Tchórz (Mendès, 1907)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Catulle Mendès
Tytuł Tchórz
Pochodzenie Nowelle
Data wydania 1907
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Drukarz Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Tchórz.

W cichej alkowie, ledwie cokolwiek rozjaśnionej płomieniem przyćmionych lamp, kochanka pana d’Argelès, śpiącego wśród gąszczu jej rozpuszczonych włosów słodkim snem lekkiego wyczerpania, wpatrywała się weń wzrokiem istoty szczęśliwej. Ona, kobieta uczciwa, otoczona szacunkiem wszystkich, poślubiona człowiekowi, którego była jedyną rozkoszą i dumą najwyższą, opuściła dom małżeński za nadejściem nocy ukradkiem, rzucając służbie za cały pretekst, że idzie odwiedzić swą matkę. Wysiadła z fiakra przed murem, otaczającym ogród. Drżąca z obawy, odwracając głowę z trwogą złodzieja, dobierającego się witrychem do nieznanych drzwi, otwarła żelazną furtkę małym kluczykiem, jaki jej pan d’Argelès dał wczoraj w operze, w czasie ostatniego antraktu; poczem przebywszy trawnik, wbiegła na schody i znalazła się w nieznanym pokoju, gdzie po raz pierwszy w życiu, wylękła i zachwycona, zakosztowała występnej rozkoszy cudzołożnego uścisku. Smutna historya!... Traciła bowiem za jednym zamachem nietylko całą swą nieskalaną dotąd cześć i szacunek dla samej siebie oraz cieniem nawet jakiejkolwiek obawy niezakłócony sen, lecz wszystko to nie mogło się obejść w dodatku bez katastrofy. Mąż jej, człowiek gwałtownego charakteru i pewnej ręki, nie był z tych, co uginają głowy przed niesławą; zabije ją więc w napadzie rozpaczy albo zabije siebie. Zginie sama lub będzie opłakiwała nieboszczyka. Ech! co tam... Nie miała najmniejszej ochoty wzruszać się obrazami ponurej przyszłości. Odpędza precz czarną troskę. Oddaje się cała upojeniu doświadczania i wzbudzania miłości. Szczęście, jakiego doznała już, jakie pozna jeszcze, nie będzie zbyt drogo opłaconem nawet ceną życia. O! boska chwilo złączenia ust, dwu oddechów, zmięszanych w jeden. Jak on ją mocno do siebie przyciskał pośród przyrzeczeń miłości wiecznej!... Dochowa mu wiary umarła nawet!... Jak dotąd — wie ona o tem dobrze — serce pana d’Argelès aż nazbyt było płochem. Przypisywano mu chętnie, chichocząc poza wachlarzem, niejednę awanturkę miłosną. Jakim był wszakże — dziś już nie jest. On kocha! kocha!... przysiągł jej to i udowodnił w czasie sześciomiesięcznego wytrwałego oczekiwania na jej łaskę. Należy do niej, jak ona do niego: całkowicie, do szału! a wszystko, co w ich miłości jest występnem, okupione zostanie przez to, co będzie ona zawierać wzniosłego!... Rehabilitacyą ich będzie ich niebywałe szczęście.
W chwili kiedy podniecała w ten sposób swoją dumę rozpamiętywaniem swego występnego szczęścia, zegar uderzył dwunastą a pan d’Argelès, przebudziwszy się, ziewnął i rzekł do niej szeptem, pieszcząc jej włosy pachnące:
— Jakże te piękne godziny szybko mijają!... Niestety, najdroższa, otóż i zbliża się chwila, w której mnie opuścisz.
Drgnąwszy zlekka, odwróciła się i spojrzała nań, zdziwiona, jakby nie zrozumiała usłyszanych słów.
— Ja ciebie opuszczać? — rzekła.
— Oczywiście moja ukochana... Aby nie wzbudzać podejrzeń w twojej służbie... Aby się znaleźć w domu przed powrotem męża z klubu...
