Przejdź do zawartości

Tempo!/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Tempo!
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1932]
Druk Zakłady Wyd.-Druk. „Praca”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
FRONT RUCHOMY.

Trudne podręczniki szkolne, grube, nabite faktami encyklopedje sprawiły, że wyobrażamy sobie naukę zupełnie inaczej, niż ongiś rzeźbiarze greccy. Zamiast kształtnej postaci symbolicznej widzimy osobę kanciastą, surową, która sypie prawami, formułami, tłumi wszelki sprzeciw w zarodku, nie pozwala na sąd własny i buntowników tępi okrutnie. Podręcznik, program, egzamin zamieniają „wiedzę radosną“ na jakiś glob zastygły, zbadany, wymarły.
Otóż — rzecz ciekawa: urok największy nauki dzisiejszej na tem właśnie polega, że rozwinęła front bardzo szeroko, opuściła dobrowolnie pozycje obwarowane, twierdze, forty i mocne grodziszcza i zdobywa nowe kraje, kpiąc ze starych reguł strategicznych. Nie uznajemy dziś żadnych autorytetów, poddajemy w wątpliwość wszystkie prawa. Raz jeszcze pytamy, czem się tłómaczy ciążenie powszechne, dlaczego ziemia przyciąga księżyc, słońce ziemię? Mówimy o „krzywiźnie przestrzeni“. Stwierdzamy, że czas jest pojęciem, urobionem na zasadzie pewnych doświadczeń prymitywnych, które przywykliśmy uważać za prawdy niewzruszone. Nie można wierzyć filozofom na słowo, fizyka musi sama na nowo wszystko od początku przemyśleć. A zwłaszcza — zbadać.
O ruchliwości frontu może najlepiej świadczą ustawiczne zmiany na jednym tylko odcinku „atomowym”. Po kilku dziesiątkach lat wytrwałej pracy, po fenomenalnych odkryciach promieni X, pierwiastków radjoaktywnych, po odkryciu wpływu magnesu na światło, po subtelnych badaniach spektroskopowych zdawało się, że już wiemy mniej więcej, jak atom wygląda. Niels Bohr zbudował bardzo piękny model, za który dostał nagrodę Nobla. We wszystkich podręcznikach i artykułach czasopism ilustrowanych oglądać można było ten sam — dość prosty — rysunek: maleńkie ziarenko w środku i kilka punkcików, krążących naokoło. Tak właśnie miała wyglądać najmniejsza drobina materji: jądro pozytywne, a wokoło — jak planety — krążą po orbitach elektrony. Bohr, Rutherford i inni odkryli nawet, ile takich planet ma atom wodoru, ile atom helu, litu, sodu. Wytłumaczyli, czemu pewne własności chemiczne wracają stale, perjodycznie, jeżeli sobie porządnie, kolejno ułożymy pierwiastki. Wytłumaczyli, czemu wodór świecący daje takie drgania i takie tony optyczne, a nie inne, dlaczego rad się rozpada, czemu widma rentgenowskie wykazują taką prostą, zdumiewającą regularność, wyjaśnili, na czem polega „ciężar atomowy”. I zdawało się, że przynajmniej na pewien czas można będzie złożyć tornister, okopać się na pozycji, odpocząć... Nie!
Przedewszystkiem ów elektron — najmniejsza kropelka elektryczności, o której mówiliśmy w artykułach, wykładach i którą oznaczaliśmy stale jako punkcik, kulkę, kropkę, ma — jak wykazali fizycy młodsi — własności fali elektromagnetycznej, nie jest kulką i planetą. Następnie ów prosty „atom Bohra“ nie mógł sobie poradzić z nawałą coraz nowych faktów optycznych i trzeba go było wciąż uzupełniać, reformować, komplikować, aż wreszcie odmówił posłuszeństwa. Szkopuł zaś najważniejszy: głośna i wielokrotnie sprawdzona teorja Plancka żąda od atomu, żeby łykał i wypluwał energję zawsze tylko w pewnych określonych, odmierzonych dawkach. Jak to sobie wyobrazić? Badania teoretyczne zamiast jasnego obrazu dały w ostatecznym wyniku rewolucyjny pogląd genjalnego Heisenberga, że głośne prawo przyczynowości trzeba poddać krytyce, atomy mają jakgdyby „wolną wolę“; gdybyśmy znali nawet wszystkie, co do jednej przyczyny — nie obliczymy odrazu wszystkich skutków... Krótko mówiąc — nowe znaki zapytania przy ogólnie przyjętych, odwiecznych dogmatach filozoficznych!
Dawniej taka rewolucja nie miałaby następstw groźniejszych, bo cóż kogoś obchodzić może, jak tam najmniejsza drobina się prezentuje; fala czy cząsteczka, podlega determinowości, czy nie — drobiazg! Ale dziś wiemy, że cały wszechświat jest ściśle z tym drobiazgiem związany, że niektóre wyniki badań atomowych zamieniamy natychmiast na teorje astrofizyczne, że cały kosmos odbija się w cząsteczce.
Więc oczywiście i fizyka kosmiczna ma trudności nielada i przeżywa ciężkie chwile. Mniej więcej piętnaście lat temu pogodziliśmy się z Einsteinem i z twierdzeniem, że wszechświat jest nieograniczony, ale zamknięty. Przestrzeń wygląda tak, jak powierzchnia dużej kuli dla — przepraszam za wyrażenie — małej pluskwy. Kresu to wyraźnego nie ma, granicy oznaczyć nie można, a jednak nie ciągnie się w nieskończoność, skręca, wraca do punktu wyjścia.
I znów przypowieść o kuli i owadzie przeszła do licznych wykładów i czasopism obrazkowych. Zdawało się, że stanowi pewien etap, że przetrwa bez zmian z pół wieku. Nie!
Nastawiono potężny teleskop z Mount Wilson na odległe mgławice, zbadano najdalsze ciała niebieskie spektralnie, stwierdzono wyraźne przesunięcia pewnych linij w widmach. Nie ulega już wątpliwości — dalekie gwiazdy w szalonym pędzie odsuwają się od nas, uciekają „jak od zarazy“. Genjalny Hubble, astronom amerykański, wymierzył ściśle, że im dalej od nas taka mgławica leży, tem szybciej chce uciec — stwierdzono szybkości nieprawdopodobne: 5 tysięcy, 6 tysięcy, 15 tysięcy kilometrów na sekundę. To już zakrawa na panikę, na popłoch, na wybuch granatu. Niektórzy uczeni mówią naprawdę o „eksplozji kosmosu“! Ale kiedy eksplodował i jakim cudem mgławice nie rozbiegły się jeszcze dalej przez lat miljardy, skoro mają szybkości aż tak olbrzymie? Znów łamigłówki i znaki zapytania!
I dlatego w laboratorjach i obserwatorjach wre praca. Każdy śmielszy krok naprzód stwarza nowe zagadnienia, każdy nowy fakt zdumiewający prowadzi do odkryć, jeszcze bardziej zdumiewających.
Zjawisko kosmiczne, odkryte przez Hubble‘a, nabiera charakteru pięknej przenośni poetyckiej: świat wokoło nas rośnie z oszałamiającą szybkością!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.