Tempo!/XI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Tempo! |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1932] |
| Druk | Zakłady Wyd.-Druk. „Praca” |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W owych czasach odległych nie było w Warszawie taksówek motorowych, autobusów i tramwajów „szybkobieżnych“. Aleje leżały gdzieś strasznie daleko za miastem, na wyścigi jeździło się dziwacznemi wehikułami. Latem — pod wieczór — śmietanka towarzystwa w koczobrykach, powozach, landach, landarach, dryndach krążyła między placem Trzech Krzyży i Belwederem, co tworzyło t. zw. „corso”, a poczciwą Dolinę Szwajcarską nazywano we wszystkich kurjerkach górnolotnie „letnim salonem”. Młodzież flirtowała w zielonych, zacisznych kątach tego salonu, na estradzie smyczkowała i dmuchała w trąby i flety orkiestra symfoniczna. Byliśmy wtedy widać muzykalniejsi niż teraz, bo do Warszawy zjeżdżali często dyrygenci o sławie europejskiej, grywano w krzakach, pod drzewami Wagnera, Czajkowskiego, „Symfonję niedokończoną“, uwerturę „Rok 1812“ i „Symfonję z ucieczką“.
Na koncertach poważniejszych, piątkowych, siadywał w pierwszych, pustych zwykle, rzędach pewien starszy pan w miękkim filcowym kapeluszu i bardzo ciemnych okularach. Rozmowy i zwłaszcza fenomenalne dowcipy na temat Wagnera, „Tannhäusera“ i młotów parowych w fabryce Lilpopa przeszkadzały mu widocznie, bo przenosił się na krzesło najgorsze, przy samej estradzie, i nasunąwszy kapelusz na czoło, słuchał uważnie. Przychodził zawsze sam, nie rozmawiał z nikim, high-life warszawski go nie zajmował.
Nieraz zastanawiałem się nad tem, jak skromnemu siwemu panu wyrazić moją cześć i uwielbienie. Pochłaniałem już w latach dziecinnych wszystkie jego książki, wzruszałem się do łez „Michałkiem“ i „Kamizelką“, czytałem ojcu na głos jego przepyszne kroniki... I śmiałem się na głos z „Grzechów dzieciństwa“, z wesołych studentów, z przemytników w „Pograniczu“, z kelnera, wołającego „dwie herbeti“... Jak mu powiedzieć, że czytałem nawet jego — dziś zapomniane — rozprawy filozoficzne o „najogólniejszych ideałach życiowych“, że był dla mnie zawsze ideałem pisarza...
W modnej powieści znalazłem wtedy właśnie kilka naiwnych zdań, które utkwiły mi w pamięci: „Kłaniamy się nietylko znajomym osobistym. Składamy ukłon osobom ukoronowanym... Ukłon wogóle oznacza szacunek...“ Tak? Dobrze, Doskonale.
I kiedym go znów spotkał przed drewnianemi wrotami Doliny, zerwałem czapkę studencką z głowy... Starszy pan odkłonił się grzecznie.
Jeden z moich figlarnych — Malewskich czy Patkiewiczów — kolegów dał mi natychmiast, słusznie zresztą, kułakiem pod żebro: „Cóż wy mi tu, warjacie kiepski, imponować chcecie, czy co? Znacie Prusa?“
I to już chyba wszystko... Wiem jeszcze z podań rodzinnych, że ze stryjem moim grywał w szachy i że w piśmie swojem zamieścił ongiś zagadkę do nagrody: „Jakiemi matami można pobić Winawera?“ Odpowiedź: „Ar-matami“. Studjów, życiorysów ani rozpraw nie czytałem. Nie wiem, jakie krytyka oficjalna wyznaczyła mu wreszcie stanowisko w literaturze. Ale „Lalkę“ mam w domu, i ilekroć pożółkłą książkę otworzę na str. 162 t. II, to po dwóch nieprzespanych nocach zamykam t. III na str. 408, ostatniej.
Starszy pan nosił bardzo ciemne szkła, ale miał wzrok jasnowidza. Musiały się za temi niebieskiemi okularami kryć jakieś nieprawdopodobne, jedyne, głębokie oczy...
Jego Warszawa sięgała właściwie od pochylonego króla Zygmunta do siedzącego Kopernika, a jednak... Posłuchajcie. Wokulski skręca Jerozolimską na Powiśle i spostrzega piaskarza, który wiezie swój nędzny towar i zachwala go głośno, a także gromadkę rozkosznych chłopaków, którzy rzucają kamieniami w przechodzących Żydów... Sześćdziesiąt lat minęło, miasto się rozrosło potwornie: na Koszykowej codzień tym samym wysilonym, przeraźliwym głosem zachwalają obdarci, nędzni ludzie pęczek rzodkiewek! albo lep na muchy! a w śródmieściu całe gromady rozkosznych, rozigranych pędraków trudnią się rzucaniem kamieni, i t. d. Po tylu latach każde słowo tkwi, „siedzi“. Każde zdanie tego pisarza ma wartość wieczną, każde nabite jest obserwacją, treścią, i przypomina owoc dojrzały.
