z góry. Niebawem dosiadł wierzchowca i powrócił przez strumień.
— Winnetou woli go puścić — rzekł. — Tam, w drugiej kotlinie, jest znowu las, który się nie spalił; dotarłby przede mną i nie ujrzałbym go więcej.
— Pomimo to mój brat doścignąłby go na pewno — odparłem.
— Tak, schwytałbym, ale z wielką stratą czasu; być może, przeszło dzień cały musiałbym iść jego śladem, który z trudnością tylko dałoby się odcyfrować. A rzecz niewarta takiego zachodu.
— Brat mój chciał strzelać. Dlaczego tego nie uczynił?
— Chciałem go tylko zranić, ponieważ zaś odległość była zbyt duża, nie byłem pewny swego strzału. Po prawdzie trafiłbym go, być może jednak, raniąc niebezpiecznie; a zabijać nie chciałem; wiem o nim dużo złego, ale nie tyle, abym miał prawo odbierać mu życie.
— Mój brat zna tego człowieka?
— Tak. Mój przyjaciel Shatterhand, zdaje się, nie widział go, lecz słyszał o nim z pewnością. Należy do bladych twarzy, zwących się mormonami, zalicza się do świętych dnia ostatniego, lecz całe jego życie po dziś dzień, to stek występków. Niebezpieczny to człowiek, ba, nawet morderca; nie zabił jednakże nikogo z moich braci, muszę więc darować mu życie.
— A jednakże ścigałeś go! Byłeś więc przekonany, że wyciągniemy korzyść z tego połowu.
— Tak. Ponieważ mieszka w hacjendzie, więc bezwątpienia jest sprzymierzeńcem Meltona; zna zapewne jego zamiary i plany, i, być może, udałoby się nam zmusić go do wyjawienia zbrodniczych zamysłów tego bractwa.
— Gdybym wiedział o tem, nie uszedłby; schwytałbym go, gdy rozmawiał ze mną, lub zatrzymał kulą w ucieczce. Kim jest ten człowiek, którego nazywasz niebezpiecznym, a nawet mordercą?
— Prawdziwego nazwiska nie znam; zwykle nazywają go „Player“.[2]
Player! Aha! O tym słyszałem bardzo wiele. Wiesz, że Melton miał brata, słynnego szulera karcianego. Zastrzelił w forcie Uintah oficera i dwóch żołnierzy; pogoniłem za nim aż do fortu Edwarda. Schwytałem go i wydałem, lecz później zdołał ujść. Player był kamratem tego właśnie Meltona. Latami całemi do spółki łowili ryby w mętnej wodzie i podobno zdarzały się wówczas nietylko kradzieże i rabunki, ale nawet morderstwa. Znam dobrze dwa, trzy wypadki, których sprawcą był bezwątpienia Player. A więc ten łajdak był tutaj! Na pewno dzięki przyjaźni z bratem poznał Meltona i został jego sprzymierzeńcem; wielka szkoda, ze udało mu się uciec.
— A może pogonimy za nim? Old Shatterhand znajdzie jego tropy równie łatwo, jak ja; więc nam nie ujdzie.
— Jestem przekonany; ale Winnetou powiedział słusznie, że zabrałoby to zbyt wiele czasu, który możemy wykorzystać z większym pożytkiem. Player wziął mnie za dobrego znajomego Meltona i dlatego wyjawił parę rzeczy, których na pewno teraz żałuje. Muszę o nich powiedzieć memu czerwonemu bratu.
Gdy skończyłem, powtórzył zamyślony:
— Wellerowie udali się z emigrantami nad Fuente de la Roca, a Melton z hacjenderem do Ures. Co mają do roboty ziomkowie Old Shatterhanda nad Fuente?
— Gdybym wiedział! Czy Winnetou zna to miejsce?
— Raz polowałem tam wgórze przez dwa dni, udając się z Chihuahua do Sonory; nocowałem wtedy nad Fuente. Znam tę okolicę tak dobrze, jakgdybym bywał tam częściej. Na pewno nie udali się na polowanie; uprawa roli jest również wykluczona; to dzika i pustynna miejscowość! Gdyby mieli orać, pozostaliby w hacjendzie, gdzie praca pilniejsza.
— A więc to zagadka. A może jądra trzeba szukać w tem, że chcą się spotkać nad Fuente z Indjanami Yuma, a więc sprzymierzeńcami Meltona, których współplemieńcy, za jego namową, zniszczyli hacjendę?
— Co to będą za Yuma? Przecież nie Vete-ya ze swoimi ludźmi, których wzięliśmy do niewoli?!
— Nie; chodzi o inny oddział, z tamtym jedynie zaprzyjaźniony. Przypuszczam nawet, że Wielkie Usta wie o spotkaniu nad Fuente i z pewnością zachodzi tu ścisły związek ze zburzeniem hacjendy. Należy się spodziewać, że, raz dokonawszy łotrostwa, tam, nad Fuente, przygotowują jakiś nowy szatański plan.
— Old Shatterhand wypowiada myśli Winnetou. Twoim ziomkom znowu grozi niebezpieczeństwo; jestem gotów natychmiast wyruszyć do Fuente.
— Nie zwlekałbym z pomocą; ale mój brat słyszał, ze Melton udał się do Ures z don Timote’em, aby prawnie zatwierdzić sprzedaż. Jeśli nam się uda przeszkodzić, usuniemy grunt z pod stóp Meltona, jego podstawę, że tak powiem, operacyjną.
— Mój brat woli więc udać się do Ures, pozostawiając emigrantów swojemu losowi?
— Nie. Melton jest sprawcą wszystkiego. Wellerowie to jego podwładni i na pewno nie poczynią nic, ponad kroki przygotowawcze; właściwy taniec nastąpi dopiero w obecności Meltona. Możemy nietylko unieważnić kupno, lecz nawet wtrącić go do więzienia. Jeśli nam się powiedzie, unieszkodliwimy mormona, a Wellerowie wraz z Yuma będą na niego daremnie czekali.
— Mój biały brat sądzi więc, że Melton ma zamiar udać się z Ures bezpośrednio do Fuente, nie wstępując do hacjendy?
— Tak.
— Ale poco tu Player potrzebny? Czy nie czekał czasem na niego?
— Wątpię! Player stał tutaj na posterunku. Skąd przybył, tego naturalnie nie wiem. Cała rzecz jest dość skomplikowana; opracowano ją od dłuższego czasu. Mormoni chcą się zagnieździć w tej okolicy. Wina za zbrodnie spada na głowę Meltona, a na pewno nie na mieszkańców miasta nad Słonem jeziorem. Miał polecenie osiedlić się tutaj; wypełnił je na swój sposób. Wellerowie i szuler pomagają mu; pierwsi czynnie, drugi raczej biernie. Odgrywa rolę wartownika, aby zapewnić powodzenie planom nad Fuente.
— Brat mój jak zwykle trafił w samo sedno. Knują zbrodnię; Yuma mają im w tem pomóc, lecz twórcami planu są biali. Tak było zawsze. Tępi się czerwonych mężów, zarzucając im czyny, za które winę ponoszą jedynie biali. A tutaj w dodatku mamy do czynienia nie ze zwykłemi blademi twarzami, lecz z ludźmi udającymi pobożnych, którzy nadali sobie szumne miano Świętych dnia ostatniego!
Niestety, wódz Apaczów miał rację! Skoro mormoni używali takich ludzi, jak Melton et consortes jako wysłanników, tworców nowych osad, to sekta była jeno zgniłym owocem, rozpadającym się zawczasu.
— Jak długo trwa droga stąd nad Fuente de la Roca? — spytałem.
— Na naszych wierzchowcach niedłużej, niż dwa dni; z Ures trzeba trzech.
— A więc jadąc z Ures nie drogą prostą, tylko przez hacjendę, nie nadłożymy zbytnio drogi?
— Tak; różnica wyniesie zaledwie parę godzin.
— A więc możemy tutaj powrócić, bo niewiadomo, czy Melton nie wstąpi do hacjendy. W tym wypadku musielibyśmy spotkać go po drodze, naturalnie, jeżeli już zdążył zakończyć swoje interesa w Ures i ruszył w powrotną drogę. Nie należy zwlekać. Nie mamy czasu do stracenia.
— Niech mój brat weźmie pod uwagę, że konie powinny odpocząć. W półtora dnia przemierzyliśmy drogę, którą zazwyczaj przebywa się w cztery. Nasze dwa konie, być może, wytrzymają jeszcze jazdę do Ures, lecz wierzchowce Mimbrenjów są tak zmęczone, że nie ruszą z miejsca.
— Jestem tego samego zdania. To też pojedziemy sami, a chłopcy zostaną; tutaj się bardziej przydadzą, niż w drodze, gdzie będą dla nas ciężarem.
— Czy brat mój sądzi, ze powinni wykryć Playera?
— Tak. W każdym razie powróci, chociaż będzie ostrożny. Nie zna mnie, więc skądże ma wiedzieć, w jakich przybywamy zamiarach? Sądzi zapewne, że nasza obecność jest przypadkowa, i nie pojedzie wcale nad Fuente, aby zawiadomić towarzyszy. Coprawda boi się ciebie, więc przyjdzie pokryjomu przekonać się, czy jeszcze jesteś, czy też odjechałeś. Nie zobaczywszy nas, uczuje się bezpieczny, a Mimbrenjowie będą mogli z łatwością obserwować go, aby dowiedzieć się, w jakim celu przybył do tej spustoszonej hacjendy.
— Niech się więc stanie, jak rzekł mój brat. Mogą śledzić go, nie spuszczając z oka, byle ostrożnie, aby czasem ich samych nie odkrył. Gdy powrócimy z Ures, powiedzą nam, gdzie się ukrywa, a wówczas schwytamy go i wyciśniemy zeń prawdę.
