Przejdź do zawartości

Tempo!/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Tempo!
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1932]
Druk Zakłady Wyd.-Druk. „Praca”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
MROWIE LUDZKIE.

Spis ludności, dokonany skrupulatnie i jednego dnia na całym świecie, dałby w rezultacie kilka cyfr bardzo groźnych. Jest nas w tej chwili na kuli ziemskiej prawie dwa miljardy, co trzy sekundy przybywa pięć osób i umiera trzy, co rok liczba mieszkańców naszego globu wzrasta o 12 do 14 miljonów. Statystycy — w porozumieniu z historykami — wyliczyli, że za czasów Newtona ludzkość składała się z 465 miljonów głów, za czasów napoleońskich z 800 miljonów, żeśmy się od pamiętnej bitwy pod Waterloo — potroili! Rachmistrze zawodowi ustalili t. zw. przyrost procentowy, wykreślili krzywe na papierze milimetrowym i opowiadają, co się stać może już po dwóch wiekach, jeżeli ludzkość tempa nie zwolni. Naszych prawnuków będzie sześć razy więcej niż nas — praojców. Grozi im głód, katastrofa, straszliwa walka o byt, o chleb, o miejsce na ziemi.
Tak mówią statystycy. Ale biologowie nie poprzestają na suchych cyfrach i kalkulacjach. Sięgają głębiej, badają sprawę inaczej. Natura — jak to powiedział na kongresie londyńskim jeden z najświetniejszych uczonych współczesnych, profesor Juljan Huxley — sama dotąd dbała o gatunki, kontrolowała ilość urodzeń i przyrost procentowy, troszczyła się o właściwe proporcje. Słaba mysz, narażona na tysiączne niebezpieczeństwa, „miota“ kilka razy do roku, drapieżna lwica rodzi raz na rok, a w rodzinie słoni nowy potomek zjawia się raz na trzy lata. Człowiek, dzięki rozwojowi techniki, nauki, wzmógł się tak na siłach, że już prawie nie ma godnego przeciwnika w przyrodzie. Zgnębił drapieżne lwy, potężne tygrysy, straszliwe rekiny. Zaczyna walczyć skutecznie jeszcze z groźniejszymi wrogami — z mikrobami. Niektóre epidemje starliśmy z oblicza ziemi, inne zlokalizowaliśmy i trzymamy w ryzach. Higjena i bakterjologja stają dzielnie w obronie noworodków, medycyna lada dzień zwalczy raka, gruźlicę, a nawet sklerozę. Już dziś „nadzieja życia“ jest dwa razy większa, niż dawniej.
A jednak — niekóre rasy giną, wymierają. Eskimosi nie wytrzymują zetknięcia z przybyszami, jakieś bakcyle ich dziesiątkują. Z badań dzisiejszych wynika, że to nie odwaga i męstwo hiszpańskich najeźdźców zwyciężyły ongiś dzielne plemiona amerykańskie, ale... bakcyle. Nie Kortez pobił Azteków, jak to opowiadają w romansach dla młodzieży, tylko mikroby ospy. Między jednym a drugim atakiem połowa mieszkańców oblężonego miasta umierała na epidemję. I dziś jeszcze ginie ludność wysp na oceanie Południowym, wymierają plemiona Indjan. Podobno narodom europejskim też grozi pewne niebezpieczeństwo.
Cóż mamy robić wreszcie? Na zjeździe londyńskim zabierali głos w tej sprawie najznakomitsi badacze: Huxley, Hogben, Macbridge, a najpoważniejsze dzienniki grubemi czcionkami drukowały główne punkty ich przemówień.
Czyż to nie „znak czasu“? Wyciągnęliśmy uczonego z cichej pracowni i każemy mu — metodami naukowemi — rozstrzygać najżywotniejsze dla nas kwestje. Czujemy, że od wyników jego badań zależeć muszą najważniejsze decyzje, nakazy prawne i przepisy, które byt i przyszłość pokoleń zmienić mogą.
I nietylko to jedno zagadnienie traktujemy teraz „przyrodniczo“. Wybór zawodu zależał dawniej od śmiesznych przypadków. Ktoś zostawał inżynierem, bo tego sobie życzył zamożny wujaszek, ktoś inny „szedł na weterynarza“, bo tak się podobało bezdzietnej ciotce Barbarze. Dziś powstały na terenie Stanów Zjednoczonych, w Rosji, w Japonji, w Niemczech dziesiątki laboratorjów psychotechnicznych. Uczeni starają się wynaleźć i ułożyć w jakiś system takie próby, „testy“, któreby określiły dokładnie zdolności przyrodzone kandydata. Ten nie nadaje się na szofera, bo ma zbyt małą „szybkość reakcji“, ów nie zdał egzaminu na lotnika, bo przyrząd laboratoryjny wykazał, że w rozrzedzonem powietrzu traci panowanie nad nerwami. Wielkie fabryki amerykańskie przykładają wielką wagę do tego rodzaju prób. Obmyślono testy optyczne, specjalne aparaty, które mierzą i sprawdzają zdolności orientacyjne, przytomność umysłu, pamięć i nawet... prawdomówność świadków. Powstały ciekawe studja nad „zatrzymywaniem obrazów“ w oku i dzisiejsze kino wiele im zawdzięcza. Nawet sportowcom nie darowano. Głośny laureat nagrody Nobla, A. V. Hill, ogłasza ciekawe dane o „maszynie ludzkiej”, zebrane na stadjonach i boiskach, każe młodym „lekkoatletom” przebiegać obok magnesów i aparatów samopiszących i rejestruje ich wyczyny — inaczej, niż gazety sportowe.
W ostatnich lat dziesiątkach poeci i beletryści nawrócili się również i — szerzej ujmują konflikty w zbiorowiskach ludzkich. Powieściopisarz Ewers napisał bardzo grubą książkę o mrówkach i z tego dzieła wywnioskować można, ile istnieje przeróżnych analogij między nami i niemi, jak świetnie „owad gospodarny” rozwiązał najtrudniejsze kwestje socjalne: sprawę bezrobocia, kontrolę urodzeń, jak wprowadził właściwy podział pracy, racjonalną opiekę nad „bezdomnem dzieckiem“, jak zdobywa pożywienie i zakłada spichrze dla rzesz pracujących.
Ongiś doszukiwanie się tego rodzaju podobieństw nazywano w nauce dość pogardliwie „antropomorfizmem” i poważny badacz unikał podejrzanych analogij, jak ognia.
Dziś uczeni badają zbiorowiska zwierzęce właśnie w tym celu, by wyciągnąć pewne wnioski, ważne dla społeczeństw ludzkich. Studjują na gromadzie izolowanych myszy wzrastanie i zamieranie t. zw. stałych epidemij w natłoczonych miastach, albo w społeczeństwie owadów szukają odpowiedzi na pytanie, czy istnieje jakiś kres, jakieś „maksimum zaludnienia” na świecie. Słowa „mrowie ludzkie“ nie są już obrazem poetyckim. Nauczyliśmy się je pojmować głębiej.
Nasze codzienne troski i kłopoty sprawiły, żeśmy „wrócili do natury“ i doświadczalnie, metodami przyrodniczemi, próbujemy rozwiązać niektóre z zagadnień gospodarczych.
Żyjemy w czasach, kiedy nawet ekonomiści szukają rady u biologów.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.