Tempo!/VII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Tempo! |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1932] |
| Druk | Zakłady Wyd.-Druk. „Praca” |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Rocznica Kocha (minęło niedawno lat pięćdziesiąt od chwili, kiedy głośny bakteriolog odkrył prątki gruźlicy) przypomniała czytelnikom gazet i czasopism, że wiedzą bardzo mało o pewnej groźnej, bohaterskiej, wielkiej wojnie. Biorą w niej udział tłumy nieznanych ludzi, odzianych w kitle i uzbrojonych w mikroskopy. Od wyniku walk zależy wszystko, przyszłość, cywilizacja, byt człowieka. Zdarzało się, że najpiękniejsze kraje na ziemi pustoszały nagle, bo miljonkroć groźniejsze od hord Dżengis-Chana bakcyle dżumy albo żółtej febry kładły pokotem najsilniejszych wojowników. Nie dawały pardonu, nie uznawały rozejmów. Wielkie epokowe dzieła — już rozpoczęte, albo prawie wykończone, np. kanał panamski — porzucać trzeba było, bo mały mikrob dziesiątkował robotników i zmuszał armje inżynierów do odwrotu w popłochu i panice. Najżyźniejsze pola leżały odłogiem, lądy i części świata, wyspy, wybrzeża były przeklęte, budziły strach i grozę.
W pięknej książce pisarza amerykańskiego de Kruifa, która ukazała się w przekładzie polskim, znajdziemy świetne opisy tych walk wiekopomnych człowieka z jego najstraszliwszym wrogiem — mikrobem. Minęło lat dwieście pięćdziesiąt zaledwie od dnia, kiedy Holender Leeuwenhoek, który tak cudownie umiał szlifować szkła, skierował soczewkę mikroskopu na kroplę wody i dojrzał w niej miljardy stworzeń żywych — „zwierzaków“... Od tego pierwszego rekonesansu daleko było jeszcze jednak do pierwszych kroków zaczepnych. Nikt wtedy — ani nawet znacznie później — nie chciał wierzyć, że bakcyl może być przyczyną choroby i jeszcze na schyłku zeszłego wieku słynny profesor monachijski, Pettenkofer, połknął razu pewnego całą probówkę zarazków cholerycznych, by dowieść, że to nie one przenoszą epidemję! Pasteur musiał staczać homeryckie boje z członkami Akademji, profesorami, głośnymi medykami, Koch miał nieprzejednanego wroga w sławnym Virchowie. Trzeba było zdobywać teren krok za krokiem, tysiącami doświadczeń stwierdzać, że pewien — ściśle określony bakcyl — powoduje pewną, określoną chorobę. — Trzeba było te mikroby nietylko odkrywać, ale hodować w odrębnych kolonjach, badać rozwój ledwie dostrzegalnych istot żywych, tropić je, śledzić, jak się rozmnażają i przenoszą z miejsca na miejsce. Trzeba było szukać mozolnie odpowiedniej pożywki, która rozwojowi tych drobnych a straszliwych wrogów sprzyja, a następnie pracą wytężoną odnajdywać w olbrzymim arsenale broń, która ich najpewniej uśmierca.
Rzecz ciekawa — nową, błogosławioną naukę stworzyli właściwie... dyletanci. Pasteur ogłosił kilka prac z chemji, a musiał badać chore jedwabniki, Koch był skromnym lekarzem wiejskim, a trafił na przyczyny straszliwej zarazy, dziesiątkującej bydło (wąglik), znalazł sposoby barwienia bakteryj. Wielki twórca szkieł optycznych i Kolumb w owym niewidzialnym świecie, Leeuwenhoek, był w Delfcie skromnym urzędnikiem magistrackim i właścicielem małego sklepiku.
Gdzie zresztą mieli pobierać wówczas lekcje i kto ich miał uczyć strategji i skutecznych metod walki? Musieli się zwrócić wprost do jedynej mistrzyni, Przyrody i stawiali pytania Naturze. Eksperymentowali... Nie zwracali uwagi na księgi, druki, autorytety. Każdy fakt sprawdzali setki razy. Stwierdzili, że mikroby mają „rodziców“, i nie powstają tak sobie z niczego, samorodnie, że podlegają pewnym przemianom, że dzielą się na odrębne gatunki, mają cechy charakterystyczne i różne koleje życiowe. Niektóre z nich rozwijają się dopiero w specjalnym gatunku moskitów — jak mikrob żółtej febry — albo much tse-tse — jak zarazek straszliwej śpiączki afrykańskiej.
Wysuszono bajora, zalano naftą kałuże, wypowiedziano walkę komarowi, przenoszącemu zarazę i powoli żółta febra zniknęła z cudownych żyznych okolic w Indjach, na Kubie, na Madagaskarze. Piękne kraje włoskie wyzbyły się straszliwej malarji. Dżumę umiejscowiono, epidemja cholery znana jest ludziom ze straszliwych legend i nowel Poego. Któżby zresztą spisał wszystkie triumfy i zwycięstwa w bojach z przeraźliwemi bakcylami? Po dniach i nocach instytut Pasteura w Paryżu, instytut Kocha w Dahlem, instytuty amerykańskie Rockefellera pracują nad szczepionkami, odtrutkami, antytoksynami. Genjalny Ehrlich pierwszy zastosował w tej wojnie broń chemiczną i teraz wielkie fabryki produkują niezawodną amunicję: salwarsan. Długa jest jeszcze lista naszych wrogów, zaciekłych, nieuchwytnych i niezwalczonych, ale front naukowy, który dziś przebiega przez wszystkie laboratorja świata od Japonji do Ameryki Południowej, przesuwa się ustawicznie naprzód. Bakterjologja zdobywa coraz nowe i coraz bardziej zdumiewające fakty, znalazła sprzymierzeńców w żyjątkach jeszcze mniejszych niż mikroby i umie mobilizować owe „bakterjofagi“ w wypadkach, kiedy inne środki zawodzą. I drogą, wskazaną przez Kocha, Pasteura, Teobalda Smitha, Reeda, maszerują zwartą ławą legjony dzielnych pracowników laboratoryjnych...
„Cywilizacja“ ma jednak i dobre strony, nie zasługuje na to, żebyśmy o niej ciągle mówili z przekąsem i pisali w cudzysłowie.