Tempo!/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Tempo! |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1932] |
| Druk | Zakłady Wyd.-Druk. „Praca” |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Słowa zużywają się prędko w ustawicznym obiegu, jak banknoty albo bilon, często nie wiemy już dawno, co jakiś stary, sterany krążek czy papierek wyraża, i często nawet rzeczoznawcy nie mogą rozstrzygnąć kłótni, która wybuchła w sąsiednim sklepiku. Spór o słowa, ale co te słowa właściwie oznaczają?
Takim wyświechtanym, paskudnym, bezwartościowym wyrazem z „krzyżówki“ jest przydługie słowo „popularyzacja“. Już brodaty poczciwy Brehm walczyć musiał z zoologami do upadłego, bo osaczyli go jak dzikie bydlę w kniei i dźgali ostremi zarzutami, że za dużo sobie pozwala, że za wiele ma fantazji, ciepła polotu, że jego „Życie zwierząt“ jest zanadto zajmujące. „Popularyzator“ bowiem musi być nudny, musi każde zdanie zaopatrywać co najmniej w dwa odsyłacze, nie może pominąć nazwiska najmniejszego belfra na najmniejszej wszechnicy, nie może pisać z entuzjazmem o najgenialniejszej teorji, którą sam wyznaje, musi każdy wybuch natychmiast gasić uwagą: „dla ścisłości zaznaczyć tu winienem, że Hosenknopf ma inny pogląd na sprawę“. Samo określenie „popularyzator“ narzuca pisarzowi natrętnie jakieś obrzydliwe obowiązki, jego książka prawem kaduka dostaje się w ręce niepowołanych recenzentów, i jacyś nudni, niepotrzebni ludzie wygłaszają o niej zakatarzonym głosem nieciekawe opinje.
Lat temu kilkadziesiąt można się było pogodzić z takim stanem rzeczy. Bo wreszcie Brehm odniósł tryumf, zwyciężył, jego „Życie zwierząt“ przetrwało „życie uszczypliwych zoologów“ na katedrach, książek prawdziwie dobrych (w tym rodzaju) było wówczas mało. Literat — jeżeli go pociągały tematy naukowe — pisał wtedy powieści, jak niezrównany Verne, najmilszy autor naszych lat dziecinnych, jasnowidz i genjalny wynalazca „w stanie utajonym“
Ale w czasach nowszych coś się — niema wątpliwości — stało w literaturze pięknej. Czujniejsi pisarze zrozumieli, że olbrzymia dziedzina twórczości ludzkiej — nauka — nie może być wiecznie otoczona parkanami, zasiekami z drutu kolczastego, plakatami: „Obcym wstęp wzbroniony“ — zwłaszcza że genjalny uczony, badacz, jak to pięknie opisał de Kruif, też przeważnie bywa intruzem, przybłędą, bezdomnym nicponiem, który się zakradł nocą przez dziurę w płocie na plac pilnie strzeżony przez belfrów. Leeuwenhoek, odkrywca bakteryj, miał kramik w Delfcie, Koch był skromnym lekarzem wiejskim, twórca fizyki nowszej, Faraday, pracował u introligatora. Matematycy do dziś dnia obrabiają jego pomysły, a on zwykłej arytmetyki dobrze nie znał — do końca życia.
Mimo surowych zakazów literatura wdarła się przemocą na teren niedozwolony — i to głównie od strony „historycznej“. Słyszeliśmy o szkicach, życiorysach powieściowych Stracheya, Maurois, Ludwiga, dowiedzieliśmy się o pięknej „Historji świata” Wellsa, lada dzień poznamy zdumiewające skróty perspektywiczne van Loona, który tak świetnie wodzi ostrem piórkiem po dziejach Ameryki „od Kolumba do Coolidge‘a”. „Zawodowcy“ nazwali tych wszystkich znakomitych pisarzy „feljetonistami“, kręcą nosem, ruszają ramionami, spluwają przez zęby. Nie chcą przyznać, że to dopiero Wells — out-sider — stworzył śmiało właściwą perspektywę, połączył w jednej kompozycji dzieje człowieka z dziejami globu, wyciągnął żywy sens przyrodniczy z butwiejących dokumentów i szpargałów. „Feljetonista“!