Wydawszy z piersi ostry krzyk, opuściła alkowę, okryła się naprędce suknią, poczem zdaleka, wybladła, z oczyma rozwartemi szeroko, poczęła wyrzucać urwane wyrazy:
— Czy oszalałeś?... opuszczać cię? iść stąd? aby nie wzbudzać podejrzeń w służbie? w mężu?... Co za służbie? Jakim mężu?... Czyż ja obecnie mam jeszcze tę służbę?... Czy pamiętam, że byłam kiedyś zamężną?... Powiedziałeś mi: „Przyjdź“ — przyszłam; jestże możliwym powrót po takiem odejściu? Nie mogę już stąd wyjść, jak tylko aby się udać, dokąd ty pójdziesz, i z tobą. Jeden mam dom obecnie: twój dom — i jedno posłanie: twoje. Jeżeli nie będziesz miał gdzie zanocować, zostanę razem z tobą włóczęgą bezdomną. Ale opuścić cię?... Och! chyba, żem się przesłyszała?... Ty nie wyrzekłeś tego słowa, lub ja je musiałam zrozumieć fałszywie... Cóż to?... nie odpowiadasz?... Odwracasz głowę?... Więc to prawda?... ty chcesz, abym poszła i abym zapewne jutro znów wróciła i znowu sobie poszła, jak dziś?... Chcesz, abym mężowi powiedziała, wracając: — „Mamie daleko lepiej... Mała niedyspozycya, nic więcej...“ — i abym, zasypiając przy jego boku obmyślała nowy pozór do następnej wycieczki?... Och! nędzny, a ja, jakżem nieszczęsna!... Myślałeś, że zechcę być twoją kochanką, nie przestając być żoną innego... Że się będziemy spotykać, ile razy uda mi się wymknąć tamtemu?... Raz będę należeć do niego a drugi raz do ciebie?... Chwilom sytości jego żądz zawdzięczać będziemy chwile mojego z tobą szczęścia?... Twój pocałunek napotka twarz mą, ciepłą jeszcze, po jego pocałunku a ja, jego ustom, zaniosę ślad ust twoich... Tak, tak!... teraz dopiero widzę rzeczy jasno... Żądasz odemnie miłości roztropnej, trwożliwej, skrytej, przezornej, gotowej do kłamstw i zdrad, wobec niego dla ciebie a wobec ciebie dla niego spełnianych z uśmiechem!... Wiem, że istnieją kobiety, zdolne poniżyć się do tego stopnia: wiem, że są takie, co nie troszcząc się wcale o szacunek własny, byle im się udało wyłudzić zdawkowy respekt świata, nurzają się w takiej hipokryzyi, najwyższej wzgardy godnej!... Można sobie pozwalać na wszystko, byle się nie skompromitować!... Pod pokrywką mszy lub kąpieli jedzie się zamkniętą dorożką na schadzkę w zapuszczonej woalce, nie zapominając wziąć pudełeczka z pudrem, aby w drodze z powrotem było czem pokryć czerwone ślady pocałunków, uważa się bacznie na każde swoje słowo, spojrzenie, giest, udaje się, że zaledwie się zna tego, który jest naszym kochankiem, nie pisze się nigdy, nie zachowuje się żadnych listów — oto z czego składa się ich cnota!... Dowiedz się jednak, że nie należę do tych kobiet... Oddałam ci się cała i na zawsze. Nie dałam ci godziny — lecz życie. Zerwałam z całą moją przeszłością, nic ze mnie nie pozostaje po za mną. Zgodziłam się na występek, lecz nie na hańbę!... Nie chcę się sobą dzielić, nie myślę kłamać! Przyjmuję, pragnę nawet szyderstw, lekceważenia, oburzeń. Mogę być winną, lecz nie potrafiłabym stać się złą. Jedynem usprawiedliwieniem mej miłości, jakie mi pozostaje, jest dumne jej wyznanie! Przypuszczam, że będziesz mieć tę samą odwagę, co i ja. Serce moje, ja cała, upojenie, jakie mi zawdzięczasz, warte są tego, abyś się uczuł dumnym z ich posiadania i abyś głośno wyznał swoje szczęście. Pozbaw mnie czci, skoro mnie uwielbiasz! W przeciwnym razie — czy jesteś tchórzem, czy mnie nie kochasz?... mów!
Mówi, mówi jeszcze, stanąwszy przed nim, cała drżąca. Giesta, jakie wśród tego czyni, robią wrażenie rzucania na wiatr, niby nędznych łachmanów: pustego honoru nazwiska, fałszywego wstydu przed światem i wszystkich, pełnych obłudy przesądów, tyczących się miłości.
W końcu jednak umilkła. Pan d’Argelès zachowywał się wśród tego jak bardzo biegły mężczyzna. Nie przerywał kochance ni jednym wyrazem. Teraz jednak, kiedy przestała mówić, zbliżył się do niej, ukląkł i ujął łagodnie jej ręce. Wie przecież, że jest przez niego ubóstwianą, że na jedno jej skinienie umarłby dla niej z rozkoszą! Otóż sama ta właśnie miłość każe mu chronić ukochaną od wszelkich zmartwień i niebezpieczeństw. Onby przecie niczego więcej nie chciał, jak tylko przy niej być nieustannie. Nie rozstawać się więcej — co za czarowny sen!... Żadne niebezpieczeństwo, żadna odpowiedzialność nie byłyby w stanie wzbudzić w nim wahania, gdyby tu szło o niego samego tylko. Czyż nie domyśla się ona, jaka zazdrość nim miota, jaka okrutna żądza wyłącznego jej posiadania?... Za cenę wszakże najsroższych nawet cierpień należy mu dbać o jej honor przedewszystkiem, o to, aby zachowała szacunek całego świata. Nie ma on prawa wprowadzać ją na stromą i kamienistą ścieżkę nieuregulowanego życia, uczynić z niej kobietę, którą wszyscy wskazują palcem. Świat jest straszny, mści się z niemiłosiernem okrucieństwem na tych, co śmią mu cisnąć rękawicę. Są przymusy okropne, od których wyswobodzić się niepodobna.