Winnetou zgadzał się więc ze mną. Nie było potrzeby zakomunikowania Mimbrenjom o naszem postanowieniu, gdyż słyszeli całą rozmowę; naturalnie musieliśmy udzielić im koniecznych wskazówek, ze względu na ich młodość i brak doświadczenia. Napoiwszy konie w strumieniu, bez wypoczynku ruszyliśmy do Ures. Droga była mi znana; jechałem już raz tędy. Z zapadnięciem wieczoru zatrzymaliśmy się na kilka godzin odpoczynku; gdy wzeszedł księżyc, byliśmy już znowu na siodłach. Dojechaliśmy do celu podróży po południu następnego dnia, dzięki niezwykłej wprost wytrwałości wierzchowców; coprawda był to już kres ich wysiłków; na ulicach miasta poczęły się potykać, więc musieliśmy stanąć w pierwszym lepszym zajeździe. Pomimo opłakanego wyglądu, dostaliśmy tam wina i tortilla, a dla koni maisu. Nie troszczyłem się o zapłatę; w kieszeni przeglądało mi płótno; lecz Winnetou był zawsze zaopatrzony jeśli nie w pieniądze, to w piasek złoty i nuggety.
Dokąd należało się zwrócić, aby znaleźć Meltona i hacjendera? Nietrudno było ich odszukać w mieście liczącem niespełna dziewięć tysięcy mieszkańców; przybysze zwrócili na pewno powszechną uwagę. Nie wpadło mi zresztą na myśl dopytywać się o nich; spożywszy tortillo — rodzaj placków, — odrazu udaliśmy się z Winnetou do sympatycznego urzędnika, którego odwiedziłem podczas poprzedniego pobytu. Policjant, który zbeształ mię wówczas, wałęsał się znowu przed biurem; sennora naturalnie leżała w hamaku. Za nią wisiał, jak wtedy, godny małżonek; lecz obok niej umieszczono trzeci hamak, na którym siedział, ku memu zdziwieniu, jeden z poszukiwanych — mianowicie hacjendero, trzymając wspaniałe cygaro w ustach i kołysząc się błogo. Widać, dobrze mu tutaj było obok sennory, wypuszczającej z różanych usteczek również obłok dymu. Ujrzawszy nas, zawołał, nie czekając na powitanie:
— Per Dios, buchalter! Czego pan chcesz w Ures? Myślałem, że jesteś sennor w niewoli u Indjan! Jak to się stało, że wypuścili pana?
— Pan również był jeńcem — odparłem, — a widzę, że jesteś wolny.
— Składam za to dzięki sennorowi Meltonowi; gdyby nie on, w najlepszym wypadku po dziś dzień jęczałbym w niewoli. Zdołał tak zręczni nastraszyć Indjan karą, jaka im grozi, że pod wpływem trwogi wypuścili nas. Czy i pan miał również takiego obrońcę?
— Tak; mój nóż.
— Co to znaczy?
— To znaczy, że sam się uwolniłem. Zbyteczni mi byli adwokaci w rodzaju Meltona; nie chciałbym zresztą zaciągać u niego długu. Mylisz się pan, sądząc, że winienieś mu wdzięczność. Ostrzegłem sennora przed nim i miałem bezwzględną słuszność.
— I nie miałem słuszności — chcesz pan powiedzieć. Sennor Melton zachował się jak gentleman i muszę upatrywać w tem jedynie złośliwość, że po wszystkiem, co dla mie uczynił, pan szkalujesz go ponownie!
— Jeżeli sennor tego człowieka nazywa gentlemanem, to największy łotr pod słońcem może się zwać caballerem. Czy to, że podszczuł Indjan, by napadli i spustoszyli pańską posiadłość, nazywa pan przyjacielską usługą?
— On? Już raz wyłuszczył mi pan swoje nieprawdopodobne przypuszczenia, widzę jednak, że moje ówczesne sprostowanie nie odniosło skutku; muszę więc pana przekonać, że oczernia sennor niesłusznie tego poczciwego człowieka. Pomijam już okoliczność, że mieszasz się sennor nieproszony do obcych spraw i narzucasz z niepożądanemi radami; jedno tylko panu powiem, czego na pewno nie wiesz, mianowicie. że Melton odkupił ode mnie hacjendę.
— Wiem o tem.
— Doprawdy? Wie pan o tem? A pomimo to ważysz się tego sennora oczerniać?! I nie chcesz pan uznać, że postępek ten jest dowodem niezwykłej szlachetności?
— Szlachetności? Jakto?
— Wskutek napadu Indjan hacjenda straciła prawie wszelką wartość. Trzebaby długiego szeregu lat i dużego kapitału, by przywrócić ją do poprzedniego stanu. Odrazu zszedłem na nędzarza i nikt nie dałby mi nawet centavo za posiadłość. Tylko ten zacny człowiek, wzruszony moją niedolą, zaproponował mi kupno.
— Taki A pan naturalnie ucieszyłeś się tym szlachetnym aktem współczucia?
— Nie szydź sennor! Było to doprawdy miłosierdzie z jego strony, że zapłacił mi za hacjendę sumę, której nie zdoła odebrać przez dziesięć lat! Może nawet dwadzieścia lub trzydzieści! Tak długo musi czekać, zanim jego ciężko zarabiane pieniądze przyniosą mu choćby centavo dochodu.
— Czy mogę spytać, ile dał sennorowi?
— Dwa tysiące pesów. Z tymi pieniędzmi mogę wszystko zacząć na nowo, podczas kiedy na gruzach hacjendy skonałbym z głodu.
— Kupno zostało prawnie zatwierdzone i nie może być cofnięte?
— Tak. Byłbym zresztą największym idjotą, gdyby tak absurdalna myśl strzeliła mi do głowy.
— Czy zapłacił te dwa tysiące pesów?
— Tak; kiedyśmy uładzili interes, a właściwie, kiedyśmy doszli do porozumienia.
— A więc nie tutaj w Ures, po prawnem zatwierdzeniu kupna?
— Przedtem jeszcze, zaraz po naszem uwolnieniu. Sumę wypłacił mi w pięknych okrągłych dukatach. A czy ta okoliczność, że nie czekał, aż stanie się prawnym właścicielem hacjendy, nie świadczy o jego dobrem sercu i uczciwości?
— Mam nadzieję, że go tu jeszcze zastanę?
— Nie; wyjechał wczoraj.
— Dokąd? — Naturalnie do hacjendy. Musisz się więc tam udać, sennor, jeśli masz zamiar przeprosić go za niesłuszne kalumnje.
— Czy wiesz pan na pewno, że pojechał do hacjendy?
— Tak. Dokąd zresztą miałby się udać? Chciał rozpocząć natychmiast odbudowę posiadłości.
— Wszystkiego tam brak ku temu. Prawdopodobnie więc w Ures zaopatrzył się w środki?
— Co miał zabrać?
— Naprzód robotników.
— Ma ich. Są tam pańscy ziomkowie.
— Czy narzędzia również? Stare spaliły się na pewno. A potrzeba nasion, zapasów żywności. Nie obejdzie się bez murarzy, cieśli, innych rzemieślników. A materjały budowlane do nowych baraków? Czy zabrał to wszystko?
— Nie pytałem i nic mnie to nie obchodzi; hacjenda nie należy teraz do mnie. Wiem tylko, że odjechał.
— Pewnie natychmiast po zatwierdzeniu kupna?
— Tak; nie zabawił nawet godziny dłużej.
— Czy odjechał sam?
— Naturalnie! Zresztą nie widzę, dlaczego miałbym odpowiadać na pytania, stawiane bez powodu, bez prawa. Pan przecież przybył tutaj w innych sprawach, więc proszę pozostawić mnie w spokoju!
Odwrócił się niedbaie, aby dać mi do zrozumienia, że pragnie ukrócić rozmowę. Niezbity z tropu, oświadczyłem:
— Niestety, nie mogę panu udzielić jeszcze spokoju, którego pan sobie życzy. Nie przybyłem tu z innego powodu, lecz tylko i jedynie dlatego, by pomówić z sennorem o tej sprawie.
Teraz wpadła na mnie gniewnie dama:
— Co za niegrzeczność! Jaka bezwzględność! Słyszeliście, że don Timoteo nie życzy sobie rozmowy z wami; macie natychmiast wyjść!
— Myli się sennora. Don Timoteo powinien mnie wysłuchać. Jeśli nasza rozmowa nuży panią, może się sennora przecież swobodnie oddalić.
— Oddalić? Jeszcze czego?! Słowa wasze i całe zachowanie się dowodzą, że jesteście barbarzyńcą. Don Timoteo jest naszym gościem, i do nas należy troska o to, by nikt mu nie dokuczał. Wobec tego — rozkazuję wam natychmiast opuścić ten lokal!
— A więc proszę jeszcze powiedzieć mi łaskawie, jakiego rodzaju lokalem jest to pomieszczenie?
— Wypisane to na drzwiach i sądzę, że mogliście się o tem przekonać. Albo też czytać nie umiecie? Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było!
— Pozwalam więc pani dziwić się dowoli, że prawdopodobnie — umiem lepiej czytać od wszystkich osób, które się tu znajdują, wyjąwszy mego towarzysza. Jestem teraz w biurze małżonka pani. Nie ma sennora tutaj nic do roboty, ja zaś przybyłem w sprawie dotyczącej jego obowiązków służbowych. Jeśli więc komuś z nas przysługuje prawo wyprosić stąd drugą osobę, to — przysługuje ono mnie!
Spostrzegłem, że gotowa już wybuchnąć na moją reprymendę; namyśliła się jednak i, zbywszy mnie gestem lekceważenia, zwróciła się do męża:
— Wypraw tych ludzi natychmiast!
