Targowisko próżności/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Makepeace Thackeray
Tytuł Targowisko próżności
Tom I
Data wydania 1914
Wydawnictwo J. Czaiński
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek Jagielloński
Tłumacz Brunon Dobrowolski
Tytuł orygin. Vanity Fair: A Novel without a Hero
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
W. Thackeray.

Targowisko próżności.
POWIEŚĆ W TRZECH TOMACH.
TOM I.

GRÓDEK JAGIELLOŃSKI.
NAKŁADEM I DRUKIEM DRUKARNI J. CZAIŃSKIEGO W GRÓDKU JAGIELL.
Skład główny w księgarni Gubrynowicza i Syna we Lwowie.
1914.

I.
Chiswick-Mall.

Działo się to około 1815 roku... W piękny, czerwcowy poranek toczył się w kierunku Chiswick-Mall wygodny powóz, zaprzężony parą rosłych koni, o lśniących bogatych szorach.
Na koźle, obok woźnicy w trójgraniastym kapeluszu i w peruce, z pod której wyglądały czerstwe policzki, siedział nader pokaźny murzyn. Powóz zatrzymał się przed domem miss Pinkerton, utrzymującej wyższy, naukowy zakład żeński.
Na odgłos dzwonka, którym leniwie murzyn poruszył, ukazało się w wąskich oknach starodawnego domostwa kilkanaście młodych twarzyczek — a jednocześnie — po nad wazonami geranjum, zdobiącemi okna salonu, zabłysnął karmazynowy nos panny Pinkerton, zwrócony ku powozowi.
— To kocz pana Sedley — odezwała się siostra przełożonej, miss Jemina. — Oto murzyn jego, Sambo i woźnica w nowiutkiej, czerwonej liberji.
— Czy wszystko gotowe już do odjazdu miss Sedley? zapytała szanowna miss Pinkerton zwracając się do siostry.
Szanowna ta nauczycielka, korespondentka wielce uczonej pani Chapone, przyjaciółka doktora Johnson, Semiramida Hammersmithu, odznaczała się wspaniałą postacią.
— Panny pakują już rzeczy od czwartej z rana — rzekła miss Jemina — przygotowałyśmy już dla nich całą wiązkę kwiatów.
— Powiedz raczej bukiet, moja siostro, wyrażenie stokroć przyzwoitsze, odznacza się dobrym tonem.
— Zgoda — więc bukiet. Nie przeszkadza to jednak że wielkość jego wyrównywa sporej wiązce siana. Włożyłam oprócz tego do walizki Amelji parę buteleczek wody gwoździkowej wraz z przepisem.
— Nie zapomniałaś przepisać rachunku miss Sedley? Prawda, leży tu na stoliku, 93 funty i cztery szylingi. Dobrze, teraz dodaj adres pana John Sedley i dołącz mój list do jego żony.
Dla miss Jemina autograf siostry był przedmiotem głębokiej czci i czołobitności. Wiadomo było powszechnie że miss Pinkerton w nadzwyczajnych jedynie okolicznościach raczyła pisywać do rodziców swoich pensjonarek; a to, kiedy opuszczały jej dom albo wychodziły za mąż.
Raz tylko miss Pinkerton zrobiła wyjątek, kiedy biedna kobieta przekonaną najzupełniej że nic nie zdoła skuteczniej pocieszyć matkę po stracie córki jak religijno-patetyczny list, w którym miss Pinkerton oznajmiła jej też bolesną wiadomość.
Obecnie szanowna miss Pinkerton skreśliła pismo następujące:
„Chiswick-Mall 18. czerwca 18...“
„Po sześcioletnim pobycie miss Amelji Sedley w Chiswick-Mall, mam zaszczyt, oraz szczęście, zwrócić panienkę rodzicom. Miss Amelja wyrosła dzisiaj na młodą osobę, zdolną chlubnie utrzymać się na stanowisku, jakie się jej słusznie w wyższem a ukształconem towarzystwie należy. Nie brak jej zalet, cechujących młode osoby wielkiego świata — ani też przymiotów odpowiednich jej urodzeniu i położeniu towarzyskiemu. Pilność i uległość zjednały dla niej wszystkich nauczycieli, słodycz i ujmujący charakter pociągną ku niej serca starszych i młodszych towarzyszek.
„Nie można nie przyznać że w muzyce, tańcu, ortografji i robotach ręcznych, mis Amelja nie zawiodła nadziei wszystkich jej życzliwych. Postępy jej w geografji pozostawiają jeszcze nieco do życzenia.
„Nie można też dosyć zalecić używania gorsetu i pasków ortopedycznych przez lat trzy, po cztery przynajmniej godzin dziennie: jedyny to środek do nabycia w postawie i ruchach dystyngowanego wdzięku, tej koniecznej ozdoby, słusznie dziś od młodych osób wyższego towarzystwa wymaganej.
„Co się tyczy zasad religji i moralności, można ręczyć że mis Sedley okaże się godną Zakładu, zaszczyconego odwiedzinami znakomitego leksykografa i czynną opieką niezrównanej mistres Chapone.
„Opuszczając Chiswick Mall miss Amelja zostawia tu przyjazne jej licznych rówieśnic serca i niezmienne pełne sympatji uczucia w sercu przełożonej, mającej zaszczyt pisać się.
Pani najniższą sługą
Barbara Pinkerton.“
P. S. „Miss Sedley odjeżdża w towarzystwie miss Sharp. Usilne załączam prośby ażeby jej pobyt w Russel-Square nie przedłużył się nad dziesięć dni. Rodzina u której Miss Sharp ma spełniać obowiązki nauczycielki, radaby ją powitać co najprędzej.
Po napisaniu listu miss Pinkerton zaczęła podpisywać starannie nazwisko swoje i miss Sedley na czystej stronicy słownika, ułożonego przez doktora Johnson’a, napisawszy na okładce książki Rady śp. doktora Johnson’a udzielone młodej panience w dzień jej odjazdu z Instytutu miss Pinkerton. Pełna majestatycznej powagi przełożona, zawdzięczając świetne powodzenie i rozgłos Zakładu protekcji doktora Johnson, miała zawsze na ustach imię tego uczonego lexykografa. Żadna też z uczennic nie opuściła pensji nie otrzymawszy w upominku od miss Pinkerton szacownego i wielce zajmującego dzieła, o którem wyżej wspomnieliśmy.
Posłuszna rozkazowi siostry, miss Jemina otworzyła wielką szafę, gdzie się mieściły drogocenne słowniki, wyjęła dwa egzemplarze i w chwili, kiedy miss Pinkerton kończyła zwykły napis na pierwszym, podsunęła nieśmiało drugi.
— A dla kogoż ten drugi egzemplarz? — zapytała siostra chłodno i surowo.
— To... to... dla Becky Sharp — odpowiedziała drżąc Jemina, której twarz i szyja, pomimo zmarszczek dość już głębokich, mocnym pokryły się rumieńcem — to dla Becky Sharp, która także odjeżdża.
— Miss Jemina! — zawołała groźnie miss Pinkerton, otwierając usta jak mogła najszerzej — czy jesteś przytomna i czy wiesz co robisz? Połóż słownik na miejscu i nie pozwalaj sobie odtąd nic podobnego!
— Jednakże, siostro, straciłabyś na tem najwięcej parę szylingów, a biedna Becky bardzo się zmartwi jeżeli ją ten podarek ominie.
— Przyszlij mi tutaj natychmiast miss Sedley! — odrzekła miss Pinkerton.
Biedna Jemina wyszła, nie ośmieliwszy się wyrzec ani słowa. Twarz jej zmieniona i chód przyśpieszony świadczył o niepokoju wewnętrznym i trwodze.
Ojciec miss Sedley był kupcem w Londynie, gdzie mógł pędzić życie dosyć wygodne. Inne zupełnie było położenie finansowe miss Sharp, która bezpłatnie do Chiswick Mall przyjętą była. Dla tego też miss Pinkerton uważała za zbyteczne ofiarować szacowne dzieło doktora Johnson’a osobie, już dostatecznie przez nią dobrodziejstwy obsypaną.
Listy i świadectwa pochodzące od przełożonych pensji, nie wiele więcej zasługują na wiarę jak napisy na pomnikach cmętarnych. Wszakże jak w liczbie nieboszczyków, których liczne cnoty na kamieniu wyryto, może się rzeczywiście znaleźć taki, co schodząc z tego świata, zostawił pogrążoną w smutku rodzinę i był istotnie dobrym synem, małżonkiem i ojcem, tak również w Zakładach naukowych zdarza się spotykać z uczennicami, lub uczniami godnymi bezinteresowych pochwał przełożonych.
Miss Amelja Sedley była jedną z tych rzadkich uczennic, i nietylko zasługiwała całkowicie na pochwały miss Pinkerton, ale nadto miała wiele przymiotów niedostrzeżonych przez naszą poważną matronę, jużto dla różnicy wieku, jużto dla stosunku zachodzącego pomiędzy uczenicą a przełożoną.
Śpiewać jak słowik albo jak mistress Beligton, tańczyć jak Hilisberg lub Parisot, haftować misternie, pisać poprawnie — to już bardzo wiele; ale miss Amelja do tych talentów łączyła serce tak szlachetne i tkliwe, że pociągała ku sobie wszystkich, co ją bliżej znali, zacząwszy od przełożonej aż do praczki i córki biednej jednookiej kobiety, mającej pozwolenie sprzedawać raz na tydzień panienkom ciasteczka swego wyrobu.
Z dwudziestu czterech uczennic, dwanaście było serdecznych miss Amelji przyjaciółek. Nawet pełna zawiści miss Briggs nie mogła nigdy ani słowa złego na nią powiedzieć.
Dumna i używająca wielkich wpływów miss Saltire, wnuczka lorda Dexter, uznawała że powierzchowność miss Amelji odznacza się wielką dystynkcją. Co się zaś tyczy miss Schwartz, bogatej czarnowłosej kreolki, ta dostała przy pożegnaniu tak silnego spazmatycznego ataku, że potrzeba było oblewać ją octem aromatycznym i po doktora Floss posłać.
Miss Pinkerton zachowując zwykły sobie spokój i nie zapominając o godności i powadze właściwej jej wysokiemu stanowisku, umiała okazać swej uczenicy tkliwe i przychylne uczucia.
Miss Jemina miała pełne łez oczy ile razy o odjeździe miss Amelji pomyślała, i gdyby nie obawa siostry, dałaby się może unieść daleko napadom nerwowym idąc za przykładem kreolki z Saint-Kitt dziedziczki, która, nawiasem mówiąc, płaciła podwójnie za pensję. Mogła więc słusznie dać swoim nerwom większą swobodę w objawach boleści, jakiej teraz doznawała. Inaczej się rzeczy mają z poczciwą istotą jak miss Jemina, obowiązaną prowadzić rachunki, zajmować się naprawą i praniem bielizny, przyprawą pudingów, utrzymaniem w porządku srebra stołowego oraz naczyń kuchennych. Ale pocóż mamy tu długo rozwodzić się o niej?
Zostawiając obie siostry w skromnem ich zaciszu, nie spotkamy się może z niemi w dalszym ciągu tej powieści.
Żeby czytelnika zapoznać bliżej z Amelją, która nas bardziej zajmować będzie, powiemy na wstępie, że natura obdarzyła ją pełnym słodyczy i dobroci charakterem. Nie małe to szczęście, zaprawdę, spotkać szlachetną i zacną istotę w życiu; ba, nawet w tej powieści zbyt obfitej, niestety, w czarne i przewrotne charaktery. Nie jest to bynajmniej heroina, możemy zatem uwolnić się od skreślenia jej portretu, wyznając szczerze, że obawialibyśmy się nawet żeby nos jej nie okazał się zbyt krótki, policzki za nadto pełne i rumiane. Wypada jednak nadmienić że ujmujący i niewinny uśmiech zdobił jej oblicze, promieniejące zdrowiem. Oczy jej jaśniały żywą i szczerą wesołością, jeżeli nie były napełnione łzami, co się dosyć często wydarzyć mogło tej naiwnej i kochającej istocie. Śmierć czyżyka lub myszki zaduszonej przez kota, napomnienie lub wymówki, jeżeli znalazł się ktoś tak twardego serca żeby się nie czuł dobrocią Amelji rozbrojonym, starczyły do wywołania jej łez. Miss Pinkerton, mimo niewzruszonej surowości, nie robiła jej nigdy ostrych wyrzutów, chociaż możnaby powiedzieć że czułość serca była dla dyrektorki zakładu równie nieznanym jak algebra przedmiotem; wszyscy nawet nauczyciele mieli polecenie obchodzić się z miss Amelją ile możności najłagodniej. W samej rzeczy surowość względem niej byłaby niesprawiedliwością.
Nadszedł nareszcie dzień wyjazdu. Miss Sedley zwykle z uśmiechem na ustach lub ze łzami w oczach, czuła się dnia tego dziwnie zakłopotaną. Powrót do rodzinnego domu przejmował ją radością: ale myśl opuszczenia na zawsze pensji budziła w niej żal i smutek. Laura Martin nie odstępowała od trzech dni prawie miss Amelji, której ostatnie chwile pobytu w Chiswick-Mall zapełnione były wymianą upominków i uroczystych obietnic wzajemnego co tydzień przynajmniej pisywania.
— Pisuj do mnie pod adresem mego dziadka, hrabiego Dexter, mówiła miss Saltire.
— Pisuj do mnie codzień, moja najdroższa Ameljo, zawołała w gwałtownem uniesieniu miss Schwartz.
Laura Martin wzięła rękę swej przyjaciółki i patrząc na nią, rzekła z uczuciem:
— Ameljo, będę cię nazywać w moich listach mamą.
(Nie jeden może z naszych czytelników siedząc w klubie przy rozbifie i butelce dobrego wina, wzruszył pogardliwie ramionami przebierając z roztargnieniem szczegóły wyżej przytoczone i napisał ołówkiem na maryginesie naszej powieści: Ckliwy sentymentalizm, czcza gadanina etc... etc... Jest to zapewne jeden z tych genjuszów uwielbiających tylko prawdziwą wielkość i bohaterstwo, tak w życiu jak i w powieści. W takim razie niepozostaje mu jak tylko:.. zamknąć naszą książkę. Mimo to ciągniemy dalej nasze opowiadanie).
Sambo umieścił już w powozie kwiaty, podarki, walizy i pudełka z kapeluszami miss Sedley; został jeszcze tylko mały skórzany, dość obdarty tłumoczek miss Sharp, ze starannym napisem nazwiska właścicielki na wierzchu przyklejonym. Sambo skrzywił się nieco i podał tłumok woźnicy, który go zrozumiał i uśmiechnął się przyjmując pakunek.
Chwila odjazdu nadeszła, mniej jednak bolesna, niż się można było spodziewać, a to dzięki wzniosłej przemowie miss Pinkerton, zwróconej do odjeżdżającej uczennicy. Myliłby się ktoby myślał że przemówienie, którego treścią było poddanie się wyrokom Opatrzności, usposobiło Amelję do uwag filozoficznych i uzbroiło w spokój konieczny w życiu do walki z przeciwnościami. Nie; ale rozwlekłe, ciemne i napuszone okresy prędko znudziły miss Sedley, która zbyt obawiała się swej przełożonej, ażeby nie wytężyć wszystkich usiłowań do ukrycia nudów i lekkiej niecierpliwości. Wniesiono nakoniec do salonu ciastka anyżowe i butelkę wina, co bywało tylko podczas wizyt rodziców albo też w razie nadzwyczajnych uroczystości. Miss Sedley wziąwszy swoją część ciastek, była już gotowa do podróży.
— Może zechcesz wejść, Becky, i pożegnać miss Pinkerton? — rzekła miss Jemina zwracając się do młodej dziewczynki, na którą nikt nie zwracał uwagi.
— Mam to sobie za obowiązek — odpowiedziała spokojnie miss Sharp, schodząc z góry z pudełkiem na czepki w ręku.
Miss Jemina niemało była zdziwioną spokojem panny Sharp w tak ważnej i uroczystej chwili.
Becky Sharp zastukała lekko do drzwi, a otrzymawszy pozwolenie wejścia, zbliżyła się, nie okazując najmniejszego zmieszania i powiedziała czystą francuską wymową:
Mademoiselle, je viens vous faire mes adieux.
Miss Pinkerton nie rozumiała ani słowa po francusku, chociaż jej uczennicom język ten nie był obcy. Nasza przełożona przygryzła usta i podniósłszy majestatycznie głowę, rzekła poważnie:
— Żegnam cię, miss Sharp, bądź zdrowa.
Mówiąc to miss Pinkerton wyciągnęła rękę, jak gdyby chciała dać sposobność pannie Sharp uściskania jednego palca tej ręki, która widocznie w tym celu została w powietrzu zawieszoną.
Miss Sharp ukłoniła się głęboko i cofnęła rękę, odmawiając przyjęcia tak wysokiego zaszczytu, jaki chciano jej ofiarować.
Nieprzewidziane to znalezienie się miss Sharp przejęło Hammersmitowską Semiramis zgrozą, oburzeniem i wywołało w niej tak gwałtowne poruszenie, że ubranie jej głowy, wielce do turbanu podobne, silnie się zatrzęsło. Była to niema walka pomiędzy młodą dziewczyną a starą matroną, w której ta ostatnia uległa.
— Niech cię niebo błogosławi, moje dziecko! — mówiła miss Pinkerton ściskając Amelję i rzucając na Becky Sharp groźne, pełne gniewu spojrzenie.
— Wychodź prędzej, Becky — szepnęła Jemina przestraszona, popychając ją ku drzwiom salonu które się na zawsze dla młodej dziewczynki zamknęły.
Na dziedzińcu znowu pożegnania, jak to zwykle przy rozstaniu bywa; brakuje nam słów na odmalowanie tej rzewnej i rozdzierającej sceny. Słudzy, przyjaciółki, młode rówieśnice i towarzyszki miss Sedley, wszyscy słowem zebrali się, nie wyłączając nawet nauczyciela tańców, który przed chwilą przyszedł. Jeszcze powtórzenie uściśnień serdecznych, utyskiwań żałośnych, łez i westchnień zagłuszonych nerwowemi spazmami panny Schwartz, która oddawała się tak gwałtownej rozpaczy, że żadne pióro nie byłoby zdolne opisać tego konwulsyjnego stanu. Zresztą nie jedna może z czułych czytelniczek znieśćby takiego obrazu nie mogła.
Pożegnania już się wreszcie skończyły i nasze podróżne, a właściwie miss Sedley, wyrwała się już z objęć przyjaciółek, bo co się tyczy Becky Sharp, ta już od dawna siedziała w powozie, nie wywoławszy ani jednej łzy, ani jednego westchnienia.
Sambo, którego młoda pani zalewała się łzami, zamknął drzwiczki i stanął za powozem. Woźnica zaciął konie.
— Stój, stój! — wołała miss Jemina, biegnąc co tchu ku bramie z jakiemś zawiniątkiem w ręku. — Tu są sandwicze, mówiła dalej zadyszana, bo może ci się zechce jeść, moja kochana Ameljo; a to dla Becky... dla Becky Sharp... książka, którą moja siostra... to jest słownik Johnson’a.. wiesz dobrze, moja Becky... nie możesz nas opuścić bez tej książki. Szczęśliwej podróży! Niech was Bóg strzeże!
Poczciwa ta istota weszła, a raczej wbiegła do ogrodu, upadając pod wpływem silnych wzruszeń. W chwili kiedy woźnica zacinał konie, miss Sharp blada z gniewu ukazała się w oknie powrozu i wyrzuciła książkę, która upadła w ogrodzie. Jemina widząc to, tak się przeraziła że straciła prawie przytomność.
— Ah! nie myślałam nigdy żeby jej zuchwałość...
Wruszenie głębokie nie dozwoliło jej dokończyć zaczętej myśli; powóz szybko się toczył i niknął w oddaleniu, brama już była zamknięta, dzwonek dawał znać że lekcja tańców ma się rozpocząć. A teraz kiedy świat szeroki otwiera się naszym dwom młodym podróżnym, możemy i my pożegnać Chiswick Mall.



