Tempo!/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Tempo! |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1932] |
| Druk | Zakłady Wyd.-Druk. „Praca” |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Muzycy paryscy zrzeszyli się niedawno, utworzyli wspólny front, zasypują władze projektami i petycjami. Muzyka mechaniczna, radjo, gramofon odbierają im chleb i pozbawiają ich pracy... Poważny krytyk jednego z tygodników londyńskich przytacza wyniki ankiety, z której wynika, że młodzież dzisiejsza nie zna już prawie wcale teatru — mówi i marzy o filmach, podróżniczych, romantycznych, naukowych, rysunkowych — ale tylko i jedynie o filmach... Pisma ekonomiczne rozpisują się szeroko i długo o „kryzysie kolonialnym“. Ryżu jest tyle w Indochinach, że Paryż nie wie, co z nim począć. Produkujemy 860 miljonów ton kauczuku (przed wojną tylko 140), a prócz tego wymyśliliśmy jeszcze kauczuk naukowy (syntetyczny). Zapasy zboża są dziś dwa razy większe, niż w roku 1913, zmagazynowaliśmy półtora miljona ton kawy (w roku 12‑tym zaledwie pół miljona), mamy teraz w składach dwadzieścia razy więcej cynku, pięć razy więcej miedzi, dwa razy więcej bawełny, niż przed wojną.
Powtarzamy więc tonem ponurym smutny wyraz „nadprodukcja“, ciskamy gromy na technikę, maszynę, na wynalazców. Czasami przy tej okazji i nauka coś oberwie. Uczeni oczywiście też nie są bez winy. A oto drobny przykład:
Urocza Holandja słynie z dawien dawna z hodowli ozdobnych kwiatów. Ogrodnicy cierpliwością i pracą wydobyli jakieś sekrety, podpatrzyli jakieś ważne tajemnice przyrody i w cieplejszych miesiącach roku całe pola pod Haarlemem płoną wspaniałemi barwami tulipanów i hiacyntów. Nietylko kwiaty kwitną, kwitnie też i handel cebulkami, których spore ładunki płyną przez kanał do zamożnej Anglji. Ale Anglicy w ostatnich czasach nauczyli się oszczędzać, liczą każdy grosz, nie chcą wydawać pieniędzy na import. Sir Daniel Hall, botanik, członek Royal Society, zajął się tulipanami, ogrzewa grządki parą i po trzyletnich próbach i doświadczeniach wyhodował jeszcze piękniejsze cebulki, jego tulipany rozkwitają nawet o dwa tygodnie wcześniej od holenderskich i nie podlegają pewnym chorobom, od których płatki „pstrokacieją“... Krótko mówiąc — mamy tu do czynienia z nową formą „podstępnej konkurencji“. Botanika naukowa walczy skutecznie — nie po raz pierwszy zresztą — z umiejętnością i doświadczeniem starych praktyków i zawodowców. — W ten sam sposób stacje doświadczalne w Ameryce, albo w Dahlem pod Berlinem wytwarzają od lat piękniejsze, odporniejsze, płodniejsze odmiany roślin pożytecznych, wielkie fabryki nauczyły się „gazować“ rolę, ogrzewać zagony wodą, odpływającą z chłodnic, hodować na gruntach okolicznych wspaniałe pomidory i zdumiewającą kapustę. Przemysł zabrał się do ogrodnictwa. Czerwone mury niektórych fabryk otoczone są latem inspektami i polami zielonemi — ale i to budzi protesty. Znów maszyna kogoś pozbawiła pracy...
Statystycy w Genewie obliczają już, że produkcja każdego z nas rośnie gwałtownie dzięki ułatwieniom technicznym. Wartość tego, co wytwarzamy, jest teraz o 337 procent większa (w Kanadzie), albo co najmniej o 76 procent (w Stanach) i powiększa się wszędzie na świecie.
Nie wiem, jaki na to sposób znajdą wreszcie ekonomiści i mężowie stanu, ale zaciętą walkę na froncie artystycznym, walkę kina z teatrem studjuję pilnie oddawna.
Technika otoczyła niezwykle czułą opieką jedną z młodszych swoich latorośli — kinetoskop Edisona i lampę braci Lumiere. Co miesiąc nieledwie słyszymy o nowych pomysłach: szersze taśmy, zdjęcia zwolnione, „przenośne“ krajobrazy, filmy barwne. Od kilku lat zaledwie istnieją dźwiękowce i już mamy przeróżne — coraz lepsze sposoby utrwalania tonów. W Paryżu wymyślono maszynkę, która ułatwia znakomicie „sonoryzację“ obrazów, a nawet tłumaczenie filmów dźwiękowych z jednego języka na inny. Aktor amerykański mówi w dramacie po angielsku, a sprytny tłumacz notuje spokojnie w pracowni ruchy jego warg i wkłada mu w usta świetnie dobrany tekst francuski. Co więcej — sfotografowane obok obrazków filmowych — na tej samej taśmie — drgania głosu ludzkiego, nasunęły bardzo ciekawą myśl wynalazcom. Czy nie możnaby „retuszować“, upiększać zdjęć dźwiękowych, jak retuszujemy zwykłe fotografje? Czy nie możnaby tego tonu trochę uszlachetnić, owemu odjąć przykre przydźwięki? Owszem! Można! Technika zaprasza kompozytorów z odrobiną fantazji do roboty: otworzyła przed nimi olbrzymie pole, mogą sobie hasać dowoli. Mogą wydobywać z taśmy dźwiękowca djabelskie trele, jakich niema w naturze, tworzyć akordy, pasaże, gamy niesłychane. Dramaturg może bardzo tanim kosztem skombinować Węgrzyna z Jaraczem — każe grać mimicznie jednemu, a mówić innemu. Wszystkie owe nieprawdopodobne tricki, któremi dawniej zadziwił świat film niemy, przenoszą się teraz w nową sferę — sferę dźwięków, Genjalny Caruso — na wezwanie nowoczesnego muzyka — wstanie z grobu i zaśpiewa fenomenalnym głosem arję z „Pajaców“, dawno przebrzmiałe srebrzyste soprany odezwą się raz jeszcze, ożyją.
Słowem — kino stwarza nowe możliwości artystyczne, daje twórcom oper i dramatów muzycznych jakby jeszcze jeden, nowy wymiar geometryczny. Kto wie, czy przyszły Wagner, Ibsen, Shaw nie stworzą z tych elementów, z tych głosów dawnych i dzisiejszych, zmarłych i żywych, naturalnych i sztucznie ulepszonych ciekawego dzieła, które odrazu usunie w cień nasze dotychczasowe, trochę już nudne formy sztuki widowiskowej.
Technika i jej „maszynka“ zatrudni wtedy i wciągnie do roboty nowych kompozytorów i autorów dramatycznych, da zajęcie nowym wykonawcom, tłumaczom, stworzy całe kategorje — nieznane dotąd — pracowników artystycznych. Nie odbiera ludziom chleba, wskazuje im tylko nową „ziemię obiecaną“...
Po głębszym namyśle doszlibyśmy prawdopodobnie do wniosku, że inne zarzuty, stawiane maszynom i motorom, są — równie bezpodstawne. Każdy wynalazek zmusza nas do pewnej „duchowej przeprowadzki“ — na to niema rady.