Wylicza zaś to wszystko przed nią i wiele innych jeszcze rzeczy z tak zręcznym naciskiem, roztacza przed oczyma swej przyjaciółki taki przerażający obraz przykrości, połączonych z tego rodzaju wykolejeniami egzystencyj, przeplata te wywody nużące tak czułą pieszczotą, że młoda kobieta, skłoniwszy swą piękną głowę, oblokła twarz w rezygnacyę, przekonana. Powiedziała tylko, że nie opuści go jeszcze tak wcześnie, tym razem, mogąc pozostać dłużej bez obawy o reputacyę. Napisze tylko parę słów do męża, że spędzi część nocy przy cierpiącej matce a pan d’Argelès rozkaże swemu słudze oddać list komisyonerowi, aby go zaniósł do klubu.
— Wyborna myśl — odrzekł — jakaś ty dobra!
Usiadła, nakreśliła słów parę i zapieczętowawszy kopertę, dała ją własnoręcznie przez lekko uchylone drzwi służącemu, z kilkoma wyrazami pospiesznej instrukcyi. Poczem, uśmiechnięta, zapomniawszy goryczy i gniewu, objęła kochanka za szyję, szepcąc mu w ucho ciche słowa miłości i nachylając się, aby na jego włosach namiętny pocałunek wycisnąć.
Jest teraz w rzeczy samej zupełnie inna niż przed chwilą. Po miłości dzikiej, która się egzaltuje, ogarnęła ją miłość swywolna trochę, która igra. Chichocze, stroi pieszczotliwe minki. Nie pyta go już pałającym głosem:
— Będziesz mnie kochał zawsze, nieprawdaż? — lecz odzywa się doń zalotnie:
— Podobam ci się?...
Przyznaje nawet, że była nazbyt romansowo nastrojoną przed chwilą. Dla wielkich uczuć daleko stosowniejszem miejscem książka niżeli życie. Jakie to szczęście, że on jest tak rozsądny i że nie dał jej popełnić szaleństwa. Dziękowała mu za to. Nie wracać do domu, porzucać męża, afiszować się z swym stosunkiem — jak ona mogła nawet pomyśleć o rzeczach tak niesłychanych!... Będzie odtąd czynić bez oporu wszystko, co on jej każe. Jakież to będzie urocze!... Szczęścia ich żadna obawa nie zmąci. Potrafią się z niem kryć tak doskonale! Zobaczy, jak będzie pomysłową w wynajdywaniu okazyi widywania się w sekrecie.
— Mąż mój nie domyśli się niczego, tak będę sprytna. Nawet, aby zapobiedz gruntownie wszelkim podejrzeniom, będę mu jeszcze więcej uwagi okazywać, jeszcze więcej czułości niż przedtem. Przepyszne oszukaństwo!... Ile razy powiedzie mi się nowym fortelem wywieźć go w pole, będziemy się potem oboje śmiać do rozpuku. Prawda, jakie to będzie zabawne?... Co?!...
Pan d’Argelès słuchał, potakując głową z uśmiechem. Był zupełnie zadowolony, widząc jej nawrócenie na tory myśli praktycznych, gdyż kobiety wkładające zbyt wiele dumy i wielkodusznych ambicyj w swe namiętności nie były w jego guście. Pogodny jego humor nie znosił owych gwałtownych wstrząśnień, jakie za sobą pociągają wybuchy żądz furyackich. Kochanka jego podobała mu się zupełnie w obecnej swojej postaci. Uczuł się nawet skłonnym przeciągnąć nieco trwanie tej niekompromitującej intrygi, która nie groziła mu żadną odpowiedzialnością. I myśląc w ten sposób, całował z ogniem, prawie szczerym, śnieżne ramiona, z których opadły koronki i poił się z całą satysfakcyą ciepłym zapachem sandałowego drzewa, jakim tchnęły ramiona jej wzniesione.
Naraz rozlega się łoskot kroków za ścianą, na schodach, prowadzących z ogrodu.
— Kto tam? — zapytuje pan d’Argelès.
Ona zaś, zerwawszy się, z płomieniami w oczach woła:
— To mój mąż!... Posłałam mu kluczyk od ogrodowej furtki, wyznając wszystko.
Poczem, w tej samej chwili, kiedy drzwi rozwierały się z trzaskiem od wściekłego pchnięcia, dodała — straszna w zadowoleniu swej pomszczonej miłości:
— Mój mąż, co nas oboje zabije: mnie, cudzołożnicę, i ciebie — tchórzu!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Catulle Mendès i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.