Władca Uresu ześlizgnął się z hamaku, podszedł do mnie, przybrał pozę nakazującą szacunek, i rzekł, wskazując na drzwi:
— Sennor, czy pójdziesz natychmiast?! Czy też mam cię wtrącić do więzienia za opór wobec władzy?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, szybkim krokiem przystąpił do niego Winnetou, schwycił pod ramiona, podniósł, zaniósł do hamaku, ułożył pieczołowicie i rzekł:
— Niech mój biały brat pozostanie tutaj i poczeka spokojnie, dopóki nie będziemy z nim mówić. A jego biała żona ma milczeć, gdy mówią mężowie. Skwaw powinńa się zajmować dziećmi, nie zaś zasiadać w radzie dorosłych mężów. Przybyliśmy, aby pomówić z hacjenderem; czy chce, czy nie chce, musi nas wysłuchać! Kto chce nas wyprowadzić, niech spróbuje! Tutaj stoi mój biały brat Shatterhand; ja jestem Winnetou, wódz Apaczów, którego imię nieobce jest w Ures!
Był rzeczywiście znany, gdyż zaledwie przebrzmiały jego słowa, sennora, pomimo obrazy doznanej wraz z czcigodnym małżonkiem, zawołała innym zgoła tonem:
— Winnetou! Wódz Apaczów! Interesujący Indjanin! Słynny czerwony! Czy to możliwe, czy to prawda?
Zbyt dumny, by podjąć jej słowa, udał, że nie słyszy wcale; dlatego wyręczyłem Apacza, mówiąc:
— Tak, tak jest, sennora. A teraz mam nadzieję, że sennora, pomimo paru naszych cech, które jej się zapewne nie podobają, nie będzie miała nic przeciwko temu, iż załatwimy naszą sprawę. W przeciwnym razie wyniesiemy panią na ulicę, podobnie jak to uczynił Winnetou z jej małżonkiem, rzucając go na matę!
Klasnęła w dłonie i zawołała zachwycona:
— Jakaż to przygoda być niesioną przez Winnetou! Całe Ures pękałoby z zazdrości! Muszę spróbować!
— Radzę, nie czyń tego, sennora! Co innego być niesioną na rękach, a co innego — wyrzuconą na ulicę. Niech pani obejrzy mojego czerwonego przyjaciela w milczeniu, abyś go mogła opisać swoim przyjaciółkom! To najlepsza rada, jaką mogę pani służyć. Jeśli zaś pocznie sennora znowu poruszać języczkiem, na pewno utraci tak interesującą sposobność obcowania z wodzem Apaczów.
Zapaliła świeżego papierosa i położyła się w hamaku z miną osoby, oglądającej w cyrku ósmy cud świata. Zaczem, szanowny jej małżonek nie brał już przybyszowi za złe przymusowej ekspedycji, owszem, oglądał go z widocznem zadowoleniem. Co się tyczy hacjendera, to imię Old Shatterhanda obchodziło go, zarówno zresztą jak pozostałych obecnych, tyle, co zeszłoroczny śnieg. O Winnetou jednak słyszał tak wiele i tak często, że imię Apacza wywarło na nim pożądane wrażenie. Przynajmniej nie wzywał już nas do opuszczenia lokalu.
Nie dziw, że mój towarzysz słynął nawet w Ures. Apacze nierzadko wysuwają się głęboko na południe szczególnie z przeciwległej strony Sierra w Chihuahua[3], gdzie wędrują nawet do Cohahuila, a ponieważ Winnetou zwykł odwiedzać wszystkie szczepy swego plemienia, więc czyny jego i tutaj były rozgłaszane; wśród białych echo jego przygód rozbrzmiewało niemniej donośnie, niż wśród czerwonych. Szczególnie imię jego frapowało kobiety. Wszak był nietylko ciekawym człowiekiem, ale wyjątkowo przystojnym mężczyzną; ponadto legendy, osnute na tle jego pierwszej, a zarazem ostatniej miłości, jednały mu serca pięknych sennor i sennorit. —
Zadowolony z wyników osiągniętych dzięki Winnetou, zwróciłem się do hacjendera:
— Uważał pan, don Timoteo, moje pytania za zupełnie zbyteczne, dla mnie były one jednak cennej wagi, a niezadługo staną się takiemi dla pana. Indjanie Yuma zniszczyli pańską hacjendę i zabrali sennorowi wszystko. Sądzę, że przeszukano i wypróżniono zawartość pańskich kieszeni?
— Wypróżniono do cna.
— Czy kieszenie Meltona również?
— Tak.
— A w takim razie jakże mógł wypłacić panu dwa tysiące pesów ciężkiemi dukatami?
Oblicze don Timotea nigdy nie zdradzało wybitnej inteligencji, teraz jednak formalnie zgłupiał. Odparł, jąkając się:
— Tak... skąd wziął... te pieniądze... tyle pieniędzy?
— Nie pytaj pan, skąd wziął, tylko dlaczego Indjanie nie zabrali mu tych pieniędzy?
— Do wszystkich djabłów! O tem coprawda nie pomyślałem! Sądzi pan, że miał pieniądze przy sobie?
— Tak; on, lub jeden z Wellerów. Przedewszystkiem dwa tysiące pesów w złocie nie ujdą oczom Indjan, powtóre zaś suma taka jest bogactwem nawet dla najzamożniejszego wodza. Jeśli Vete-ya zrezygnował z takiej sumy, to musiał mieć wyjątkowy i szczególny powód. Czy nie domyśla się pan, jaki?
— Nie.
— Jeden, jedyny tylko istnieje; żaden czerwony nie pozostawi takiego skarbu obcemu, a co dopiero nieprzyjacielowi; Melton musi więc być jego sprzymierzeńcem.
— Nie wierzę!
— Twierdziłem, że czerwoni mają zamiar napaść na hacjendę; ostrzegałem pana; nie uwierzyłeś mi, a miałem rację. Tak samo nie mylę się teraz, tylko z pana znowu Tomasz niewierny!
— Melton tak szlachetnie, tak wspaniałomyślnie postąpił! Nie mogę poprostu przypuścić, żeby sprzymierzył się z czerwonymi. Jeśli się nie mylę, twierdziłeś pan nawet, że napad ma nastąpić za jego namową?
— Nie pamiętam dokładnie treści ówczesnej rozmowy, ale jeśli wtedy nie twierdziłem tego z całą stanowczością, czynię to dzisiaj.
— Myli się pan; musisz się mylić! Melton jest moim przyjacielem! Dowiódł tego kupnem!
— Tak, dowiódł. Ale nie tego, że jest pańskim przyjacielem, a tylko — niecnym zdrajcą, judaszem i łotrem. Jaką wartość miała hacjenda przed napadem?
— Nie chcę, nie mogę mówić o tej strasznej stracie!
— A czy wogóle sprzedałby pan wówczas swoją posiadłość?
— Nie, nie przyszłoby mi to na myśl.
— No, teraz ma pan wszystko, jak na dłoni. Upoważniono mormonów do osiedlenia się w tej okolicy, do nabycia gruntu i ziemi. Hacjenda nadawała się, lecz była za droga. Aby zniżyć cenę, Melton kazał ją spustoszyć. Umowa zawarta z Vete-ya brzmiała: cały łup należy do Indjan; zniszczoną posiadłość kupuję za bezcen. Napad się udał; łup był cenny; musieli więc pozostawić mu jego pieniądze. Czy pan tego nie rozumie?
— Nie; taka złośliwość z jego strony jest nie do pomyślenia. Zresztą, osądź pan sam: na cóż przydadzą mu się grunt i pola, jednem słowem cały ten obszar, skoro spłonął i utracił wartość?
— Melton go przywróci do dawnego stanu!
— To będzie kosztowało daleko więcej, niż hacjenda była warta poprzednio, nie licząc już całego szeregu lat, które upłyną, zanim doczeka się dochodów ze swego kapitału.
— I ja tak sądzę; ale to właśnie orzech, którego nie mogę narazie rozgryźć; spodziewam się jednak, że rozgryzę go niezadługo. — Myli się pan, sądząc, że Melton powrócił do hacjendy; jedziemy stamtąd, więc musielibyśmy spotkać go po drodze. Pozostawił tam tylko swego człowieka.
— Chcesz pan powiedzieć dwóch, mianowicie obydwu Wellerów?
— Nie. Tych w hacjendzie niema. Natomiast jest kto inny. Czy nie słyszał pan przypadkiem o pewnym Jankesie, mormonie, którego nazywają Playerem?
— Nie!
— Tego człowieka tam spotkaliśmy. Opowiedział nam, że Melton udał się z panem do Ures, aby prawnie zatwierdzić akt kupna. Wiedział o tem; Melton widocznie rozmawiał z nim poza pańskiemi plecami. Nie powinien był sennor nic wiedzieć o obecności tego Playera.
— Hm! hm! To doprawdy trochę dziwne!
— Czy byli w hacjendzie, gdy ją pan opuszczał, obydwaj Wellerowie i emigranci?
— Tak. Naturalnie przejął wychodźców ode mnie. Ma zamiar z ich pomocą odbudować posiadłość, wykarczować pola i lasy, oczyścić łąki i pastwiska. Wellerów zaangażował jako dozorców.
— Ależ niema tam ich przecież! Zaraz po pańskim odjeździe ruszyli wszyscy nad Fuente de la Roca.
— Nad Fuente? — zapytał zdziwiony.
— Tak, Wellerowie wraz z emigrantami. A wgórze oczekuje ich oddział Yuma.
— Czyż to możliwe? Skąd wiesz pan o tem? — spytał, wyskakując z hamaku.
