Przejdź do zawartości

Tempo!/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Tempo!
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1932]
Druk Zakłady Wyd.-Druk. „Praca”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
DRUGI SĄD NAD SOKRATESEM!

Minęło dobrych kilka kwartałów od chwili kiedyśmy strwożonym czytelnikom oznajmili krótko o „najściu na filozofję“. Liga Narodów nie zajęła się tą sprawą. Oburzył się natomiast na mnie — nie wiem czemu — pewien myśliciel regjonalny. Upłynęło sporo mętnej wody w jego odczytach i feljetonach... Ale i to nie zmieniło faktów.
Każdy obserwator bezstronny przyznać teraz musi, że gwałtowne przesunięcie frontów naukowych wytworzyło bardzo ciekawą sytuację. Fizyka już w pierwszem natarciu — przed ćwierćwieczem — obaliła słupy graniczne i zajęła tereny, okupowane od wieków przez gadatliwych nudziarzy. O pierwszej pracy Einsteina mówiono jeszcze z przekąsem: „może i dobry fizyk, ale kiepski filozof! Zobaczymy, co oni na to powiedzą...“ Oni mówili dużo, całemi tomami, ale bez sensu. Sprawę rozstrzygnęli matematycy, badacze laboratoryjni, Michelson, Morley, Minkowski, Eddington, nie Bergson. Dziś już nikogo nie dziwi obrazek w piśmie ilustrowanem: fizyk Einstein i astronom de Sitter stoją w dalekiej Pasadenie przed tablicą, zapisaną cyframi, i dyskutują nad granicami wszechświata, kresem wszechrzeczy, stwierdzając że kosmos rośnie, że czterowymiarowa przestrzeń wybuchła ongiś jak bomba... Nikogo nie dziwi, że na głośnym zjeździe przyrodników Millikan z Jeansem spierają się o to, czy świat powstaje jeszcze i dzisiaj, czy też roztapia się w promieniowaniu i leci ku ostatecznej zagładzie. Fizycy roztrząsają dziś kwestję, czy „prawo przyczynowości“ ma dalej obowiązywać, czy atomy mają „wolną wolę“, czy przyszłość może być wyprowadzona z danej przeszłości. I nietylko o takich sprawach w biały dzień mówią, ale jeden z najświetniejszych młodych teoretyków, fizyk Werner Heisenberg, pisze: „Nun ist die Aufgabe der Philosophie sich mit der neuen Sachlage abzufinden“. Przemawia jak po wielkiej wojnie Anglja do zmiażdżonej Bułgarji. Zwięźle, krótko, stanowczo.
Dodajmy, że za naukami ścisłemi runęły naprzód i inne; biologja wykryła tysiące faktów zdumiewających i oczywiście zamieniła na kupę butwiejącej makulatury to, co sobie dawniejsi mądrale pisali o życiu. Fenomenalne metody genjalnego profesora Pawłowa otworzyły nowe horyzonty przed psychologją doświadczalną. I znów kupa szpargałów zapadła się w nicość. Wybitni matematycy-twórcy (Poincaré, Russell) sami jęli badać drogi myślenia logicznego, pisać o wartości teoryj i zasięgu hipotez... Co w tych warunkach ma do gadania „myśliciel na stołku“ (taki mniej więcej termin urobili Amerykanie)? Dawnej unosił się wysoko nad naukami, bujał w obłokach, jak pan i władca, dziś — nie może nawet zrozumieć Schrödingera albo Heisenberga. Nie ma odpowiedniego wykształcenia, nie umie myśleć — jest za tępy.
Stroję się niechętnie w cudze piórka, dlatego też zaznaczam, podkreślam, akcentuję wyraźnie: nie ja pierwszy krzyknąłem na alarm, nie ja pierwszy dojrzałem z bocianiego gniazda co się święci. W poprzednim artykule przytoczyłem już zdanie jednego z najświetniejszych pisarzy amerykańskich, Menckena. Dziś mogę się powołać na artykuł poważny, zamieszczony w „Scientific American“. O autorze nieraz pisałem — głośno dziś zresztą o nim w świecie cywilizowanym. Jest nim A. H. Compton, odkrywca „zjawiska Comptona“, jeden z najlepszych fizyków młodego pokolenia i laureat nagrody Nobla. Compton nie mówi tym razem o rzeczach specjalnych, laboratoryjnych, porusza historję nauki i zastanawia się m. in. nad tem, czemu niebywały rozkwit wiedzy prawdziwej nastąpił dopiero teraz, za dni naszych, i dlaczego np. nauka grecka — po świetnych początkach — zeszła na manowce, roztopiła się w taniem mędrkowaniu, uschła, nie wydawała owoców. I wskazuje palcem na złoczyńcę, który to sprawił: Sokrates! Tak jest! — ów mędrzec, wychwalany przez wieki z wszystkich katedr i przez wszystkich zawodowców, pchnął myśl ludzką na fałszywe tory, wierzył, że można samym nizaniem pustych sylogizmów na długie sznurki dojść do jakichś wyników istotnych, świętą „żądzę poznania“ zalał wodą „filozofji“, wstrzymał postęp na stulecia całe... ględził!
