Przejdź do zawartości

Tempo!/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Tempo!
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1932]
Druk Zakłady Wyd.-Druk. „Praca”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
TEMPO!

Ludzie współcześni wyrzekają od dłuższego już czasu głośno na maszyny i automaty, krzywem okiem patrzą na wynalazców i mają wyraźnie jakiś żal do Edisonów, Singerów, Jacquardów. Zupełnie jak w odległej epoce „maszynoburców“, zastanawiamy się poważnie nad tem, czy owe rącze konie parowe i zwinne motory benzynowe nie odbierają chleba pracownikom z krwi i kości. Chcielibyśmy zatrzymać koła postępu mechanicznego. — Potomni będą napewno z uśmiechem niedowiedzenia czytali o tych naszych skrupułach i o naszych dziwacznych wątpliwościach. Przedewszystkiem maszyna jest tylko narzędziem pracy, a to narzędzie nie może być jedyną przyczyną kryzysu i katastrofy gospodarczej. Czy można sobie wyobrazić, że na świecie doprawdy będzie lepiej, jeżeli będziemy ręcznie czesali wełnę, z wiadrem chodzili do studni po wodę, albo palili w domu łuczywo i naftę, wyrzekając się dobrowolnie prądu elektrycznego?
Co ciekawsze — z punktu widzenia pokoleń przyszłych, nasze huczące groźne maszyny wcale nie będą takie groźne. Nasz wnuk uśmieje się na ich widok tak, jak myśmy się śmiali ze starej, niedołężnej i zabawnej lokomotywy w głośnym filmie Bustera Keatona. Powodów do śmiechu nie zbraknie dalekim potomkom.
Parowóz i wagon kolejowy — skoro już o nich mowa — nie zmieniały formy od lat stu z okładem. Ulepszono to i owo w paleniskach, kotłach, ale na kształt zewnętrzny nie zwracano uwagi. I dopiero nowe środki lokomocji — auto, samolot — kazały inżynierom i konstruktorom raz jeszcze przemyśleć od początku zagadnienie maszyny parowej na szynach. Zbudowano modele, poddano je badaniom w instytutach aerodynamicznych. Lokomotywa, pędząca z szybkością 80 czy 100 kilometrów na godzinę, pokonywać musi przecież znaczny opór powietrza. Doświadczenia wykazały jasno, jak na dłoni, że przez sto lat marnowaliśmy węgiel bez zastanowienia. Można nadać maszynie inną — lepiej do walki z powietrzem dostosowaną — formę i zaoszczędzić przez to do 50 proc. energji! Koleje amerykańskie zaangażowały już wybitnego specjalistę, dra Tietjensa, który takiemi badaniami zajmuje się od lat, i lada dzień niezdarne lokomotywy i ciężkie wagony zmienią się, jak za dotknięciem różdżki, przybiorą modny kształt „spadającej kropli”, zachwycać będą oko lekkiemi, płynnemi linjami... I właściwie każda maszyna dzisiejsza jest brzydką liszką, z której ma się dopiero wykluć barwny motyl. Laboratorja naukowe pracują po dniach i nocach nad aeroplanem, który pomimo tysiącznych ulepszeń ma jeszcze tysiące wad kardynalnych, startuje i ląduje „z rozpędu”, nie odnajduje lotniska w gęstej mgle, choć już chwyta sygnały radjowe i nawet rozmawia — przez telefon — z innemi samolotami, krążącemi w powietrzu.
Każda doroczna wystawa samochodowa dowodzi, że nie natrafiliśmy dotąd na ostateczną formę auta. Zmieniają się co kilka miesięcy karoserje, cylindry, sprzęgła, startery, motory — i to bardzo gruntownie. — Model z przed kilku lat wygląda jak dziwoląg, jak gad kopalny, przedpotopowy w muzeum i nie nadaje się nawet na taksówkę. Nowe typy okrętów transatlantyckich („Bremen“) zwróciły uwagę na to, że i profil statku — nie mówiąc już o motorach — podlega jeszcze wciąż dyskusji, mimo doświadczeń wiekowych.
Technika i nauka nie postawiły nigdzie t. zw. kropki po zdaniu. Każdy nowy krok otwiera nowe horyzonty, każdy pomysł śmielszy wywołuje dziesiątki innych. Minęło lat trzydzieści od pierwszych prób lotniczych braci Wrightów — dziś już nikomu nie imponują zawrotne szybkości hydroplanów w zawodach o puhar Schneidera ani przeloty nad Atlantykiem. Junkers myśli o tem, żeby posłać specjalnie zbudowany aparat w stratosferę, gdzie w rozrzedzonem powietrzu można będzie szybkość maszyny prawdopodobnie podwoić albo potroić. Na jednem z lotnisk francuskich odbywają się już podobno próby z samolotem nieco odmiennego typu, który ma frunąć na wysokość 10 kilometrów. Prace laboratoryjne w specjalnych instytutach badawczych doprowadziły nietylko do tych ciekawych pomysłów, ale przypomniały wynalazcom, że stary poczciwy wiatrak też możnaby wreszcie trochę ulepszyć. Jego śmigi nie mają właściwej formy, nie dość sprawnie chwytają energję wiatru, którą możnaby przerobić nawet na energję elektryczną, oświetlić wsie i drogi polne lampami łukowemi...
Dzieje lampy elektrycznej zresztą też jeszcze nie są zamknięte. Przed pół wiekiem żarówka Edisona z nitką węglową wydawała się ósmym cudem świata i ostatniem słowem techniki oświetleniowej. Wkrótce stwierdzono, że włókno marnuje prąd, daje bardzo dużo ciepła, grzeje o wiele więcej, niż świeci. Zaczęto podwyższać temperaturę żarzenia, wprowadzono nitki metalowe, napełniono bańkę szklaną azotem. Dzisiejsza lampa różni się bardzo od dawnej czerwonej żarówki węglowej.
Ale i to technikom nie wystarcza. Spostrzegli, że rurki próżniowe — reklamy neonowe — pochłaniają stosunkowo mniej prądu, świecą „na zimno“, dają więcej światła tanim kosztem. I już wre praca w laboratorjach nad rurką gazową, któraby mogła zastąpić zwykłą lampę, którąby można było włączyć do zwykłego kontaktu — nie uciekając się do wysokich napięć i transformatorów.
Po rurce próżniowej przyjdzie może czas na substancje fosforyzujące, które pochłaniają energję słoneczną w dzień i świecą wieczorem pięknem światłem, samorzutnie, bez prądów elektrycznych, maszyn, akumulatorów. Po „fosforach“ zmienimy może raz jeszcze metodę i przejdziemy na system oświetleniowy — robaczka świętojańskiego...
Ludzie niecierpliwi chcieliby zatrzymać nagle rydwan postępu w szalonym biegu... Ale na jakim przystanku mamy wysiąść? W laboratorjach naukowych i fabrycznych pracują dziś we wszystkich krajach setki zdolnych, pomysłowych fachowców. Wykryli, że nasze maszyny, motory wciąż jeszcze cierpią na bardzo przykre choroby dziecinne, że są dopiero pierwszym projektem, zalążkiem czegoś, co się rozwinie w dalekiej przyszłości...
To, żeśmy się skarżyli na zawrotne tempo rozwoju już teraz — będzie najbardziej śmieszyło naszych prawnuków.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.