— Dowiedziałem się od Playera, który wziął mnie za przyjaciela Mertona i dlatego wygadał wszystko!
— Nad Fuente, nad Fuente! — powtórzył, biegając po pokoju tam i zpowrotem, silnie zdenerwowany. — To mi daje dużo do myślenia! To naprawdę daje mi do myślenia, jeśli tylko nie poinformowano cię fałszywie, sennor.
— To szczera prawda. Player niechcący wyjawił mi tajemnicę. Spostrzegłszy jednak Winnetou, uciekł. Ma wiele złego na sumieniu. Tutaj zaczyna się nitka, po której dojdę do kłębka. Pańska hacjenda ma również z nieznanego mi powodu wartość dla Meltona. Chodzi mi właśnie o ten powód. Dlatego przybyłem do Ures, aby odszukać pana i mormona. Pana znalazłem, on odjechał, lecz nie do hacjendy, tylko wgórę, do Fuente de la Roca, aby dopędzić Wellerów.
Słuchając mię, chodził hacjendero nerwowo po pokoju. Teraz wykręcił się nagle na obcasie i zawołał, stanąwszy przede mną:
— Sennor, mam! Jeśli rzeczywiście udał się wgórę, znam powód, dla którego hacjenda ma dla niego, pomimo obecnego jej stanu, wartość!
— Więc? — spytałem, zaciekawiony.
— Do hacjendy należy kopalnia; kopalnia rtęci. Zarzuciłem ją, ponieważ nie mogłem dostać robotników ponieważ Indjanie nawiedzają okolice.
— Słyszałem o tem również i...
Nie dokończyłem. Obudziła się we mnie myśl, która sparaliżowała mi mowę; straszne przypuszczenie, jednakże, ze względu na osobistość Meltona, nie było nieprawdopodobne. Raptem wyjaśniłem sobie wszystko, lecz zarazem wzrosła we mnie obawa o ziomków. Nie pomyślałem poprzednio ani przez chwilę o tamtej starej, nieczynnej kopalni, a jednak tam tkwiło rozwiązanie. Teraz dopytywałem się niecierpliwie:
— Gdzie leży kopalnia?
— W górach Yuma; pięć dni drogi stąd.
— Czy Fuente de la Roca jest po drodze?
— Tak, taki To właśnie daje mi wiele do myślenia.
— A, nareszcie poczyna pan wątpić w Meltona! Teraz wiem już, czego mam się trzymać. Meltonowi nietylko chodziło o areał hacjendy, lecz głównie o kopalnię rtęci. Tam można znaleźć miljony, jeśli się dostanie odpowiednich robotników. A pan był na tyle łatwowierny, że odstąpił mu hacjendę, kopalnię, wreszcie sześćdziesięciu trzech robotników za marne dwa tysiące pesów! Nadomiar twierdzisz sennor, że jest on gentlemanem, caballerem! Może teraz jesteś tego samego zdania?
— To łotr, łajdak, rabuś, oszust, szatan wcielony! — ryczał Timoteo Pruchillo, z pianą na ustach. — Jestem największym osłem na całej kuli ziemskiej!
— Jeżeli nie największym, to w każdym razie wielkim, don Timoteo. Przestrzegałem pana!
— Tak, czynił pan to, uczynił! — wołał, waląc się pięściami po głowie. — Gdybym uwierzył panu!
— Wtedy po dziś dzień siedziałbyś spokojnie w swojej hacjendzie, a Yuma uciekliby z pokrwawionemi łbami.
— Tak, tak! Niestety! A teraz zabrali mi trzody i nie mam już nic, zupełnie nic!
— Jakto? A dwa tysiące pesów?
— Nie szydź ze mnie, sennor!
— Nie szydzę; Masz pan dwa tysiące pesów i trzody, wraz ze wszystkiem, co Yuma zrabowali w hacjendzie.
— Sennor, to okrutnie żarty!
— Nie żarty, a szczera prawda. Kiedy umknąłem z niewoli, mój brat Winnetou nadciągnął z Mimbrenjami i pojmał wszystkich Yuma. Musieli zwrócić pańską własność, a teraz prowadzą ich do sadyb Mimbrenjów, gdzie poniosą zasłużoną karę. Pięćdziesięciu Mimbrenjów jedzie z pańskiemi trzodami, aby je sprowadzić do hacjendy. My dwaj pośpieszyliśmy naprzód, żeby uprzedzić pana. Naturalnie nie przeczuwaliśmy, że sprzedasz sennor hacjendę.
Stał, skamieniały ze zdziwienia i radości.
— Yuma pojmani!... Kara!... Pięćdziesięciu Mimbrenjów... do hacjendy... z majem bydłem...!
Nagle schwycił mnie za ramię, chciał pociągnąć ku drzwiom, prosząc:
— Chodź, chodź sennor! Prędko, prędko! Musimy jechać do hacjendy, zaraz, natychmiast!
— Mówisz pan musimy? A więc mówisz o mnie? Cóż ja mam do roboty w hacjendzie?
— Nie mów tak, sennor, nie mów! Wiem, że masz zupełne prawo ku temu. Nie szczędziłem pana, wyśmiewałem, znieważałem. Byłem rażony ślepotą. Ale teraz... ach! — przerwał, zwracając się do urzędnika. — Tak, odbiorę swoje trzody, ale czy nie można odebrać hacjendy wraz z kopalnią i robotnikami? Czy kupno jest zatwierdzone?
— Tak — skinął urzędnik.
— A czy nie wydarzyło się jakieś przeoczenie, jakaś mała niewidoczna omyłka, jakaś szczelina, przez którą wszedłbym do swojej hacjendy?
— Nie. Pan sam prosił o jak największą ostrożność; ostrzegałeś, bym nie popełnił najmniejszej omyłki. Chodziło sennorowi wszak o to, aby czasem nie stracić owych dwóch tysięcy pesów!
— Zatrzymasz pan pieniądze, a pomimo to odbierzesz hacjendę — pocieszyłem Timotea. — Melton będzie zmuszony zwrócić sennorowi posiadłość; dwa tysiące zaś przypadną panu jako wynagrodzenie strat, poniesionych przez sprzedaż.
— Czyżby to było możliwe?
— Co do mnie, to twierdzę, że można dokazać jeszcze więcej. Można cofnąć kupno. Musimy tylko dowieść, że Melton wynajął Indjan, aby napadli na hacjendę i spustoszyli ją.
— A czy będziesz mógł to osiągnąć, sennor?
— Prawdopodobnie. Przynajmniej mam nadzieję.
— O, gdybym zaufał panu wtedy! Mówisz, sennor, tak stanowczo, tak pewnie! Wszystko, co dla mnie jest niepodobieństwem, dla pana wydaje się błahostką!
Apacz który milczał dotychczas, wtrącił nagle:
— Dla mojego białego brata, Old Shatterhanda, niema celów nieosiągalnych! Został pojmany i groził mu pal męczeński; a teraz jest nietylko wolny, ale nawet wziął do niewoli swoich prześladowców.
— To zasługa nie moja; pojmał ich Winnetou — zaprzeczyłem.
— Nie; Old Shatterhand tego dokonał!
— Tyś sprowadził Mimbrenjów, bez których nicbym nie zdziałał.
— Tak, lecz Mimbrenjowie nie przybyliby, gdyby Old Shatterhand nie pchnął do nich gońca.
— Winnetou, Winnetou musiał dokonać bohaterskiego czynu! — zawołała, zachwycona Indjaninem, sennora. — Piękne jego poważne rysy, dumna, spiżowa postać wywarły na niej niezatarte wrażenie.
— Mniejsza, jak się to stało; w każdym razie odzyskałem majątek! — odezwał się hacjendero; — tak pochłonięty był myślą o sobie, że zapomniał o podziękowaniu.
— Ależ nie, chcę właśnie usłyszeć, w jaki sposób Yuma zostali wzięci do niewoli! — wykrzyknęła sennora. — Winnotou zechce mi to opowiedzieć! Zapraszam go, by raczył spocząć obok mnie w tym oto hamaku.
Wskazała ręką na bujający się hamak, na którym przed chwilą spoczywał hacjendero.
— Winnetou nie jest kobietą — odpowiedział wódz. — Nie zwykł leżeć na matach i prawić o swoich czynach!
Poprosiła więc mnie, abym opowiedział o tych ciekawych wydarzeniach. Posłuchałem, podając zwięźle zaszłe wypadki i wysuwając na pierwszy plan Apacza. Gdy skończyłem, zawołała zachwycona:
— Zupełnie, jak w romansie! Tak; gdzie zjawia się wódz Apaczów, Winnetou, tam nie brak bohaterskich czynów i przygód. Gdybym była mężczyzną, nie opuszczałabym Winnetou w żadnem niebezpieczeństwie!
— A Winnetou byłby sqwaw, gdyby pozwolił na coś podobnego — odparł Indjanin, obracając się na pięcie, aby opuścić pokój. Pochwała z ust rozpróżniaczonej kobiety przejmowała go odrazą.
— Co mu się stało? — spytała sennora. — Czy zawsze jest w tak zgryźliwym humorze?
— Nie; jeśli jednak go rozdrażnić, potrafi dać się we znaki — objaśniłem z uśmiechem. — Komplementy pani są w stanie przepędzić Apacza poza góry i lasy. Jeśli chcesz go sennora zatrzymać, zachowaj ciszę i nie patrz na niego.
— Postaram się, jeśli zechce mi pan wyświadczyć małą przysługę. Kiedy sennor odjeżdżasz?
— Jutro.
— Gdzie zamieszkasz?
— Nie wiem jeszcze.
— Łatwo pan znajdzie odpowiednie pomieszczenie dla siebie; co się tyczy Winnetou, zapraszam go i daję mu do rozporządzenia dwa najlepsze nasze pokoje. Jak się pan na to zapatruje?