Czasem w kilku prostych słowach tkwi zalążek świetnej noweli. Wokulski myśli o dumnej Izabeli: „Kobieta, która przy takich, jak ja, parwenjuszach nie wahałaby się kąpać“. Przecież to stenograficznym skrócie jedno z najświetniejszych opowiadań wielkiego Czechowa („Córa Albjonu“).
A dialogi, te zazwyczaj wymuszone, sztuczne, przysłowiowe dialogi powieściowe? Prus jest stanowczo najlepszym komediopisarzem polskim. Dlaczego nie pisał utworów teatralnych — nie wiem, ale osobnik, który na pytanie: „A pan dokąd jedzie?“, odpowiada krótko: „W Brześć“, albo woźny sądowy, mitygujący publiczność wezwaniem: „Dlaczego się panowie tak pchają? Czy panowie są bydło?“, trwaliby na scenie znacznie dłużej niż nasze najdowcipniej pomyślane epizody...
I rzecz doprawdy tragikomiczna: co pewien czas regularnie przytrafia się komuś w literaturze polskiej ten sam wypadek, który się zdarzył na lodowcach antarktycznych dzielnemu kapitanowi Scottowi: kiedy głośny podróżnik dotarł po niewysłowionych trudach do bieguna, zastał tam flagę Amundsena. Ile to razy nasze szumne, buńczuczne wyprawy w nieznane kraje kończyły się nieoczekiwanem odkryciem: Prus już tam był, przed nami. Ile razy znajdowaliśmy jego chorągiew, zatkniętą na biegunie?
Przed laty młody Kraków, karmiony do przesytu frazeologią romantyczną, zbuntował się przeciwko wszechwładnej a mglistej poezji operowej. Wytoczono najtęższe kolubryny, jęto prażyć i walić kartaczami w nieznośną mgłę i galaretę, wysunięto na front typ prostego, dzielnego, trzeźwego, prozaicznego człowieka, Amerykanina, Anglika. W zapale bitwy nikt nie spostrzegł, że Prus już dawno bił oburącz w zaspany, senny, ślamazarny świat ideałów staropanieńskich i bohaterów teatralnych. Młody Kraków opowiadał... historję kupca galanteryjnego:
„I tu uderzył go jeden dziwny szczegół: kiedy z własnej literatury wyniósł złudzenia, które zakończyły się rozkładem jego duszy, — ukojenie i spokój znajdował tylko w literaturach obcych“. „Czy my doprawdy jesteśmy narodem marzycieli i czy już nigdy nie zejdzie anioł, któryby poruszył betsedejską sadzawkę?...”
... Oczywiście — Wokulski był dla gawiedzi. W najgłębszej głębi ducha starszy pan — pozytywista — był też marzycielem i ukrywał przed wzrokiem ciekawych przechodniów pewien ideał — ideał na owe czasy tak nieprawdopodobnie śmieszny, dziecinny, dziwaczny, że wstydliwy pisarz nie mógł go odrazu rzucać na łup czytelnikowi. Dlatego ostatni rozdział „Lalki“ ma zamiast nagłówka ów „ — ? — “, dlatego niewiadomo, co wynalazca Ochocki chciał powiedzieć na ucho umierającemu Rzeckiemu i dlatego przez długie lata dręczyła mnie zagadka, co się właściwie stało z Wokulskim?
Teraz dopiero wiem. Po pięciu latach własnej „Bocznej anteny“ domyśliłem się nareszcie.
Pozytywista w ciemnych szkłach wierzył w „lekkie metale“ Geista, które, nawiasem mówiąc, wykombinował sobie genjalnie, bo cała dzisiejsza fizyka rozpisuje się i rozprawia o t. zw. „upakowaniu molekuł“ w ciałach.
Starszy pan wierzył święcie, że Nauka poprowadzi ludzkość ku lepszej przyszłości, ta rozumna, spokojna, przyrodnicza Nauka, wiedza Newtonów i Koperników. Sześćdziesiąt lat temu wyruszył z piachów nadwiślańskich i zawędrował aż tam, gdzie dziś stoją H. G. Wells i G. B. Shaw, Bertrand Russell i Einstein.
Mówili mi ci, co go znali osobiście, że przez ostatnie lata życia chorował na „obawę przestrzeni“...
Trudno się dziwić. Zabrnął na najwyższe cyple, niósł skromną chorągiew na najdalszy biegun, wzniósł się tak wysoko, jak nikt przed nim i nikt po nim w pozornie zamożnem piśmiennictwie.
I dziś jeszcze jest sam i nie rozmawia z nikim, jak na owych koncertach w Dolinie.
High-life literacki dowcipkuje hałaśliwie i flirtuje w dalszych rzędach.