II.
Miss Sharp i miss Sedley przygotowują się do kampanji.

Jak tylko miss Sharp, po dopełnieniu swego bohaterskiego czynu, dostrzegła słownik toczący się po spadzistym trawniku i zatrzymujący się u nóg nieprzytomnej prawie Jeminy, wyraz jej twarzy uległ natychmiast znacznej przemianie: bladość na obliczu znikła zupełnie, a wyraz nienawiści ustąpił miejsca uśmiechowi, który nie zbyt przyjemne sprawiał wrażenie. Po chwili, wsuwając się w głąb powozu z wyrazem zadowolenia, jak gdyby uczuła się od wielkiego ciężaru uwolnioną, rzekła do siebie:
— Życzę jej słownikowi dobrej podróży; co do mnie, jestem już, dzięki Bogu, po za obrębem Chiswick-Mall.
Scena, która tak przeraziła Jaminę, nie mniejsze i na Amelji wywarła wrażenie. Parę dopiero chwil dzieliło Amelję od pensji, a sześcioletnie wrażenia nie zacierają się tak szybko. Ileż to osób zachowało przez całe życie obawy i niepokoje młodocianego wieku! Znaliśmy, naprzykład, starego szlachcica, który w 68 roku żyda mówił przy śniadaniu z wielkiem wzruszeniem: „Dziś w nocy śniło mi się że dostałem rózgą od doktora Raine.“ Żywa imaginacja przeniosła go we śnie o kilkadziesiąt lat wstecz, a doktor Raine i jego pęk rózg przejmowały starego już człowieka takim samym strachem w 68-miu jak niegdyś w 13-tu leciech. Gdyby doktor Raine stanął dziś w dawnej swojej postaci przed 68-letnim starcem i uzbrojony pękiem giętkich bzozowych rózg, zawołał strasznym jak dawniej głosem: „Kładż się waćpan...“ uczucie strachu byłoby równie prawdziwe w starcu, jak niegdyś w dziecku... Owoż miss Sedley widocznie zgorszyła się krnąbrnością swojej towarzyszki.
— Cóżeś zrobiła? — rzekła Amelja po chwili milczenia.
— Czy myślisz że miss Pinkerton ukaże się żeby mnie zamknąć w tem piekielnem więzieniu? — odrzekła Rebeka z uśmiechem.
— Nie, ale...
— Ja tego domu nienawidzę — mówiła dalej miss Sharp, nie posiadając się z gniewu — ale spodziewam się przynajmniej że go już nigdy nie zobaczę. Życzyłabym sobie widzieć go na dnie Tamizy, a gdyby miss Pinkerton tam się znajdowała, to pewno nie spieszyłabym ją wyciągać. Owszem, miałabym wielką przyjemność widzieć ją kołysaną falami igrającemi z jej turbanem i spodnicami, a co więcej, chciałabym obaczyć jej nos potężny jakby przód okrętu...
— Dajże pokój! — zawołała z przestrachem miss Sedley.
— No i cóż! Może wasz murzyn pójdzie to jej powtórzyć? — mówiła miss Rebeka, śmiejąc się: — tem lepiej, niech idzie powiedzieć miss Pinkerton że ją najszczerzej nienawidzę i że pragnęłabym bardzo dać jej dowody tej nienawiści. Przez dwa lata prawie karmiła mnie obelgami i upokorzeniem; obchodziła się ze mną gorzej aniżeli z kucharką. Nie słyszałam nigdy dobrego słowa, wyjąwszy od ciebie tylko jednej. Byłam boną do pilnowania najmłodszych dziewczynek i do mówienia po francusku ze starszemi. Mówiąc prawdę, nie można gorszego figla miss Pinkerton wyrządzić jak mówić do niej po francusku. Nie rozumie ani słowa, a tyle ma pretensji, że niechce się do tego przyznać. Otóż, jeśli się nie mylę, to główną jest przyczyną mego odjazdu, za co Bogu dziękuję. Mój wyjazd z Chiswick Mall jest dostatecznym powodem żebym właśnie dla tego język francuski lubiła. Vive la France! Vive l’ empereur! Vive Bonaparte!
— „O! Rebeko, Rebeko co za hańba!“ zawołała miss Seldey, oburzona bluźnierstwem największem, jakie według niej mogło wyjść z ust Angielki.
I w samej rzeczy powiedzieć w Anglji w owym czasie: „Niech żyje Bonaparte!“ było toż samo co zawołać: „Niech żyje Lucyper!“
— Czy możesz żywić w sercu tak brzydkie uczucia jak nienawiść i zemsta?
— Jeżeli zemsta jest złem uczuciem, to nie można zaprzeczyć że spoczywa w naturze ludzkiej, odparła żywo Rebeka, a ja nie jestem aniołem.
Ostatnie słowa Rebeki były niezaprzeczenie prawdą.
Miss Sharp, jak się z tej rozmowy okazuje, zawdzięczała niebu że się ujrzała oswobodzoną od osób, ku którym czuła głęboką nienawiść, i że mogła czasem postawić swych nieprzyjaciół w przykrem i kłopotliwem położeniu. Nie są to zbyt słuszne, ani zbyt chwalebne powody do wdzięczności; możnaby nawet bez wahania się twierdzić że wdzięczność z takich wypływająca pobudek, nie znajdzie wstępu do serca otwartego dla uczuć ludzkich i szlachetnych.
Miss Rebeka nie miała nic słodkiego, nic ujmującego w swoim charakterze. Jeżelibyśmy mieli wierzyć jej skargom i sądom, głęboką mizantropją nacechowanym, to nie było nikogo, coby jej nie uchybił lub nie pokrzywdził. Nam się jednak zdaje że ci, co chcą uchodzić za nieszczęśliwe ofiary całego świata, mają po większej części to, na co zasługują. Świat to zwierciadło, odbijające wiernie rysy każdej osoby. Jeżeli zmarszczysz brwi patrząc nań, to ci odpowie również ponurem; uśmiechnij się, a znajdziesz w niem dobrego i wesołego towarzysza. Uwaga to dla młodych, byleby z niej korzystać chcieli.
Jeżeli więc miss Sharp była rzeczywiście zaniedbaną, to przyznać należy że nigdy nie była usposobioną do oddania komuś jakiejkolwiek, choćby najmniejszej usługi. Nie możnaby zapewne wymagać, żeby 24 młodych panienek miało tak słodki jak miss Amelja charakter. Dla tego właśnie wybraliśmy ją bohaterkę naszej powieści, że przymiotami serca przewyższała wszystkie towarzyszki; moglibyśmy z łatwością postawić na jej miejscu miss Schwartz, miss Crump, albo też miss Hopkins, ale w żadnej z nich nie znaleźlibyśmy tyle wrodzonej dobroci ile w Amelji Sedley.
Ojciec Rebeki, Sharp, był malarzem i dawał lekcje rysunku u miss Pinkerton. Był to człowiek zręczny, wesół i towarzyski, ale czuł w sobie nieprzełamany wstręt do pracy. Wielką miał skłonność do robienia długów i silny pociąg do szynku. Gdy się za nadto napił, miał zwyczaj bić żonę i córkę, a nazajutrz rano, zmęczony i trapiony bolem głowy, miotał obelgi i narzekania na motłoch nieuznający jego genjalnego talentu, a w końcu, wymierzał pociski na głupotę współbraci malarzy. Zawsze w niedostatku, ciągle niepokojony przez licznych wierzycieli, zapoznany artysta ożenił się z młodą tancerką, francuskiego pochodzenia, w nadziei, że to ożenienie znacznie byt jego polepszy. Miss Sharp nie mówiła nigdy o skromnem stanowisku swojej matki, ale często lubiła się rozwodzić nad świetnością znakomitej Piruetów rodziny, pochodzącej z Gaskonji. Dumna ze swego pochodzenia Rebeka z każdym dniem prawie wynajdywała nowe splendory w długim szeregu swoich przodków i okrywała nieznanym dotąd blaskiem prastary ród Piruetów.
Nikt nie wiedział gdzie matka Rebeki odebrała wychowanie, ale to pewna że potrafiła wyćwiczyć córkę w języku francuskim, a nawet nadać jej prawdziwie paryski akcent. W owym czasie biegłość w języku francuskim była bardzo poszukiwaną i ta właśnie okoliczność otworzyła Rebece wstęp do Zakładu surowej i wymagającej miss Pinkerton. Ojciec Sharp owdowiał, ten cios popchnął go w najczarniejszą rozpacz i wytrzymawszy kilka napadów delirium tremens, wystosował patetyczny list do miss Pinkerton, polecając swoją córkę jej opiece. Bardzo prędko potem zszedł z tego świata, zostawiając spierających się wierzycieli, przy jego ciele. Rebeka miała siedmnaście lat kiedy przybyła do Chiswick Mall. Obowiązkiem jej było mówić po francusku z panienkami. Przyjęta jako stypendystka, miss Sharp nie zapłaciła nic za utrzymanie na pensji, a za bardzo małą opłatą mogła nawet korzystać z wykładów nauczycieli miejscowych, co jej dało sposobność pochwytać trochę naukowych wiadomości.
Rebeka była małego wzrostu, bladej twarzy, miała jasno czerwone włosy i dosyć żwawe ruchy. Oczy zwykle spuszczała, ale kiedy je podniosła, otwierały się szeroko i nabierały tak dziwnie przejmującego wyrazu, że szanowny ojciec Crisp, świeżo przybyły z seminarjum do Chiswick na posadę wikarjusza przy wielebnym ojcu Flowerdow, zapłonął gorącą ku miss Sharp miłością. Jedno jej spojrzenie w kościele, rzucane w stronę pulpitu, przed którym znajdował się wikary, na wskróś go przeszyło i zadało mu cios stanowczy. Ożywiony nieznanym mu dotąd zapałem, poszedł tego samego dnia jeszcze na herbatę do miss Pinkerton, której był przez swoją starą matkę przedstawionym. Wymknęło mu się nawet słowo „związek ślubny,“ w bileciku przez kobietę sprzedającą jabłka posłanym, ale nieszczęśliwie przez miss Pinkerton przejętym. Mistress Crisp zmuszona wyjechać nagle do Buxton, zabrała z sobą swego ukochanego syna. Na samą myśl że drapieżny jastrząb mógł był wcisnąć się pomiędzy niewinne gołębice Chiswicku, miss Pinkerton wpadła w stan takiego oburzenia, że byłaby natychmiast wydaliła Rebekę, gdyby pamięć danej obietnicy nie wstrzymywała jej od tego kroku. Uroczyste zapewnienia Rebeki że dwa razy tylko w życiu mówiła z wikarym, widząc go na herbacie, na nic się nie przydały miss Pinkerton nigdy temu uwierzyć nie chciała.
Jakkolwiek przy starszych pensjonarkach Rebeka Sharp mogła uchodzić za dziecko, nie brakowało jej tego smutku, doświadczenia, które się nabywa w niedostatku. Nieraz udało się jej zręcznym wybiegiem oddalić natrętnego wierzyciela od ojca; nieraz potrafiła wprowadzić w dobry humor handlarzy wiktuałów i zapewnić kredyt na jeden dzień jeszcze. A ileż to grubych wyrażeń i niewłaściwych rozmów obiło się o jej uszy kiedy przechadzała się w dni świąteczne z ojcem, patrzącym z dumą na wczesny rozwój córeczki. Nic dziwnego że wychowana w takich warunkach, miss Sharp nie była prawie nigdy dzieckiem, i jak sama często mówiła, w ośmiu latach była już skończoną. Dlaczegoż więc miss Pinkerton wpuściła tak niebezpiecznego ptaszka do swojej klatki?
Należy przyznać, że stara matrona dała się oszukać przebiegłej dziewczynce; ile razy Rebeka była z swoim ojcem w Chiswick Mall, zawsze umiała okazać się tak naiwną, że miss Pinkerton była przekonaną o dobroci, łagodności i niewinności tego dziecka. Na rok przed jej przyjęciem na pensję Rebeka skończyła 16 lat. Miss Pinkerton po krótkiej przemowie, ze zwykłą sobie powagą wygłoszonej, dała Rebece lalkę zabraną jednej z uczennic, miss Swindle, za to że w czasie lekcji bawiła się lalką jedząc niby z nią objad czy wieczerzę. Każda wizyta u miss Pinkerton, a szczególniej jej przemówienia w obec zgromadzonych nauczycieli, były zawsze powodem licznych dowcipów i żarcików między ojcem i córką gdy wracali do siebie. Nieporównana miss Pinkerton nie posiadałaby się od gniewu gdyby mogła była widzieć przedrzyźniania Rebeki, prawiącej długie mowy do lalki, usiłując przedstawić wiernie w karykaturze przełożoną. Przemowy te były najmilszą rozrywką dla artystów, zamieszkałych na Newman Street i na Gerard Street. Młodzi malarze przychodząc na szlankę groku do dobrego koleżki, zapytywali zawsze czy zastali w domu miss Pinkerton, bo ją doskonale już z przedstawień Rebeki znali. Pewnego razu Rebeka dostąpiła wielkiego zaszczytu, bo kilka dni w Chiswick Mall bawiła. Wróciwszy z tamtąd przywiozła z sobą miss Jeminę, to jest drugą lalkę na obraz i podobieństwo Jemmy. Z tem wszystkiem, poczciwa Jemina wsunęła Rebece przy wyjeździe siedm szylingów i dała jej tyle konfitur i ciastek, że byłoby czem uszczęśliwić kilkoro dzieci. Skłonność do szydzenia z drugich zagłuszyła w tem dziecku uczucie wdzięczności i dlatego miss Jemmy nie była więcej oszczędzaną jak starsza jej siostra.
Po stracie ojca Rebeka znalazła w Chiswick Mall jak gdyby drugą rodzinę, ale surowe napomnienia i uwagi zdawały się jej zbyt trudne do zniesienia. Modlitwy, lekcje i przechadzki, następujące po sobie w godzinach przepisanych, niecierpliwiły ją do takiego stopnia że często z żalem wspominała sobie te czasy kiedy w biedzie i nędzy mieszkała z ojcem w ubogiej pracowni, na przedmieściu Soho. Wszyscy prawie byli tego przekonania (sama Rebeka zdawała się temu wierzyć), że śmierć ojca pogrążyła ją w głębokiej boleści. Nie jednej z panienek zdarzyło się słyszeć w nocy stąpanie i płacz w pokoiku, zajmowanym na poddaszu przez Rebekę. Były to łzy gniewu, ale nie boleści. Towarzystwo kobiet było przez długi czas zupełnie nieznanem Rebece. Jak to już widzieliśmy, obcowała ona z ojcem, który żył w odosobnieniu prawie, ale rozmowy jego były daleko więcej zajmujące, aniżeli czcze gadaniny kobiet, które miss Sharp miała zręczność później poznać. Wyszukane wyrażenia przełożonej, wybuchy wesołości jej siostry, próżne paplanie i obmowy starszych pensjonarek, zimne obejście się nauczycielek, wszystko to było dla Rebeki nudne i uciążliwe. Gdyby ta nieszczęśliwa dziewczyna miała serce, obdarzone czułością właściwą kobietom, znalazłaby zapewne więcej powabu w rozmowie i poufnych zwierzeniach panienek, które jej były powierzone. Żadnej z nich nie zasmucił wyjazd Rebeki, pomimo dwuletniego jej na pensji pobytu. Jedna tylko Amelja potrafiła rozbudzić w niej tkliwsze i więcej przyjazne uczucie; ale któżby mógł nie kochać Amelji?
Szczęście i powodzenie młodych jej towarzyszek, korzyści jakie im zapewniało położenie towarzyskie ich rodziców, były dla Rebeki dostatecznym powodem do gniewu i budziły w niej najczarniejszą zazdrość. „Patrzcie, mówiła nieraz, jak ta mała głowę podnosi, dla tego że wnuczką hrabiego! Jak te panienki schlebiają kreolce dla jej stu tysięcy funtów sterlingów! Czy ja nie jestem tysiąc razy przyjemniejszą od tej nieznośnej istoty, pomimo jej złota? Czyż moje urodzenie nie dorównywa blaskiem i świetnością urodzeniu hrabianki? Nikt jednakże nie zważa tu na mnie, gdy przeciwnie, przyjaciele mego ojca nieraz opuszczali bale i zabawy dla tego tylko żeby ze mną wieczór przepędzić!“
Wówczas to Rebeka postanowiła, bądź co bądź, wyrwać się z niewoli, która jej wielce ciężyła, i w tym celu zaczęła układać swoje plany na przyszłość.
Wszystkie usiłowania zwróciła Rebeka głównie do tego, żeby się kształcić i nabywać choćby powierzchownie wiadomości, wymaganych w owym czasie od kobiet wyższego towarzystwa. Położenie jej dawało już środki odpowiednie temu celowi, który w dosyć krótkim czasie osiągnęła. Dawniej już posiadając gruntowną znajomość języka francuskiego, zaczęła wiele pracować nad muzyką i zrobiła znaczne postępy. Jednego dnia, kiedy wszystkie panienki były na spacerze, Rebeka umyślnie została; usiadła do fortepianu i zagrała jakąś fantazję dosyć trudnego układu z taką dokładnością i z takim pojęciem, że miss Pinkerton, słysząc z daleka była zdziwioną tak doskonałem wykonaniem. Przyszło jej zaraz na myśl że mogła sobie zaoszczędzić wydatków na opłacanie metra muzyki dla małych panienek. Nie tracąc więc czasu, oznajmiła Rebece że odtąd będzie dawać lekcje muzyki początkującym uczennicom.
Ku wielkiemu zdziwieniu miss Pinkerton, Rebeka odmówiła otwarcie.
— Jestem tu, odpowiedziała żywo miss Sharp, dla mówienia z dziećmi po francusku, ale nie dla uczenia ich muzyki i dla zmniejszenia wydatków pani. Proszę mi płacić, to będę im dawać lekcje.
Szanowna miss Pinkerton musiała ustąpić, ale od tej chwili czuła zawsze wielką niechęć do Rebeki.
— Od trzydziestu pięciu lat, rzekła z oburzeniem, nikt nie ośmielił się podnieść buntu w moim własnym domu i przeciw mojej władzy. Żywiłam w zanadrzu gadzinę.
— Gadzinę! Pani sobie żartuje, odpowiedziała Rebeka, bledniejąc z gniewu. Przyjęłaś mnie pani, bo byłam ci potrzebną; ale o wdzięczności nie może być mowy między nami. Nienawidzę tego domu, pragnę go jak najprędzej opuścić, i nic nie chcę tu robić więcej nad to, do czego jestem obowiązaną.
Napróżno przełożona zapytywała groźnym tonem Rebekę, czy wie dobrze o tem, że mówi do miss Pinkerton; młoda dziewczyna odpowiadała szatańskim śmiechem, a w jej spojrzeniu było tyle bezczelności, że zacna nasza matrona o mało co nie dostała nerwowego napadu.
— Zapłać mi pani, mówiła znowu Rebeka, albo wyszukaj mi korzystne miejsce nauczycielki w dobrym domu, to będzie jeszcze lepiej; nie sądzę żeby to dla pani trudnem było.
Byłto zwykły argument Rebeki we wszystkich zajściach z miss Pinkerton: „Znajdź mi pani odpowiednie stanowisko; nie możemy znosić się wzajemnie, jestem w każdej chwili gotową opuścić dom pani.“
Pomimo turbanu na głowie, rzymskiego nosa i postawy prawdziwie grenadjerskiej, miss Pinkerton ani energją, ani siłą woli, nie mogła sprostać przeciwniczce. Wszystkie więc zabiegi żeby tę ostatnią zastraszyć, okazały się zupełnie bezskuteczne. Kiedy po niejakim czasie podobna scena zaszła znowu w obecności panienek, Rebeka zaczęła odpowiadać po francuzku. Biedna miss Pinkerton nie wiedziała co ma począć. W tym razie uczuła jednak to dobrze, że dla zachowania powagi i porządku należało pozbyć się tej potwornej gadziny, tej iskry buntowniczej. Dowiedziawszy się że w rodzinie p. Pitt Crawley potrzebowano nauczycielki, miss Pinkerton pośpieszyła polecić tę jak nazywała gadzinę.
— Wyjąwszy postępowania miss Sharp względem mnie, nie mogę jej nic zarzucić; myślała sobie — tem mniej mogłabym odmówić jej talentu i pewnego naukowego wykształcenia. Jeżeli z tego stanowiska sądzić ją będą, to bez wątpienia miss Sharp przyniesie zaszczyt memu domowi.
Tym sposobem rozumując, nasza przełożona potrafiła pogodzić sumienie z interesem, który jej nakazywał polecać usilnie Rebekę rodzinie Crawley i nakoniec wywiązała się z przyjętych przez siebie względem tej dziewczyny obowiązków. Miss Sharp ostatecznie uwolniła się przecie od krępujących ją więzów. Walka ta po krótce tu opisana, trwała prawie kilka miesięcy.
Miss Sedley kończyła również siedmnaście lat i miała opuścić pensję. Powodowana przyjaźnią dla miss Sharp, Amelja, której miss Pinkerton nic więcej nad tę słabość nie miała do zarzucenia, zaprosiła Rebekę na cały tydzień do domu swoich rodziców. Miss Sharp przyjęła zaprosiny i miała ztamtąd odjechać po tygodniu, dla objęcia nowo-przyjętych obowiązków.
Tak więc dla obu tych młodych dziewcząt świat jednocześnie miał się otworzyć. Świeża wyobraźnia Amelji zdobiła barwami tęczy cały świat dotąd jej nieznany, wszystko było dla niej otoczone jakimś czarownym urokiem. Nierównie mniej nowych wrażeń czekało Rebekę, bo jeżeli mamy wierzyć przekupce z jabłkami, to w owej sprawie, w której imiona miss Sharp i wielebnego wikarego Crisp były zamięszane, nie wszystko podobno miało być wiadomem publiczności. Gadatliwa przekupka powiedziała komuś a ten ktoś znowu komuś itd. że pomiędzy wikarym i Rebeką było coś więcej jak jeden list, że ów bilecik przejęty był już odpowiedzią na inny. etc. etc. Ale któżby tam doszedł prawdy?
W miarę jak powóz się oddalał łzy Amelji osychały powoli. Nie należy jednak wnosić żeby miała zapomnieć tak prędko swoich towarzyszek. Spoczywa to w naturze ludzkiej, nie wyłączając nawet serc najtkliwszych, że najżywsze wrażenia przemijają, ustępując miejsca nowym. Otóż w tej chwili młody wojskowy przejeżdżał konno obok powozu, spojrzał na Amelję i powiedział: — Na honor! cóż to za piękna dziewczyna! — Wyraz zadowolenia rozpromienił twarz Amelji, pokrytą rumieńcem. Kiedy nasze podróżne zbliżały się do Russel Square, rozmowa toczyła się o modach i o strojach damskich; Amelja wiedziała już że rodzice mieli ją zawieść na bal do lorda majora, z zajęciem więc wypytywała się przyjaciółki, czy młode panienki używają pudru do włosów, czy noszą lub nie bawety i rogówki w spódnicach i t. p. Powóz zatrzymał się przed domem. Miss Sedley, opierając się na ramieniu murzyna, wyskoczyła z powozu wesoła i szczęśliwa. Wszyscy domownicy i słudzy zebrali się w dziedzińcu na powitanie przyszłej pani.
Po pierwszych przywitaniach Amelja oprowadzała już Rebekę po całym domu, pokazywała jej bibljoteczkę, fortepian, suknie, koronki, broszki i naszyjniki. Zmusiła prawie Rebekę do przyjęcia pierścionka z kornaliną i turkusami, dała jej szarfę i uprosiła u matki pozwolenie podarowania Rebece białego, kaszmirowego szala, który nie był już potrzebny teraz gdy brat jej przywiózł dwa nowe szale z Indji.
Rebeka zobaczywszy piękne wyroby indyjskie, powiedziała z wyrazem głębokiego przekonania: „Jak to dobrze mieć brata!“ Te słowa wywołały w sercu Amelji żywą litość dla Rebeki. — Biedna dziewczyna, myślała w duchu Amelja, sama jedna na świecie, biedna sierota, bez rodziców i przyjaciół!
— Nie, Rebeko, nie będziesz opuszczona, rzekła Amelja, ja będę twoją przyjaciółką i będę cię kochać jak siostrę!
— Tak, zapewne; ale gdzież znajdę takich jak ty masz rodziców, dobrych, bogatych, kochających, dających ci wszystko o co poprosisz, a co więcej, mających dla ciebie silne i prawdziwe przywiązanie? Mój biedny ojciec nic mi nie dawał; zaledwie miałam dwie sukienki, ty masz brata i tak dobrego brata! O! jakże ty musisz go kochać!
Amelja zaczęła się śmiać.
— Jakto? czyżbyś ty go nie kochała? ty co mówisz że kochasz wszystkich na świecie?
— Owszem, nie ma wątpliwości... ale...
— Ale cóż?
— Ale Józef zdaje się mało troszczyć o to czy go kocham lub nie. Po dziesięcioletniem niewidzeniu podał mi końce palców do uściśnienia. Jest on bardzo dobry, gotów nawet do poświęceń ale rzadko kiedy mówi do mnie i zdaje mi się, że więcej kocha swoją fajkę aniżeli swoją...
Amelja nagle zamilkła. Bo i pocóż mówić źle o bracie?
— Był bardzo dobry dla mnie kiedy byłam jeszcze dzieckiem, mówiła dalej, miałam zaledwie pięć lat gdy odjechał.
— Musi być bardzo bogaty, dodała Rebeka, mówią że w Indjach wszyscy są niezmiernie bogaci.
— Tak, jego dochody są podobno bardzo znaczne.
— A twoja bratowa, czy miła i dobra osoba?
— Co też mówisz! Józef nie jest żonaty, odpowiedziała Amelja, śmiejąc się.
Rebeka słyszała już podobno o tem od Amelji, ale udawała że nie przypomina sobie tego zupełnie. Kilka razy nawet powtórzyła, jakby umyślnie, że spodziewała się zastać całą gromadę bratanków i siostrzenic, bardzo żałowała że pan Józef Sedley nie żonaty; tak namiętnie lubiła dzieci.
— Ależ zdaje mi się, że widziałaś ich dosyć w Chiswicku — powiedziała Amelja zdziwiona taką nagłą czułością przyjaciółki.
Wszystkie te niezręcznie naciągane zapytania Rebeki były wywołane następującem rozumowaniem:
— Jeżeli pan Józef Sedley bogaty i kawaler, dlaczegoż nie mógłby się ze mną ożenić? Mam wprawdzie tydzień tylko czasu przed sobą, ale czemuż nie mam próbować szczęścia. Nic na tem nie stracę.
Cały plan postępowania był już w umyśle Rebeki nakreślony. Co chwila obsypywała Amelję pieszczotami, całowała pierścionek z turkusem, mówiąc że się z nim nigdy nie rozstanie.
Dzwonek oznajmił że godzina objadowa nadeszła. Rebeka obejmując jedną ręką przyjaciółkę zeszła ze schodów, ale uczuła się nagle tak wzruszoną, że nie miała odwagi wejść do salonu.
— Przyłóż rękę do mego serca, droga Ameljo, i obacz jak gwałtownie bije, rzekła do przyjaciółki.
— Zupełnie tego nie widzę, odpowiedziała Amelja, chodźmy, nie obawiaj się niczego: mój ojciec nic ci złego nie zrobi.