Ale najgorsze epitety dostają się tym pisarzom, którzy przeleźli przez parkan na jakimś innym froncie, dajmy na to — przyrodniczym. Tu okropne wyzwisko „popularyzator!“ budzi blady strach, popłoch i przerażenie.
To słowo właściwie nie ma dziś sensu. Nauki ścisłe zagarnęły nagle mocnem ramieniem tyle spraw i zagadnień, że każdy prawie publicysta, dziennikarz, powieściopisarz musi — chce czy nie chce — potrącać o tematy, związane z wiedzą przyrodniczą. Czy doprawdy maszyna mogła wywołać kryzys? czy można badać naukowo zdolności człowieka? gdzie jest kres świata i co ma robić filozof, kiedy go fizyk wyręczył? czy dotrzemy do innych planet rakietami? jaka jest rola artysty w wieku maszyn? czy świat się nie przeludni? czy starczy żywności dla wszystkich? czy znajdziemy w atomach nowe źródła energji? i czy stworzymy „chleb syntetyczny“? Einsteinowi — zaraz na brzegu, po wylądowaniu — zadał przed laty pewien zasapany dziennikarz amerykański pytanie: jak teorja względności zmieni życie normalnego człowieka? Pytanie nie jest takie naiwne i dziecinne, jakby się zdawało: zmieni! Każda wielka teorja naukowa miała zasięg olbrzymi. Teorja Kopernika, teorja Darwina przekształciły świat bardziej niż rewolucje, bitwy, armaty, pochody krzyżowe, wojny jednej róży z drugą.
Otóż — ktokolwiek z braci pisarskiej pocznie sobie na papierku rozważać jedną z tych ciekawych kwestyj, trafia niechybnie na belfra-cenzora, który dowodzi mu chrapliwym głosem: „popularyzator powinien“... Na wszystkie bogi niemieckie, pruskie, czy świetny Kisch „popularyzuje” Amerykę, kiedy pisze swe żywe, pulsujące reportaże? Czy doprawdy tak trudno zrozumieć, że powstał nareszcie za dni naszych — obok podróżopisarstwa — nowy wspaniały dział literatury: naukopisarstwo! Powtarzam: naukopisarstwo.
Zwracam się do wszystkich ludzi dobrej woli i zaklinam ich, niech sobie ten wyraz przepowiedzą kilka razy głośno, niech go podrzucają zręcznie a stale znajomym w rozmowach kawiarnianych, propagują, puszczają w obieg — a przyczynią się do wyzwolenia literatury ze srogiej opresji, wyprowadzą nas może z domu niewoli! Za największe arcydzieło naukopisarskie albo wiedzopisarskie uważam książkę de Kruifa „Łowcy mikrobów“. Człowiek niebywałego talentu, rozmiłowany w w swej wiedzy, postanowił odmalować dzieje młodej nauki, wiedziony przedziwnym instynktem, trafia na najpiękniejsze barwy, maluje przepyszne rembrandtowskie portrety ukochanych pionierów, rzuca z rozmachem „al fresco“ takie obrazy, że Leonardo ucałowałby go w oba policzki... Myślicie, że rozbroił fachowców? że znalazł łaskę w ich oczach? Jeżeli mi wolno wnioskować z pewnej rozmowy telefonicznej, stawiają mu poważne zarzuty: w dwóch miejscach nie był dość „ścisły“, w dwóch nie dopisał odsyłacza. Jak wiadomo zaś, obowiązkiem popularyzatora... Dosyć! To słowo fałszywe wycofujemy z obiegu. Na szmelc, na pohybel.
Wells, van Loon, de Kruif są mistrzami naukopisarstwa współczesnego, podlegają innej, wyższej instancji... „Specjalista“, który o nich mówi, musi zdać szereg nowych egzaminów. I prawdopodobnie się obetnie.