Apacza chciała zatrzymać; co do mnie, mogłem mieszkać, choćby pod gołem niebem. Ubawiony tą uprzejmością, odpowiedziałem żartobliwie:
— Ma pani oryginalne pomysły, sennora!
— Nieprawdaż? Biedny dzikus musi się zawsze wałęsać po górach i lasach; dlatego chciałabym, aby choć raz zakosztował posmaku wykwintnych apartamentów; mam jednakże nadzieję, że wzamian zgodzi się spędzić wieczór w moim salonie!
— Wobec tego niech go pani poprosi!
— Czy nie zechciałbyś mnie, sennor, wyręczyć?
— Chętnie, gdybym mógł, sennora, lecz to się nie godzi! Przyzna pani chyba, że takie zaprosiny nie powinny wyjść z ust trzeciej osoby. Wymówione pięknemi usteczkami sennory nabiorą podwójnej wartości. Przypuszczam, że ma sennora zamiar zaprosić do siebie wszystkie piękne panie z całego Ures?
— Naturalnie! Gościć u siebie Winnetou — to zaszczyt, którego pozazdroszczą mi wszystkie przyjaciółki do końca życia!
Chodziło więc o swojego rodzaju widowisko; odpowiedź Apacza cieszyła mnie zgóry. Zresztą, rozległy się zaraz protesty z dwóch stron naraz; mianowicie, urzędnik, którego uwagi nie uszło wrażenie, jakie wywarł na żonie piękny Indjanin, poczuł nagle przypływ zazdrości, zbliżył się do niej, aby półgłosem szepnąć parę ostrych uwag. Zamiast odpowiedzi, odtrąciła go poprostu. Jednocześnie zaprotestował hacjendero, zwracając się do mnie:
— Co słyszę? Chce pan pozostać do jutra?! To niemożliwe! Musi pan dziś jeszcze pojechać ze mną do hacjendy! Musi mi pan pomóc! Bez pana nie odzyskam posiadłości!
Ponieważ mówił tonem tak stanowczym, jakgdyby miał prawo stawiać żądania — odparłem bez ogródek:
— Muszę? Doprawdy? Niema dla mnie żadnego musu!
— Tego też nie chciałem powiedzieć; ale wzgląd na pański honor wymaga, abyś, nie zwlekając ani chwili, dokończył rozpoczętego dzieła!
— Odwoływanie się do mojego honoru jest zupełnie zbyteczne! Całe moje postępowanie jest wynikiem poczucia honoru! Na pewno go nie postradam, jeśli nie będę troszczył się o pańską hacjendę. Cóż może mnie zmusić do tego? Przybyłem do pana i ostrzegłem go; wzamian za to wskazano mi drzwi; musiałem nawet siłą odpierać obelgi pańskiego bezczelnego majordomusa; pan patrzyłeś na wszystko z okna, nie mówiąc ani słowa. Prosiłem sennora, abyś nie wyjawiał Meltonowi, co panu powiedziałem, pan zaś wypaplał mu wszystko, słowo w słowo, natychmiast po jego przyjeździe. To gadulstwo mogło mnie przyprawić o niechybną śmierć, gdybym się nie opatrzył zawczasu. Melton bowiem pojechał z nami, aby zaczaić się i zastrzelić mnie z zasadzki; szczęściem, odgadłem jego zamiary i wpadł w moje ręce!
— Dlaczego mi to pan zarzuca? — zapytał. — Zarzuty są teraz bezowocne!
— Tak, nie mogą zmienić przeszłości, lecz wywrą wpływ na przyszłe wypadki. Mam nawet nadzieję, że moje słuszne zarzuty będą uwieńczone powodzeniem w tym sensie, że się pan zmieni.
— Sennor, stajesz się niegrzeczny!
— Bynajmniej; jestem tylko szczery i to dla pańskiego dobra. Gdyś mnie wypędził, pozostałem wpobliżu hacjendy. Zabroniłeś mi przekraczać jej granice; nie mogłem więc poczynić potrzebnych spostrzeżeń na pańskiem terytorjum i byłem zmuszony podsłuchać Indjan w ich własnym obozie. Przy tej okazji wpadłem w ręce czerwonych. A więc pański zakaz był przyczyną mojej niewoli. Czy sądzisz sennor, że jestem za to winien panu wdzięczność? Zresztą, zostałeś pan ukarany, gdyż tylko moja niewola umożliwiła Yuma napad na hacjendę. Pomimo tak okrutnego doświadczenia nie zapominałem o pańskich stratach; skoro tylko się oswobodziłem, pomyślałem zaraz o tem, by dopomóc sennorowi do odzyskania majątku. Opowiedziałem już, w jaki sposób to się stało. Pańskie mienie uratowane, a trzody są w drodze. Wiesz sennor już z mojego opowiadania, ile wysiłków dołożyłem i jakie niebezpieczeństwa groziły Winnetou i mnie przy chwytaniu Yuma wraz ze zdobyczą do niewoli. Powiedzże więc, czy pokusiłbyś się o coś podobnego?
— Wątpię, sennor.
— Pięknie! Otóż, po tem wszystkiem, wymaga pan, ażebym cię nadal wspierał. Nie prosisz sennor, lecz żądasz? Pytam sennora zatem, co mnie z panem wiąże? Pan słyszał, ile uczyniliśmy dla sennora; czy jednak usłyszeliśmy z ust pańskich choć jedno słowo wdzięczności? Obraził mnie pan, wyrzucił za drzwi, zagnał w niewolę; narażałem życie dla pana i mam je dalej narażać, a sennor? Ja dziękuję serdecznie, gdy mi kto poda łyk wody! To miałem na myśli, gdy mówiłem, że powinien się sennor zmienić. Nazwano mnie tutaj barbarzyńcą, pytano z przekąsem, czy umiem czytać; przekonywam się ze smutkiem, że w tym kraju ludzie nie znają najprostszych nawet obowiązków grzeczności. — Straciłem wiele słów; krótki zaś sens mojej mowy powiem panu teraz: od tej chwili niech sennor sam się troszczy o siebie! Nie mam ochoty pozwalać, żeby, w dowód wdzięczności, przypominano mi obowiązki względem własnego honoru!
Po tych słowach udałem, że chcę odejść; wtedy chwycił mnie hacjendero za rękę.
— Zostań pan przecież, sennor — prosił, — niech pan jeszcze nie odchodzi! Zapewniam, że nie dziękowałem tylko przez zapomnienie!
— Wobec tego nie zna pan siebie tak dobrze, jak ja pana poznałem, lubo obcowaliśmy krótko. To nie zapomnienie, lecz wręcz coś innego. Przypisując sobie wyższość nad europejskim barbarzyńcą, a nawet nad człowiekiem tej miary, co Winnetou, nie prosi pan, tylko żąda, lub rozkazuje. Ruszaj sennor za ocean, do Europy, a przekonasz się, że tam każdy chłopiec więcej się uczy i więcej wie, niż pan się nauczy i dowie przez wszystkie dni swego życia! A ci państwo, którzy huśtają się tak wygodnie w swoich hamakach, niech zajrzą do ciemnych i krwawych lasów dzikiego zachodu, a przekonają się, że Winnetou posiada w swoim małym palcu więcej siły, zręczności i szlachetności, niż wy w całem waszem Ures. Obchodzono się ze mną tutaj po grubiańsku, nietylko dzisiaj, lecz już za pierwszym razem; a teraz rozważcie, czy ja nie mam prawa zgóry traktować, czy nie mam prawa pociągnąć was do odpowiedzialności! Szukałem u was opieki nad wychodźcami, a odprawiono mię z kwitkiem. Wy zaś zatwierdzając kupno, wydaliście tych biedaków w ręce złoczyńcy. Powiedzcie mi więc, jak wobec tego powinienem właściwie postąpić?
Na to nikt nie odpowiedział. Wtem drzwi się uchyliły i Apacz, zajrzawszy przez skrzydło, zapytał:
— Czy mój brat gotów? Winnetou nie ma ochoty dłużej tutaj przebywać.
Szybko podszedł do niego hacjendero, ujął za rękę i prosił:
— Niech pan wejdzie jeszcze raz, sennor! Proszę pana o to usilnie. Sennor wie, że bez pańskiej rady nic nie pocznę.
Apacz wszedł do pokoju; zmierzył go wzrokiem poważnym i rzekł:
— Czy blada twarz podziękowała memu bratu Shatterhandowi?
Był to znowu przykład, jak dalece zgadzały się nasze myśli. W krótkiem pytaniu Apacz wyraził to samo, co przed chwilą tak długo wykładałem hacjenderowi.
— Nie miałem jeszcze sposobności. Przecież tyle spraw jest do omówienia, — brzmiało usprawiedliwienie hacjendera. — Chcecie zostać w Ures do jutra?
Winnetou potwierdził skinieniem głowy.
— A tymczasem możnaby wiele zdziałać. Każda chwila droga! — nalegał Pruchillo.
— Rzecz najważniejsza, aby nasze konie wypoczęły i odzyskały siły, — odpowiedział Winnetou. — Zresztą, o jakich czynach mówi blada twarz? Old Shatterhand i Winnetou nie mają nic przeciwko temu, jeśli hacjendero zamierza jeszcze dzisiaj wziąć się do dzieła. Może robić wszystko, co mu się żywnie podoba — ale sam!
— Przecież powiedziałem panu, że bez waszej pomocy nie podołam.
— Więc niech blada twarz prosi Old Shatterhanda. Na co on się zgodzi, na to i ja przystanę.