III.
Rebeka w obec wroga.

Młody człowiek, barczysty i dosyć na swój wiek otyły, siedział przy kominku z gazetą w ręku. Buty miał z łosiowej skóry, spodnie w cholewach, kamizelkę czerwoną w prążki, surdut zielony z dużemi stalowemi guzikami i chustkę na szyi tak szeroko złożoną, że kokarda dostawała do nosa, zakrywając prawie połowę twarzy. Na widok wchodzących panienek zerwał się z fotelu i skrył całą twarz po za kokardę chustki.
— Widzisz przed sobą twoją siostrę, Józefie — powiedziała Amelja śmiejąc się i biorąc dwa palce, które jej nieśmiało podawał. — Wróciłam już zupełnie z pensji. Oto moja przyjaciółka, miss Sharp, o której nie raz słyszałeś odemnie.
— Nie, daję słowo, nigdy... — odpowiedział potrząsając głową na znak przeczenia i ukrywając się coraz lepiej po za kokardą — nie, nigdy, to jest... tak!... Strasznie zimno na dworze.
To mówiąc zaczął poprawiać i rozniecać z całych sił ogień chociaż było to w połowie czerwca.
— Bardzo miły człowiek — szepnęła Rebeka do Amelji tak żeby ją słyszano.
— Czy doprawdy tak myślisz, powiem mu to...
— Ach, za nic w świecie, moja droga, zaklinam cię! — wołała miss Sharp, drżąc jak listek.
Rebeka od chwili powitania pana Józefa ukłonem pełnym skromności, trzymała ciągle oczy spuszczone, jak gdyby nie śmiała podnieść głowy.
— Dziękuję ci za te prześliczne szale — rzekła Amelja, zwracając się do brata — nie prawdaż Rebeko, że bardzo piękne?
— O! przecudne! — odpowiedziała miss Sharp, zwracając wzrok raptownie od posadzki w stronę kominka.
Pan Józef nie wypuszczał z rąk obcęgów i łopatki i ze skutkiem poprawiał ogień na kominku.
Nie mogę ci ofiarować tak pięknych podarunków — mówiła dalej siostra do brata — ale będąc na pensji wyhaftowałam dla ciebie parę dosyć gustownych szelek.
— Doprawdy, Ameljo — zawołał brat z widocznem pomieszaniem, ja cię nie rozumiem.
Biedny pan Józef, nie wiedząc jak wyjść z kłopotliwego położenia, uczepił się z całej siły za sznurek od dzwonka, co go w większy jeszcze ambaras wprawiło.
— Bardzo cię proszę — wyjąkał coraz więcej zmieszany — obacz czy mój buggy jest przed gankiem. Zmuszony jestem wyjechać i czekać nie mogę, a ten przeklęty groom wcale się nie spieszy.
W tejże chwili wszedł do salonu ojciec Amelji, bawiąc się dewizkami z miną właściwą angielskiemu kupcowi.
— O co ci idzie, Emmy? — wyrzekł po chwili.
— Józef prosi mnie żebym zobaczyła czy jego... czy jego buggy stoi przed gankiem. Cóż to jest buggy, mój ojcze?
— Jest to jednokonny faeton — odpowiedział ojciec z przesadą, zdradzającą pretensję do rozumu.
Józef parsknął gwałtownym śmiechem, ale spotkawszy wzrok Rebeki, umilkł nagle, jakby piorunem rażony.
— Ta młoda osoba jest twoją przyjaciółką, Emmy? Miss Sharp, jestem bardzo szczęśliwy że panią tu widzę. Czy wyłajałyście Józefa za to że chce nas porzucić?
— Obiecałem, mój ojcze, memu koledze Bonamy, że razem będziemy jeść obiad, odpowiedział Józef.
— Jakto! matka nie mówiła ci że możesz być z nami na objedzie?
— Ależ w tem ubraniu, mój ojcze... czyż podobna?
— Niech więc miss Sharp sama powie czy on nie może być wszędzie na objedzie w takim stroju? Zechciej mu się pani przypatrzyć tylko.
Na te słowa Rebeka spojrzała na swoją przyjaciółkę i obie roześmiały się tak szczerze, że stary ojciec, widocznie zadowolony, zaczął dalej wychwalać strój Józefa.
— Czy widziałyście kiedy u miss Pinkerton buty z łosiowej skóry podobne do tych?
— Oh! mój ojcze! zmiłuj się... jąkał Józef nie wiedząc na której nodze stanąć.
— Miałżebym zadrasnąć jego miłość własną? mówił ojciec do panienek, potem zwracając się do żony: Mistress Sedley, obraziłem podobno twego syna żartując sobie z jego butów łosiowych. Miss Sharp, zapytaj go pani czy tak nie jest? No Józefie, bądź uprzejmy dla miss Sharp i chodźmy do stołu.
— Mamy ryż, taki jak ty lubisz Józefie — rzekła matka, a ojciec twój przywiózł nam z Bilingsgate wybornego łososia.
— No, podajże rękę miss Sharp, a ja te młode panie prowadzić będę, powiedział wesoło ojciec biorąc pod rękę matkę i córkę.
Nie mamy prawa ganić miss Sharp za to, że postanowiła sobie zdobyć serce Józefa Sedley. Jeżeli młode panienki, chwalebną skłonnością wiedzione, zostawiają staraniom doświadczonych matek stawianie sideł na mężów, to należy nie zapominać że miss Sharp nie miała nikogo z krewnych, coby się podjął tego drażliwego obowiązku. Gdyby więc sama dla siebie nie polowała na męża, to prawdopodobnie nie znalazłaby nikogo coby się tem zająć zechciał. Cóż innego pociąga młode panny do życia światowego jeżeli nie widoki pójścia za mąż? Cóż pędzi całe te gromady do wód? Co im daje siłę tańczyć do piątej godziny z rana w najuciążliwszej porze roku? Co im daje cierpliwość do ślęczenia nad sonatą lub do wyuczenia się kilku romansów, płacąc po gwinei za lekcję najmodniejszemu i najbardziej wziętemu metrowi? Cóż je nakoniec zmusza do grania na harfie, kiedy się ma białe i kształtne ręce, do noszenia całego ogrodu kwiatów na głowie, jeżeli nie nadzieja że cały ten arsenał strzał i pocisków śmiertelnych posłuży do podbicia serca jakiego pożądanego młodego człowieka?
Co zmusza poczciwych rodziców żeby cały dom przewrócili i wydawali większą połowę dochodów na uczty, bale i na wino szampańskie? Byłażby to zupełnie bezinteresowna miłość bliźniego — albo też jedyna chęć patrzenia na szczęśliwą, pląsającą młodzież? Nie! zawsze tam jedna i taż sama pobudka — dobrze wydać za mąż córki. Podobnie jak mistress Sedley ułożyła z macierzyńską troskliwością kilkanaście projektów dla ustalenia losu Amelji, tak również Rebeka, licząc tylko na siebie, robiła co mogła ażeby złapać męża, który jej był daleko potrzebniejszy aniżeli jej przyjaciółce.
Żywa z natury wyobraźnia Rebeki podniecona bajkami „Tysiąca jednej nocy“ i obrazami ze Wschodu czerpanemi z geografji Guthriego, dostarczała jej bogatego materjału do budowy zamków na lodzie. Ubierając się przed obiadem zdawało się jej że Józef Sedley, o którego bogactwie z kilku słów Amelji wnosić mogła, do niej już całkowicie należy. Już się widziała okrytą szalami indyjskiemi, zawojami i djamentami, jadącą na słoniu przy odgłosie trąb i kotłów, z wizytą do wielkiego Mongoła. Słodkie za prawdę marzenia! Ileż to młodych osób lubi pogrążać się w tych snach czarownych, marząc jak Rebeka na jawie!
Józef Sedley był o dwanaście lat starszy od Amelji. Zajmował on dobrą posadę w kompanji wschodnio-indyjskiej a nawet można było już wówczas znaleść imie jego East Indja Register pod rubryką Bengale, jako poborcy w Boggley Vollah. Czytelnika ciekawego dokładniejszych o urzędowaniu Józefa wiadomości, odsyłamy do tegoż perjodycznego pisma. Nadmienimy tylko że stanowisko poborcy w Indjach było, jak to każdemu zapewne wiadomo, bardzo korzystne.
Boggley Vollah leży w okolicy odludnej, bagnistej trochę, ale bardzo pomimo tego przyjemnej. Okolica ta słynie polowaniem na bekasy, czasem nawet i tygrysa uda się tam zabić. Oddział konnicy stoi o 30 mil ztamtąd a do Rangoon, gdzie się znajduje centrum zarządu, liczą tylko 40 mil. Oto są szczegóły, które Józef udzielił listownie rodzicom po objęciu posady. W tem samotnem ustroniu przepędził on lat ośm. Jeżeli zdarzyło mu się widzieć twarz chrześcijańską, to nie częściej jak dwa razy do roku, kiedy oddział konnicy musiał eskortować do Kalkuty podatki przez niego pobierane.
Szczęściem Józef zaczął cierpieć na wątrobę. Zmuszony wyjechać, żeby się w Europie wyleczyć, miał tysiące zręczności używania zabaw i rozrywek bez liku. Lubiący życie koleżeńskie, nie mieszkał w Londynie z rodzicami, ale osobno. Przed wyjazdem do Indji, zanadto młody żeby się mógł upajać przyjemnościami wielkiego miasta, oddał się im po powrocie z szalonym prawie zapałem. Powoził się w parku, jadał objady w najmodniejszych tawernach, uczęszczał do teatrów co należało w owym czasie do dobrego tonu i ukazywał się w operze w wąskich spodniach i stosowanym kapeluszu.
Po powrocie do Indji pan Józef opowiadał bardzo wiele o swojem życiu w Europie, a nawet dawał do zrozumienia że nie było większych dandysów jak on i Brummel i że oni sami dyktowali prawa modnemu światu. Tymczasem Józef Sedley żył prawie tak samotnie w Anglji jak w Boggley Vollah. Znał zaledwie jedną lub dwie osób w stolicy, i można śmiało powiedzieć że umarłby z nudów i samotności gdyby nie lekarz, pigułki i choroba wątroby, Józef miał wszystkie przymioty po temu żeby zasłużyć na miano hulaki, co wszakże nie przeszkadzało mu być bardzo ociężałym i i niezgrabnym, i na widok kobiety stracić ze strachu przytomność. Rzadko też można go było widzieć w Russel Square, gdzie żarciki ojcowskie wystawiały na szwank jego miłość własną.
Bardzo się troszczył i nie mało się przerażał swoją otyłością: nieraz już chciał przedsięwziąć środki energiczne żeby się pozbyć tego nadmiaru tłuszczu, ale niedołęztwo a bardziej jeszcze zamiłowanie wygodnego życia, były mu wielką do tego przeszkodą. Jeść mniej jak trzy razy na dzień było dla niego zupełnem niepodobieństwem. Zawsze był źle ubrany, co jednak nie pochodziło bynajmniej z braku starania około swojej osoby: owszem zajęcie to zabierało mu kilka godzin dziennie. Służący jego dobrze wychodził na handlu zmienianemi przez pana sukniami, prawda że przesiąkłemi pomadą, olejkiem i najrozmaitszemi kosmetykami. Nie było pasków i gorsetów, znanych naówczas, którychby nie nosił, żeby mieć dobrą figurę. Kazał sobie robić zawsze, jak wszyscy ludzie otyli, suknie wąskie i ciasne, wybierał kolory jaskrawe i krój dla najmłodszego wieku właściwy. Zwykle ubierał się po południu, jechał sam jeden powozem do parku, potem przebierał się znowu i szedł, zawsze sam jeden, na objad do kawiarni Piazza. W próżności nie ustępował on żadnej kobiecie, nawet owa nieugłaskana dzikość była tejże próżności wynikiem. Jeżeli miss Sharp w pierwszej próbie odniesie zwycięztwo, to bez wahania się będziemy zmuszeni uznać ją za nadzwyczajnie zręczną i przebiegłą.
Pierwsze jej kroki stawiane na tej drodze, dowodziły już niepospolitej przenikliwości. Mówiąc że Józef był przystojnym mężczyzną, wiedziała dobrze że Amelja powtórzy te słowa matce, a ta podobnież przed synem tajemnicy z tego robić nie będzie. Zresztą nie trudno było przewidzieć że pochwały, schlebiające dumie i miłości macierzyńskiej mistress Sedley, usposobią ją dobrze dla Rebeki. Matki wszędzie i zawsze są też same.
Powiedzmy Styhoraksie że jej syn Kaliban dorównywa pięknością Apollinowi, a zobaczymy że miłość własna czarownicy nie będzie na te pochwały obojętną.
Kto wie czy Józef nie schwycił w lot komplimentu Rebeki, wymówionego nie zbyt cichym głosem. Jeżeli tak było, nie dowiedział się wprawdzie nic nowego, bo sobie piękności wcale nie odmawiał, ale słowa te przyjemne słuch jego pogłaskać musiały. Cóż kiedy w ślad za tem przyszła mu inna myśl przykra, zacierająca pierwsze wrażenie: „Czy to nie żart ze strony tej dziewczyny?“ pomyślał sobie w duchu. Ta niemiła uwaga podwoiła jego zmieszanie i była powodem gwałtownego ruchu, z jakim chwycił za sznurek od dzwonka. Ochłonąwszy nieco, nasz bohater, który jak to widzieliśmy, myślał już o odwrocie, nakoniec dał się ugłaskać i został na obiedzie. Prowadząc miss Sharp do sali jadalnej, czuł się miotany niepewnością i silnie był wzruszony. — Czy myśli ona naprawdę że ja jestem piękny, czy też dla zabawki śmieje się złośliwie ze mnie? Powiedzieliśmy wyżej że Józef Sedley był próżny jak kobieta. Wiemy dobrze że młode panny odwracają to twierdzenie mówiąc o nie jednej z towarzyszek: „Próżna jak mężczyzna.“ Przyznać należy że mają zupełną słuszność. Płeć nie piękna, jest zarówno czuła na pochwały, troskliwa o strój, dumna z powodzeń, podbojów i pewna osobistych przymiotów jak największa w świecie zalotnica.
Zstępując ze schodów Józef coraz więcej się rumienił a Rebeka z pełną skromności postawą miała wzrok przykuty do ziemi. Biała wygorsowana sukienka ujmowała śnieżnej białości ramiona Rebeki, twarzyczka jej przystrojona wyrazem nieśmiałości i pokory dopełniała tego skończonego obrazu niewinności dziewiczej. — Nie pozostaje mi teraz, pomyślała Rebeka, jak tylko zachowywać milczenie i okazywać sympatyczne zajmowanie się wszystkiem co Indji dotycze.
Mistress Sedley nie zapomiała kazać przyrządzić potrawę z ryżu na sposób indyjski, tak zwaną curry, którą Józef bardzo lubił. Z kolei przyniesiono półmisek Rebece.
— Cóż to za potrawa? — zapytała, spoglądając na Józefa i jakby oczekując odpowiedzi.
— To wyborne — odpowiedział niewyraźnie Józef; miał w tym momencie tak przepełnione usta, że ledwie z trudnością mógł je otworzyć. Po chwili zwrócił czerwone policzki do pani Sedley i rzekł przytłumionym głosem, kończąc proces połykania! — Moja matko, w Indjach nie potrafią lepiej curry przyrządzić.
— Oh! chciałabym skosztować jeżeli to indyjska potrawa, zawołała Rebeka. Mnie się zdaje, że wszystko co ztamtąd pochodzi, musi być doskonałe.
— Dajcież curry miss Rebece, powiedział śmiejąc się pan Sedley.
Rebeka nigdy w życiu nie jadła tej potrawy.
— No i cóż! Jakże pani znajdujesz ten przysmak indyjski, zapytał.
— To wyśmienita potrawa, rzekła Rebeka, czując od pieprzu jakby silne synopizma w gardle.
— Spróbój pani chili przytem, powiedział Józef z zadowoleniem.
Chili? powtórzyła Rebeka, nie mogąc prawie przełykać, a tak chili... to dobrze...
Biedna dziewczyna myślała że to jakiś chłodzący napój. Przyniesiono chili.
— Co za piękny i świeży kolor zielony! rzekła.
Wzięła trochę do ust, ale niestety! było to jeszcze bardziej piekące jak curry. Nie mogła już wytrzymać tyle piekielnej goryczy — widelec mimo woli wypadł jej z ręki na talerz.
— Wody! na miłość Boga, wody! zawołała.
Pan Sedley zanosił się od śmiechu!
— Upewniam panią, rzekł przerywanym głosem, że to jest potrawa niesłychanie indyjska. Sambo, podaj wody dla miss Sharp.
Wesołość ojca udzieliła się Józefowi który znajdował ten figel doskonałym. Matka i córka mniej się śmiały, pojmując dotkliwe cierpienie biednej Rebeki. Co się zaś tyczy tej ostatniej, z przyjemnością byłaby połknęła starego Sedley’a gdyby tylko mogła; roztropność wzięła jednak górę. Zniósłszy to upokorzenie równie cierpliwie jak przed chwilą znosiła palące curry, rzekła z przymuszoną wesołością:
— Powinna byłam przypomnieć sobie z Tysiąca i jednej nocy, ten pieprz, którym księżniczki perskie przysypują sobie grzanki ze śmietaną. Czy i pan także używasz ich w Indjach?
Stary Sedley roześmiał się szczerze i pomyślał sobie że Rebeka to z gruntu poczciwe dziecko.
— Grzanki ze śmietaną? powtórzył Józef z wyrazem prostoty, nasza bengalska śmietana nic nie warta; używają tam powszechnie koźlego mleka, do którego się już zupełnie przyzwyczaiłem.
— Jestem pewny że pani teraz nic już nie lubisz tego, co tylko z Indji pochodzi — odezwał się żartobliwie pan Sedley — nie prawdaż?
Po objedzie, gdy damy odeszły, przenikliwy ojciec tak się odezwał do syna:
— Ej, pilnuj się, Joss, ta dziewczyna zastawiła na ciebie sidła.
— Ba! ja się jej wcale nie boję, odparł Józef któremu uwaga ojca widocznie pochlebiła. — Przypominam sobie jedną pannę w Dumdum, córkę Cultera, tego co służył w artylerji, wyszła potem za mąż za niejakiego Lance, chirurga, dzielnego chłopca, który nie mało dokazywał ze mną i z moim kolegą Mullingatewney, o którym mówiłem ojcu przed objadem; poczciwy to był koleżka ten Mullingatowney. Jest teraz urzędnikiem w Budgebudge i ręczę że za pięć lat najdalej będzie radcą. Otóż oficerowie Artylerji dali bal, a Quintin z 14. królewskiego pułku powiada mi: — Sedley, gotów jestem założyć się z tobą i stawić dwa przeciwko jednemu, że nim się zaczną deszcze Zofja Culter złapie cię w swoje sidła. — Dobrze! powiadam... trzymam zakład... Na honor — rzekł Józef, przerywając swoje opowiadanie — to wcale dobre bordeaux, zkąd ta butelka pochodzi, z Carbonell, lub z Adamson?
Lekkie chrapanie było całą na te słowa odpowiedzią. Czyste sumienie bankiera, a może i opowiadanie Józefa, dozwoliło ojcu usnąć dość prędko. Szczęściem, zajmująca ta historja, dzięki towarzyskiemu usposobieniu Józefa, nie była straconą, tak jak się to dziś przytrafiło. Powtórzył ją więcej niż sto razy swemu aptekarzowi, doktorowi Gollop, przychodzącemu często dowiadywać się o stanie wątroby Józefa i o skutku pigułek, jakie przepisał.
Ze względu na stan zdrowia Józef Sedley zmuszony był poprzestać na jednej butelce madery, do której dołączył potem butelkę bordeaux. Zjadł potem dwa talerze poziomek ze śmietaną i dwadzieścia cztery ciastka, zastawione obok niego na talerzu.
— Daję słowo, myślał sobie, to bardzo miłe i powabne stworzenie. Jak spojrzała na mnie, kiedym jej podjął chustkę przy objedzie! Upuściła ją dwa razy... Biedne dziecko! Któż to śpiewa w salonie? pójdę zobaczyć.
Zabrakło mu jednak odwagi i stanął jakby jakąś niewidzialną siłą wstrzymany. Ojciec chrapał mocno.
— Pojadę — rzekł do siebie, biorąc za kapelusz, — pojadę do Southampton Row, dają „Czterdziestu złodziei“ i zobaczę miss Decamp w nowym balecie.
Przeszedłszy na palcach, żeby nie obudzić ojca, wyszedł.
— Oto Józef już wychodzi, rzekła Amelja stojąc u okna, kiedy Rebeka przy fortepianie śpiewała.
— Miss Sharp go przeraziła — powiedziała mistress Sedley — biedny Józef, kiedy też przestanie być tak nieśmiałym?



IV.
Jedwabny woreczek.

Biedny Józef, pod wpływem strachu, nie pokazywał się przez kilka dni w domu, Miss Rebeka nie mówiła o nim wcale, ale za to była niezmordowaną w okazywaniu pani Sedley uczuć wdzięczności i uszanowania. Pewnego dnia pani Sedley miała jechać z panienkami na wieczór; Amelia cierpiała silny ból głowy i musiała zostać w domu. Żadne namowy nie mogły zniewolić Rebeki do jechania bez Amelji na tę zabawę.
— O nie! mówiła do Amelji, ty dałaś poznać szczęście biednej sierocie, ty nauczyłaś mnie kochać, a ja miałabym ciebie teraz samą zostawić? O! nie, nigdy! nigdy!
Oczy Rebeki łzami się napełniły, gdy to mówiła; pani Sedley nie mogła ukryć wzruszenia widząc tak tkliwe objawy czułego serca tej dziewczyny.
Miss Sharp potrafiła dosyć prędko ująć sobie gospodarza domu, a to bardzo łatwym sposobem przyjmowała wszystkie jego żarciki i dowcipy takim szczerym śmiechem, że pan Sedley w swojej prostocie niezmiernie był zadowolony. Nie dość na tem, starała się zjednać sobie sługi i domowników w Russel-Square: była już w najlepszych stosunkach z panią Blenkiosop, pomagając jej smażyć konfitury z malin, chwyciła już za serce pannę służącą przepraszając ją z największą pokorą i słodyczą jeżeli musiała zadzwonić na nią, nakoniec zaskarbiła sobie nawet względy murzyna odzywając się do niego „panie Sambo“ albo „kochany panie Sambo“, co mu nie było zupełnie obojętnem. Krótko mówiąc Rebeka liczyła już przyjaciół w salonie, kredensie i garderobie.
Pewnego razu przeglądając rysunki które Amelja z pensji przywiozła, Rebeka nagle zalała się łzami i wybiegła z pokoju. Było to w dzień drugiej wizyty Józefa.
Amelja pobiegła dowiedzieć się o przyczynie smutku przyjaciółki i wróciła niemniej od tamtej zmartwiona.
— Mama przypomina sobie zapewne że ojciec Rebeki dawał na pensji lekcje rysunku?
— Tak, moje dziecko, nieraz mi o tem miss Pinkerton mówiła.
— Otóż na widok tych rysunków Rebeka przypomniała sobie biednego ojca...
— Poczciwe dziecko! ile ona ma serca! rzekła pani Sedley.
— Bardzobym chciała zatrzymać ją tydzień jeszcze u nas, dodała Amelja.
— Ma w sobie coś djabelnie niepojętego, rzekł Józef, tak jak miss Cutler, którą znałem w Dumdum, tylko od niej jeszcze piękniejsza. Miss Cutler wyszła już za mąż za lekarza sztabu od artylerji. Czy opowiadałem mamie jak pewnego razu Quintin z 14-go pułku założył się ze mną że...
— Znamy już tę historję, Józefie — mówiła śmiejąc się Amelja — zapomnij o tem na chwilę i uproś mamy żeby napisała kilka słów do pana Crawley.
— Crawley? powtórzył Józef, czy nie miał on syna w dragonach królewskich?
— Więc mama napisze do niego prosząc o odłożenie na kilka dni wyjazdu Rebeki, nie prawdaż? rzekła Amelja. Otóż Rebeka idzie; biedna! jakie oczy ma czerwone!
— Teraz mi znacznie lepiej — powiedziała z łagodnym uśmiechem miss Sharp, całując z uszanowaniem rękę pani Sedley, która ją czule uścisnęła. Jakże tu wszyscy dla mnie dobrzy i łaskawi! Wszyscy — dodała uśmiechając się — wyjąwszy pana tylko, panie Józefie!
— Mnie? powiedział Józef, namyślając się, czy nie lepiej byłoby wyjść. O! miss Sharp! a to zkąd?
— Jak pan mogłeś być dla mnie tak bez litości żeby mnie nakarmić tą piekącą potrawą z pieprzem, i to jeszcze pierwszego dnia kiedy pana poznałam? O! pan nie jesteś tak dobry dla mnie jak moja ukochana Amelja.
— Bo on cię nie zna tak dobrze jak ja, zawołała Amelja.
— Wątpię bardzo — wtrąciła matka Amelji — żeby ktokolwiek mógł być dla ciebie niedobrym, moje dziecko
Curry było przewyborne, doprawdy, rzekł Józef poważnie, może mu brakowało trochę cytryny. O! tak, za mało było soku cytrynowego.
— A chili? — dodała żartobliwie Rebeka.
— Tam do kata, ale czyż było czego tak mocno krzyczeć? — powiedział Józef, wybuchając na to przypomnienie głośnym śmiechem i nagle wstrzymując, jak zwykle, swą wesołość.
— Nie pojmuję dla czego panowie tak lubią nas w kłopot wprowadzać? rzekła Rebeka, gdy wszyscy schodzili się na obiad.
— Chciej mi pani wierzyć — odparł Józef — że ja bym za nic w świecie nie odważył się zrobić pani jakiejkolwiek przykrości.
— O! nie, ja wiem że pan nie chciałbyś robić tego coby mi przykrość sprawiało.
Wymawiając te słowa, uścisnęła z pewnym wdziękiem dłoń pana Józefa, natychmiast jakby przerażona cofnęła drobniuchną rączkę i spojrzawszy w oczy Józefowi spuściła nieśmiało głowę. Serce Józefa zadrgało żywszem tętnem na ten powód życzliwości, pochodzący od naiwnego dziewczęcia, które z tak nieporównanym wdziękiem zdradziło swoje uczucia.
Ten postępek Rebeki — powiedzmy otwarcie — był może za śmiały; toż samo każda z czytelniczek posiadających wiele taktu pomyśli i naszą heroinę potępi. Ale nie zapominajmy że Rebeka musiała sama sobie wystarczać, liczyć tylko na siebie. Jeżeli kobieta tak jest ubogą że sług opłacić nie może, to musi sama zamieść swój pokój, gdyby nawet była największą elegantką. Również młoda osoba, niemająca matki, która się swataniem zajęła, musi przyjąć na siebie cały ciężar tych interesów.
Wielkie to szczęście że takie wypadki do wyjątków należą, bo gdyby kobiety same swoim losem częściej się zajmowały, kto wie czy znaleźlibyśmy dosyć mocy żeby się im opierać? Niech nam tylko okażą najmniejszą sympatję, a już do nóg im padamy. Starzy czy młodzi, szpetni lub nadobni, wszyscy jesteśmy jednakowi. To pewnik że kobieta, byleby nie garbata, może wyjść za tego, który się jej najwięcej podoba. Błogosławmy więc losy i cieszmy się że te nadobne stworzenia nie znają swojej potęgi. Bylibyśmy zupełnie na ich łasce.
— To się zaczyna zupełnie tak samo — myślał Józef, wchodząc do sali jadalnej — jak z miss Cutler w Dundum.
W ciągu obiadu miss Sharp rzuciła na niego kilka spojrzeń, nawpół czułych, a w części krotochwilnych z powodu rozmaitych potraw. Rebeka była już z całą rodziną na stopie poufałej, z Amelją zaś kochały się jak siostry. Zresztą zdarza się to zwykle młodym dwom panienkom, które z sobą przez kilka dni razem zostają.
Jak gdyby dla ułatwienia zamiarów Rebeki, Amelja przypomniała bratu obietnicę zrobioną jej podczas świąt Wielkiejnocy.
— Pamiętasz Józefie, powiedziała śmiejąc się, jeszcze byłam na pensji, gdy obiecałeś mnie zawieść do Wauxhalu. Nie możnaby lepszej wybrać pory jak teraz, kiedy jest Rebeka.
— Doskonale! doskonale! wołała Rebeka klaszcząc w dłonie; po chwili jakby miarkując uniesienie, przybrała zwykłą sobie skromną postawę.
— Dziś, to trudno, powiedział Józef.
— A więc jutro.
— Ja i twój ojciec jesteśmy jutro proszeni na obiad, rzekła pani Sedley.
— Nie myślisz, spodziewam się — nadmienił pan Sedley do żony — żebym miał wielką ochotę jechać do Wauxhalu; co zaś do ciebie, to ani wiek, ani położenie nie pozwalają ci narażać się na zimno w tej wilgotnej dziurze.
— Potrzeba przecież żeby ktoś pojechał z temi dziećmi, odpowiedziała pani Sedley.
— A Józef? rzekł ojciec śmiejąc się, on jest, zdaje mi się, tak już dorosły, że może nas oboje zastąpić.
Wszyscy się roześmieli, nie wyłączając murzyna Sambo. Józef tylko zżymał się i nie posiadał ze złości.
— Odsznurujcie mu gorset — wołał nieubłagany żartowniś — miss Sharp, potrzeba go zimną wodą skropić i zanieść do jego pokoju. Omdlewa nieborak, ratujcie go, bierzcie go na ręce, on lekki jak piórko.
— Niech mnie djabli porwą — mruczał trzęsąc się z gniewu Józef — niech mnie kaci porwą, jeśli to zniosę.
Widząc rozdrażnienie Józefa, ojciec przestał żartować i podając rękę synowi, rzekł:
— Na giełdzie wszystko uchodzi, mój kochany Jos. — A potem zwracając się do murzyna: — Sambo podaj nam butelkę szampańskiego! Wiesz co, Józefie, że sam Boney nawet nie ma takiego winka w swojej piwnicy.
Z kielichem szampana Józef odzyskał dobry humor. Zanim wypróżniono do dna butelkę, z której dwie trzecie tylko jako chory mógł wypić, już zgodził się towarzyszyć panienkom do Wauxhalu.
— Wypada — mówił ojciec — żeby każda z panienek miała towarzysza. Józef gotów będzie zgubić Amelję w tłumie, bo będzie zajęty miss Rebeką Sharp. Potrzeba więc posłać do pana Grzegorza Osborna i prosić żeby zechciał przyjść.
Pani Sedley, nie wiem dlaczego, spojrzała na męża śmiejąc się. Na twarzy pana Sedley przebiegł jakiś wyraz dziwnie złośliwy. Spojrzał na Amelję, która pokryła się rumieńcem, tak jak to siedemnastoletnie panienki tylko się rumienią, chociaż i tu są wyjątki. Miss Sharp naprzykład od ośmiu lat prawie, kiedy ją babka złapała wykradającą konfitury z szafki, nie mogła nigdy się zarumienić.
— Amelja powinnaby napisać parę słów do pana Osborna, to dałoby mu zręczność zobaczyć piękne kaligraficzne pismo, jakieśmy od miss Pinkerton wywieźli. Czy przypominasz sobie, Ameljo, jak napisałaś do niego zapraszając go na Trzech króli i jak ci dokuczaliśmy wytykając myłki w pisowni, które ci się z pod pióra wymknęły?
— To już tak dawno, mój ojcze!
— Zdaje mi się że to było wczoraj, powiedziała pani Sedley do męża.
Tego wieczora jeszcze pani Sedley zostawszy sama z mężem, wyrzucała mu zawzięte z jego strony prześladowanie Józefa.
— Czyż to dobrze, rzekła, tak nieustannie dokuczać biednemu chłopcu?
— Moja kochana, Jos ma dziś więcej próżności aniżeli ty kiedykolwiek mieć mogłaś, a pozwól sobie powiedzieć że ci na niej nie zbywało. Nie chcę bynajmniej twierdzić żebyś nie miała prawa być próżną trzydzieści kilka tat temu, tak coś... w 1780 roku... albo około tego. Ale Jos wyprowadza mnie z cierpliwości przesadną bojaźliwością. On jest bardziej Józefem aniżeli nim był sam Józef z piśma św. Ten błazen ciągle o sobie tylko myśli i zdaje mu się że jest bardzo piękny. Daj Boże żebyśmy z nim jakiego kłopotu nie mieli. Młoda przyjaciółka Amelji bardzo się do niego zaleca, to zbyt widoczne i wątpliwości nie ulega. Jeżeli zresztą ujdzie jej sideł, to wpadnie w te, które inna na niego zestawi. Przeznaczeniem tego człowieka jest zostać pastwą kobiety, tak jak mojem chodzić codziennie na giełdę. Cieszmy się jeszcze że nie mamy murzynki synową. Przypomnisz sobie moje słowa: Józef wpadnie w pierwszą pułapkę, jaką na niego zastawią.
— A jeżeli tak, to ta mała intrygantka odjedzie jutro! — zawołała energicznie pani Sedley.
— Nie będzie ta, to znajdzie się druga; zresztą ta przynajmniej nie jest murzynką. Co nam zależy na tem jaką sobie Józef żonę wybierze, zostawmy mu wolny wybór, to według mnie najlepiej.
Powyższa rozmowa, zaczęta przy wyjściu z salonu skończyła się pod szeroko kolistą kotarą muszlinową, podszytą różowym perkalem i tworzącą coś nakształt wspaniałego namiotu, pod którym niedyskretne oko dojrzałoby dwie czerwone, okrągłe twarze, jak dwa księżyce w pełni, jedną w czepku z koronkami, drugą w mycce wełnianej.
W kilka chwil potem głębokie dokoła zaległo milczenie, przerywane na przemian nosowem i gardłowem chrapaniem. Mniej bezwątpienia poezji w tym obrazku niż prawdy.
Nazajutrz rano projekt pani Sedley względem Rebeki upadł zupełnie. Nie mogła przypuścić żeby tak wdzięczna dobra i pełna pokory dziewczynka ośmieliła się pomyśleć o tak wysokim dostojniku jak poborca z Boggley Vollah. Nakoniec pisano już prosząc o pozwolenie zatrzymania dłużej Rebeki w Russel-Square, trudnoby teraz wynaleść pretekst odesłania jej tak prędko.
Wszystko zaczynało sprzyjać Rebece, nawet żywioły zdawało się, że były z nią w zmowie. Po wyjeździe rodziców Amelji do Balls w Hingbury Burn, dokąd byli zaproszeni, zerwała się burza z grzmotami i piorunami tak gwałtowna, że musiano zaniechać wycieczki do Wauxhalu. Pan Osborne nie zasmucił się zupełnie z tego wypadku. Długo jeszcze po obiedzie pozostał w sali jadalnej z Józefem i dolewali sobie naprzemian dobre stare porto. Przy szklance, Józef był nie wyczerpany w opowiadaniu przygód i dykteryjek indyjskich. Wesołość tych panów udzieliła się panienkom i całe młode towarzystwo, uradowane z przepędzonego tak przyjemnie wieczoru, nie żałowało bynajmniej że burza zmusiła ich odłożyć na później przejażdzkę do Wauxhalu.
Osborne był chrzestnym synem pana Sedley i dlatego od 23ch lat prawie uważano go jako należącego do rodziny. W sześć tygodni po chrzcie otrzymał od John’a Sedley kubek srebrny, w pół roku potem jakieś cacko z dzwoneczkami a następnie corok od ojca chrzestnego wiązanie dostawał. Znacznie młodszy od Józefa Sedley, nieraz opłakiwał jeżeli nie różnicę wieku to nierówność sił. Nie zapomniał on nigdy bolesnych cięgów, jakie od Józefa odbierał.
— Czy pamiętasz Józefie — mówił Osborne rozgrzany winem — jak się na mnie zawzięcie rozjątrzyłeś, gdy ci buty węgierskie pokrajałem? Byłbym natenczas sowicie obity, gdyby dziewczynka.. chcę mówić, gdyby Amelja nie wyprosiła mnie od twoich kułaków.
Józef pamiętał dokładnie tę okoliczność, ale powiedział że nie przypomina sobie tego zupełnie.
— Pamiętasz jak przyjechałeś kabrjoletem odwiedzić mnie u doktora Swishtall przed odjazdem do Indji, jak mi przywiozłeś pół gwinei i dałeś mi policzek? Miałem tak wielkie o twej sile wyobrażenie, że wyobrażałem cię sobie jak olbrzyma, mającego siedem stóp przynajmniej wysokości. Jakież było moje zdziwienie kiedy po powrocie z Indji zobaczyłem że jestem tego co i ty wzrostu.
— Jakież to poczciwe serce pana Sedley, żeby odwiedzać pana na pensji i dawać podarunki! wtrąciła Rebeka tonem czułego uwielbienia.
— Zwłaszcza kiedy mu pokrajałem buty, dodał Osborne. O! tak, upominki otrzymane na pensji i ci, którzy je ofiarują, nie wychodzą nigdy z pamięci.
— Lubię nadzwyczaj buty węgierskie.
Józef Sedley nosił zawsze takie obuwie i był przekonany że ma bardzo zgrabną nogę, nie mógł więc słuchać obojętnie uwag Rebeki, co wszakże nie przeszkodziło mu wsunąć nagle nóg pod krzesło.
— Miss Sharp — powiedział Osborne — pani masz taki talent do rysunków, że powinnabyś ułożyć obraz historyczny na tle tej sceny z butami: Józef trzymający znieważone buty w jednem ręku, drugą chwyta mnie za włosy, Amelja na kolanach przed nim, wyciąga błagająco do niego rączęta...
— Nie mam teraz na to czasu — odparła Rebeka, zrobię to gdy ztąd wyjadę.
Zniżywszy głos na tym ostatnim wyrazie, powiodła okiem pełnem smutku i boleści, żeby każdy z przytomnych mógł uczuć całą srogość jej losu.
— Jakżebym pragnęła żebyś mogła z nami dłużej pozostać Rebeko! zawołała Amelja.
— Dlaczego? zapytała Rebeka jeszcze smutniejszym tonem. Pragnęłabym sama jedna przeboleć to rozłączenie, byleby nikt, oprócz mnie, nie czuł się zasmuconym!
Amelja nie będąc w stanie oprzeć się wrodzonej czułości, zalała się łzami i cicho zapłakała.
Jerzy Osborne patrzył na dwie młode przyjaciółki ze wzruszeniem, połączonem z ciekawością. Z piersi Józefa wyszedł odgłos podobny nieco do westchnienia, a oczy jego zatrzymały się na ulubionych butach węgierskich.
— Zbliżmy się do fortepianu, miss Sedley... Ameljo, powiedział Jerzy, którego oczy dziwnym błyszczały ogniem.
W spojrzeniu Amelji można było także dostrzedz coś więcej nad zwykłą łagodność i uprzejmość.
Myliłby się ktoby myślał że uczucie wzajemnej miłości od tej dopiero chwili w obu tych młodych sercach powstawać zaczęło. Amelja i Jerzy dawno już dla siebie obojętni nie byli; rodzice ich od dziesięciu lat przeszło ułożyli sobie ich połączyć, co utrzymywało pomiędzy temi rodzinami związek nierozdzielny.
Fortepian stał w drugim pokoju, a że było prawie ciemno, Amelja oparła się na ramieniu Osborna, który ją pomiędzy fotelami i stolikami doprowadził na miejsce. Józef został tym sposobem sam na sam z Rebeką, która właśnie kończyła na drutach woreczek z zielonego jedwabiu.
— Nie ma potrzeby wyciągać ich na słowa — rzekła miss Sharp — mimowoli zdradzają się sami z swoich uczuć.
— Jak tylko zostanie kapitanem — odpowiedział Józef to będzie zdaje mi się, rzecz skończona. Nie znam lepszego chłopca w świecie jak Jerzy.
— Ale też jak trudno znaleźć tak dobre stworzenie jak siostra pańska. — Szczęśliwy kto ją pojmie za żonę!
Kończąc te słowa Rebeka westchnęła głęboko.
Dotykanie tak drażliwego przedmiotu w rozmowie odosobnionej dwojga młodych dowodzi że pomiędzy niemi panuje już pewnego rodzaju zbliżenie i poufałość. Zbytecznem byłoby przytaczać tu całą rozmowę Józefa z Rebeką. Z tej próbki widzimy że nie należy tam szukać ani wymowy, ani dowcipu; rzadkie są to niezmiernie przymioty nietylko w poufnem obcowaniu, ale w ogóle w dzisiejszych towarzyskich stosunkach. Józef i Rebeka, ze względu zapewne na muzykę, prowadzili cichą rozmowę. Był to wzgląd zbyteczny; Amelja i Osborne tak byli sobą zajęci że nawet najgłośniejsza rozmowa w przyległym salonie nie zwróciłaby ich uwagi.
Pierwszy to raz podobny w życiu Józef Sedley rozmawiał z kobietą swobodnie i bez żadnej obawy. Rebeka zasypywała go pytaniami o Indje, co mu dało sposobność opowiadania niewyczerpanych anegdot o tej krainie, a więcej jeszcze o sobie. Bale w pałacu gubernatora, sposoby chłodzenia się w tych strefach gorących, wachlarze etc., służyły za przedmiot do długich Józefa opisów. Najbardziej zajmującą z wszystkich historji było polowanie na tygrysy, gdzie Józef o mało nie padł ofiarą tych krwiożerczych zwierząt.
Rebeka nie mogła niby utaić trwogi na samą myśl niebezpieczeństwa, jakie groziło Józefowi.
— Przez wzgląd na miłość swojej matki — mówiła drżąca — przez pamięć przyjaciół, przysięgnij pan że nigdy nie będziesz się narażał na takie szalone wyprawy.
— Ho! ho! zawołał Józef, prostując brzegi wykrochmalonych kołnierzyków — całym urokiem tych wypraw, jest właśnie niebezpieczeństwo.
Nasz bohater był tylko raz w życiu na polowaniu na tygrysy. Sam widok zwierza odjął mu przytomność do tego stopnia, że go przyniesiono do domu na pół umarłego ze strachu. W obecnej jednak rozmowie z Rebeką uczuł w sobie tak spotęgowaną odwagę, że ośmielił się zapytać dla kogo robiła woreczek zielony? Zdawało mu się nawet że nie można było zręczniej zadawać takich zapytań.
— Ten woreczek jest przeznaczony dla kogoś komu jest potrzebny — odpowiedziała Rebeka, zatrzymując na Józefie czułe i pełne znaczenia spojrzenie.
Sedley szukał już w myśli ozdobnych wyrazów dla popisania się wymową:
— O! miss Sharp! jakto... czyżby...
W tej chwili muzyka w sąsiednim pokoju ustała, co dozwalało Józefowi bardzo wyraźnie usłyszeć wymawiane przezeń wyrazy. Zamilkł więc, poczerwieniał i silnie nosem pociągnął powietrza.
— Czy słyszałaś pani kiedy mego brata tak wymownego? szepnął Osborne do Amelji. Doprawdy, przyjaciółka pani dokazuje cudów.
— Tem lepiej — odpowiedziała Amelja, skłonna jak wszystkie kobiety do kojarzenia małżeństw. Przyjaźń jej dla Rebeki znacznie się w ostatnich czasach wzmocniła; zdawało się jej bowiem że z każdym dniem nowe w Rebece odkrywała zalety, jakich nie spostrzegła nigdy w Chiswick-Mall. Nic na świecie nie wzrasta tak prędko i nie przybiera tak wielkich rozmiarów jak przywiązanie w kobiecie. Nie można też potępiać kobiety za to, że po ślubie ta potrzeba silnych uczuć słabnieć zaczyna. W języku zwolenników sentymentalizmu, nazywa się to „gonić za ideałami.“ Ma to niby znaczyć że kobieta potrzebuje przelać na męża i na dzieci uczucia, które tym sposobem rozdrobione, mają się później objawiać tylko w cichych około rodziny staraniach.
Wyczerpawszy cały zasób umiejętności muzycznych i zostając już dosyć długo w osobnym pokoju, zdawało się Amelji że wypadało powrócić do salonu i prosić Rebekę żeby zaśpiewała.
— Nie zechciałbyś pan mnie słuchać — mówiła do Osborna nie myśląc tego wcale — gdybyś pan posłyszał przedtem śpiew mojej przyjaciółki.
— Pozwalam jednak oświadczyć pannie Sharp — powiedział Osborne — że miss Amelja jest w mojem przekonaniu najpierwszą śpiewaczką w świecie.
— Zaraz pan to lepiej osądzisz! — rzekła Amelja.
Józef tak się już oswoił że pospieszył zanieść świece do fortepianu. Osborne dał do zrozumienia że wolałby zostać w salonie zkąd światło wyniesiono, ale Amelja oparła się temu z uprzejmym uśmiechem i oboje przeszli do drugiego pokoju. Zostawiając wolność zdania panu Osborne, musimy wyznać że Rebeka śpiewała lepiej od swojej przyjaciółki. Tego wieczora szczególnie przeszła samą siebie ku wielkiemu zdziwieniu Amelji, która nie słyszała jej nigdy śpiewającej z takiem uczuciem, z taką łatwością. Rebeka zaczęła od jakiegoś francuskiego romansu; Józef nie rozumiał go wcale, Osborne wyznał toż samo otwarcie, poczem miss Sharp zaśpiewała modne w owym czasie ballady: Biedna Zuzanna, Nasz król, Błękitnooka Marja.
Ze względu na ich wartość muzyczną, nie były to zbyt świetne utwory; przebijało w nich jednakże nierównie więcej prawdziwego uczucia i łatwiej je można było zrozumieć, niż owe lagrime, sospiri e felicitá, jakiemi wiecznie brzmi muzyka Donizettego.
W przestankach śpiewu toczyła się sentymentalna rozmowa, w ścisłym zostająca związku z opiewanym przedmiotem. Wszystkie służące, mistress Blenkinsop ochmistrzyni, i Sambo, usłużywszy do herbaty, zebrali się na schodach i słuchali śpiewu Rebeki.
Ostatni romans opiewał boleść przy rozstaniu. Końcowa wzrotka była odśpiewana rzewnym, coraz słabnącym, melancholicznym głosem. Każdy myślał o odjeździe Rebeki i o smutnem osamotnieniu biednej sieroty. Józef Sedley, lubiący namiętnie muzykę i posiadający serce niezmiernie czułe, był w zachwyceniu podczas śpiewu, czuł się głęboko wzruszonym kiedy ostatnia nuta ucichła. Gdyby był miał trochę więcej odwagi i gdyby Osborne został był z Amelją w salonie, jak tego sobie życzył, jużby może ostatnia chwila celibatu Józefa wybiła i powieść nasza byłaby skończoną.
Po śpiewie Rebeka wzięła pod rękę Amelję i przeszła z nią do ciemnego prawie salonu, W tej samej chwili ukazał się Sambo z tacą zastawioną sandwiczami, suchemi kofiturami i brzęczącą od kryształowych naczyń. Cała uwaga Józefa Sedley zwróciła się naturalnie ku tacy.
Przyjechali nakoniec państwo Sedley, ale nasze młode towarzystwo tak było zajęte rozmową, że ani zwróciło uwagi na turkot powozu.
— Niechże pani raczy przyjąć choć łyżeczkę galarety dla ochłodzenia się po tym zachwycającym, pełnym uczucia śpiewie, mówił Józef zwracając się do Rebeki.
— Brawo Jos! zawołał ojciec — wchodząc do salonu.
Józef przerażony dźwiękiem znanego mu drwiącego głosu, zamilkł natychmiast i wyniósł się jak najprędzej. Nie przepędził on wprawdzie nocy bezsennej nad zaciekaniem się czy jest kochanym lub nie: najgwałtowniejsza miłość nie odebrała mu nigdy ani snu ani apetytu; rozmyślał jednakże przez kilka chwil jakby to mu było rozkosznie słyszeć ten słodki śpiew wtenczas, kiedy i teatrów i koncertów będzie zupełnie pozbawiony. Wyobrażał sobie nawet jaki efekt sprawi pojawienie się na balach w Kalkucie zachwycającej istoty, mówiącej po francuzku lepiej od żony gubernatora.
— Potrzebaby być ślepym żeby nie dostrzedz iż ta dziewczyna mnie kocha, myślał sobie w duchu. Co się tyczy posagu, wszystkie panny jadące do Indji nie są od niej bogatsze. Mógłbym gorzej trafić, szukając dalej coś lepszego.
Kołysany temi marzeniami usnął nareszcie.
Nazajutrz rano przyszedł na śniadanie znacznie wcześniej niż zwykle. Nigdy go nie widziano tak częstym gościem w Russel-Square. Zastał on już Osborna, który jak mówił, przyszedł pomagać Amelji zajętej pisaniem dwunastu listów do Chiswick-Mall. Rebeka kończyła wczorajszą robotę.
Poborca z Boggley-Vollah, przeskakując po kilka na raz schodów, wszedł do salonu. Amelja i Osborne zamienili pomiędzy sobą uśmiech nieco złośliwy i spojrzeli na Rebekę, na której twarz, niezupełnie lokami zakrytą, żywy wystąpił rumieniec. Serce jej biło silnie kiedy Józef zadyszany, w butach świecących się jak źwierciadło, w nowem, świeżo z igły zdjętem ubraniu, ukazał się czerwony jak piwonja z gorąca, jakoteż i nadmiaru zdrowia. Była to chwila dla wszystkich krytyczna. Sambo nawet sznurował usta, żeby się nie roześmiać, anonsując Józefa i wnosząc dwa olbrzymie bukiety, kupione rano przez niego w Covent Garden.
Panienki przyjęły radośnie ofiarowane sobie bukiety, którym towarzyszyły uroczyste i niezgrabne ukłony Józefa.
— Brawo! zawołał Osborne.
— Dziękuję ci, kochany Józefie, dodała Amelja gotowa uścisnąć brata gdyby na to zezwolił.
— Cóż to za przepyszne kwiaty, zawołała miss Sharp, opierając bukiet na piersi i patrząc nań w zachwyceniu.
Kto wie, czy to bliższe przypatrywanie się nie było w celu dojrzenia jakiego bileciku ukrytego pomiędzy kwiatami.
Niestety! żadnego nie było.
— Powiedz mi Józefie — zapytał Osborne, śmiejąc się — czy w Boggley Vollah umieją rozmawiać za pomocą kwiatów.
— Daj pokój żartom — odparł sentymentalnie Józef — kupiłem te kwiaty u Nathan’a. Cieszy mnie że ci się podobały. Przywiozłem także ztamtąd ananas, którego przyprawą Sambo już się zajął; bardzo chłodzi w takie jak teraz upały.
Rebeka mówiła już że nigdy nie jadła ananasów i że od dawna pragnęła poznać smak tego owocu.
Wśród tej rozmowy Osborne wyszedł, a w parę chwil potem Amelja poszła zobaczyć zapewne żeby ananas cienko pokrajano. Józef został więc sam na sam z Rebeką, zajętą jak zawsze robotą zielonego woreczka.
— Co za cudowny romans pani śpiewałaś wczoraj wieczór! — rzekł młody poborca — na honor, bardzo mało brakowało, żebym się nie zalał łzami; jak honor kocham!
— Bo pan masz dobre i czułe serce, panie Józefie tak jak cała pańska rodzina.
— Nie mogłem zasnąć całą noc; zdawało mi się, że ten romans ciągle słyszę, próbowałem nawet zanucić go w łóżku dziś rano. Na honor, próbowałem... Gollop, mój lekarz, przyszedł do mnie o jedenastej, bo jak pani wiesz, jestem cierpiący i Gollop odwiedza mnie codzień. Otóż Gollop zastał mnie spiewającego.
— Doprawdy? chciałabym bardzo słyszeć pana spiewającego.
— Mnie? o! nie. Ale pani zaspiewaj jeszcze, zaklinam cię!
— Nie teraz, panie Sedley, odrzekła Rebeka z głębokiem westchnieniem. Nie jestem usposobiona do spiewu w tej chwili, a przytem muszę skończyć ten woreczek. Czy chcesz mi pan pomódz, panie Józefie?
Nim miał czas namyśleć się, już Józef Sedley, poborca z Boggley Vollah, pochylony w postawie błagalnej ku Rebece, rzucał na nią ogniste spojrzenia i trzymał pasmo jedwabiu, który miss Sharp zręcznie zwijała.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tej to romantycznej postawie zastali młodą parę Osborne i Amelja, kiedy weszli oznajmić że ananas już pokrajany.
Pasemko jedwabiu już było zupełnie w kłębuszek zwinięte, a Józef Sedley nie odważył się jeszcze pisnąć ani słowa.
— To pewno dziś wieczór nastąpi, szepnęła Amelja Rebece, ściskając jej rękę.
— Dziś wieczór w Wauxhalu — myślał sobie Józef — muszę śmiało do rzeczy przystąpić.