Rzecz ciekawa — Compton również nie jest pierwszym „obrazoburcą“. Już dziesięć lat temu ukazała się w Niemczech bardzo ciekawa książka bardzo ciekawego człowieka, — pisarza satyrycznego, Aleksandra Moszkowskiego, — książka, której nagłówek jest doskonałem streszczeniem idei głównej: „Sokrates, der Idiot“. Moszkowski przytacza całe dialogi z Platona, wykazuje, że słynna metoda greckiego pijaczyny, męża mądrzejszej od niego Ksantypy, polega na ustawicznych fałszerstwach logicznych, na kruczkach adwokackich, że nie mogła doprowadzić do żadnego celu, że była nudnem, niepotrzebnem, bezprzedmiotowem, odrażającem bełkotaniem. Gadanie zamiast badania, przypieranie słuchacza do muru, żonglowanie słowami... Można tem dziurę w brzuchu wywiercić, ale nie można odkryć promieni kosmicznych, fal elektrycznych, zjawisk spektralnych.
Bezmyślność, upozowana na Pallas-Atenę.
Kto przeczyta uważnie kilka tasiemców w rodzaju: „Przyznałeś, Krytonie, że śmierć się rodzi z życia, musisz więc też przyznać...“ i t. d., — woła za Moszkowskim, za poczciwą Ksantypą, za Arystofanesem: racja! święta racja! Sokrates był doprawdy jakąś hałaśliwą maszyną, nastawioną na „bieg wolny“ (na „Leerlauf“), nie wykonywał żadnej pracy, jego pytania i odpowiedzi przypominają słynne rozmówki z Ollendorfa albo kłótnie adwokatów z Dickensa. Puszczał bańki nosem, i nic więcej.
Nauka mogła powstać dopiero wtedy, kiedyśmy z tem bezpłodnem — „stołkowem“ — myśleniem, z tem oficjalnem przelewaniem z pustego w próżne zerwali ostatecznie. Poczynamy rozumieć, że konflikt współczesnej wiedzy ścisłej, zbrojnej w mikroskopy, teleskopy, cudowne obserwacje, wielokrotnie sprawdzone wzory i teorje najlepszych mózgów, konflikt tej prawdziwej, sumiennej nauki z mętną filozofją musiał się wreszcie skończyć pogromem brodatych belfrów, którzy zresztą nigdy nic do powiedzenia nie mieli, że „Kathederphilosophie“ albo — jak ją określa ktoś w książce Moszkowskiego — „paranoia paralitica philosophastrix“ wywołać musiała ciężki kryzys. Nie wynika stąd, żebyśmy tak zupełnie prawa do myślenia mieli się zrzec. Budujmy „światopoglądy“, owszem, ale bierzmy budulec od wytwórców, nie od pośredników.
O tym „drugim sądzie nad Sokratesem“ musiałem swoich czytelników zawiadomić. Trudno — obowiązek kronikarski. Ale tu znów podkreślam wyraźnie i zaznaczam dobitnie: nie ja nazwałem Sokratesa greckiego idjotą, chociaż go może za idjotę uważam.
Niech mi też wolno będzie wreszcie dodać kilka słów pro domo. Od pewnego czasu przyjął się u nas dziwaczny zwyczaj. Ilekroć jakiejś osobie bogobojnej nie smakuje teorja ewolucji — macza pióro w kałamarzu i napada z impetem na mnie! Ilekroć jakiś dziubuś z zakątka chce oznajmić tłumowi krewnych z Otwocka, że zna równania Newtona i dostał na egzaminie piątkę z fizyki, — polemizuje ze mną! Ilekroć inny ponury nudziarz chce się pochwalić, że czytał jakąś przeraźliwą niemiecką kobyłę pseudofilozoficzną, — wygłasza uszczypliwy odczyt o mnie i czeka, czy mu odpowiem.
Nie! Żadnych wyzwań nie przyjmuję i z atletami „wagi muszej“ walczyć nie będę. Niech panowie załatwią jakoś te spory między sobą. Umywam ręce i mam nadzieję, że sami jeden drugiemu zmyjecie głowy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.