Tempo!/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Tempo! |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1932] |
| Druk | Zakłady Wyd.-Druk. „Praca” |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pisma londyńskie ogłosiły niedawno, że w okresie feryj zimowych Sir William Bragg, laureat nagrody Nobla, wygłosi w poważnej, czcigodnej Royal Institution sześć wykładów o świetle dla dzieci. Ten cykl był podobno sto szóstym z rzędu. Słynni chemicy, fizycy, inżynierowie, biologowie gromadzą co pewien czas w aulach młodzież szkolną, opowiadają o postępach wiedzy, o współczesnych wyprawach w krainy nieznane. I podobno żaden z prelegentów nie skarżył się dotąd na młodociane audytorjum. Dzieci słuchają z zapartym oddechem, patrzą w skupieniu na światła rurek próżniowych, na fosforyzujące szkła, na błękitne aureole naokoło drutów. Pamiętam — takie wykłady należały również do obowiązków dyrektora frankfurckiego Instytutu Badawczego i profesor już na kilka dni przed terminem ustawiał w wielkiej auli przyrządy, sprawdzał, powtarzał doświadczenia, układał tablice — dbał o młodych słuchaczów więcej, niż o niejeden aeropag sław naukowych.
Nie ulega wątpliwości, że wynikami wiedzy można fascynować młodzież. Nawet trudna, zawiła astronomja, którą się dawniej zajmowali sędziwi, brodaci badacze, dziś — dzięki pewnemu wynalazkowi zakładów Zeissa — jest o wiele bliższa, zrozumialsza. Trzy czy cztery lata temu widziałem w Berlinie „planetarjum“ zeissowskie. Lampa projekcyjna rzuca na sztuczny strop niebieski planety, gwiazdozbiory, mgławice, prelegent pokazuje, jak to się wszystko nad nami obraca, jak wygląda niebo pod biegunem, na drugiej półkuli, pokazuje odmiany księżyca, planety, komety, urządza podróże naokoło świata... Takie teatry astronomiczne powstały w licznych miastach niemieckich, w Ameryce, Rosji, Japonji.
Berlin ma zresztą wielkie obserwatorium specjalne na przedmieściu (Treptow) i potężny nowoczesny refraktor, zakupiony, jeżeli się nie mylę, przez towarzystwo „Urania“, odsłania przed zdumionymi widzami tajemnice kosmosu, dziwy i cuda. Ilekroć Mars jest „w opozycji“, albo kometa zbliża się do nas, tłumy mieszczan wszystkiemi tramwajami zjeżdżają do obserwatorium, stają przed okularem lunety w ogonku, jak przed kasą teatralną, i oglądają zarysy lądów dalekiej planety, widma ciał wędrownych, albo — jeżeli się uda — plamy na słońcu.
Fizyka nawet tańszemi środkami może olśnić widza i ma stanowczo wielkie „walory spektaklowe“. W owym instytucie frankfurckim urządziliśmy — dawno już temu, bardzo dawno — pewnego wieczora olbrzymie „gaudium“ na cel dobroczynny. W salach laboratoryjnych stały pompy próżniowe — molekularne — najnowszego typu i na żądanie P. T. publiczności wysysały w mgnieniu oka powietrze ze szklanej bani, która poczynała nagle świecić zielonawo-żółtem światłem, wyrzucać z antykadoty promienie Roentgena i robiła z prelegenta „kościotrupa“, ukazując na ekranie te i owe części jego szkieletu. Żółtawe proszki (fosfory Lenarda) świeciły przeróżnemi kolorami i zmieniały barwę w płynnem powietrzu. Iskry strzelały z transformatorów Teksli i lampki elektryczne połyskiwały sinawo w pobliżu zwojów drutu. Nietylko wyfraczona publiczność otwierała usta szeroko. Musieliśmy przynieść podstawkę-skrzynkę dla Ekscelencji Ehrlicha — wielki, choć niewysoki uczony zainteresował się bardzo pewnemi prążkami, ale nawet wspinając się na palce nie sięgał do lunety. Mieliśmy po owym wieczorze fizycznym recenzje w pismach, w wytwornych salonach mówiono jeszcze długo o światłach, promieniach, iskrach, kolorach.
A od owego czasu fizyka posunęła przecież znacznie dalej słupy graniczne, zdobyła nowe tereny. Skroplono najupartszy z gazów, hel, i osiągnięto niebywale niskie temperatury. Metale stają się wtedy „nad-przewodnikami“, prąd elektryczny hula bez przerwy po spiralnie zwiniętym drucie, nie napotykając oporu, i zamienia się na elektromagnes potężny. Fale elektryczne opanowaliśmy całkowicie — odbieramy sygnały, które obiegły ziemię naokoło. Wytwarzamy napięcia olbrzymie w transformatorach, rozporządzamy miljonami woltów. Posiadamy już całe gramy radu i możemy pokazać w „alfaskopach“, jak się atomy rozpadają i jak ich cząstki uderzają w ekran, zapalając tu i ówdzie punkciki świecące. Możemy uwidocznić drogi elektronów w gazach, możemy snopy tych „atomów elektrycznych“ wyrzucić z rurki próżniowej. Komórka fotoelektryczna — czulsza niż oko ludzkie na najsłabsze światło — nadaje się do tysiąca ciekawych i zdumiewających pokazów. Profesor Wood z Ameryki dowiódł, że bardzo szybkie — już niedosłyszalne — dźwięki nie działają wprawdzie na ucho, ale niekiedy wywołują w nerwach wrażenie cieplne i jego pręty drgające parzą, jak rozpalone druty.
Bardzo wiele zjawisk oszałamiających utrwaliło — kino. Ten przyrząd fizyczny, który ściąga co wieczór kilkadziesiąt miljonów widzów do 40 tysięcy teatrów świetlnych, dobrze się przysłużył nauce. Wielkie wytwórnie — amerykańskie i niemieckie — mają już oddawna specjalne laboratorja i tu pod kierunkiem wybitnych fachowców powstają t. zw. „educational films“ — filmy naukowe. Utrwalono na zdjęciach mikroskopowych bakterje i ruchy molekuł (ruchy Browna), pokazano dosłownie, jak trawa rośnie, jak się rozwijają pąki, jak się rozmnażają owady. Zdjęto życie zwierząt w dżungli i odfotografowano najrzadsze ptaki. Każda ekspedycja polarna i każda wyprawa w niedostępne góry przywozi setki metrów taśmy filmowej. Bezlotki, wieloryby, białe niedźwiedzie, obyczaje ludożerców, plemiona azjatyckie, słonie, renifery, lodowe pola, Eskimosi, żółwie z wysp samotnych, ryby głębinowe, korale, gwiazdy morskie, — słyszymy o tych obrazach, czytamy hymny pochwalne w prasie, ale widzimy przeważnie tylko Gretę Garbo, bo zdaniem sprytnych dyrektorów kin tamte sprawy nikogo nie interesują...
Kto wie — może to omyłka? Może świta już epoka widowiska naukowego, przyrodniczego, wellsowskiego? Era teatru, w którym zamiast trójkątów małżeńskich i słów bylejakich będą parzące dźwięki, tragedje gwiazd, drgawki molekuł i narodziny życia? Uczniaki słuchały podobno w nabożnem skupieniu wykładów sira W. Bragga, laureata nagrody Nobla...
A dzieci mają instynkt prawdziwych pionierów.