V.
Przyjaciel Dobbin.

Ktokolwiek z młodych ludzi był wychowany w znanym zakładzie dr. Swishtal, nigdy nie zapomni walki, stoczonej pomiędzy dwoma zapaśnikami, których imiona Kuff i Dobbin. Ten ostatni nosił liczne przezwiska, dawane mu przez kolegów i uchodził za jednego z silniejszych pensjonarzy doktora Swishtal.
Był on synem kupca z City, a wieść niesie, że przyjęcie jego do pensjonu było zastosowaniem zasady wolnej wymiany w handlu, to jest, że ojciec wypłacał należność za stół, pomieszkanie i naukę syna nie pieniędzmi, ale produktami w naturze. Obcisłe, aksamitne spodnie i takaż żakieta, tu i owdzie na szwach rozprute, stanowiły ubranie tego grubego i pękatego chłopca, przedstawiającego pewną ilość funtów herbaty, cukru, świec, mydła, rodzynków itd... dostarczanych przez starego Dobbin dyrektorowi zakładu. Jeden z uczniów wchodząc do szkoły, dostrzegł przed bramą wózek, z którego wyjmywano wymienione wyżej produkta. Wyraźnie wypisana firma: Handel korzenny Dobbin i Rudge, Thames Street w Londynie, nie uszła uwagi młodego chłopca. Odtąd młody Dobbin nie miał już chwili spokoju i stał się przedmiotem naigrawań i żartów nielitościwych towarzyszów:
— No i cóż, Dobbin — szydził jeden z nich — dobre wiadomości w gazecie, cukier drożeje, cena się podnosi?
Inny znowu dawał mu do rozwiązania następujące zagadnienie: Jeżeli funt świec kosztuje czternaście groszy i pół, ile może być wart Dobbin?
Wszystkie to koncepta wywołały głośne oklaski mądrych paniczów, według których handel drobiazgowy jest hańbiący i ledwie na pogardę i szyderstwo zasługiwać może.
— Twój ojciec, Osborne — rzekł młody Dobbin zwracając się do malca, który tę burzę wywołał — twój ojciec przecież nie jest niczem więcej jak prostym kupcem.
— Mój ojciec — odpowiedział tamten z dumą — jest szlachcicem i umie utrzymać się godnie na swojem stanowisku.
William Dobbin usiadł sam jeden na drugim końcu dziedzińca i resztę dnia tego smutnie przepędził, nie biorąc udziału w żadnej zabawie. Któż nie przypomina sobie smutnych i gorzkich chwil w dzieciństwie? Któż silniej od dziecka potrafi odczuć niesprawiedliwość? Kto bardziej od niego obawia się szyderstwa? Kto głębiej chowa w sercu uczucie wdzięczności, kto żywiej czuje wyrządzoną mu krzywdę? i my częstokroć nie obawiamy się męczyć i prześladować tych biednych młodych istot! Za cóż? Za błąd w rachunku, albo też za przeklętą łacinę.
William miał tyle z Alwarem trudności że będąc umieszczonym w najniższej klasie, widział się prawie zawsze wyprzedzonym przez drobne dzieciaki, wpośród których mógłby był uchodzić za olbrzyma. Mali jego towarzysze płatali mu tysiące figlów: zszywali mu spodnie, żeby je bardziej jeszcze zwęzić, podrzynali pasy od łóżka, podstawiali mu pod nogi rozmaite sprzęty żeby zaczepiwszy się upadł, posyłali mu niby od ojca pakiety z mydłem, ze świecami itd. Mały Dobbin znosił to wszystko z niemą i godną politowania rezygnacją.
Kuff, przeciwnie, był mecenasem całej pensji i wiele rzeczy uchodziło mu bezkarnie. Sprowadzał ukradkiem wino, obijał bez litości uczniów z miasta przychodzących, miał w swoim pokoju myśliwskie buty które mu służyły do polowania w dnie świąteczne, złoty zegarek i zażywał tabakę jak doktor. Uczęszczając do teatru i opery, znał doskonale zalety i wady każdego prawie z aktorów. W przeciągu godziny mógł napisać czterdzieści wierszy łacińskich i nie małą posiadał łatwość do wersyfikacji francuskiej. Trudniej byłoby powiedzieć co było mu obcym i czego nie potrafiłby zrobić. Sam nawet doktor Swishtall podobno go się obawiał.
Uznany przez swoich towarzyszów za naczelnego wodza, Kuff był małym despotą i nikt nie śmiał się oprzeć jego tyranji. Jeden smażył mu grzankę, drugi czyścił mu buty, inny nakoniec podejmował piłkę, kiedy się podobało bawić temu samowładnemu panu. Słowem, wszyscy byli na jego usługi. Dobbin był przez tego tyrana najwięcej ze wszystkich pogardzanym. Drwił z niego zawsze, bił go bardzo często, i nigdy nie raczył do niego ani słowa przemówić.
Pewnego dnia Dobbin był sam jeden w klasie zajęty pisaniem listu do rodziców. Kuff nadbiega z hałasem i każe małemu Dobbinowi przyniość sobie ciastka z konfiturami.
— Nie mogę odejść — mówi Dobbin — muszę listu dokończyć.
— Nie możesz, zawołał Kuff, gotując się do wyrwania listu, który pomimo wielu poprzekreślanych albo niewyraźnie napisanych wyrazów kosztował nie mało łez i pracy biednego dziecka. Był to owoc największych wysileń, na jakie chłopiec mógł się zdobyć, pisząc do matki, która go nad życie kochała. — Nie możesz — powtórzył Kuff — chciałbym bardzo wiedzieć dlaczego? Czy nie możesz jutro napisać do mamy Figs?
— Czy niemógłbyś nazywać mojej matki jej własnem imieniem? krzyknął Dobbin zrywając się z ławki w największem oburzeniu.
— No, wybierzesz się nakoniec? wołał mały despota.
— Zostaw mi list, ludzie dobrze wychowani nie czytają cudzych listów, powiedział Dobbin.
— Jakto! jeszcze czekasz?
— Otóż nie pójdę, a nie waż się mnie dotknąć, bo ci łeb rozbiję, wołał Dobbin, chwytając kałamarz ołowiany z taką złością, że Kuff zawahał się chwilę, włożył ręce do kieszeni i wyszedł przedrzeźniając przeciwnika. Odtąd nie miał on już żadnych bez pośrednich stosunków z synem episjera i ile razy tenże odwrócił się plecami, Kuff traktował go z największą w świecie pogardą.
W kilka dni potem Kuff stanął wypadkiem niedaleko William’a Dobbin, leżącego pod drzewem z ulubioną jego książką: Tysiąc i jedna nocy“. Zostając w oddaleniu od reszty towarzyszów bawiących się w rozmaite gry, zdawało się że William czuł się szczęśliwym w osamotnieniu. Gdyby przełożeni i nauczyciele zamiast obarczać dzieci karami i zamiast nudzić je nieustannem strofowaniem, mniej krępowali ich wrodzone popędy, nieraz czystsze, wznioślejsze od nałogów tych, jakie swoim wychowańcom nakazują, gdyby rodzice zamiast narzucać dzieciom swoje myśli i upodobania, zostawiali ich więcej samym sobie, mielibyśmy może mniej daleko dzieci zepsutych, chociaż ich główki nie byłyby tak wcześnie jak dziś napełnione zbiorem różnorodnych, naukowych wiadomości.
William, jak już powiedzieliśmy, leżał pod drzewem z książką w ręku. Przeniesiony w dyamentową dolinę, zapomniał zupełnie o świecie, gdy nagle krzyk płaczącego dziecka wyrwał go z upajającej krainy marzeń. Podniósł oczy i ujrzał obok siebie małego chłopca, którego Kuff niemiłosiernie smagał.
Był to właśnie ten sam malec, który wyszperał episjerskie pochodzenie William’a i naraził go przez to na wiele nieprzyjemności. Dobbin jednak nie miał zwyczaju chować długo urazy w sercu do najmłodszych i najsłabszych kolegów.
— Dla czego, smarkaczu, przyszło ci do głowy rozbić tę butelkę? — krzyczał Kuff, szarpiąc silnie swoją ofiarę.
Małemu temu chłopczynie rozkazał przeskoczyć przez mur dosyć wysoki, biedz jeszcze z pół mili, wziąć na kredyt butelkę araku i przynieść ją tąż samą drogą, unikając o ile możności szpiegów doktora Swishtall, którzy mu wszystko donosili. Przełażąc przez mur dziedzińca, noga powinęła się biednemu chłopcu, który upadł na ziemię i stłukł butelkę. Ze splamionemi spodniami stawiono go przed doktorem jako winowajcę, chociaż był zupełnie niewinny.
— Jak ośmieliłeś się rozbić, mały złodzieju? Wypiłeś arak, szachraju, i mówisz, że rozbiłeś butelkę. Wyciągnij rękę, łotrze — mówił Kuff podnosząc linję do uderzenia.
Gruba dębowa linja spadła silnie na rękę biednego dziecka, któremu ból wyrwał przeciągły, chociaż stłumiony jęk. William przywołany tym jękiem z djamentowej doliny w świat rzeczywisty, miał przed sobą widok, który się codziennie powtarzał: silny i barczysty chłopiec bił bez najmniejszej przyczyny słabszego od siebie.
— Nadstaw drugą łapę, łakotnisiu — mówił Kuff do młodszego towarzysza, którego twarz wykrzywiona świadczyła o gwałtownym bolu. Wszystkie członki William’a, więzione w ścisłem ubraniu, zadrgały z oburzenia, jakiem go ten widok przejmował.
— Oto masz za swoje, nikczemny kłamco — zawołał Kuff spuszczając narzędzie kary na rękę biednego dziecka.
Niech to nie przeraża naszych czytelniczek, los to nieunikniony każdego dziecka, które przez pensję przechodzi. Wasze dzieci będą prawdopodobnie tak samo cierpiały i też same cierpienia drugim zadawały.
Za powtórnem opadnięciem linji Dobbin zerwał się jakby piorunem rażony.
Dla czego? nie umiałbym na to odpowiedzieć; bo kary cielesne w szkołach są na porządku dziennym[1]. Być może że poczciwe serce William’a nie mogło znieść bez oburzenia takiej tyranji, takiego pastwienia się nad bezsilnem dzieckiem; może być że chęć osobistej zemsty popychała go do zmierzenia się z okrutnym katem, rozzuchwalonym uległością, z jaką jego towarzysze znosili największe obelgi. W samej rzeczy, Kuff obchodził się z towarzyszami szkolnymi jak zwycięzca z podbitymi niewolnikami. Wyglądał pomiędzy nimi jak mały monarcha, do czego miał zupełną kwalifikację: Pychę, zuchwałość a nawet przywileje, bo na jego skinienie odzywały się bębny, powiewały chorągiewki i broń mu przynoszono na rozkazy.
Nie będziemy przesądzać pobudek wpływających na śmiałe wystąpienie młodego Dobbina, który jednym skokiem znalazł się naprzeciw tyrana, wołając do niego mocnym głosem:
— Przestań męczyć to dziecko, bo ja..
— Cóż mi zrobisz? — zapytał Kuff zdziwiony tą interwencją, a potem zwracając się znowu do nieszczęśliwej ofiary, rzekł:
— Wyciągaj łapę, małpeczko.
— Co ci zrobię — odpowiedział Dobbin na zapytanie — sprawię ci takie cięgi, jakich nie dostałeś jeszcze w życiu.
Mały Osborne spojrzał przez łzy z niedowierzaniem na obrońcę; Kuff nie mógł wyjść z podziwienia na tak niespodziewane wystąpienie William’a.
Wyobraźcie sobie Jerzego III. w chwili kiedy otrzymuje wiadomość z północnej Ameryki o podniesionym rokoszu w posiadłościach angielskich; przedstawcie sobie Goljata wyzwanego przez małego Dawida, a będziecie mieli pojęcie o uczuciach, jakie miotały młodym Reginaldem Kuff w chwili kiedy odebrał wyzwanie.
— Po lekcji — wymówił pomału Kuff przybierając postawę pewną siebie, jak gdyby chciał powiedzieć: Zostawiam ci czas na zrobienie testamentu i na przekazanie ostatniej twej woli przyjaciołom.
— Będę gotów — odpowiedział Dobbin — ty będziesz moim sekundantem, dodał, zwracając mowę do Osborna.
— Dobrze, jeżeli tego sobie życzysz — odpowiedział Osborne rumieniąc się ze wstydu że syn kupca wiktuałów występuje w charakterze jego obrońcy.
Nadeszła nakoniec chwila walki. Osborne wstydził się przemówić do Williama. Kuff szedł do ataku z uśmiechem pogardy. Z początku bójki młoda publiczność patrzyła w milczeniu, ale gdy biedny Dobbin uległ pod razami przeciwnika i był przez tegoż trzy razy na ziemię powalony, głośne okrzyki rozlegały się za każdym upadkiem Williama; każdy z widzów gotów był upaść na kolana przed bitnym zwycięscą.
— Jakże on mnie zbije, kiedy to wszystko się skończy? — myślał sobie młody Osborne, podnosząc Williama. Lepiejbyś zrobił żebyś ustąpił, Williamie, mówił do niego — ja to przeniosłem już, przykry to był moment wprawdzie, ale już się do tego przyzwyczaiłem.
Dobbin trzęsąc się z gniewu odepchnął sekundanta i natarł czwarty raz na przeciwnika z takim pospiechem, że zmusił go do działania odpornego, nie zostawiając mu czasu do ataku. William był mańkutem. Jak tylko mu się udało wyprowadzić lewą rękę w pole, wymierzył dwa nader silne ciosy, z których jeden ugodził w oko nieprzyjacielskie, a drugi skrzywił nieco jego piękny nos rzymski.
Kuff potoczył się na ziemię ku wielkiemu zdumieniu przytomnych.
— Dobrze trafił — powiedział mały Osborne z miną znawcy klaszcząc w dłonie i skacząc po za plecami swego obrońcy. — Mocną masz lewicę Figs, brawo mój chłopcze!
Od tej stanowczej chwili lewica Figs’a brała czynny i skuteczny udział aż do końca walki. Po każdym ataku Kuff padał na ziemię. Za szóstym razem głosy widzów już się podzieliły: — Brawo Figs! — wołali jedni. — Popraw się Kuff! — krzyczeli drudzy. Za dwunastym razem Kuff nieprzytomny prawie, nie był już w stanie ani bronić się, ani działać zaczepnie, Figs przeciwnie był nie wzruszony jak kwaker. Twarz blada, oczy pełne ognia, szeroka na ustach kresa, z której krew szła obficie, dawały młodemu bohaterowi wyraz dziki i wojowniczy, przejmujący strachem niejednego z widzów. Nie zwyciężony Kuff gotował się stawić czoło po raz trzynasty.
Gdybym miał pióro Napier’a lub Bell’a opisałbym obszerniej tę pamiętną walkę. Była to ostatnia szarża starej gwardji, a raczej miała ona kiedyś w podobny sposób się stoczyć, bo działo się to jeszcze przed bitwą, pod Waterloo. Była to kolumna Ney’a, dosięgająca kolumnę de la Haie Sainte, otoczona blaskiem dwudziestu orłów i dziesięciu tysięcy bagnetów.
Kuff zrozpaczony zdobył się nareszcie na ostatnie wysilenia, ale nieubłagana, handlująca figami lewica spadła znowu na jego nos już znacznie uszkodzony, i obdaliła ostatecznie walecznego przeciwnika na ziemię.
— Zdaje mi się że już ma dosyć — wymówił Figs, podczas gdy nieprzyjaciel leżał prawie bez życia na trawniku. Kiedy go podniesiono, po krótkiej przerwie, pan Reginald Kuff nie miał już ani siły ani ochoty do wznowienia boju.
Cała uczniów gromada zaintonowała z takim zapałem głośne hurra na cześć i chwalę zwycięscy jak gdyby tenże był przedmiotem ogólnej sympatji od początku bitwy. Wrzawa, zamieszanie, dzikie okrzyki doszły do tego stopnia, że doktor Swishtall wybiegł na dziedziniec i zamierzał srogo skarcić Williama, kiedy Kuff przyszedłszy już do siebie i obmywając rany wystąpił naprzód i rzekł:
— To ja zawiniłem, panie dyrektorze, Figs... Dobbin nic nie winien. Ja skrzywdziłem jednego z młodszych kolegów i odebrałem za swoje.
Wspaniałomyślny ten postępek nie tylko zasłonił od kary zwycięscę, ale przywrócił zwyciężonemu wpływ i znaczenie, utracone z powodu nieszczęśliwej porażki.
Młody Osborne tak się wyrażał o tej sprawie w liście do rodziców:

„Richmond w marcu 18...

„Kochana mamo!
„Jestem zdrów czego i mamie życzę; proszę mi przysłać ciastek i pięć szylingów. Mieliśmy tu bitwę. Kuff, jak mama musi wiedzieć, był u nas królem na pensji. Mierzył się trzynaście razy z Williamem i był porządnie obity, teraz już zeszedł na wice króla. Kuff mnie bił za to, że mu rozbiłem butelkę mleka, a Figs ujął się za mną. Nazywamy go Figą, bo jego ojciec ma handel korzenny, przy Thames Street w City. Mnie się zdaje że kiedy on bił się za mnie, to wypadałoby mamie kupować herbatę i cukier u jego ojca. Kuff jeździ zawsze do siebie co sobota, ale teraz nie będzie mógł, bo ma oczy podbite. Kuff ma konika białego, na którym do domu jeździ. Ja byłbym bardzo kontent żeby papa pozwolił mi mieć także małego konika i jestem
„przywiązanym synem.
Jerzy Sedley Osborne.“
P. S. „Proszę odemnie Emmę uściskać. Wycinam dla niej powozik z tektury.“
Po tak świętnem zwycięstwie Dobbin stanął bardzo wysoko w opinji kolegów. Przydomek Figs przestał być używanym na pośmiewisko; przeciwnie, imie to stało się odtąd bardzo popularnem w szkole. „Naprawdę, on temu nie winien że jego ojciec jest episjerem,“ mówił mały Osborne, którego zdanie miało pewne w szkole znaczenie. Odtąd uważano za rzecz bardzo niestosowną żartować — jak dawniej — z urodzenia Williama. Zupełna zmiana stosunków młodego chłopca z wszystkimi szkolnymi towarzyszami wpłynęła korzystnie na rozwój jego władz umysłowych i na postępy w naukach klasycznych. Znakomity Kuff nawet był dla niego pełen uprzejmej grzeczności, pomagał mu nieraz składać wiersze łacińskie i często bawił się z nim na przechadzce. William był wprawdzie słaby w naukach filologicznych ale za to wszyscy przyznawali mu wielką zdolność do matematyki. Pomimo że klasa jego była dosyć liczną, udało mu się jednak zająć trzecie miejsce przy ogólnem obliczaniu stopni z algebry, co mu pomogło do otrzymania nagrody publicznej. Trzeba było widzieć radość jego matki kiedy młody William brał z rąk doktora na publicznem zgromadzeniu Telemaka z napisem łacińskim: Guilelmo Dobbino. Cała młodzież szkolna okazała przy tej okoliczności serdeczną sympatję młodemu koledze grzmotem tak silnych oklasków, że William Dobbin poczerwieniał i zaledwie mógł powrócić na miejsce, tak się nogi chwiały pod nim i w głowie kręciło. Ojciec Dobbina dał publicznie synowi dwie gwinee a po wakacjach sprawił mu nowe ubranie.
Wrodzona Williamowi skromność nie dozwoliła mu przypisywać swego powodzenia osobistej tylko zasłudze. Zdawało mu się że wpływy małego Osborna nie mało się do tego przyczyniły. Od tej chwili powziął on dla Jerzego stałą, niezachwianą przyjaźń, do której tylko młode serca zdają się zdolne. Miał on zawsze do małego Osborna prawdziwą sympatję, ale odtąd został mu wiernym jak piesek, nieodstępnym jak Piętaszek towarzyszem. W przekonaniu William’a Jerzy łączył w sobie wszystkie przymioty; piękność, zręczność, odwaga, wspaniałomyślność, podnosiły Osborna do ideału doskonałości. William dzielił się pieniędzmi ze swoim przyjacielem i zasypywał go upominkami jak scyzoryki, pieczątki złote, ołówki srebrne, książki i ryciny z napisem: „Jerzemu Sedley Osborne, esquire, od wiernego mu przyjaciela, Wiliam’a Dobbin.“
Nic zatem dziwnego że w dzień ułożonej wycieczki do Wauxhalu, kapitan Osborne powiedział do pani Sedley;
— Chciej mi pani łaskawie wybaczyć że pozwoliłem sobie zaprosić na obiad pana Dobbina, który ma nam towarzyszyć do Wauxhalu. Jest to młody człowiek tak nieśmiały prawie jak Józef.
— Nieśmiały! cóż to ma znaczyć? rzekł urażony Józef, przeszywając Rebekę znaczącem spojrzeniem.
— Muszę ci jednakże oddać tę sprawiedliwość, kochany Józefie — mówił dalej Osborne śmiejąc się, że Dobbin nie dorównywa ci w elegancji. Spotkawszy go w Bedfort oznajmiłem mu że miss Amelja wróciła już z pensji do Russel Square, że zamierzamy zrobić wyprawę do Wauxhalu i że pani Sedley przebaczyła mu stłuczenie filiżanki z pączem na owym balu dziecinnym siedm lat temu. Przypomina sobie pani ten wypadek?
— O! pamiętam dobrze... suknia pąsowa pani Flamingo najwięcej ucierpiała z niezgrabności tego chłopca. Ale też i siostry jego są bardzo niezręczne, lady Dobbin była z niemi wczoraj w Highbury; jakże one tam wyglądały!
— Alderman[2] podobno ma być bardzo bogaty — rzekł złośliwie Osborne, — czy pani nie znajduje że byłaby to dla mnie bardzo dobra partja, gdybym się z jedną z tych panien ożenił, nieprawdaż.
— Co też ci się roi po głowie? Którażto z panien — mówiła pani Sedley — zechciałaby mieć męża z taką żółtą twarzą jak twoja? Nareszcie alderman Dobbin ma czternaścioro dzieci do wyposażenia.
— Ja mam żółtą twarz? Cóż pani powiesz o Williamie Dobbin, który miał trzy razy żółtą febrę, dwa razy w Nassau a raz w Saint Kitts?
— To wszystko bardzo być może, ale to niezmniejsza w naszych oczach żółtości twojej cery. Nie prawdaż Emmy?
Amelja, której twarz pokryła się rumieńcem, patrzyła z uśmiechem na Jerzego, myśląc sobie w duchu że w całej armji Jego królewskiej Mości a może i na całym świecie nie ma ani jednego mężczyzny z tak bohaterską postawą i tak wdzięcznemi wąsikami.
— Powierzchowność i niezgrabność kapitana Dobbin mało mnie obchodzi — rzekła po chwili Amelja — ale nie taję się że mam dla niego wiele życzliwości.
Amelja lubiła rzeczywiście kapitana Dobbin, którego przyjaźń dla Osborna była najważniejszą tej sympatji pobudką.
— Nie jest to zapewne Adonis — dodał Jerzy Osborne — ale nie znam lepszego żołnierza, lepszego kolegi jak kapitan Dobbin.
Przed wieczorem Amelja w białej, muślinowej sukience, świeża jak różyczka, z twarzą uśmiechniętą weszła do salonu, gdzie zastała już gościa w uniformie wojskowym, okrytym galonami i z kapeluszem stosowanym w ręku. Nowoprzybyły miał za długie ręce i nogi, uszy nazbyt wystające i odznaczał się wzrostem niepospolitym, a nadewszystko niezręcznemi ruchami.
Był to William Dobbin, kapitan piechoty z pułku Jego królewskiej Mości.
Nikt prawie nie wiedział o jego przybyciu do Russel-Square, bo zadzwonił tak nieśmiało, że na górze nie było słychać dzwonka. Dlatego to Amelja wbiegła do salonu spiewając, a głos jej dźwięczny poszedł prosto do serca kapitana. Ukłoniwszy się bardzo niezgrabnie William zamiast uścisnąć podaną mu białą i drobną rączkę, stał w miejscu i tak sobie rozmyślał:
— Czy podobna żeby to była ta sama mała dziewczynka, którą tak niedawno, zdaje mi się, widziałem, kiedy mi się zdarzyło rozlać filiżankę ponczu, na parę dni przed otrzymaniem nominacji? Czy to o niej Jerzy Osborne zamyśla? Dobry ma gust, nie ma co powiedzieć, bo piękna jak aniołek.
Kto wie jak długo zostałby zajęty rozwiązaniem postawionych przez siebie zapytań, gdyby kapelusz nie był mu wypadł z ręki na ziemię.
Czytelnik zna już historję William’a. Dodamy tylko że papa Dobbin, ów pogardzony episjer został aldermanem, a następnie pułkownikiem ochotniczej jazdy lekkiej, pełnym wojowniczego zapału do odparcia inwazji francuzkiej. Nie dosyć na tem, alderman i pułkownik Dobbin, pod którego rozkazami służył stary Osborne, został zaszczycony orderem po przeglądzie wojsk, odbytym przez króla i księcia Yorku. William Dobbin i Jerzy Osborne wstąpili do pułku piechoty, który wkrótce wysłano do Indji Wschodnich i do Kanady, a nakoniec wrócił do kraju. Przyjaźń William’a z Jerzym została zawsze tak szczerą i serdeczną jak za czasów szkolnych.
Całe towarzystwo zasiadło do obiadu. Mówiono przy stole o sławie wojennej, o Wellingtonie i o najświeższych wypadkach. W owej pamiętnej epoce dzienniki były przepełnione wiadomościami o zwycięstwach, które każdy dzień prawie przynosił. William i Jerzy wiele daliby za to żeby ich imiona znalazły się tam zapisane, gdy tymczasem los nieubłagany skazywał ich na uciążliwą bezczynność, trzymając cały pułk daleko od pola zwycięstw i chwały. Taka rozmowa musiała naturalnie obudzić najżywszy entuzjazm Rebeki. Pan Józef zaś nie zaniedbywał podawać jej wszystko, co tylko było na stole, sam jadł dobrze, pił jeszcze lepiej i opowiadał z ogniem historję panny Kutler i chirurga Lance i wzruszające epizody z polowania na tygrysy.
Po obiedzie rzucił się skwapliwie otworzyć paniom drzwi do salonu, wrócił jednak natychmiast na swoje miejsce przy stole i z gorączkowym pospiechem wypróżniał butelki, napełniając sobie co chwila kieliszek jeden po drugim.
— Józef ostrzy broń, szepnął Osborne do William’a.
Nadeszła nakoniec pora udać się do Wauxhalu.