Prosić przyszło hacjenderowi ciężko, a jednak zdołał się przezwyciężyć; potrafił nawet podziękować nam za wszystko, co uczyniliśmy dla niego do tej pory; rzecz prosta, kierował nim jedynie wzgląd na korzyści, jakich się jeszcze po nas spodziewał. Ponieważ jednak nie miałem wcale zamiaru odmawiać mu dalszej pomocy, więc odpowiedziałem wkońcu:
— Zgoda; będziemy nadal się przykładać do pańskiej sprawy. Powiedz nam sennor jednak, jak pan przypuszcza, co należy teraz zrobić?
— Myślę, że powinniśmy natychmiast wyruszyć, ażeby Meltona dopędzić i zatrzymać.
— Powiedzieć łatwo, ale nasze konie padłyby w drodze. Oprócz tego musi pan wziąć pod uwagę, że w pół trzecia dnia ujechaliśmy przestrzeń, jaką przebywa się zazwyczaj w ciągu mniej więcej dni sześciu; nie wierzę, sennor, abyś po takim wysiłku potrafił odbyć natychmiast podróż do Fuente de la Roca i w góry Yuma. Odpoczynek kilkunastogodzinny jest nam nieodzowny, dlatego zostaniemy tutaj do jutra. Jeśli się panu tak śpieszy, jedź naprzód. Niech pan weźmie ze sobą kilku policjantów!
Na to sennora klasnęła w ręce i zawołała:
— Co za wspaniała myśl! Pojechać naprzód i wziąć ze sobą kilku policjantów! Co ty powiesz na to, mężuniu?
— Jeśli ci to przypada do gustu, to myśl jest rzeczywiście bardzo szczęśliwa — odpowiedział zapytany.
— Nawet niezwykle szczęśliwa! Czyż nie masz ayudo[4], który potrafi załatwić wszystkie twoje sprawy i obowiązki służbowe, abyś ty chociaż raz mógł przedsięwziąć niewielką podróż?
Ten człowiek zapewne już oddawna nie czuł się tak szczęśliwy; wyrwać się z pod wodzy, kierowanych jej pięknemi rękami! Podróż! A do tego sam, — bez niej! Twarz jego formalnie promieniała z radości; nie dowierzając jeszcze swoim uszom, zapytał:
— Dokąd pojedziemy, moja duszko?
Na my położył nacisk.
— Ja zostaję w domu — brzmiała kojąca odpowiedź.
Jeśli przedtem twarz jego błyszczała tylko, teraz jaśniała, niby słońce, gdy pytał dalej:
— Więc gdzie mam się udać?
— Daję ci sposobność zdobycia takiej samej sławy, jak Winnetou. Ponieważ don Timoteo życzy sobie kilku policjantów, więc pojedziesz z nim osobiście i będziesz dowodził naszymi oficiales de la policia.
Na te słowa radość z jego oblicza ulotniła się w jednej chwili; twarz mu się wydłużyła i ściągnęła w niezliczone posępne zmarszczki. Drżącym prawie głosem zapytał:
— Ja? Ja sam mam wyruszyć w góry, i do tego wierzchem?
— Naturalnie; iść piechotą nie możesz w tak daleką drogę!
— Czy nie przypuszczasz, że taka podróż jest nieco, nieco męcząca, może nawet niebezpieczna?
— Dla meksykańskiego caballera niema niebezpieczeństwa. A więc?!
Przy ostatniem słowie spojrzała na niego rozkazująco i tak groźnie, że biedak zdobył się tylko na odpowiedź:
— Tak jest; jeśli tak uważasz, moje serce, to pojadę.
— Uważam, uważam; naturalnie! Za niespełna godzinę będziesz miał spakowane wszystko, co potrzebujesz do podróży: bieliznę, konia, papierosy, mydło, dwa pistolety, rękawiczki, pieniądze, w które cię obficie zaopatrzę, czekoladę, flintę i poduszkę, żebyś nie zapadał głęboko, gdybyście byli przypadkiem zmuszeni spać w kiepskich łóżkach, i nie miał skutkiem tego złych snów. Widzisz, jak się troszczę o ciebie. Ty jednak postaraj się nie zawieść moich nadziei. Wracaj do domu okryty sławą. Takiemu juriskonsulto[5], jakim ty jesteś, nie może to zadanie sprawiać trudności. Nieprawdaż, sennor?
Pytanie było skierowane do mnie; odpowiedziałem tedy:
— Zgadzam się w zupełności ze zdaniem pani, o ile znajomość prawa może się przydać w takiej podróży.
— Czy słyszysz? — zapytała męża. — Sennor jest tego samego mniemania. Kiedy wyruszycie, don Timoteo?
— W ciągu godziny — odpowiedział hacjendero, który byłby chętnie pojechał ze mną, lub z Winnetou, a tymczasem musiał przystać na śmieszny i niedorzeczny plan sennory.
— Prawdopodobnie schwytacie Meltona, zanim was dopędzimy — odezwałem się do hacjendera. — Jesteśmy jednak potrzebni jako świadkowie. Gdzie was możemy spotkać?
— Zaczekamy na was przy Fuente de la Roca.
— Jaką drogę obierzecie teraz?
— Przez hacjendę.
To mi nie było na rękę. Mogli się natknąć na naszych Mimbrenjów, a nawet Playera, i popsuć nam szyki. Nie sprzeciwiałem się jednak, wiedząc, że inną drogą, można ich odwieść od tego zamiaru prędzej i łatwiej. Dlatego rzekłem:
— Bardzo słusznie, don Timoteo! Oszczędzicie nam trudu; Player, o którym wam opowiadałem, z pewnością tam jeszcze wartuje. Trzeba go naturalnie schwytać, a ponieważ to łotr zuchwały i umie się dobrze obchodzić z bronią, więc pojmanie jest połączone z niebezpieczeństwem śmierci. Będzie się bronił rozpaczliwie i jestem przekonany, że nie ulęknie się dwóch, nawet trzech silnych ludzi. Dlatego cieszę się, że pojedziecie przez hacjendę. Przybywszy tam przed nami, weźmiecie go do niewoli i, gdy my się zjawimy, będzie robota skończona. Tylko nie dajcie się przypadkiem zastrzelić z zasadzki! To zwyczaj Playera, że walczy podstępnie.
Słowa moje tak poskutkowały, że don Timoteo zbladł, a urzędnik zbielał, jak kreda. Przekonałem się więc zawczasu, że będą unikać hacjendy, jak ognia.
Sennora natomiast zawołała do swego usłużnego władcy, czy też władczego służebnika:
— Czy słyszałeś? Oto czyn godny ciebie. Mam nadzieję, że schwytasz tego niebezpiecznego bandytę na własną rękę, bez niczyjej pomocy! W nagrodę będziesz mógł palić dziennie o dwa papierosy więcej, niż dotychczas.
Pomimo tej obietnicy zrobił władca Uresu taką minę, jakby sam właśnie został schwytany i aresztowany. Sennora nie zauważyła kwaśnego grymasu na obliczu swego pana męża; zwróciwszy się w moją stronę, obrzuciła mnie wzrokiem prawie pogardliwym i rzekła:
— Pan także nie zdaje się być takim bohaterem, za jakiego powinniśmy sennora uważać, skoro skaczesz z radości, że Player będzie już w niewoli, gdy sennor przyjedziesz do hacjendy.
— Cieszę się rzeczywiście i nikt nie może wziąć mi tego za złe. Player to nielada ptaszek. Trzeba pamiętać, że każda kula, o ile trafi, dziurawi skórę.
— Tak! Więc wobec tego radzę panu skóry nie nadstawiać. Mój mąż wie jednak, że do odważnych świat należy, a śmiałym szczęście sprzyja. Dusza moja będzie się unosić nad nim i ochraniać go w ciężkiej sprawie. Nieprawdaż, kochany mężu?
— Tak, — potwierdził zapytany, wykrzywiając się, jakby rozgryzł pieprz, zamiast rodzynka. — Nie zapomnij jednak kazać, żeby położono mi drugą poduszkę na siodło, abym nie uciskał konia zanadto!
Sennora zesunęła się z hamaku i, nie zaszczyciwszy mnie nawet spojrzeniem z powodu mego wrzekomego tchórzostwa, podeszła do Winnetou. Uśmiechnąwszy się przyjaźnie, zapytała:
— Sennor Winnetou, więc pan ma naprawdę zamiar zostać tu przez noc?
Niepodobna opisać miny, z jaką Apacz spojrzał na nią. W jego wzroku można było wyczytać i litość, i zdumienie, że odważyła się wprost do niego przemówić. Odgadując myśli Apacza, wyręczyłem go w odpowiedzi:
— Tak jest; zostaniemy do jutra.
— Dlaczego pan się odzywa? Niech pan pozwoli mówić Winnetou! — rzekła na to sennora, obrzucając mnie wzrokiem pogardy. — Winnetou wie, że go szanuję, i zechce mi chyba odpowiedzieć.
Zapytała ponownie. Winnetou skinął głową twierdząco; wszak teraz był zmuszony odpowiedzieć.
— Wobec tego mam honor zaprosić pana do siebie w gościnę — mówiła sennora dalej. — Uszczęśliwiłby mnie pan bardzo, gdyby zechciał przyjąć moje zaproszenie.
— Niech moja biała siostra będzie szczęśliwa — odpowiedział wódz. — Przyjmuję.
— Czy mogę zaprosić także damy na cześć Winnetou?
— Wódz Apaczów wie, że blade twarze chwytają niedźwiedzie i zamykają je w klatkach, aby wystawić na pokaz; Winnetou jednak nie jest niedźwiedziem.
— Więc nie będzie uroczystości?
