Tempo!/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Tempo! |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1932] |
| Druk | Zakłady Wyd.-Druk. „Praca” |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Rok wielkich wspomnień... Anglicy obchodzą rocznicę Darwina i Szekspira, wybudowali olbrzymi teatr w Stratfordzie nad Avonem i ludność małej mieściny, w której się największy dramatopisarz urodził, paraduje w kostjumach historycznych, a przedstawiciele 70 narodów składają wieńce na grobie genjalnego poety. Niemcy przypomnieli światu, że minęło lat pięćdziesiąt od głośnego odkrycia Kocha, które nieszczęsną schorowaną, dziesiątkowaną przez bakcyla gruźlicy, ludzkość nową napełniło nadzieją, i minęło lat sto od chwili, kiedy twórca „Fausta“ zamknął powieki.
Ten przypadek kalendarzowy sprawił, że ludzie znów poczynają się zastanawiać nad kwestią, kto żyje dłużej w pamięci potomnych: wielki uczony, czy wielki artysta? I jedna strona tej pozornie naiwnej kwestji zasługuje na pewno na uwagę.
Kiedy wielki teatr w małym Stratfordzie nad rzeką Avon wystawia dziś wobec przedstawicieli 70 państw, księcia Walji, Bernarda Shawa i zebranych tłumów dramat p. n.: „Henryk IV“, nic się w tej sztuce od trzech wieków nie zmieniło, prócz akcentu w kilku wyrazach i nic do niej potomność nie dodała, prócz chyba dekoracyj i maszynerji teatralnej. Dzieło pisarza trwa, jest wiecznie jednakowe, stulecia pokrywają je lekkim pyłem, ale go nie przekształcają.
Podczas uroczystości ku czci Goethego w Paryżu dodano w tłumaczeniu do dramatu „Clavigo“ pewien dialog, ale to wywołało głośne protesty i nawet oburzenie. Człowiek poważny nie powinien szpecić arcydzieł i domalowywać wąsów na obrazach mistrzów.
Inaczej zupełnie postępujemy z dziełami znakomitych przyrodników. Cenimy genjalnego i nadludzko wytrwałego Roberta Kocha, ale niektóre jego poglądy na prątki gruźlicy obalono już za życia świetnego bakterjologa. Czyn Darwina pozostanie w dziejach i nazwisko wielkiego uczonego wymieniać będziemy obok nazwisk Kopernika, Newtona... Tylko, że teorja Kopernika inaczej dziś wygląda, niż w wieku XVI. Najpierw zmieniono to i owo w orbitach planet, później rozszerzono nieco pojęcia o wszechświecie, a wreszcie Einstein, Eddington, de Sitter dotarli aż do jądra sprawy. Nie możemy już dać gardła za to, że ziemia się obraca naokoło słońca. To jest tylko wygodniejszy i prostszy pogląd, ale czy jedynie i wyłącznie słuszny? Żadne doświadczenia ziemskie rozstrzygnąć kwestji nie mogą, bo ruchu „absolutnego“ dziś nie uznajemy, o „eterze“, który miał być w spoczynku absolutnym i ten ruch normować, jak policjant, mówimy tylko od niechcenia w wykładach popularnych, w braku lepszych hipotez.
I „ciążenie powszechne” Newtona uległo zmianom poważnym. Fizyka dzisiejsza wyobraża sobie inaczej „pola grawitacyjne“, tworzy nowy światopogląd, wprowadza bardzo skomplikowane pojęcia o krzywiźnie przestrzeni, o tożsamości masy i energji. Znajduje fakty astronomiczne, które za temi nowszemi teorjami dobitnie przemawiają.
Nic dziwnego, że i potężne dzieło Darwina ostać się nie mogło: potomni dopisali tu i ówdzie komentarze, wprowadzili poprawki przez lat 75 najbystrzejsi badacze gromadzili materjał w muzeach i księgach, przerzucali warstwy geologiczne, kopali na Jawie i w Chinach. Stwierdzono, że wielki przyrodnik angielski — genjalną intuicją wiedziony — wydarł przyrodzie jedną z tajemnic najważniejszych: jej główny plan operacyjny. Myśl zasadnicza książki „o powstawaniu gatunków“ była słuszna — to, co dziś żyje, rozwinęło się z tego, co żyło wczoraj. Odmienne formy wywołane zostały odmiennemi warunkami. „Ewolucja“ nie jest już hipotezą, stała się nieomal faktem stwierdzonym, oczywistym. Zato przyczyny, które owym wieczystym „prądem życia“ kierują, wyglądają dziś nieco inaczej, niż w teorji pierwotnej. Hipotezy dawniejsze trzeba było uzupełnić, zmienić w bardzo ważnych punktach.
Najwięcej nieoczekiwanych zmian stwarza jednak gorączkowa technika. Genjalny Hertz, odkrywca fal elektrycznych, zdziwiłby się bardzo, gdyby mógł zobaczyć, jak dzisiejsi wynalazcy przekształcili jego „iskiernik“ pierwotny. Stephenson oniemiałby na widok lokomotywy współczesnej. Gutenberg patrzałby godzinami, otworzywszy usta szeroko, na linotyp i maszynę rotacyjną. Diesel nie marzył na pewno o takim niebywałym rozwoju silnika spalinowego, bracia Lumiere i Edison o dzisiejszych triumfach ich latarni czarodziejskiej.
Niedawno zmarły znakomity chemik niemiecki Ostwald, wydawał przez czas dłuższy specjalną bibljotekę „klasyków“. Były to przedruki oryginalnych rozpraw Newtona, Huygensa, pierwszych prac i komunikatów Faradaya, Hertza. Klasyk nauki ścisłej różni się jednak wyraźnie od klasyka literackiego. Nie ma tej ambicji, żeby każde słowo jego dorobku trwało niezmiennie przez wieki. Jego błędy są czasem dla potomnych równie pouczające, jak jego triumfy. Niedawno stwierdzono np., że głośny astronom Lowell omylił się w wyliczeniach i dlatego doszedł do wniosku, iż jakaś jeszcze planeta krążyć musi za Neptunem. Planetę znaleziono istotnie — i nawet dokładnie w miejscu przewidzianem — choć rachunek był nieścisły...
Wielki uczony nie wstydzi się tych błędów, omyłek, śmiesznych nieraz przypuszczeń... Wie, że jego dzieło poprawią inni. Jego triumfem największym jest to, że wskazał nową drogę, wiodącą ku prawdzie.