VI.
Wauxhall.

Dotąd, jak widzimy, wszystko w naszej powieści tchnie pogodą i spokojem; wypadki, przez nas opowiadane, w zwykłym po sobie następują porządku. Bo i jakże mogliśmy wejść w sferę zdarzeń nadzwyczajnych, kiedyśmy się nie wychylali jeszcze z domu uczciwego ajenta bankowego, gdzie przechadzka, śniadanie, objad i parę czułych westchnień wypełnia żywot spokojnych mieszkańców Russell Square. Wszystko cośmy dotąd powiedzieli, da się zamknąć w tych kilku wyrazach: Osborne zakochany w Amelji zaprosił jednego z dawnych znajomych na objad i na przejażdżkę do Wauxhalu. Józef Sedley kocha Rebekę. Czy będzie posiadać przedmiot swoich westchnień? Oto właśnie co pozostaje do wyjaśnienia.
Powiedzieliśmy już że młode towarzystwo było na wyjezdnem do Wauxhalu. Józef zajął miejsce na przedzie powozu obok miss Sharp, którą cisnął całym swoim ciężarem, w głębi zaś usiadł Osborne pomiędzy Amelją i kapitanem Dobbin.
Każdy był pewnym, że tego wieczora Józef zapyta Rebekę czy zechce nosić imię mistress Sedley. Rodzice nawet, jak się zdawało, nie byliby temu związkowi przeciwni. Ojciec Sedley zarzucał zawsze synowi próżność egoizm, gnuśność, zniewieściałość, żartował z jego pretensji i hołdowania modzie, wyśmiewał bez litości przechwałki, można go było nawet podejrzywać o uczucie pogardy dla syna, i każdą w tym przedmiocie rozmowę z żoną kończył temi słowy: „Zostawię mu połowę majątku, ale pewny jestem że gdyby śmierć dziś nawet zabrała nas oboje z Amelją, ten chłopiec bez serca powiedziałby sobie: „Tem lepiej“ i nie straciłby ani na jeden dzień apetytu. Po cóż więc mam sobie krew psuć i troszczyć się zbytecznie o niego? Niech się sobie żeni z kim mu się podoba, zostawmy mu wolny wybór, nie potrzebujemy mieszać się do tego.
Amelja, z zapałem niedoświadczonej i młodej dziewczyny, gorąco pragnęła tego związku. Parę razy Józef zdawał się usposobionym otworzyć przed siostrą tajniki swego serca, Amelja chętnieby te zwierzenia przyjęła; ale gdy przyszła chwila stanowcza, zawsze brakowało mu odwagi: westchnął, kręcił się i zostawiał siostrę zawiedzioną w oczekiwaniach.
W rozmowach z Rebeką, Amelja nie mogła dotykać tak drażliwego przedmiotu, ale miewała za to długie i poufne pogadanki z ochmistrzynią, mistress Blinkinsob, która powiedziała co o tem pannie służącej, a wymówiła się przed kucharką, ta ostatnia znów przed znajomymi, tak że na milę w około Russell Square mówiono już o tem, że pan Józef ma się żenić.
Gdy pani Sedley robiła czasem uwagę że córka artysty nie była odpowiednią partją dla jej syna, ochmistrzyni Blinkinsop odpowiadała jej na to, z głębokiem wszakże uszanowaniem:
— Albożeśmy, proszę pani, nie byli episjerami kiedy pan Sedley, wówczas tylko komisant ajenta bankowego, starał się o nas? Nie było więcej jak pięćset funtów szterlingów rocznego dochodu z początku, a przecież dzisiaj chwała Bogu, jesteśmy dosyć bogaci.
Amelja była również tego zdania, a w końcu poczciwa pani Sedley dała się jakoś przekonać.
Pan Sedley zachowywał ścisłą neutralność.
— Niech się Józef żeni jak sam chce — mówił zawsze — to nie nasza rzecz, panna nie ma posagu, to prawda; ale i pani Sedley nie była bogatszą. Tej dziewczynie nie zbywa na zręczności, potrafi więc wpłynąć na męża i dobrze nim pokierować. W każdym razie lepsza jeszcze ta, aniżeli jaka czarna pani Sedley z tuzinem dzieci orzechowego koloru.
Wszystko zdawało się sprzyjać zamiarom Rebeki, nie brakowało już nic więcej jak tylko prostego oświadczenia. Wówczas dopiero Rebeka uczuła prawdziwie brak tkliwej i zręcznej matki, która potrafiłaby w kilka chwil całą rzecz zakończyć i po krótkiej rozmowie wyrwać lękliwemu kochankowi płomieniste wyznanie.
Tak stały rzeczy kiedy powóz minąwszy most Westminsterski zatrzymał się u wejścia do ogrodu królewskiego. Tłum przypatrywał się z uśmiechem zadowolenia wysiadającemu pompatycznie Józefowi, który zarumienił się z początku ale zaraz potem spojrzał z dumą na Rebekę i wyginając się podał jej rękę. Jerzy prowadząc Amelję, której twarz promieniała radością i szczęściem, rzekł:
— Ty jesteś tak dobry, Wiljamie, że pewno nie odmówisz mi tego i zabierzesz szale tych pań, nieprawdaż?
Kapitan wziął szale na rękę, zapłacił za bilety przy wejściu i postępował spokojnie za resztą towarzystwa. Nie zwracał nawet uwagi na Rebekę i jej kawalera, co zaś do Amelji to znajdował ją tak piękną i dobrą, że zdawała mu się odpowiadać zupełnie świetnym przymiotom Jerzego. Byłoby mu zapewne przyjemniej mieć co innego aniżeli szale pod ręką, żadna przecież myśl egoistyczna nie przyszła mu nawet do głowy. I nie mogło być inaczej. Jakżeby Dobbin mógł nie czuć się zadowolonym widząc że jego przyjaciel tak dobrze się bawi? Nosił więc powierzone mu szale i patrzył na młodą parę z ojcowskiem prawie uczuciem. Nic tam zresztą nie obudzało najmniejszej ciekawości kapitana Dobbin: tysiące kolorowych świateł, liczna orkiestra, wykonywająca pod złoconym kjoskiem najpiękniejsze melodje, śpiewacy, tańce, skoczki biegające po linie, butelki porteru, altany i namioty gdzie sprzedawano cienko jak papier pokrajaną szynkę: wszystko to było zupełnie Willjamowi Dobbin obojętnem.
Z białym kaszmirowym szalem Amelji na ręku, kapitan zatrzymał się przed estradą gdzie mistress Salmon śpiewała „Bitwę pod Borodinem.“ Była to kantata napisana na korsykańskiego awanturnika, którego szczęście zaczynało już opuszczać. Kiedy się ztamtąd oddalał Dobbin zaczął nucić piosnkę którą Amelja śpiewała w Russel Square wchodząc do salonu, ale głos jego był tak podobny do głosu puszczyka, że nie mógł sam powstrzymać się od śmiechu.
Nasze młode pary przyrzekały uroczyście, że do końca wieczora nie będą się oddalać od całego towarzystwa, ale w ogrodach Vauxhalu tak łatwo się zabłąkać, że przy wieczerzy dopiero wszyscy się zgromadzają, by wspólnie opowiadać sobie przygody całego dnia.
Jakąby tajemnicą nie były okryte przygody Amelji i Osborna, można być pewnym że ich myśli i postępowanie było czyste i nienaganne. Byli oni zresztą przyzwyczajeni od dzieciństwa znajdować się sami z sobą tak często, że to położenie nie było dla nich nowem.
Józef i Rebeka ujrzeli się nakoniec sami w cienistych alejach parku, spotykając tu i owdzie nowe pary, szukające również samotności. Oboje rozumieli dobrze trudność swego położenia; miss Sharp myślała nawet, nie bez trwogi, że jeżeli w tak drażliwej chwili wyznanie miłości zamrze na nieśmiałych ustach Józefa, to wszystko może być stracone.
Zatrzymali się najpierwej przed panoramą Moskwy. Tu jakiś niezgrabny niedźwiedź nastąpił na nogę Rebeki która wydawszy okrzyk boleści, rzuciła się w objęcia Józefa, żeby nie upaść na ziemię. Ten mały wypadek spotęgował czułość i zaufanie naszego bohatera do tego stopnia, że zaczął opowiadać swoje indyjskie historyjki słyszane już dziesięć razy.
— Chciałabym bardzo poznać Indje — przerwała Rebeka.
— Doprawdy? zapytał Józef z wyrazem czułości.
Nie można wątpić że to zręczne pytanie było wstępem do innego, nierównie czulszego jeszcze; tak przynajmniej należało sądzić z przyszpieszonego oddechu Józefa i z tego drgania sercowego, które Rebeka dobrze czuła pod ręką. Gdy w tem... o nieba! głośne uderzenie dzwonu dało znać publiczności że fajerwerki miały się rozpoczynać, i nasi kochankowie nie mogąc walczyć z kilkutysięcznym tłumem, zostali jak gdyby falą uniesieni w stronę, gdzie wszyscy cisnęli się gwałtownie.
Kapitan Dobbin znudzony trochę, miał już wielką ochotę połączyć się przy wieczerzy z całem towarzystwem, przeszedł nawet parę razy obok altany, gdzie obojętnie pary już siedziały przy stole, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Na stole były tylko cztery nakrycia, a nasi kochankowie tak zajęli się sobą, że nikt ani pomyślał o kapitanie Dobbin, jak gdyby go nie było na świecie.
— Byłbym tu zbytecznym gościem — pomyślał sobie, patrząc na zakochanych i odchodząc w przeciwną stronę.
W altanie przyjemna rozmowa utrzymywała przyzwoitą swobodę i naturalną wesołość. Józef myślał że jest w najwyższym blasku potęgi, dawając nakazującym głosem rozkazy na prawo i na lewo. Przyprawiał sałatę, odkorkowywał butelki szampana, krajał pieczyste, a przytem jadł i pił zmiatając wszystko co było na stole. W końcu zaproponował rak-punch, bo któż idzie do Vauxhalu, żeby nie skosztował co to jest rak punch!
— Chłopcze! — zawołał — przynieś tu rak-punchu!
Komu wiadomo że Rozamunda znalazła śmierć na dnie zatrutej czaszy, kto wie że puhar wina zabił Wielkiego Aleksandra, tego dziwić nie powinno że ów poncz był brzemienny wypadkami i wpłynął na losy głównych aktorów naszej powieści, pomimo że większa ich część nie skąpała ust w tym boskim nektarze.
Panienki nie piły wcale. Osborne zaś nie lubił tego napoju, a ztąd wynikło że Józef wypił wszystko, że wpadł następnie w stan najwyższej egzeltacji i że nakoniec groziły mu bardzo niemiłe następstwa. Hałaśliwa mowa, śmiech nienaturalny i ruchy jego gwałtowne, ściągnęły mnóstwo widzów naokoło altany, co wielce zmieszało panienki. Nasz bohater zaczął już śpiewać chrypliwym głosem, raczej do beczenia niż do śpiewu podobnym i wywołał huczne oklaski całej publiczności która się pomału od muzyki do altany przeniosła.
— Brawo, mój chłopcze! Zawołał ktoś z tłumu.
— Ej do licha! czybyśmy nie mogli zobaczyć go skaczącego na linie; to byłoby zabawne; co? odezwał się głos inny.
Ten żart przeraził obie panny i oburzył Osborna.
— Na miłość Boga, Józefie chodźmy ztąd — powiedział — odjeżdżajmy co prędzej.
Panienki podniosły się spiesznie.
— Czekajno, czekaj, moja luba synogarliczko, mruczał Józef, obejmując w pół Rebekę. Miss Sharp nie miała dosyć siły żeby się z jego uścisków wydobyć, co wywołało śmiech ogólny. Józef pił coraz więcej, przymrużał oczy, przemawiał do publiczności i zapraszał na poncz wszystkich, coby mieli ochotę stuknąć się z nim kieliszkiem.
Jakiś nieznajomy, dosyć podejrzanej powierzchowności, przyjął zaproszenie Józefa i zbliżył się do stołu. Osborne rzucił się żeby odepchnąć natręta, który nie okazywał skłonności do ustąpienia. Bójka zdawała się nieuniknioną, gdy na szczęście usłyszano głos: — Precz! z drogi!
Nowoprzybyły przecisnął się łatwo przez tłum ustępujący wszędzie na widok mundura i kapelusza trójkątnego i w oka mgnieniu był już w altanie.
Dobbin — bo to był on — przechadzał się w parku i na odgłos niezwykłej wrzawy pospieszył w stronę altany.
— Na miłość Boga, Wiljamie, gdzieżeś się podział? zawołał Osborne, wyrywając mu z rąk biały kaszmirowy szal i zarzucając na szyję Amelji. Zastąp mnie przynajmniej i dopilnuj Józefa nim te panie do powozu odprowadzę.
Jos zamierzył stawić czynny opór i już się podnosił, ale Osborne jednem poruszeniem ręki obalił go na ławkę i wyprowadził damy z altany. Józef mimo silnej czkawki, posyłał w powietrzu całusy, wołając:
— Niech was Bóg błogosławi! niech cię Bóg błogosławi! — Potem pochwycił rękę kapitana Dobbin i płacząc rzewnemi łzami, zwierzył mu się ze swoją miłością dla Rebeki, wołając że kochał szalenie tego anioła, że zadał swojem postąpieniem śmiertelny cios jej sercu, że chce ją poślubić jutro i że musi jechać natychmiast do Lambeth i zbudzić arcybiskupa jeżeliby tego prałata zastał już śpiącego.
Kapitan Dobbin, korzystając z tego, wyciągnął go z ogrodu aby jak najspieszniej niby udać się do arcybiskupiego pałacu a wsadziwszy go do powozu, odwiózł już śpiącego do domu.
Jerzy Osborne odprowadził panienki do Russell-Square bez żadnego wypadku i śmiał się szczerze z tej przygody, kiedy już wszelkie niebezpieczeństwo minęło.
Amelja spojrzała ze smutkiem na swoją przyjaciółkę uścisnęła ją, i obie rozeszły się w milczeniu udając się na spoczynek.
— Jutro niezawodnie przyjedzie żeby się ostatecznie oświadczyć, myślała Rebeka. Nazwał mnie swoją lubą i uścisnął mi rękę w przytomności Amelji. Nie może być żeby jutro nie zrobił stanowczego kroku.
Amelja myślała podobnie, a nawet układała już sobie jak będzie drużką jaką weźmie sukienkę i jakie upominki ofiaruje przyszłej bratowej.
Biedne łatwowierne istoty! Jakże wam mało znane skutki pączu! Widźcież o tem że rak-punch Wauxhalu wypity w ilości dwóch szklanek tylko, sprowadza już z niczem niezrównowany ból głowy, i że Józef Sedley dotknięty chorobą wątroby, wlał w siebie około litra tego strasznego napoju.
Dzień następny, mający przynieść szczęście Rebece i ziścić jej marzenia, był dla biednego Józefa dniem boleści, której żadne pióro opisać nie zdoła. Użycie wody selcerskiej nie było jeszcze znanem, piwo tylko uważano powszechnie jako środek łagodzący w podobnych wypadkach. Jerzy Osborne zastał już kapitana Dobbin niosącego ratunek znakomitemu poborcy z Boggley Vollah, który się przewracał na sofie, jęcząc z boleści. Dwaj przyjacieli zamienili spojrzenie, w którem nie zbyt wiele malowało się współczucia. Nawet służący Józefa, zwykle poważny jak przedsiębiorca pogrzebowych obrzędów, nie mógł ukryć uśmiechu, patrząc na konwulsyjne ruchy swego pana.
— Nigdy jeszcze nie widziałem mego pana tak rozgniewanego — mówił cicho służący do Osborna chciał bić woźnicę i kto wie coby się było stało, gdyby pan kapitan nie wziął był mego pana jak dziecko na ręce i nie zaniósł do pokoju.
Na odgłos dzwonka kamerdyner Brusch pospieszył drzwi otworzyć i zameldował wchodzącego:
— Pan Hosbin!
— Jakże się masz, Sedley? — spytał nowoprzybyły. — Czy całe uniosłeś kości? Masz tu na dole dorożkarza z podbitem okiem i z głową obwiązaną. Odgraża się, że cię przed sąd zapozwie.
— O jakim pozwie mówisz? — powiedział chory głosem konającego.
— No, wszakże obiłeś go w nocy porządnie, nieprawdaż Dobbin? Stróż zapewnia że nigdy nie zdarzyło mu się widzieć tak dobrze wymierzonego uderzenia. Zapytaj kapitana Dobbin.
— Tak, to prawda — rzekł kapitan Dobbin — poczęstowałeś go takim gradem kułaków, że się dorożkarz przewrócił.
— A ten jegomość w białym surducie w Wauxhalu! Czyż mu się mało dostało? — mówił dalej Hosbin. — Na honor, dzielnieś się wczoraj popisał; miałem zupełną satysfakcję patrzeć jak go okładałeś! Nigdy nie myślałem żebyście wy cywilni mieli taką odwagę; przyznam ci się szczerze że nigdy ci w drogę nie wejdę, jak będę cię widział w różowym humorze.
— O! tak, masz słuszność, jestem straszny kiedy mnie kto zaczepi — powiedział Józef jęczącym głosem.
Wszyscy parsknęli śmiechem.
Osborne nie bardzo życzył sobie żeby członek rodziny, do której on sam, Jerzy Osborne kapitan, miał wkrótce należeć, wchodził w związek małżeński z jakąś nieznanego pochodzenia dziewczyną, awanturnicą prawie. Postanowił skorzystać ze stanu, w jakim się Józef znajdował i odwieść go od wykonania powziętego zamiaru.
— Czy pamiętasz piosnkę wczorajszą? — powiedział Osborne.
— Jaką piosnkę? — zapytał Jos.
— A tę sentymentalną piosenkę, po której mówiłeś: „Moja ty synogarlico“ do Róży... czy Rebeki, nie wiem jak jej na imię; wiesz, ta mała przyjaciółka Amelji.
Mówiąc to Osborne ujął rękę Wiliam’a i zaczął przedstawiać wczorajszą scenę, podwajając tym sposobem cierpienia głównego jej aktora.
Kapitan Dobbin, wiedziony uczuciem litości, robił mu uwagi, na które Jerzy, przechodząc z kapitanem do drugiego pokoju i zostawiając chorego staraniom doktora Glober, tak odpowiedział:
— Nie widzę doprawdy dla czego miałbym go oszczędzać. Jakaś tam guwernantka rzuca na niego strzeliste spojrzenia i chciałaby go złapać jak wróbla na nitkę. Guwernantka jest potrzebną, na to się zgadzam, ale daję ci słowo że wolałbym przecież kogo innego mieć za bratowę. Prawdę mówiąc, to już i bez tej nauczycielki rodzina Sedlejów nie może się wielkimi splendorami poszczycić. Mam wyobrażenia liberalne, ale mam także trochę miłości własnej i znam obowiązki, jakie względy towarzyskie wkładają na mnie; co do niej, nie powinnaby także ze swojej sfery wychodzić. Teraz będę pilnował tego fanfarona, żeby resztek rozumu nie utracił, a nie wiele ma do stracenia. Przestrzegałem go już parę razy że ta mała zagięła parol na niego; niechże się ma na ostrożności.
— Zapewne — mówił Dobbin z wyrazem człowieka, nie zupełnie wierzącego temu co mówi — zapewne, musisz wiedzieć lepiej od innych, że twoja rodzina należała zawsze do torysów i że jest jedną z najdawniejszych rodzin angielskich; ale...
— Chodź ze mną do Russel Square — rzekł Osborne przerywając mu — będziesz się zalecał do panny Sharp, będzie dziś zupełnie osieroconą.
Kapitan Dobbin nie dał się namówić i Osborne udał się sam do Russel Square. Zbliżając się do domu, nie mógł powstrzymać śmiechu kiedy zobaczył dwie główki patrzące jednocześnie przez okna, jedną na pierwszem piętrze, a drugą na górze.
W samej rzeczy jedno z tych stanowisk obserwacyjnych było zajęte przez Amelję, która patrzyła w stronę skweru leżącego niedaleko mieszkania Osborna, a na drugiem piętrze miss Sharp w oknie swego pokoju wyglądała niecierpliwie czy się nie zarysuje na tle zielonych klombów barczysta postać Józefa.
Osborne odpowiedział Amelji w kilku słowach stan Józefa, nie zaniedbując uwydatnić śmiesznej strony jego cierpień fizycznych. Kiedy byli zebrani w salonie, zaczął żartować z wrażeń Józefa, wywołanych wdziękami Rebeki i ze skutków tych wrażeń.
— Ah! miss Sharp, gdybyś pani widziała go dziś rano w szlafroku czerwonym, tarzającego się na sofie w boleściach, albo pokazującego język lekarzowi Glober..
— O kim pan mówisz? spytała Rebeka.
— Jakto o kim? Zapewne że nie o kapitanin Dobbin, którym nie wiele zajmowaliśmy się wczoraj.
— Ah! doprawdy żeśmy bardzo źle z nim postąpili rzekła Amelja rumieniąc się — nie rozumiem jak się to stało, ale zupełnie o nim... zapomniałam.
— Oh! powiedziałaś pani wielką prawdę — mówił Osborne śmiejąc się szczerze — ależ nie można zawsze myśleć o kapitanie Dobbin, nieprawda Ameljo? Nieprawdaż miss Sharp?
— Przypomniałam sobie że pan Dobbin istnieje wtenczas dopiero, kiedy wywrócił szklankę na stole, powiedziała ozięble Rebeka.
— Dobrze, miss Sharp, ja mu to powiem — rzekł Osborne.
Podczas tej rozmowy Rebeka uczuła niedowierzanie a nawet coś na kształt nienawiści ku Jerzemu.
— Chce bawić się moim kosztem — myślała — kto wie czy nie okrył mnie śmiesznością przed Józefem a może nawet użył intryg, jeżeli nie przemocy, żeby go zatrzymać. Józef już nie przyjdzie.
Twarz Rebeki zachmurzyła się, serce silnie bić zaczęło.
— Pan zawsze żartujesz ze mnie — powiedziała z niewinnym uśmiechem Rebeka — wolno panu, ja nie mam tu nikogo, panie Jerzy, coby wziął mnie w obronę.
Po tych słowach Rebeka odeszła, Osborne zrozumiał dobrze pełne wymówek spojrzenia Amelji i zdawał się żałować że jej przyjaciółkę zasmucił, ale po chwili dodał!
— Ty jesteś bardzo dobra i nadto pobłażliwa, moja droga Ameljo, brakuje ci mojego doświadczenia, bo nie znasz zupełnie świata. Twoja przyjaciółka powinnaby rozumieć że nie należy jej wychodzić ze swojej sfery.
— Więc myślisz, że Józef...
— Nie wiem nic zupełnie, wierz mi; Józef może postąpić jak mu się podoba, to do mnie nie należy. Ale to wiem tylko że jest bardzo lekkomyślny, niezmiernie próżny, i że postawił wczoraj „swoją małą synogarliczkę“ w nader fałszywem i niemiłem położeniu.
Osborne śmiał się tak szczerze ze swego żartu, że jego wesołość udzieliła się Amelji.
Józef nie pokazał się tego dnia. Amelja ze zręcznością wytrawnego dyplomaty wynalazła pretekst żeby posłać do brata, dowiadując się o jego zdrowiu i prosząc o przysłanie dawno już obiecanej książki. Groom przyniósł odpowiedź, od służącego otrzymaną, że pan Józef leży w łóżku i że doktor jest przy nim w tej chwili.
— Przyjdzie jutro myślała Amelja. Obie przyjaciółki nie dotykały, w rozmowie tego drażliwego przedmiotu. Nazajutrz rano, kiedy siedziały w salonie zajęte pisaniem listów i czytaniem romansów, Sambo wszedł przyspieszonym jak zwykle krokiem, niosąc paczkę w ręku i list na tacy.
— List od pana Józefa Sedley, powiedział.
Amelja otworzyła list i czytała co następuje:
„Moja kochana Ameljo!
„Posyłam ci żądaną książkę. Stan mego zdrowia nie pozwolił mi być u was wczoraj. Dziś wyjeżdżam do Cheltenham. Uproś odemnie miss Sharp żeby zechciała mi darować i zapomnieć wszystko co mogłem jej powiedzieć przy tej nieszczęśliwej wieczerzy. Jak tylko mi się polepszy — bo zdrowie moje silnie nadwerężone — pojadę na kilka miesięcy do Szkocji.
Twój na zawszeJózef S.
Wszystko było stracone. Amelja nie śmiała podnieść oczu na bladą twarz Rebeki, opuściła list na kolana przyjaciółki i wyszła do swego pokoju, nie mogąc dłużej od łez się powstrzymać.
Ochmistrzyni Blenkinsop przybiegła natychmiast że by biedne dziecko pocieszyć i uspokoić.
— Nie ma czego tak bardzo smucić się i płakać nie chciałam dotąd nic mówić, ale nikt w całym domu nie lubi tej panny, od czasu jak się dała lepiej poznać. Ileż to razy schwytałam ją czytającą listy samej pani. Pinner mówi że nie raz ją widzi jak przewraca po wszystkich biurkach, szufladach i pudełkach a nawet zaręcza że włożyła białą szarfę panienki do swojej walizy.
— To ja dałam jej tę szarfę, sama jej dałam! — wołała Amelja, której zapewnienia nie zdołały zmienić opinji, jaką ochmistrzyni miała o Rebece.
— Nigdy nie wierzę tym guwernatkom — mówiła później Blenkinsop do służącej Pinner — bo to ani wilk, ani owca. Zawsze się im chce udawać wielkie panie, a często mniej są od nas płatne.
Z wyjątkiem Amelji, wszyscy w domu byli pewni że bliski odjazd Rebeki już nieunikniony. Pomału i biedna Amelja musiała się zgodzić z tą smutną koniecznością. Nie było szafy i komody, którejby Amelja nie przewróciła, wyjmując koronki, aksamitki, szarfy, chusteczki jedwabne i układając coraz to nowy pakiecik dla swojej nieodżałowanej przyjaciółki. Przypomniała nawet ojcu że jej obiecał dać tyle gwineów ile miała lat i prosiła go żeby jej pozwolił oddać te pieniądze Rebece, która nierównie więcej potrzebowała od niej.
Nawet Jerzy Osborne nie wymawiał się od nałożonego przez Amelję podatku i poszedł na Bond-Street kupić najpiękniejszy kapelusz dla Rebeki.
— Oto upominek od Jerzego dla ciebie, moja droga Rebeko — powiedziała z dumą Amelja — patrz jaki on ma dobry gust. Poczciwy Jerzy; nie ma równego mu na świecie!
— Oh, nie ma równego mu na świecie — powtórzyła Rebeka — bardzo mu jestem wdzięczna.
W myśli zaś mówiła sobie: „Nikt inny tylko Jerzy Osborne przeszkodził mi wyjść za Józefa.“ Zbytecznem byłoby mówić tu o uczuciu, jakie Rebeka żywiła dla Osborna.
Z twarzą zupełnie wypogodzoną zajęła się pakowaniem rzeczy i bez oporu dała się uprosić żeby przyjąć podarunki Ameiji. Zapewniła panią Sedley o wiecznej swojej dla niej wdzięczności, ale umiała być umiarkowaną w podziękowaniach, zauważywszy że pani Sedley przyjmowała je dosyć chłodno, a nawet zdawała się jej unikać. Pocałowała z uczuciem rękę pana Sedley i prosiła go żeby pozwolił jej uważać się zawsze jako najlepszego opiekuna. Było coś tak tkliwego w jej pokorze, że pan Sedley uczuł się usposobionym dać weksel na dwadzieścia funtów szterlingów, ale przytłumił ten popęd wspaniałomyślny, bo powóz czekał już na niego; miał tylko czas powiedzieć Rebece:
— Niech ci Bóg pomaga, moje dziecko! Nie zapominaj, że zawsze znajdziesz tu dobre przyjęcie.
Potem wsiadł spiesznie do powozu mówiąc:
— James, masz mnie zawieść do Mausion House.
Godzina rozstania bolesnego dwóch przyjaciółek wybiła. Tu nastąpiła scena, w której jedna rola była prawdziwą, druga zaś z mistrzowskim odegrana talentem: Czułe pieszczoty, gorące łzy, flakon z octem trzeźwiącym i uroczyste przysięgi wiecznej przyjaźni, obok szczerych i serdecznych uczuć Amelji.
Rebeka zanosząc się od płaczu, opuściła nakoniec Russell Square.



VII.
Sir Crawley z Crawley-la-Reine.

W roczniku dworskim z roku pańskiego 18.., pod literą C., widzimy zapisane następujące nazwisko: Crawley (sir Pitt), baronnet, Great-Gaunt-Street et Crawley-la-Reine (Hants). Szanowne to nazwisko znajdowało się zawsze na liście kandydatów zalecających się wyborcom tej okolicy.
O miasteczku Crawley-la-Reine takie krąży podanie: Królowa Elżbieta w jednej ze swoich podróży zatrzymała się w Crawley na śniadanie. Właściciel ówczesny tej mieściny postawił na królewskim stole tak wyborne piwo, że Jej królewska Mość na znak swego ukontentowania obdarzyła miasteczko prawem wysyłania dwóch deputowanych do parlamentu. Dla uwiecznienia tego pamiętnego wypadku miasto nazywało się odtąd Crawley-la-Reine i tę nazwę do dzisiejszych czasów przechowało. Ludność okolicy została tąż samą jak za królowej Elżbiety i Crawley liczono już do rzędu upadłych strupieszałych miasteczek, co nie osłabiało przecież logicznego argumentu z jakim sir Pitt Crawley miał zwyczaj występować:
— Niech sobie będzie strupieszałe, ale mi zawsze tysięc pięćset funtów szterlingów dochodu rocznego przynosi!
Sir Pitt Crawley, imiennik znakomitego męża stanu, był synem Walpole-Crawley’a, pierwszego baroneta i kancelarza za panowania Jerzego II, obwinionego o kradzież grosza publicznego, jak tylu zacnych i wysokich w owej epoce dygnitarzy. Zbytecznem byłoby dodawać, bo któż o tem nie wie — że Walpole Crawley był synem John’a Churchill-Crawley, jednego z najsławniejszych jenerałów z czasów królowej Anny. Wielki obraz zawieszony w sali jadalnej przedstawia współczesnego królowej Elżbiecie Crawley’a w zbroi; z brzucha tego rycerza rozchodzą się konary drzewa genealogicznego obciążone i kończące się na wspomnianym wyżej baronecie sir Pitt Crawley, umieszczonym na jednej linji ze swoim bratem, wielebnym Bute Crawley, rektorem w Crawley Snailby.
Złożywszy już w mogile jedną żonę — Gryzeldę, szóstą z kolei córkę lorda Binkie i kuzynkę Dundasa, która mu zostawiła dwóch synów, sir Pitt poprowadził do ołtarza Różę, córkę Groftona z Mudbury. Nieoceniona ta połowica obdarzyła go dwiema córkami, których wychowaniem miała się zająć znana już nam dobrze miss Rebeka Sharp. Widzimy więc że nasza bohaterka będzie miała teraz daleko świetniejsze pole aniżeli w Russel-Square do rozwinięcia swoich dyplomatycznych zdolności.
List po francusku napisany do Rebeki przed jej wyjazdem z Russell Square, brzmiał jak następuje:
„Sir Pitt Crawley prie miss Sharp et ses bas gages d’être issis mardi, car je m’en vas á Crawley-la Reine demain de bonheur.

„Great Gaunt-Street.“

Pożegawszy Amelję Rebeka — zaledwie powóz ruszył — mogła się już obejść bez chustki użytej przed chwilą do ocierania łez. Główną jej myślą teraz było wyobrazić sobie jak może wyglądać baron, bo o ile sięgała pamięcią, nigdy jeszcze nie widziała nikogo coby ten tytuł nosił.
— Ciekawam — myślała sobie — czy nosi on jaki galonik albo wstążeczkę, a może to prawo wyłącznie tylko lordom służy. Zawsze jednak musi być wytwornie ubrany, a kto wie nawet czy nie nosi jakiego galowego dworskiego stroju. Włosy ma zapewne upudrowane i bogato haftowane mankiety. Wyobrażam sobie dumną postawę barona, który mnie pewnie z pogardą traktować będzie. Cóż robić, potrzeba będzie znosić cierpliwie; przynajmniej będę w wyższem towarzystwie, a nie w tem kramarskiem nieznośnem kółku?
Zwracając się myślą do Józefa i do mieszkańców Russell-Square,, Rebeka znalazła w sobie nie mniej filozofji jak lis Lafontaina, patrzący na zawieszone wysoko winogrona.
Minąwszy Shiverly-Square, powóz zatrzymał się na ulicy Great Gaunt-Street, przed wielkim domem bardzo ponurej powierzchowności. Po nad głównem wejściem widać było jakiś herb, tę nieodbitą starych domów ozdobę, okiennice pierwszego piętra były szczelnie zamknięte, wyjąwszy sali jadalnej, gdzie można było dostrzedz stare dzienniki, pokrywające starannie brązy u okien.
Woźnica nie spieszył się zejść z kozła, ale poprosił jakiegoś chłopca z ulicy żeby zadzwonił. Natychmiast ukazał się ktoś we drzwiach w płóciennych spodniach, w poplamionej kamizelce i wypłowiałym krawacie. Głowę miał zupełnie nagą, twarz szeroką i bez wyrazu, oczy błyszczące, a usta zawsze wykrzywione.
— Czy tu mieszka sir Pitt Crawley? zapytał go John nie ruszając się z kozła.
— Tak jest, odpowiedział tamten.
— Potrzeba wziąć rzeczy z powozu.
— Zdejmuj je sam.
— Widzisz przecie że nie mogę koni zostawić. Bierz no się do roboty a prędzej; panienka za to da hojnie na piwo — dodał śmiejąc się złośliwie.
Rebeka nie dała nic sługom wyjeżdżając z Russel Square, nie można się zatem dziwić że nie miała u nich wielkiego miru.
Jak gdyby tknięty argumentem woźnicy łysy jegomość wyjął ręce z kieszeni, wziął walizę na plecy i wniósł do domu.
— Proszę drzwiczki otworzyć i zabrać ten szal i koszyk — wołała zniecierpliwiona miss Sharp; potem zwracając się ze złością do woźnicy:
— Pan Sedley będzie o wszystkiem uwiadomiony, napiszę umyślnie do niego i opowiem jakiego grzecznego doznałam obejścia.
— Nie gniewaj się, moja panieneczko — odpowiedział John. — Panienka nic nie zapomniała, nieprawdaż? Sukienki panny Melji są także? One były przeznaczone dla służącej wprawdzie, ale przydadzą się panience. A proszę zamykać dzwiczki od powozu. Hm! Nie od niej możnaby się czego spodziewać — mówił dalej John, pokazując palcem Rebekę. Dobrego złapaliście ptaszka!
To mówiąc zaciął konie i długo jeszcze mruczał nie mogąc darować Rebece, że zabrała suknie, jakie miała dostać służąca, dla której John nie był obojętnym.
Postępując za swoim łysym przewodnikiem Rebeka weszła do sali jadalnej. Wszystko tu było w nieładzie, świadczącym że apartament ma zostać na długi czas osierocony przez wyjazd mieszkańców. Sprzęty nawet, zdawało się, nosiły wyraz smutku i żałoby. Dosyć duży dywan leżał zwinięty pod stołem, do którego dotykała ogołocona serwantka; szare perkalowe powłoczki pokrywały meble, firanki zdjęte z okien leżały złożone na sofie, pająk, lustra i obrazy muszlinem i papierami starannie były pokryte; krzesła ustawione jedne na drugich nogami do góry, wyglądały niby barykady, na kominie parę talji starych kart, a w ciemnym kącie sali popiersie marmurowe gospodarza domu, smutnie spoglądało na obnarzoną posadzkę.
Obok komina stały dwa krzesła wyplatane słomą i prosty stolik kuchenny, na którym widać było chleb, ser, trochę porteru w butelce i lichtarz ołowiany.
— Pani zapewne już po obiedzie, ale może trochę piwa?
— Gdzie jest sir Pitt Crawley? zapytała Rebeka, mierząc dumnem spojrzeniem łysego jegomościa.
— Hil hi! ja sam jestem sir Pitt Crawley. Należy mi się coś od pani za zniesienie walizy. Hi! hi! Zapytaj pani mistress Tinker, jeżeli mi pani nie wierzysz. Mistress Tinker, prezentuję ci pannę guwernantkę, Miss Sharp, oto jest moja gospodyni, rzekł wskazując na wchodzącą kobietę i biorąc od niej fajkę i tytoń, po który ją posłał.
— A gdzież reszta? zapytał, siadając przy kominku, dałem ci na tytoń trzy sztuki po sześć lijardów każda.
— Oto są — odburknęła mistress Tinker, rzucając na stół parę drobnych monet. Czy to przystoi baronowi trząść się nad każdym lijardem!
— Jeden lijard dziennie, to znaczy siedm szelyngów rocznie, co już jest procentem od siedmiu gwinei. Z lijardów przecie, moja Tinker, składają się gwineje.
— Tak, tak, moja panienko, to jest sir Pitt Crawley we własnej osobie; nikt lepiej od niego nie umie liczyć lijardów — dodała, marszcząc brwi Tinker — da się on prędko poznać panience.
— Pomimo tego pewny jestem że na względy pani potrafię zasłużyć — powiedział z grzecznością starego szlachcica. Przedewszystkiem jestem sprawiedliwy a wspaniałomyślność idzie potem.
— O! prawda — mruczała Tinker — nigdy w życiu nie dał nikomu choćby na obwinięcie palca.
— I nie mam nawet tego zamiaru na przyszłość: to się sprzeciwia zupełnie moim zasadom. — Przynieś sobie krzesło z kuchni, moja Tinker, jeżeli masz ochotę usiąść; będziemy przy wieczerzy gawędzić.
Mówiąc to baronnet sięgnął widelcem do garnka, wyjął kawałek mięsa z cebulą, przedzielił sumiennie na dwie połowy i wziąwszy swoją część, podał drugą mistres Tinker.
— Bo to widzi pani — mówił do Rebeki — jak mnie tu nie ma, to zostawiam pieniądze na żywność mistress Tinker, a kiedy jestem w mieście, to już i ona stołuje się razem. Ah, jakże to dobrze że miss Sharp nie jest głodną, nie prawdaż, Tink?
I oboje zaczęli zawzięcie ogryzać kości.
Po wieczerzy sir Pitt Crawlej wypalił fajkę, a kiedy się zupełnie zmierzchło, zapalił kawałek łojowej świecy i wyjąwszy z kieszeni ogromny zwój papierów, zaczął je układać na stole.
— Przyjeżdżam tu od czasu do czasu dla załatwienia niektórych interesów prawnych — mówił przeglądając papiery — i temu właśnie zawdzięczam, że będę miał jutro tak miłą towarzyszkę podróży.
— Zawsze ma pełno procesów — dodała Tinker, nalewając sobie piwa.
— Pij, pij i nie wstydź się, rzekł gospodarz domu. O! tak Tinker ma słuszność; nikt może w całej Anglji nie przegrał i nie wygrał więcej odemnie procesów. Dosyć jest rzucić okiem na to, co mam z pod ręką: Crawley, baronnet, przeciw Snaffle. Prędzej stracę moje nazwisko Pitt’a Crawley, aniżeli przegram tę sprawę. — Podder et Comp. przeciw baronnetowi Crawley, urząd kontroli gminny Snallby przeciw baronnetowi i Crawley. Niechże będą mądrzy i dowiodą mi że ten grunt nie jest moją własnością, kiedy on należy do gminy tak jak do pani albo do Tinker. Muszę im dać dobrą naukę choćby mnie to tysząc funtów szterlingów kosztować miało. Przypatrz się pani tym papierom, jeżeli to ci przyjemność robi. Czy masz pani piękne i czytelne pismo? Będę nieraz potrzebować pomocy panny Sharp jak przyjedziemy do Crawley-la Reine, teraz szczególnie, kiedy moja pani umarła.
— Nie wiele więcej była warta od niego — dodała Tinker; zawsze w zatargach i kłótniach z kupcami, kiedy przyszło do rachunków, a w przeciągu czterech lat zmieniła czterdzieści ośm sług.
— Czy tak była skąpa? — spytała naiwnie Rebeka.
— Dla mnie to była prawdziwa perła; przy pomocy nieboszczki mogłem się był obejść bez plenipotenta.
Rozmowa przybierała coraz poufniejszą barwę. Była to dobra sposobność dla nowoprzybyłej poznać w prawdziwem świetle wszystkie przymioty i wady gospodarza domu, który nie zadawał sobie pracy żeby się z czemkolwiek ukrywać. O sobie opowiadał bez końca, używając na przemian mowy człowieka światowego i djalektu ludowego, jakim mówiono w okolicy Hampshire.
Nadeszła godzina spoczynku.
— Pani będziesz spać dziś ze starą Tinker — mówił sir Pitt do Rebeki — macie łóżko szerokie, dwie osoby wygodnie spać mogą; lady Crawley na niem umarła. Dobra noc.
Sir Pitt oddalił się zalecając usilnie, Rebece żeby była gotową na piątą godzinę z rana. Mistress Tinker, z lichtarzem w ręku, przeprowadziła uroczyście Rebekę przez długi szereg salonów i zatrzymała się na koniec w pokoju, w którym lady Crawley po raz ostatni usnęła. Grobowa powierzchowność tej komnaty nasuwała nie tylko myśl że lady Crawley wyzionęła w niej ducha, ale można było nawet myśleć że duch jej nie przestał dotąd tam zamieszkiwać. Rebeka zaglądała ciekawie we wszystkie zakątki, odmykała szafy, wysuwała szuflady, wąchała próżne flakony, przypatrywała się najnędzniejszym malowidłom porozwieszanym po ścianach, korzystając z tego że stara Tinker zatopiona w pobożnych modlitwach, zdawała się nie zwracać na nią uwagi.
— Nie chciałabym za nic — mówiła Tinker skończywszy pacierze — zasnąć na tem łóżku, nie zrobiwszy pierwej rachunku sumienia.
— Ten pokój wygląda doprawdy — odrzekła Rebeka — jakby w nim było ze dwanaście upiorów. Opowiedźcie mi wszystko co tylko wiecie o lady Crawley, jej mężu i o całej rodzinie; wszystko tu wydaje mi się bardzo interesujące, moja kochana mistress Tinker.
Ale stara Tinker nie łatwo dawała się wyprowadzić w pole, zrobiła więc uwagę że do łóżka idzie się dla tego żeby spać, ale nie po to żeby rozmawiać. Jakoż stwierdziła czynem słuszność tej uwagi, bo obróciła się do ściany i w tej chwili prawie rozległo się silnie chrapanie, dające chlubne świadectwo o czystości jej sumienia.
Rebeka długo usnąć nie mogła mnóstwo myśli tłoczyło się jej do głowy. Nowy świat otwierał się przed nią; czy znajdzie w nim świetne powodzenie, o jakiem zawsze marzyła? Co jej nie dalekie jutro przyniesie? To i tym podobne pytania nasuwały się nieustanie jedne po drugich. Dogorywająca świeca, postawiona w miednicy słabe rzucała światło. Cień wystającego komina zakrywał w połowie kanwową robotę starannie w ramy oprawioną — zapewne to praca nieboszczki milady — i padał na dwa portrety młodych chłopczyków; jeden w szkolnym, drugi w wojskowym mundurze.
Zasypiając prawie miss Sharp myślała jeszcze który tych dwóch młodych ludzi śnić się jej będzie.
Nazajutrz ranek był tak piękny, że nawet mury starego domu przy Great Gaunt Sreet mniej ponurą niż zwykle miały fizjognomię. Wierna Tinker obudziła swoją sąsiadkę o czwartej, odsunęła rygle od drzwi wchodowych i wyszła na ulicę, wracając po chwili powozem. Zbytecznem byłoby mówić tu o zawodzie doznanym przez dorożkarza, który wyjechał tak rano w nadziei że jakiś bon vivant z ociężałą głową i osłabionemi nogami, zabawiwszy się w mieście za długo, każe się odwieść do domu i dobrze zapłaci. Sir Pitt Crawley, w towarzystwie Rebeki, kazał się zawieść na stację dyliżansów, ale wierny swojej zasadzie, głuchy był na wszelkie reklamacje dorożkarza, grożącego że pudełka miss Sharp wrzuci do Tamizy, że proces wytoczy itp. nieulękniony sir Pit nie dał ani grosza nad to, co mu się wydawało słusznem.
Nie będziemy opisywać szczegółów podróży, powiemy tylko nawiasem, że miss Sharp skarżyła się na gorąco w karetce i zmuszona była usiąść w kabrjolecie obok młodego studenta z Cambridge, który ją swoim płaszczem i szalem od chłodu rannego a następnie od deszczu bronił.
Nasi podróżni wysiedli szczęśliwie w Crawley-la-Reine.