— Nie — odrzekł mój przyjaciel, odwrócił się i wyszedł; ja uczyniłem to samo; w chwilę później znaleźliśmy się na ulicy, nie straciwszy ani słowa na pożegnanie z tak gościnnymi gospodarzami. —
Nie uśmiechał nam się pobyt w mieście. Zakupiwszy kilka drobnostek, wyprowadziliśmy konie na pola, gdzie czuliśmy się lepiej, niż w murach. Znalazłszy odpowiednie miejsce nad strumykiem, — było dosyć trawy dla koni — ułożyliśmy się na spoczynek. Zanim jeszcze zasnąłem, przejechali w niewielkiej od nas odległości „bohaterowie“. Widocznie zatem sennora trwała przy swoim planie, pomimo że opuściliśmy ich dom. Jeźdźców było pięciu: hacjendero, juriskonsulto i trzej policjanci. Stróże bezpieczeństwa, jakoteż ich przełożony, byli ubrani w mundury, co zmusiło nawet Winnetou do śmiechu. Konie mieli dobre; hacjendero i trzej policjanci byli niezgorszymi jeźdźcami; przywódca jednak trzymał się na siodle w pozycji niezbyt rycerskiej. Na jednej poduszce siedział, a drugą miał umocowaną ztyłu siodła. Obydwie musiały być świeżo obwleczone, bo już zdaleka lśniły śnieżną białością. Z takim okładem w dzikie góry Zachodu! Szczęśliwej drogi, panie dowódco! — pomyślałem i zamknąłem oczy, święcie przekonany, że szacowna „piątka“ nie będzie się uskarżać na nadmiar sławy...
Spaliśmy bez przeszkody przez całe popołudnie i noc. Gdy następnego dnia słońce wschodziło, siedzieliśmy już w siodłach. Wypoczęliśmy solennie, a i wierzchowce nie zdradzały śladu znużenia. Rżały wesoło, ciesząc się świeżem, orzeźwiającem powietrzem świtu.
Ruszyliśmy, rzecz prosta, zpowrotem ku hacjendzie. Z początku wił się wciąż przed nami trop wczorajszych pięciu rycerzy; po krótkim jednak czasie zboczył znacznie na prawo.
Jechaliśmy cały dzień i noc; na krótko przed świtem dnia następnego dotarliśmy do granicy hacjendy. Odszukawszy miejsce, na którem mieliśmy się zejść z naszymi obydwoma Mimbrenjami, zastaliśmy ich tam ukrytych wraz z końmi w zaroślach.
— Jesteście obydwaj? — zapytałem. — A więc niema już potrzeby śledzić Playera. Gdzie jest teraz?
— Niedaleko stąd, nad strumieniem, położył się na spoczynek — odparł Yuma Shetar. — Jest znużony drogą, gdyż wrócił dopiero wczoraj.
— Nie wiecie, gdzie przebywał w tym czasie?
— Miejsca nie znamy, ale odległość można obliczyć. Gdy Old Shatterhand i Winnetou odjechali, udałem się za tropem Playera, który prowadził przez wyżynę, a następnie wdół, do lasu. W lesie miał biały człowiek ukrytego konia; wsiadłszy nań, odjechał bardzo prędko na wschód, a skoro wydostał się z lasu, ruszył galopem. jak to ze śladów wyczytałem.
— Jaka tam jest okolica?
— Płaska, porosła trawą, pokryta niewieloma niskiemi pagórkami.
— Czy ślad jego szedł prosto, jak tropy zbiega, który chce uciec jak najprędzej?
— Nie; okrążał wzgórza, zamiast przejeżdżać przez nie. — Wobec tego pędziła go nietylko trwoga przed nami. Prawdopodobnie zdążał do swoich sprzymierzeńców. ażeby im donieść o naszem przybyciu.
— Tak jest. Nie wychodziłem z lasu, żeby przypadkiem Player, wracając, nie spostrzegł moich śladów; powróciłem śpiesznie do mego brata; ukrywszy konie, dotarliśmy do skraju lasu, gdzie trop białego wychodził na prerję. Tam położyliśmy się na czatach, daleko jeden od drugiego, aby ogarnąć większą przestrzeń, i czekaliśmy na jego powrót.
Postępowali tak roztropnie, że sam nie mógłbym nic lepszego wymyśleć.
— Czy moi młodzi bracia widzieli go, jak wracał? — zapytałem.
— Tak jest; wczoraj, gdy słońce stało na najwyższym punkcie swej drogi.
— Czyli we środę w południe; a odjechał w poniedziałek. Zatem okolica, w której był, leży o dzień drogi stąd, w kierunku wschodnim. W tej stronie znajduje się Fuente de la Roca. Musimy się dowiedzieć, czy tam jest pojedyńczy posterunek, czy też większa siła. Zdaje się, że wyznaczono cały szereg takich posterunków, począwszy od hacjendy, ażeby każdą wazniejszą wiadomość można było szybko przesyłać dalej. Na to odparł Yuma Shetar:
— Tam, gdzie był Player, musi biwakować wielu Indjan, gdyż pojechał na koniu białym, a powrócił na karoszu, który miał uprząż indjańską.
— Miał poprzednio białego konia? Przecież nie widziałeś go!
— Nie, ale tam, gdzie był w lesie uwiązany, zauważyłem na gałązce krzaka zaczepiony biały włos z ogona końskiego, który mógł pochodzić tylko od siwka.
— Hm! Wobec tego masz słuszność. Wymienił zmęczonego konia, ażeby prędko wrócić. Wiadomość, jaką przyniósł, musi zostać posłana dalej, także na świeżym koniu. Z tego wynika, że jest tam wiele wypoczętych koni i oczywiście ludzi. Dobrze, iż to wiemy, chociaż zapewne zmusimy go do wyjawienia nam prawdy. — A więc moi bracia wiedzą, gdzie się teraz zatrzymał?
— Tak jest. Widzieliśmy, gdzie się położył. A ponieważ był znużony, więc zapewne nie opuścił Jeszcze obranego miejsca. Najprawdopodobniej śpi teraz.
— Dobrze! Zaprowadźcie nas do niego!
Przywiązawszy konie, poszliśmy za obydwoma braćmi ku murom hacjendy. Dzień już szarzał i niebawem zobaczyliśmy draba, ubranego jak ksiądz. leżącego nad brzegiem strumienia, który zataczał tutaj ostry łuk. Player miał derkę pod głową i spał snem głębokim; obok leżała strzelba, której nie zauważyłem przy pierwszem spotkaniu. Zbliżywszy się cichaczem, obsiedliśmy go z czterech stron. Strzelbę zabrałem i odłożyłem tak daleko, że nie mógł jej dosięgnąć. Czekaliśmy. Nie zależało nam na czasie, wszak musieliśmy dać koniom wypoczynek. Dlatego pozwoliliśmy mu spać nadal, zawczasu ubawieni myślą o niefortunnem jego ocknieniu.
Z pod niezapiętego surduta wyglądał pas, za którym tkwił nóż bowie i dwa rewolwery dużego kalibru. Spróbowałem je wyciągnąć, ażeby go do ostatka rozbroić. Ostrożnie, powoli — wyjąłem nóż i jeden z rewolwerów; drugi tkwił nieco mocniej; Player poczuł dotknięcie i obudził się. Teraz wyrwałem rewolwer jednym ruchem. Zbudzony wyprostował się do postawy siedzącej, szybko, bez śladu ospałości, jak prawdziwy westman, i w mig sięgnął ręką do pasa po broń; nie znalazłszy jej jednak, otworzył usta, jakby chciał krzyknąć, aliści nie wydobył dźwięku, tylko wlepił w nas duże osłupiałe oczy.
Good morning, master Player! — pozdrowiłem. — Spaliście mocno i długo, co też wam się słusznie należy po dalekiej jeździe dwudniowej.
— Co? — Wiecie — o mojej — jeździe? — wykrztusił.
— Nie pytajcie tak naiwnie! Ludzie tego gatunku, co my, muszą przecież wiedzieć, gdzie bawiliście tak długo! Pojechaliście w góry, do czerwonych, żeby im donieść o naszej tutaj obecności. Przy tej okazji zamieniliście waszego siwka na karosza.
— Naprawdę, on wie o tem! Czego tu chcecie, sir? Dlaczego przebywacie całemi dniami w tej smutnej okolicy, gdzie trudno o pożywienie, jednako dla człowieka, jak dla zwierzęcia?
— O to właśnie mógłbym ja was zapytać, zamiast jednak przelewać z pustego w próżne, wolę się wam przedstawić. A może wyjawiłem swoje imię już w poniedziałek?
— Zbyteczna formalność. Gdzie Winnetou, tam nietrudno o Old Shatterhanda. W poniedziałek nie pomyślałem o tem odrazu.
— Wierzę! Gdybyście o tem pomyśleli, zaniechalibyście ucieczki. Wiecie zapewne, jakim dobrym a nawet serdecznym jestem przyjacielem Meltona i Wellerów; ponieważ zaś i wy jesteście z tymi gentlemanami w ścisłej zażyłości, więc ucieczka wasza to odruch zgoła niedorzeczny. Zbyt pochopnie również donieśliście Indjanom o naszej obecności. Możemy to sami załatwić daleko lepiej, niż wy, ponieważ udajemy się także w góry.
— Do Almaden alto? — wyrwało mu się mimowoli.
Była to nazwa owej kopalni rtęci, należącej do hacjendy. Dodatek „alto — wysoki“ oznaczał, że kopalnia leży wysoko w górach.
— Tak jest, do Almaden alto, — podchwyciłem. — A przedtem do Fuente de la Roca, żeby złożyć wizytę mojemu przyjacielowi Meltonowi. Jak wiecie, odczuwa dolegliwości w rękach. Pewien człowiek był tak bezwzględny, że wykręcił mu dłonie w przegubie; muszę zatem, jako serdeczny przyjaciel, udać się wreszcie do niego i zapytać o zdrowie. Należy to przecież do obowiązków przyjaźni.