VIII.
Miss Rebeka Sharp do miss Amelji Sedley.

„Moja najdroższa Amelko!
„Z uczuciem radości biorę pióro do ręki, żeby pomówić z tobą, a jednak serce moje nie jest wolne od smutku. Jaka zmiana od wczoraj! Dziś jestem sama oddalona od jedynej jaką miałam w życiu przyjaciółki, kiedy wczoraj jeszcze byłam w gronie jak gdyby mojej własnej rodziny i cieszyłam się tkliwem przywiązaniem siostry, której nigdy kochać nie przestanę!
„Nie będę ci mówić o łzach wylanych w nocy bezsennej przepędzonej daleko od ciebie, mój aniele. Po cóż miałabym cię zasmucać? Myślałam o tobie z rozkoszą, wiedząc że właśnie w tej chwili uśmiechnięta i szczęśliwa, w towarzystwie matki i młodego narzeczonego, byłaś na balu u pp. Perkins. Wyobraźnią przedstawiałam sobie ciebie w tańcu, piękną jak anioł; bo jestem przekonaną że byłaś najpiękniejszą z wszystkich królową balu.
„Woźnica wasz zawiózł mnie starym powozem do domu pana Pitt Crawley, nie szczędząc mi w drodze obelg i impertynencji. Bo i czegoż, niestety, mógł się obawiać, urągając ubóstwu i niedoli? Sir Pitt umieścił mnie w niezmiernie ponurym i opuszczonym pokoju; musiałam dzielić łóżko z jakąś straszną kobietą, która pilnuje domu. Przez całą noc nie zamknęłam oczu.
„Sir Pitt w niczem nie podobny do tych baronów o których stworzyłyśmy sobie pojęcie z romansów czytanych ukradkiem w Chiswick-Mall. Wyobraź sobie małą niepokaźną figurkę, w łatanych i poplamionych sukniach, z obrzydliwą fajką w ustach, zajętą gotowaniem wieczerzy, niezbyt — jak się domyślasz — zachęcającej do jedzenia. Mówi jakiemś góralskiem narzeczem, wymyśla klucznicy i złorzeczy woźnicy, nie dobierając bynajmniej wyrażeń. Przyznaj sama że to nie typ Lowelasa.
„Stara ochmistrzyni obudziła mnie o świcie. Przybywszy na stację omnibusów, zajęłam miejsce wewnątrz powozu, ale zaledwie dojechaliśmy do Mudbury, gdzie właśnie deszcz ulewny zaczął padać, musiałam się przesiąść na miejsce odkryte i ustąpić jakiemuś znajomemu pana Pitt, który jest jednym ze współwłaścicieli omnibusa. Gdyby nie uprzejmość mojego sąsiada, studenta z Cambridge, który mnie okrył płaszczem, byłabym przemokła do nitki.
„Ten młody człowiek i konduktor żartowali ciągle z pana Pitt, którego, zdaje mi się, dobrze znają. To co o jego skąpstwie i chciwości mówili, przechodzi wszelkie wyobrażenie. Na dwóch ostatnich stacjach sir Pitt usiadł na koźle obok konduktora, a to dla tego żeby pomału jechać i oszczędzać koni, które na tej przestrzeni do niego należą.
„Młody student odgrażał się że nie będzie żałować bata jak usiądzie na koźle w Squashmore. Spisek knowany z konduktorem przeciw grzbietom końskim — żeby się zemścić na baronie, który według nich, nigdy nikomu nic nie dał — bawił mnie nie mało.
„Na stacji w Leakington, położonej o cztery mile od Crawley la Reine, cztery piękne konie i powóz z herbami barona czekały już na nas. Przejechaliśmy cały park i długą aleję ciągnącą się milę przynajmniej, i zatrzymaliśmy się przed wielką bramą, której kolumny są ozdobione rzeźbami przedstawiającemi węża i gołębicę na tarczy herbowej. Są to, jak mi mówiono, rodowe godła Crawlejów. Przypomniała sobie nienawistną mi bramę żelazną w Chiswick bardzo do tej podobną. Kobieta, która ją otwierała, oddała nam z dzięsięć ukłonów, jeden niższy od drugiego.
„Aleja mająca milę długości! zawołał sirr Pitt. Szereg tych drzew przedstawia ni mniej ni więcej jak sześć tysięcy funtów szterlingów dobrego budulcu! To nie źle; co?
„Zapomniałam ci powiedzieć że sir Pitt wziął do swego powozu w Laekington jakiegoś strasznego oryginała, pana Hodson, z którym rozmawiał ciągle o licytacjach, dzierżawach, irrygacjach, publicznych sprzedażach i t. d. czego zupełnie zrozumieć nie mogłam. Była tam mowa o jakimś Samuelu Miles, złapanym kiedy polował w lesie pana Pitt, to znowu o Piotrze Bailey odesłanym do domu przytułku dla ubogich; musiał to być jakiś dzierżawca nie będący w stanie wypłacić należytości, bo sir Pitt mówił:
— Tem lepiej że się już raz pozbyłem tej rodziny szachrajów. A co to było zawsze z nimi kłopotu jak przyszedł termin wypłaty!
„Nie daleko od drogi zobaczyłam wysmukłą dzwonnicę, zakrytą w części staremi dębami a tuż przy niej na pięknej zielonej łące wznosił się stary czerwony dom, którego dach i kominy były pokryte, prawie gęstym bluszczem i powojem a okna jasno błyszczały od promieni słonecznych.
— To zapewne musi być kościół? — zapytałam.
— Tak, to pudełko na... stare szpargały! — odpowiedział mi sir Pitt. A propos, Hodson, jak się ma stary osioł? Ja tak nazywam mego brata Bute, który tu jest pastorem. Ha! ha! ha!
Hodson śmiał się także, ale przybierając nagle wyraz poważny, odpowiedział potrząsając głową:
— To prawdziwe utrapienie jak ten człowiek trzyma się dobrze. Wczoraj, na przykład objeżdżał pole konno.
— Musiał odbierać przytem zaległe wypłaty — powiedział sir Pitt, a potem dodał: Niech go dj... wezmą! to silna bes... że go i kijem nie dobijesz. To drugi... jakże on się nazywał ten stary... Matuzalem.
Hodson trzymał się za boki od śmiechu, w końcu uspokoił się i tak dalej mówił:
— Chłopcy są teraz na wakacjach, napadli wczoraj na biednego John’a Scrogins i tak go zbili, że ledwo żywy wrócił.
— Jakto! mojego leśniczego? krzyczał ze złością sir Pitt.
— Za to że go złapali na grancie należącym do plebanji — dodał Hodson.
Sir Pitt trzęsąc się z gniewu przysięgał że jeżeli wpadną mu w ręce w jego lesie to sam szatan nie zasłoni ich od jego zemsty. Nakoniec tak się odezwał:
— Sprzedałem, jak wiesz, prezentę na probostwo i ręczę ci Hodson, że żaden z członków tej rodziny nigdy się tam nie utrzyma?
Pan Hodson znajdował że sir Pitt jest w swojem prawie, a ja widzę ztąd że bracia są z sobą jak pies z kotem, co zresztą nieraz i między siostrami bywa. Pamiętasz w Chiswick-Mall dwie siostry Scratchley? Zawsze toczyły z sobą zawziętą walkę, w której Marja Box wymierzała Luizie dotkliwe razy.
Zbliżając się do domu spostrzegliśmy dwóch chłopczyków zbierających suche gałęzie w parku. Powóz zatrzymał się a pan Hodson rzucił się na dzieci z rozkazu pana Crawley.
— Ściągnij ich dobrze po plecach — wołał tenże — a nie wypuszczaj tylko tych małych łotrów! Ja im pokażę, jeżeli nie wiedzą, gdzie jest więziennie, jakem sir Pitt Crawley.
Jednocześnie słychać było uderzenia, spadające na grzbiet biednych dzieci, zalewających się łzami. Sir Pitt widząc że złoczyńcy są w dobrym ręku, kazał woźnicy dojechać do domu.
Wszyscy słudzy czekali już przed gankiem na nasze przybycie i ..............

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„W tem miejscu gwałtowne stukanie do moich drzwi wczorajszej nocy, zmusiło mnie przerwać to pismo. Czy domyślasz się ktoby to był w tak niezwykłej porze? Oto nikt inny, jak tylko sir Pitt Crawley. W szafroku i w nocnej czapeczce, nie zważając na mój krzyk, zbliżył się do mnie i zabierając świecę rzekł:
— O jedenastej godzinie w nocy wszystkie światła w domu powinny być pogaszone. A teraz, miss Becky, możesz się rozebrać bez świecy. Jeżeli nie chcesz, mała figlarko (tak mnie zawsze nazywa) żebym przychodził co wieczór gasić świecę, to staraj się zawsze położyć jak tylko jedenasta wybije.
— Ma się rozumieć że na przyszłość tak się urządzę żeby nowych odwiedzin uniknąć. Wyszedłszy ztąd poszedł spuścić z łańcucha dwa ogromne buldogi, których szczekanie przez całą noc nie ustawało.
„Obszerna sala, przeznaczona do wielkich uroczystości, zajmuje środek domu, a raczej ogromnej stodoły z czerwonych cegieł, z wysokim dachem i z piętrzącemi się kominami. Sala ta, z wyjściem na tarasę, smutniejsza jest niewątpliwie od tej, której opis czytaliśmy w Tajemnicach Udolfa. Ognisko komina tak wielkie, że możnaby w niem połowę panienek z pensji miss Pinkerton wygodnie ustawić. Rożen zaś tak potężnych rozmiarów, że możnaby śmiało całego wołu upiec. Na ścianach wiszą portrety przodków pana Pitt Crawley jedni z brodami, drudzy w perukach, kobiety w wąskich opiętych sukniach, sztywne jak wieże, z lokami spadającemi na szyję. Gorsetów nie widziałam wcale.
„W jednym końcu sali wznoszą się czarne, dębowe dziwnie niezgrabne schody, z przeciwnej strony wielkie drzwi, ozdobione głowami jeleniem, prowadzą do sali bilardowej, do bibljoteki, do wielkiego salonu z żółtem obiciem i do pomniejszych pokojów mieszkalnych. Na pierwszem piętrze naliczyłam do dwudziestu sypialnych pokojów; w jednym z nich pokazują jeszcze łóżko, na którem spała królowa Elżbieta.
„Moje uczennice oprowadzały mnie wszędzie. Okna szczelnie pozamykane, a ztąd brak światła, nadaje temu domowi tak ponurą fizjonomję, że przy każdem otwarciu wewnętrznych okiennic spodziewałam się jakieś widmo zobaczyć.
„Mój pokój znajduje się na drugiem piętrze i z jednej strony dotyka do sypialnego pokoju moich uczennic, a z drugiej do gabinetu, w którym się lekcje odbywają. Dalej jest apartament starszego z synów pana Pitt, którego nazywają zwykle sir Crawley, a następnie są pokoje młodszego syna, pana Rawdon Crawley. Ten ostatni jest wojskowym, (tak jak ktoś z naszych dobrych znajomych) i jest obecnie przy swoim pułku. Możnaby tu wygodnie pomieścić wszystkich mieszkańców z Russell Square i jeszcze zostałoby wiele wolnego miejsca.
„W pół godziny po naszem przybyciu zadzwoniono na obiad. Moje uczennice towarzyszyły mi do sali. Są to małe jeszcze dziewczynki; jedna z nich ma dziesięć lat, a druga ośm zaledwie. Miałam na sobie muślinową sukienkę, którą od ciebie dostałam, czego mi niegodziwa Pinner darować nie może. W powszednie dnie uważają mnie tu jako osobę należącą do rodziny, a kiedy są goście na proszonym obiedzie, to ja i moje uczennice jadamy u siebie.
„Dzwonek, jak ci powiedziałam, oznajmił że obiad na stole. Wszyscy zebrali się w małym saloniku lady Crawley, drugiej żony pana Pitt i matki moich uczennic. Jest ona córką kupca i ma tę wadę że nie może zapomnieć swoich minionych wdzięków. Zawsze blada chuda, ramiona wysokie, a mówi tak niewyraźnie, że zaledwie otwiera usta. Jej pasierb, Crawley, znajdował się tam także. Postawa jego zanadto poważna, ubranie nadzwyczaj staranne ale zresztą uporczywie milczący, brzydki, nogi długie i cienkie jak zapałki, faworyty koloru zgniłego siana, włosy blado żółte; słowem, istny portret matki śp. Gryzeldy ze starożytnego domu Binkie której wizerunek oprawiony wisi nad kominkiem.
„Lady Crawley wzięła mnie za rękę i rzekła do swego pasierba:
— „Oto jest guwernantka moich dzieci, miss Sharp.
— „Oh? — powiedział pan Crawley, czytając broszurę, która go widać żywo zajmowała.
— „Polecam pani moje córki i proszę o pobłażliwość dla nich — rzekła do mnie lady Crawley.
„Od razu poznałam że tej kobiety nie ma co się obawiać.
„Lokaj z wykrochmalonemi żabotami otworzył drzwi do sali jadalnej. Lady podała poważnie rękę panu Crawley, moje uczennice wzięły mnie za ręce i przeszliśmy do sali. Sirr Pitt Crawley siedział już przy stole, przy nim stał mały dzbanek srebrny. Stół był zastawiony wazami, półmiskami i solniczkami srebrnemi tak obficie jak w magazynie wyrobów złotniczych. Dwóch czerwono włosych w kanarkowej liberji lokajów stało po obu końcach stołu.
„Pan Crawley odmówił bardzo długą modlitwę, sir Pitt odpowiedział „Amen“, i natychmiast pozdejmowano nakrywy z półmisków.
— „Co będziemy mieli na obiad, Betty? — zapytał sir Pitt.
— „Buljon z baraniny, jeśli się nie mylę — odrzekła lady Crawley.
— „Barania pieczeń z kalarepą — dodał uroczyście kamerdyner — buljon z baraniny po szkocku, kartofle i kalafiory na jarzynę.
— „Baranina zawsze jest baraniną — rzekł baronet — Niech mnie cholera nawiedzi, jeżeli znam lepszą potrawę. Jaki to baran i kiedyście go zabili, Horrocks?
— „To czarny baran szkocki, proszę pana, zabiliśmy go we czwartek.
— „Czy wziął kto więcej z tej sztuki?
— „Rzeźnik z Mudbury wziął czomber, proszę pana ale skarży się że stracił na tem, bo baran był bardzo młody.
— „A cóż się stało z nogami baraniemi? — zapytał znowu sir Pitt.
— „Zdaje się że w kuchni je zjedli — odpowiedziała nie śmiało milardy.
— „Tak jest, milardy — potwierdził Horrocks.
— A ten mały wieprz czarny — ciągnął dalej sir Pitt — musiał znacznie potłuścieć?
— „Nie bardzo mu to spieszno, proszę pana — powiedział poważnie Horrocks.
„Oto masz treść rozmowy przy obiedzie.
„Wstaliśmy od stołu. Milady wyjęła jakąś ogromną szydełkową robotę, a dziewczynki zaczęły się bawić staremi, dobrze zużytemi kartami. Jedna tylko świeca paliła się na stole, ale za to w starożytnym srebrnym lichtarzu. Milady pozwoliła mi wybrać do czytania jedną z dwóch książek leżącą na stole: była to broszura o uprawie roli, którą z takiem zajęciem czytał pan Crawley, i zbiór kazań na niedziele i główniejsze święta doroczne.
„Siedzieliśmy całą godzinę w milczeniu. Odgłos kroków zmierzających do salonu dał się słyszeć w sąsiednim pokoju.
„Schowajcie karty, moje dzieci — zawołała milady z przerażeniem — a potem obracając się do mnie: „Miss Sharp, proszę te karty przykryć książkami.“
„Zaledwie mieliśmy czas wypełnić te rozkazy kiedy drzwi się otworzyły i pan Crawley wszedł do pokoju.
„Zaczniemy nasze czytanie — mówił — od miejsca na którem zatrzymaliśmy się wczoraj. Każda z panienek będzie czytać z kolei, tym sposobem miss... miss Chart będzie mogła was słyszeć.“
Biedne dziewczynki zaczęły jąkać długie i niesłychanie nudne kazanie, wygłoszone w kaplicy Bethesda w Liwerpool, o pracach missjonarskich w krajach, gdzie światło wiary nie rozsypało jeszcze swoich dobrodziejstw. Dobry sposób przepędzenia przyjemnie wieczoru!
„Wybiła dziesiąta. Posłano służącego żeby oznajmił panu Pitt i wszystkim domownikom że godzina modlitwy wieczornej nadeszła. Sir Pitt przybiegł najpierwszy, jak człowiek któremu pilno odejść; po nim wszedł Horrocks, następnie lokaje w kanarkowej liberji, za nimi kamerdyner pana Crawley, potem jeszcze trzech barczystych ludzi, otoczonych silnym stajennym zapachem, a nakoniec zamykały orszak cztery kobiety, z których jedna wyfiokowana i pełna pretensji, rzuciła na mnie pogardliwe spojrzenie i uklękła ociężale ze stukiem na posadzkę.
„Pan Crawley odczytał patetycznym głosem modlitwy wieczorne, poczem dano każdemu świecę i całe towarzystwo się rozeszło. Wtenczas to niespodziewana wizyta pana Pitt, o której ci wspominałam, zmusiła mnie przerwać moje pismo.
„Sciskam cię po tysiąc razy, moja kochana, moja najdroższa Ameljo! Dobra noc mój aniele!
Sobota. Dziś rano o piątej godzinie słyszałam kwiczenie małego czarnego wieprza; byłam mu wczoraj jeszcze prezentowaną przez Różę i Violettę, które mnie oprowadzały po wszystkich kurnikach, oborach i karmnikach. Te małe psotnice złapały młode kurczę i chciały je upiec dla mnie, ale groom wyleciał z krzykiem i moje uczennice uciekły przed dokonaniem zbrodni na biednem kurczęciu. Pobiegły potem do ogrodnika prosić o trochę owoców dla mnie: ogrodnik pochwycił się za głowę, mówiąc że straciłby miejsce natychmiast, gdyby sir Pitt usłyszał że pozwala sobie robić podobną propozycję.
„Lady Crawley ani na chwilę nie wypuszcza z rąk szydełkowej roboty. Sir Pitt i jego wierny Horrocks znajdują się każdego wieczora w stanie miłego rozmarzenia, podnieconego, jak się zdaje, alkoholem. Pan Crawley zamyka się na większą część dnia w swoim gabinecie a wieczorem czyta nam kazania.
„Ucałuj ręce twojej kochanej mamy i przypomnij mnie pamięci twego dobrego ojca. Czy twój brat przyszedł już do siebie po owym nieszczęsnym rack-pączu? Oh! moja kochana Ameljo, jakże mężczyzni powinniby unikać skutków tego okropnego napoju!
„Twoja do zgonuRebeka.“
Zastanowiwszy się trochę głębiej nad przeczytaną korespondencją nie należy się smucić że czysta i niewinna Amelja Sedley nie znajduje się w towarzystwie Rebeki. I w samej rzeczy, uwagi o tej damie, która opłakuje utracone wdzięki, o tym żółto-włosym panu z faworytami koloru zgniłego siana, zdradzają zbyt wczesną znajomość świata w autorce listu. Zresztą każdy przyzna że klęcząc przy modlitwie można zająć myśl czem innem jak wstążkami pretensjonalnej miss Horrocks. Ale łaskawy czytelnik raczy przypomnieć sobie tytuł naszej powieści, który uprzedza już że na każdej niemal stronnicy możemy znaleść słabostki ludzkie, zepsucie, fałsz i próżność, wystawione na widok jak towary publicznego bazaru. Miłość prawdy wkłada nie zawsze łatwy do spełnienia obowiązek odkrywania ran społeczeństwa w całej brzydocie i nagości. Czyż nie ma ludzi, którzy na wzór naszej bohaterki, zdolni są uchylić czoła tylko przed wielkością i bogactwem, i nie umieją uwielbiać nic — oprócz powodzenia?