Player wiedział doskonale, co się stało z Meltonem; musiał więc rozumieć moje słowa i uważać je za to, czem były, to znaczy za szyderstwo. Znajdował się w położeniu niezbyt przyjemnem, ponieważ jednak ani ja, ani Winnetou nie mieliśmy powodów do osobistej zemsty nad nim, więc czuł się przynajmniej spokojny o swoje życie; dlatego uważał za wskazane nie okazywać nam trwogi i zapytał tonem słusznego zdziwienia:
— Co mnie obchodzi wasz stosunek do Meltona? Już w poniedziałek przypuszczałem, że jesteście jego przyjacielem, skoro pytaliście o niego i wiedzieliście o moim pobycie w hacjendzie. Ale czego chcecie ode mnie? Podeszliście mnie ukradkiem, otoczyliście, zabraliście broń. Co to ma znaczyć? Uważałem zawsze Old Shatterhanda za człowieka uczciwego!
— Jestem nim też i dlatego zawarłem tak serdeczną przyjaźń z Meltonem i obydwoma Wellerami. Opowiadali wam zapewne wiele dobrego o mnie? Musieli mię przytem darzyć niezwykłą czułością!
— Mówili o was rzeczywiście. Słyszałem od nich, że dostaliście się do niewoli Indjan Yuma i mieliście umrzeć przy palu męczarni. Tymczasem widzę teraz, ku memu zdumieniu, że odzyskaliście wolność!
— O, temu dziwić się nie powinniście. Prawdopodobnie otarło się o wasze uszy, że częstokroć bywałem jeńcem i nieraz już miałem umrzeć przy palu; zdaje się jednak, że nie tak łatwo utrzymać mnie w niewoli. Posiadam pewną fatalną dla czerwonoskórych właściwość, dzięki której opuszczam ich zawsze bez pożegnania, aby niespodzianie zjawić się znowu, właśnie wtedy, gdy najmniej pożądają mojego widoku. Tak było również tym razem. Wymknąwszy się wojownikom Yuma, powróciłem i wziąłem ich do niewoli.
Następnie odsłoniłem mu w krótkich słowach tyle, ile uważałem za stosowne. Skutek okazał się natychmiast.
— Co? Mimbrenjowie nadchodzą? — zapytał, blednąc.
— Tak jest, nadchodzą. Widzicie tu przy mnie dwóch młodych wojowników z ich plemienia. Widzi mi się, że napełnia to was obawą. Prawdopodobnie stosunek master Playera do Mimbrenjów nie grzeszy przyjaźnią. Jeśli tak, to gotów jestem wziąć was w opiekę, aby ci czerwoni nie wyrządzili wam jakiej krzywdy.
— Wielką okażecie mi przysługę! — odezwał się Player skwapliwie. — Nie mam wcale zamiaru z nimi się spotkać.
— Pięknie! Dogodzę waszym chęciom, biorąc was ze sobą w góry Yuma do naszego przyjaciela Meltona.
Zakłopotanie Playera rosło. Wiedział przecież, że słowa moje zawierały tylko ironję i że o żadnej opiece nie mogło być mowy; musiał się raczej obawiać stosunku wręcz przeciwnego. Ażeby więc rozjaśnić sytuację, rzekł:
Przyjmijcie moje podziękowania, sir, za tę przysługę! Ale dlaczego zabraliście broń, jeśli mi tak dobrze życzycie?
— Dla waszego dobra, master Player. Gdyby Mimbrenjowie nadeszli, jeszcze przed naszym odjazdem, osławiona waleczność mogłaby skusić was do zupełnie zbytecznego popisu. Nierozważny krok obruszyłby czerwonych: dlatego odebraliśmy wam chwilowo te narzędzia, ze względu na zdrowie i bezpieczeństwo wasze.
Jeniec milczał, nie wiedząc, co ma na to odpowiedzieć. Ja zaś mówiłem dalej:
— Zajmiemy się jeszcze gorliwiej waszem dobrem, mianowicie, zwiążemy was nieco, żebyście przypadkiem nie rozdrażnili Mimbrenjów, a wreszcie — przeszukamy wasze kieszenie; mogą zawierać przedmioty, któreby się nie podobały czerwonym.
— Sir, czy mówicie poważnie? — wybuchnął Player. — Co wam zawiniłem, że napadliście, że chcecie mnie związać i zrewidować?
— Nam? — Nic! Przecież mam przyjemność widzieć was niemal po raz pierwszy; co więc złego mogliście mi wyrządzić?! Ale ponieważ życzycie sobie szczerości, więc powiem, czego od was chcę. Czy byliście w Almaden alto?
— Nie; jeszcze tam nie byłem.
— A ja mówię, że byliście; ponieważ nie chcecie dobrowolnie odpowiadać, więc wam usta otworzę. Jeśli przypuszczacie, że uda się „Playerowi“ mnie oszukać, to dostaniecie takie cięgi, iż wam skóra popęka. Zwiążcie go!
Wezwanie skierowałem do Mimbrenjów; równocześnie chwyciłem Playera jedną ręką za gardło, drugą za pas i przycisnąłem do ziemi. Opierał się wprawdzie, krzyczał, o ile na to pozwalało ściśnięte gardło, rzucał rękami i nogami, niezadługo jednak leżał już skrępowany.
— Co wam przychodzi do głowy! Co wam zrobiłem złego? — krzyczał. — Ja nie jestem zwykłym człowiekiem. Macie przed sobą mormona; należę do świętych dnia ostatniego. Teraz wiecie już, jak macie się ze mną obchodzić!
— Tak, teraz wiemy! — odpowiedziałem. — Należycie do tej samej sekty, co Melton, i będziecie traktowani jota w jotę, jak on.
— O nieba! — krzyknął rozpaczliwie. — Czy chcecie mi wyłamać ręce?!
Poprzednio wyznaczyłem mu kije; bastonada jednak jest widowiskiem niemiłem. Ponieważ sam naprowadził mnie, aczkolwiek przypadkowo, na środek daleko skuteczniejszy, więc postanowiłem odwołać się do niego. Chwyciłem jeńca za dłonie. Obawa przed złamaniem rąk musi, bądź co bądź wywrzeć skutek pewniejszy, niż tuzin batów. To też, zaledwie nacisnąłem mocniej, wrzasnął Player w najwyższej trwodze:
— Nie! Stać! Nie łamać! Nie łamać! Powiem wszystko!
— Zgoda, będę pobłażliwy i zaczekam jeszcze. Ale odpowiadajcie prawdą na moje pytania! Za kłamstwo pękną wam kości natychmiast! Więc byliście w Almaden, a także w Fuente de la Roca?
— Byłem.
— Znacie tę okolicę tak dokładnie, że możecie służyć za przewodnika?
— Tak. Bywałem tam częściej; jeszcze przed Meltonem i Wellerami.
— Więc wy byliście właściwym wywiadowcą, wysłanym dla zbadania okolicy?
— Tak jest. Ja zwróciłem uwagę Mełtona na hacjendę i na kopalnię.
— Wychodźcy zostaną wywiezieni do Almaden alto i zaprzęgnięci do pracy pod ziemią?
— Tak.
— Tak postanowiono jeszcze przed sprowadzeniem ich z Europy?
— Tak.
— Czy są tam Yuma?
— Są w Almaden i w Fuente. Po drodze rozstawiono posterunki w odległości jednego dnia jazdy konnej. Każdy posterunek składa się z pięciu ludzi.
— Na co wam potrzebni Yuma w Almaden?
— Mają się starać o prowiant i przewóz, za co zostaną wynagrodzeni dochodem z kopalni.
— Ilu ich jest?
— Trzystu obozuje w Almaden, dwudziestu w Fuente, a posterunków, o których poprzednio mówiłem, jest cztery.
— Kiedy emigranci przybędą do Almaden?
— Z pewnością są już na miejscu.
— Ilu z nich pójdzie pod ziemię?
— Wszyscy.
— Przecież dzieci chyba nie pójdą?
— Wszyscy; dzieci także.
— Skoro tak, to nie mamy czasu do stracenia. Musimy wyrzec się odpoczynku i ruszyć natychmiast. Czy mój brat Winnetou zgadza się na to?
— Winnetou uczyni wszystko, co Old Shatterhand uważa za stosowne — odpowiedział Apacz.
— Dobrze! Posłuchajcie więc, co, według mego zdania, należy przedewszystkiem zarządzić!
Z temi słowy odszedłem na bok, żeby Player nie mógł słyszeć naszej rozmowy, i rzekłem do młodszego syna Nalgu Mokaszi:
— Mój mały brat wie, co zeznał Player. Ażeby wziąć do niewoli dwudziestu Yuma przy Fuente oraz owe cztery posterunki, potrzebujemy trzydziestu Mimbrenjów. Niech więc mój brat pojedzie do tych wojowników, którzy prowadzą trzody, i, wziąwszy trzydziestu ludzi, pośpieszy zpowrotem za nami. Dziewiętnastu zostanie przy trzodach, a jeden podąży do Nalgu Mokaszi i poprosi, aby stu wojowników czem prędzej pojechało za nami do Almaden. Skończyłem.
W dwie minuty później Mimbrenjo odjechał; po upływie pół godziny byliśmy również gotowi. Wyruszyliśmy w drogę prowadząc ze sobą Playera, przywiązanego do konia. Narazie więc było nas trzech przeciw trzystu nieprzyjaciołom, ale nie miałem czasu na wahania tam, gdzie rozstrzygał się los moich ziomków. — —


Przypisy

  1. Źródło skalne.
  2. Gracz; tutaj szuler.
  3. Czytaj: Cziwawa.
  4. Zastępca.
  5. Prawnik, jurysta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.