IX.
Familijne portrety.

Sir Pitt Crawley był jednem z tych filozofów, którzy nie odrywają się nigdy od ziemi. Pierwsze jego ożenienie z córką szlachetnego lorda Binkie było wyłącznie dziełem jego rodziców. Sir Pitt nigdy nie przebierał w wyrazach, wyrzucając małżonce dumę i cierpki charakter, i nie przestawał jej powtarzać że jak mu Bóg pozwoli ją pogrzebać, to już szukać będzie żony po za obrębem tej kasty, do której przyszła nieboszczka należała. Jakoż dotrzymał słowa i owdowiawszy ożenił się z Różą Dawson, córką kupca, hurtownika z Mudbury. Róża była uszczęśliwiona że mogła się nazywać milady Crawley!
Ale filozofowie twierdzą nie bez słuszności że człowiekowi nie dano jest używać bezwzględnego szczęścia. Żeby zostać lady Crawley, Róża Dawson musiała zerwać ułożony już związek z Piotrem Butt, dobrym chłopcem i jednym z najstalszych konkurentów, który zatrudniał się potem przemycaniem towarów, łowieniem cudzej zwierzyny i innemi podejrzanemi rzemiosłami. Nowe przytem położenie Róży Dawson poróżniło ją z najlepszemi dawnemi przyjaciółkami, których milady Crawley nie mogła przyjmować w Crawley-la-Reine. W towarzystwie, do którego zajęte przez nią stanowisko dawało jej prawo należeć, nie chciano jej zupełnie przyjmować. I mogłoż być inaczej? Sir Huddleston miał trzy córki a każda z nich żywiła nadzieję zostania lady Crawley. Cała rodzina pana Griles Wapshot była przejęta najżywszem oburzeniem że zaszczyt ten nie spotkał jednej z panien Wapshot; a wszyscy baroneci w całem hrabstwie nie mogli patrzeć bez zgrozy na tak krzyczący mezaljans człowieka, który pochodzeniem do ich kasty należał.
Sir Pitt miał zwyczaj mawiać że nie więcej dba o nich jak o złamanego ljarda. Bo i cóż to w samej rzeczy, mogło go obchodzić? Nigdy mu nic nie brakowało, mógł co wieczora wychylić do dna swój kubek srebrny, bił od czasu do czasu swoją nadobną Rózię, i zostawiał ją Hampshire wyjeżdżając na obrady parlamentu do Londynu, gdzie nie miał wprawdzie ani przyjaciół ani dobrych znajomych ale też zanimi nie tęsknił. Mistress Bute Crawley, żona pastora, nie chciała nigdy oddać wizyty swojej bratowej, nie mogła ubliżać sobie jak zwykle mawiała — i zniżyć się aż do córki kupca.
Widzieliśmy już że płeć atłasowa i wystające różowe jagody były jedynemi wdziękami, jakiemi natura obdarzała połowicę baroneta. Że zaś brakowało jej nie tylko ognistych namiętności lub niezłomnej energji, ale nawet charakteru i woli, łatwo więc się domyśleć że lady Crawley nie wywierała żadnego wpływu na męża. Żywe rumieńce zniknęły, świeżość młodociana zwiędła i lady Crawley została w domu baroneta sprzętem niepotrzebnym, nie więcej użytecznym jak stary klawikord pierwszej jego małżonki.
Ta spokojna niewiasta nosiła, jak wszystkie blondynki, jasne suknie; najwięcej jednak lubiła bladobłękitny albo brudno zielony kolor morskiej fali. Zajmowała się szydełkową robotą z taką wytrwałością, że po kilku latach wszystkie łóżka w Crawley la Reine były pokryte włóczkowemi kapami.
Lady Crawley miała nie wielki klomb w ogrodzie, który ją trochę, jak się zdawało, zajmował; zresztą nie czuła w sobie ani wstrętu, ani najmniejszej do niczego predylekcji. Ze zwykłą apatją słuchała kiedy ją mąż łajał, krzyczała kiedy ją bił.
O! bazarze próżnych mamideł! Bez ciebie może byłaby to najlepsza i najprzyjemniejsza istota w życiu rodzinnem. Peter Butt i Róża żyliby szczęśliwie w schludnej chatce, otoczeni gromadką ładnych dzieci, dzieląc wspólnie troski i uciechy, nadzieje i zawody. Cóż, kiedy tytuł lub czworokonny powóz jest bawidełkiem pożądanym więcej aniżeli szczęście!
Łatwo zrozumieć że apatyczny temperament i obojętność matki nie pociągała ku niej młodych dziewczynek i nie obudzała zbytecznej w nich czułości. Z największem upodobaniem przesiadywały one w kredensie, w kuchni lub w stajni. W takich więc warunkach wychowywały się te dzieci przed przyjazdem Rebeki.
O nauczycielce nie byłoby dotąd i mowy, gdyby nie przeważające zdanie pana Crawley (syna) jedynego przyjaciela i opiekuna lady Crawley. Potomek po kądzieli szlachetnej rodziny Binkie, był wzorem konwencjonalnej grzeczności. Skończywszy nauki, młody Crawley postanowił ująć w karby zwyczaje domowe i zaprowadzić przyzwoity ład, wielce nie miły ojcu, który się trochę syna obawiał. Był on tak surowym stróżem form, że wolałby niewątpliwie umrzeć z głodu, aniżeli usiąść do objadu bez białego krawata. A kiedy raz się zdarzyło że Horrocks, szafarz i kredencerz przyniósł list w ręku zamiast położyć na tacy, Crawley dał mu tak surowe napomnienie, że Horrocks drżał odtąd jak liść w obecności młodego pana. Wszyscy chodzili na palcach kiedy on był w domu. Lady Crawley odejmowała raniej niż zwykle swoje papiloty, Sir Pitt Crawley nie odważał się przychodzić w pantoflach do objadu. Jakkolwiek trudno mu było pozbyć się wszystkich narowów, to jednak wiele dokazał, bo nigdy nie pozwalał sobie upić się przy synie i miarkował swoje wyrażenia odzywając się do służących, którzy dziwili się nieraz że sir Pitt nie łaje nigdy żony w obecności syna.
Żadna burza polityczna, żadne wypadki domowe nie przeszkodziły młodemu Crawley prowadzić uroczyście pod rękę macochy swojej do stołu; uważał to sobie za najświętszy obowiązek. Mówił do niej rzadko, ale zawsze z najgłębszem uszanowaniem. Jeżeli widział że miała wychodzić, nie zaniedbał nigdy otworzyć drzwi z uroczystą powagą i kłaniać się według wszelkich prawideł etykiety.
W szkołach był to prawdziwy cherubinek: przez ośm lat nie zdarzyło mu się zasłużyć na karę. Wytrwałą pracowitością wynagradzał brak bystrego pojęcia. Również wzorowem było jego prowadzenie się w uniwersytecie, gdzie się przygotowywał do wystąpienia na widownię polityczną pod przewodnictwem dziada swego lorda Binkie. Kształcąc się długo na wzorach starożytnych i późniejszych mowców, nabył nie małej sprawy w mówieniu, i zalewał cierpliwych słuchaczy potokiem wyrazów i cytat łacińskich, głaszcząc uszy cienkim fletowym głosem. Chociaż mówił z powagą i widocznem zadowoleniem, zawsze jednak wygłaszał blade, oklepane sentencje, i rzecz dziwna, nie miał powodzenia, pomimo że mierność zwykle je na świecie zapewnia.
Po wyjściu z uniwersytetu został prywatnym sekretarzem lorda Binkie. Mianowany wkrótce trzecim sekretarzem przy legacji w Poupernikel, wywiązywał się sumiennie ze swoich obowiązków, które zależały po większej części na redagowaniu depeszy przy wysyłkach pasztetów strasburgskich pod adresem ówczesnego ministra spraw zagranicznych. Dziesięcioletnie piastowanie tej wysokiej godności wydało się za długie młodemu dyplomacie, którego awans od śmierci lorda Binkie stawał się coraz wątpliwszym. Ta ostatnia okoliczność tak go zniechęciła, że postanowił porzucić zawód niewdzięczny i osiąść stale na wsi.
Wróciwszy do Anglji chybiony dyplomata, zawsze chciwy znaczenia, próbował znaleść je na innem polu. Przyjął czynny udział w rozprawach wywołanych podówczas kwestją zniesienia niewolnictwa murzynów i wszedł w ścisłe stosunki z panem Wilberforce, którego politykę gorliwie popierał. Utrzymywał znaną korespondencję z wielebnym ojcem Lilas Hornblower, w przedmiocie missji w Indjach, i napisał oprócz tego broszurę o wyrabianiu piwa. Jeździł co roku do Londynu, jeżeli nie na obrady parlamentu, to przynajmniej na meetyngi, poruszające sprawy religijne. Niemniej pracował na prowincji nad szerzeniem i wzmocnieniem religji pomiędzy ludnością wiejską, nauczając publicznie z niezmordowaną gorliwością; w tym celu nawet dojeżdżał do Mudbury i do Squashmore, w poniedziałki i piątki każdego tygodnia. Mówiono przytem że bardzo był uprzedzający i pełen grzeczności dla trzeciej córki lorda de la Montonniere, lady de la Bergerie, której siostra lady Emily, była powszechnie znaną z pięknych powiastek, jak: Kompas marynarza, Przekupnie jabłek i inne.
Opowiadanie Rebeki o życiu i zwyczajach w Crawley-la Reine, nie było zupełnie przesadzone; młody Crawley zaczynając od ojca i schodząc po wszystkich szczeblach domowej hierarchji aż do najniższych służebnic, nie uwalniał nikogo od ćwiczeń pobożnych. Pomimo że pędził tak bogobojny żywot, ściągnął on na siebie nieubłagany gniew stryja parocha za protekcję udzielaną wiernym, którzy chcieli utrzymać się w zupełnej niezawisłości administracyjnej od parafij. Sir Pitt widząc gniew brata, zacierał sobie ręce z radości i jeździł nawet kilka razy na zebrania opornych parafjan, co dało powód do gwałtownych pocisków, wymierzonych z kazanicy wprost do ławki baroneta, który nie przestawał nigdy chrapać przez ciąg całego kazania.
Pan Crawley (syn) życzył sobie gorąco zająć krzesło ojcowskie w parlamencie dla dobra kościoła i dla szczęścia kraju; ale papa nie miał ochoty cokolwiekbądź ustąpić. Obadwa zaś byli za nadto oględni, żeby kupować drugie krzesło w Izbie deputowanych i wydawać na to znaczne sumy, wówczas kiedy dochody były znacznie uszczuplone, a to z powodu spłacanej corocznie kary pieniężnej, nałożonej na pierwszego baroneta, Walpole Crawley, za podrobienie pergaminów i pieczęci. Sir Walpole był niezmiernie towarzyski, ale nigdy nie miał dosyć pieniędzy. Pan Crawley powiedziałby dziś o nim z westchnieniem: Alieni appetens sui profusus, ale sąsiedzi, mniej biegli w łacinie, cenili jak się należy gościnność ówczesnego baroneta, a osobliwie jego piwnice dobrze zaopatrzone, siła psów gończych, chartów, wyżłów etc., dzielne wierzchowce i wspaniałe cugi powozowe. Dzisiaj już inaczej: stajenne rumaki zaprzęgano do pługa albo do omnibusa; sir Pitt używał ich do powozu tylko w dni wolne od pracy około roli, bo zawsze uważał że należy zachować pewne decorum. Wyjeżdżał rzadko, ale czterma końmi, jadł codzień baraninę tylko, ale trzech lokajów musiało usługiwać do stołu.
Gdyby skąpstwo wystarczało do zrobienia majątku, sirr Pitt Crawley zostałby bez wątpienia największym w świecie bogaczem. W stosunkach z dzierżawcami był tak przykry że chyba zupełnie zrujnowani wchodzili z nim w układy. Żeby się nie dać okradać rządzcy i nie zapłacić za drogo człowiekowi znanej już uczciwości, używał licznych podrzędnych ajentów, którzy wynosili się zwykle do Ameryki, unosząc z sobą co było grosza w kasie. Zbiory miewał zawsze nędzne, bo oszczędzał ziarna przy siejbie. Rzucał się na wszystkie przedsiębiorstwa i źle na tem wychodził; woda zalewała mu kopalnie węgla, a każdy wiedział że sir Pitt najwięcej koni traci na poczcie, bo je źle karmi i kupuje tylko takie, które zdychać mają.
Przyznać należy że sir Pitt miał humor przyjemny i że nie można go było pomawiać o dumę. Wolał nawet obcować z czynszownikami a nawet z parobkami aniżeli z wysoko urodzonym jak jego syn szlachcicem. Lubił wypić z każdym, a największe miał upodobanie klepać po ramieniu córki swoich dzierżawców. Słabość jego dla płci pięknej była tak widoczna, że nie mogło to ujść bacznego oka miss Rebeki Sharp. Zresztą nie widziano go nigdy dającego choćby grosz jałmużny, bo sir Pitt był wierny swoim zasadom i nie czuł najmniejszej skłonności do spełnienia dobrego czynu, choćby nawet bez własnej szkody, bez żadnej ofiary. Nie bez gorzkiego smutku przychodzi nam mówić o ujemnych przymiotach męża, którego imię zapisane jest na kartach złotej księgi panów, ale miłość prawdy nakazuje dodać że z wszystkich baronów, parów i deputowanych angielskich, sir Pitt Crawlej był najgłupszym i niskim egoistą.
Najsilniejszą przyczyną wpływów młodego Crawleja którym ojciec ulegać musiał, był interes pieniężny. Sir Pitt rozumiał dobrze że winien był wypłacić synowi znaczną sumę z posagu matki, ale sama myśl wypłaty sprowadzała już baronetowi nieznośną migrenę. Nie mógł więc nigdy zdobyć się na jakąkolwiekbądź wypłatę jeżeli nie był do tego zmuszony. Miss Rebeka Sharp, dobrze już wtajemniczona w sprawy familijne, (jak to wkrótce obaczymy) obliczała na kilka set funtów szterlingów rocznie koszta przymusowych wypłat, ale baronet nie umiał odmówić sobie tej przyjemności. Nie mógł ukrywać swojej radości jeżeli udało mu się w procesie uzyskać odroczenie terminu wypłaty; tem żywszej doznawał rozkoszy, im dłużej wierzyciele czekać musieli.
— Na cóżby się przydało — mawiał — zasiadać w parlamencie, jeżeliby potrzeba było przytem rzetelnie długi spłacać?
I w samej rzeczy baronet umiał korzystać z wysokiego jakie zajmował stanowiska.
Otoż widzimy że człowiek nieumiejący prawie czytać, nieokrzesany, podstępny, pojmujący tylko zwierzęce uczucia, ma władzę, zamuje zaszczytne stanowisko i zasiada pomiędzy dygnitarzami kraju, a ministrowie, wielcy mężowie stanu starają się o jego przyjaźń! W bazarze błyskotek i próżności ten człowiek zajmuje miejsce wyższe aniżeli genjusz znakomity lub cnota niepokalana.
Sir Pitt miał przyrodnią siostrę pannę, której matka zostawiła ogromny majątek. Baronet proponował jej nieraz żeby umieściła u niego swoje kapitały, ale miss Crawley wymówiła się zawsze od tej przysługi i wolała mieć w ziemi cały swój majątek obiecując rozdzielić kiedyś swoje posiadłości pomiędzy dzieci pastora i przypuścić do tego podziału młodszego syna pana Pitt, Rawdon’a. Parę razy nawet opłaciła już długi Rawdon’a, kiedy ten był w uniwersytecie a potem w wojsku. Miss Crawley była ma się rozumieć bardzo pożądanym gościem w Crawley-la-Reine. Nietylko że na pańskim stole widziano wówczas zwierzynę, rybę i wino stare; ale nawet słudzy pili piwo nierozcieńczone wodą, i mieli do herbaty cukier bez zwykłego obliczania kawałków, a to dzięki względom, jakich używał jej woźnica i panna służąca.



X.
Miss Sharp robi sobie przyjaciół.

Wszystkie usiłowania Rebeki skierowane były obecnie do jednego celu: pozyskać sobie względy i sympatje członków rodziny, do której weszła niedawno, było głównem jej zadaniem.
— Sama jedna, bez przyjaciół — mówiła do siebie — wszystko sobie tylko muszę być winna, wówczas kiedy Amelja z mniejszemi daleko zdolnościami jak moje, ma z dziesięć tysięcy funtów sterlingów i nadto, wszelką pewność że wyjdzie za mąż. Biedna Rebeka, dziesięć razy ładniejsza od niej, musi liczyć tylko na swój własny rozum. Zobaczymy czy nie potrafię zdobyć sobie o własnych siłach przyzwoitego stanowiska i czy taż sama miss Amelja nie będzie zmuszona kiedyś uznać niezaprzeczoną wyższość mojego umysłu. Nie dla tego żebym czuła do niej jakąś niechęć, bo któżby mógł uskarżać się na taką potulną istotę? ale to pewna że dzień w którym zajmę wyższe od niej stanowisko, będzie najpiękniejszą chwilą mego życia. Zresztą jestże w tem co niepodobnego?
Widząc w swoich uroczych marzeniach najświetniejszą przyszłość, Rebeka nie przestała myśleć o zapewnieniu sobie wygodnej i przyjemnej teraźniejszości. W zabiegach o zjednanie sobie tych, którzy mogliby się jej na co przydać najmniej zwracała uwagi na lady Crawley będącą zerem w domu. Mówiąc ze swojemi uczenicami wyrażała się o niej: „Biedna mama“ i ograniczała się względem biednej mamy na oznakach zimnego uszanowania. Cały zaś zasób swoich słodyczy i dyplomatycznych wybiegów postanowiła użyć dla pozyskania sobie reszty rodziny Crawlejów.
Z dziewczynkami łatwo jej poszło: nie obciążała ich młodego umysłu zbyteczną pracą i zostawiała im wszelką swobodę, żeby nie tamować samoistnego rozwoju. Ta prosta metoda zapewniła młodej nauczycielce serca uczennic. Bo w rzeczy samej czy może być gruntowniejsza nauka nad tę, którą się samemu nabywa? Starsza z dziewczynek największe miała upodobanie w czytaniu i znalazła wszelką łatwość dogodzenia tej skłonności. Bibljoteka w Crawley-la-Reine posiadała znaczną ilość dzieł francuzkich i angielskich z ośmnastego stulecia, zebranych przez kanclerza gdy ten dygnitarz miał nieszczęście zostawać w niełasce. Dział lekkiej literatury wypełniał przeważnie zbiór tych książek pyłem pokrytych i oddawna już nie tykanych.
Rebeka cieszyła się że jej uczenica robiła postępy tak łatwym i przyjemnym sposobem. Obiedwie czytały razem zajmujące dzieła doktora Smoletta, Henryka Fieldinga i nieśmiertelnego Woltera.
Pan Crawley zapytał razu jednego Rebeki jakie dzieło wybrała do czytania z panienkami:
— Czytamy teraz dzieła Smolett’a odpowiedziała młoda nauczycielka.
— Ha? Smolett’a? — powtórzył Crawley z zadowoleniem — jego historja jest więcej suchym opowiedziana sposobem, ale mniej jest niebezpieczna do czytania jak historja Huma. Ho, ho! to więc historją panie się zajmują?
— Tak — odrzekła miss Róża — nie dodając wcale że to była historja przygód Faublas’a.
Innego dnia pan Crawley był bardzo zgorszony zobaczywszy w ręku siostry jakieś komedyjki francuskie. Rebeka usprawiedliwia ten wybór potrzebą przyswojenia sobie idjotyzmów francuzkich. Uwaga wydała się słuszną byłemu dyplomacie, mającemu wielkie pretensje do głębokiej znajomości języka. Rebeka wiedziała to dobrze i nie szczędziła komplementów panu Crawley, który je mile przyjmował.
Miss Violetta miała upodobania więcej męskie i burzliwe, zupełnie różne od usposobienia jej siostry: Łazić po drzewach, wydzierać gniazda wróble, zabierać jaja ptasze, zabijać małe kurczęta, było najmilszem jej zajęciem. Nikt lepiej od niej nie znał ukrytych kątów, gdzie kury jaja znosiły; nikt zręczniej nie umiał się dobierać do słoików z konfiturami i wynajdywać co tylko było dobrego do zjedzenia. Miss Violetta była nietylko ukochanem dzieckiem papy, ale w kuchni, w stajni i na folwarku była powszechnie lubioną. Schwytana przez Rebekę na gorącym uczynku, Violetta nigdy nie była ukaraną; musiała jednak przyrzec że będzie grzeczną dziewczynką, i że przedewszystkiem będzie kochać swoją nauczycielkę. Miss Sharp ukrywała starannie wszystkie jej psoty przed matką, która wymówiłaby się z tem przed mężem, a co gorzej jeszcze, przed młodym panem Crawley. Wszystko szło dobrze, byle nie było guzuw bardzo widocznych, co niezmiernie łatwo zdarzyć się mogło, bo obie siostry prowadziły z sobą bój nieustający.
Przejęta głębokiem uszanowaniem dla pana Crawley (syna), Rebeka często prosiła go o wytłumaczenie ciemnych, niezrozumiałych dla niej ustępów w literaturze francuskiej. Lubo urodzona z matki Francuski, miss Sharp wyznawała że nie zna nikogo, kto by umiał tak jasno i przystępnie jak pan Crawley najtrudniejszy przedmiot wyłożyć. Prosiła go również o radę w wyborze książek i o wskazanie jej dzieł poważnych których czytanie uważał za stosowne dla młodej osoby. Była zachwycona broszurą o wyrobie piwa, a nie umiała już znaleść słów uwielbienia dla wymowy pana Crawley, kiedy prezydował na posiedzeniach Stowarzyszenia pomocy „głodomorów“. Przy naukach wieczornych była nieraz tak wzruszoną, że nie miała dosyć mocy żeby łzy powstrzymać.
— Oh! dzięki panie, dzięki — mówiła często wznosząc oczy do nieba.
To gorące podziękowanie wywołało czasem uściśnienie ręki pana Crawley i nasuwało mu następujące uwagi:
— Nic dziwnego że moje słowa obojętnie słuchane przez wszystkie tu osoby, robią na miss Sharp tak głębokie wrażenie: dobra rasa zawsze się odezwie. Jej matka pochodziła zapewne z rodziny Montmorency: oto dla czego ona jedna mnie tu rozumie. Muszę nadać moim naukom formę prostszą i używać pospolitszych zwrotów języka. Te grube organizmy nie mogą znosić delikatnego pokarmu.
Rebeka miała już czas obeznać wszystkich w domu z wysokiem pochodzeniem swej matki. O deskach teatralnych nie wspominała zupełnie, chociaż każdemu wiadomo ile ofiar ta straszna rewolucja pogrążyła w największym niedostatku. Któż nie wie że te klęski dotknęły po większej części ludzi najlepiej urodzonych?
Crawley znalazł nawet kilka imion wspomnianych przez Rebekę w dykcjonarzu Hozier’a, co więcej jeszcze utwierdziło w nim wiarę w arystokratyczne pochodzenie Rebeki. Mamyż z poszukiwań w dykcjonarzu wnosić że tam było coś więcej jak prosta ciekawość i że miss Sharp natchnęła pana Crawley jakiemś tkliwszem uczuciem? Nie, zaiste. Była to prosta przyjaźń. Wspomnieliśmy już zresztą, że pan Crawley zamyślał o lady de la Bergerie.
Młody Crawley nieraz Rebece robił uwagi że traci parę chwil czasem na takie rozrywki światowe jak gra w trictrac z panem Pitt zamiast czytać jaką poważną i nauczającą książkę. Miss Sharp odpowiadała na to że jej mama nieodżałowanej pamięci często grywała z hrabią X. albo z przewielebnym ojcem Cornetem, co według niej jest niejako wypoczynkiem dla umysłu prawie koniecznym.
Młoda nauczycielka nie tylko grą trictrac skarbiła sobie łaskę pana domu, miała do tego wiele innych skuteczniejszych sposobów: Czytywała mu głośno foljały sądowych dokumentów, przepisywała mu listy i poprawiała zręcznie pisownię pod pozorem przyjętych od niedawnego czasu zmian w piśmiennictwie. Wszystko co choćby zdaleka dotykało posiadłości, lasów, łąk, ogrodów i stajni baroneta, tak żywo obchodziło Rebekę, że sir Pitt bardzo polubił jej towarzystwo i nie zaniedbywał nigdy zabrać ją i panienki z sobą na codzienną przechadzkę, po śniadaniu. Miss Sharp zawsze znalazła jakąś myśl szczęśliwą i nieraz dobrą udzieliła radę: tu potrzeba było obciąć suche gałęzie, tam wzruszyć ziemię na grządce, ten koń zdawał się jej dobry do wożenia wody a tamten do pługa.
W przeciągu roku niespełna Rebeka posiadała już nieograniczone zaufanie baroneta. W jego nieobecności miss Sharp była wyłącznie panią domu, ale umiała tak dobrze oszczędzać osobistości wpływowe w kuchni i na folwarku że wszyscy nie mogli się wydziwić jej skromnej pokorze i uprzejmej grzeczności.
Synów baroneta moglibyśmy porównać do słoty i pogody, bo nigdy nie widziano ich jednocześnie w Crawley-la Reine. Obadwa czuli nienawiść do siebie. Młodszy z nich, Rawdon Crawley, miał dom ojcowski w największej pogardzie i pokazywał się tylko podczas dorocznej wizyty swojej ciotki.
Mówiliśmy już o zaletach tej szanownej damy: Miała ona siedmdziesiąt tysięcy funtów szterlingów i naznaczyła w większej części Rawdona swoim spadkobiercą. Nieprzezwyciężoną czuła nienawiść do starszego ze swoich bratanków, który dawno już wiedział że duszyczka cioci będzie się smażyć w piekielnych płomieniach. Według niego nic lepszego nie można było rokować o życiu przyszłem braciszka.
— To jest kobieta światowa i bez najmniejszej wiary — mówił do siebie pan Crawley — utrzymuje stosunki z ateuszami i z Francuzami. Drżę na samą myśl o jej przyszłem życiu. Stoi prawie nad grobem, a tyle ma próżnych słabości, tyle występnych, światowych popędów!
W samej rzeczy staruszka nie lubiła nauk wieczornych i tak była upartą, że musiano zawsze ćwiczenia duchowne zawiesić na czas jej bytności w Crawley-la Reine.
— Schowaj swoją książkę z kazaniami — mówił sir Pitt do syna — bo miss Crawley ma dziś przyjechać. Pisała sama do mnie że nie może słuchać kazań.
— Czy dlatego nie mamy myśleć o zbawieniu sług i domowników?
— A niech ich tam licho weźmie! — zawołał sir Pitt przerywając synowi, który nie wątpił że duszyczki pozbawione jego nauk duchownych, muszą wpaść w moc szatana. — Cóż u djabła — mówił dalej ojciec — sądzę że nie będziesz tyle zaślepionym żeby wypuścić z naszej rodziny trzy tysiące funtów szterlingów rocznego dochodu?
— I cóż znaczą pieniądze w porównaniu ze zbawieniem naszej duszy? — odpowiedział młody Crawley.
Stara miss Crawley nosiła już oddawna piętno potępienia; przepędzając zimę w Londynie, jadła i piła za wiele, musiała przez lato szukać ulgi i naprawiać zrujnowane siły w Harrowgate, albo w Cheltenham. Miała prześliczną rezydencję w Park-Lane i uchodziła za najgościnniejszą z wszystkich westalek swojego czasu. W młodości, jak to zwykła mawiać, była znakomitą pięknością. Wiadomo każdemu że wszystkie stare kobiety były kiedyś mniej więcej piękne.
Humor miała wesoły, tendencje liberalne i wiele pretensji do rozumu. W czasie swego pobytu we Francji rozpaliła, jak mówią, ogień miłości w sercu Saint Just’a. Nic zatem dziwnego że lubiła romanse, ciasta i wina francuzkie. Czytywała z upodobaniem Woltera, a wszystkie prawie dzieła Jakóba Rousseau umiała na pamięć. Rozprawiała z całą swobodą o prawach kobiety i dotykała nieraz drażliwej kwestji rozwodu. W każdym pokoju miała pozawieszane portrety Fox’a. Popierała silnie tego męża stanu, walczącego w szeregach opozycji, a kiedy tenże doszedł do władzy, miss Crawley używała niepospolitego wpływu w zamian za usługę, oddaną mu przyciągnięciem do jego stronnictwa baroneta, który i bez wszelkich starań miał zwyczaj stawać po stronie silniejszego.
Ta zacna niewiasta kochała bardzo Rawdon’a Crawley. Posłała go do uniwersytetu w Cambrigde dla tej prostej przyczyny że brat jego był w Oxfordzie, a kiedy po dwóch latach władza uniwersytecka wydaliła młodzieńca, kupiła mu stopień oficera w armji.
Rawdon należał do najpierwszych dandysów w mieście. Znany był w zakulisowym świecie, boksował się doskonale i powoził czterma końmi w lejc. Był więc wykształcony jak przystoi arystokracie czystej krwi. Chociaż należał do świty książęcej i nie miał nigdy sposobności okazać swego męstwa na polu bitwy, Rawdon Crawley stając trzy razy do pojedynku w sprawach karcianych, dał niezbite dowody że życiem pogardza i śmierci się nie lęka.
— A nawet tego, co ma nastąpić po śmierci — dodawał starszy brat — wlepiając w sufit swoje czerwone oczy.
Nieoceniona ciocia Crawley płaciła długi swego Benjamina i nie pozwalała nigdy powiedzieć cokolwiek na niego.
— Wolę ja go tysiąc razy — mawiała często — niżeli jego braciszka płaczliwego i układnego hipokrytę.



XI.
Sielankowa prostota.

Zapoznawszy czytelnika z mieszkańcami Crawley-la-Reine, pozostaje nam kilka słów do powiedzenia o krewnych i sąsiadach dostojnego baroneta. Zaczniemy od pastora i pani pastorowej.
Wielebny ojciec Crawley był wzrostu słusznego, okazałej budowy, miał humor przyjemny i nosił zwykle szeroko kolisty kapelusz. Znany w całej okolicy, wszędzie miał przyjaciół i o wiele był popularniejszym od swego brata. W szkołach wybijał zęby najdzielniejszym bokserom, biegły był w gimnastyce i te upodobania na zawsze zachował. Żadne gonitwy, ćwiczenia gimnastyczne i wyścigi, żadne festyny lub zebrania wyborcze nie odbyły się bez niego. Ile razy był objad proszony na dwadzieścia mil w około, można było spotkać zawsze kabryolet z wielkiemi latarniami i karą klacz ojca Bute Crawley. Zamiłowanie w boksach nie zagłuszyło w nim uczucia piękna; śpiewał dobrze sentymentalne senety i głos miał bardzo przyjemny. Krótko mówiąc, ojciec Bute Crawley był powszechnie lubiony i poszukiwany w okolicy przez najznaczniejszych obywateli, z którymi żył w przyjaznych stosunkach.
Pani pastorowa maleńka, ale ruchliwa, była doskonałą gospodynią, i samowładną panią w domu. Po za obrębem domu i plebanji zostawiała małżonkowi wszelką swobodę, ale w swojem państwie umiała rządzić energicznie. Od chwili kiedy udało się jej pozyskać młodego pastora z Crawley la-Reine, mistress Bute nie przestała być wzorem umiarkowania i oszczędności, a pomimo to małżonek jej zawsze był odłużony. Potrzeba było dziesięcioletnich usiłowań mężnej niewiasty żeby pospłacać szkolne jeszcze grzeszki pastora. W 179... roku, kiedy wszyscy dłużnicy byli już zaspokojeni przyszło do głowy pastorowi trzymać gruby zakład przeciw Kangourou, dzielnemu rumakowi, który odniósł zwycięstwo nad swoim współzawodnikiem na wyścigach w Derby. Wynikająca ztąd konieczność zaciągnięcia nowej pożyczki z lichwiarskiemi procentami, postawiła znowu pastora w dosyć złych interesach. Siostra dawała mu wprawdzie trochę pieniędzy od czasu do czasu, ale wielebny ojciec, licząc na podeszły wiek miss Crawley, na jej bliskim zgonie tylko całe swe nadzieje pokładał.
— Chyba sam djabeł w toby się wmieszał — mawiał sobie — żeby, Matylda mi nie zostawiła najmniej połowy swego majątku.
Widzimy zatem że baronet i pastor mieli aż nadto wystarczające powody żeby zachować pomiędzy sobą miły stosunek psa z kotem. Mógłże wielebny ojciec zapomnieć że sir Pitt stawiał mu pod bokiem kaplicę, i że nakoniec Rawdon miał odziedziczyć znaczną część spadku po Matyldzie Crawley? Smutna to prawda, ale nie obca nikomu, że w naszym wieku mało jest braci, których długoletni, familijny stosunek nie dałby się rozerwać biletem bankowym!
Przybycie Rebeki do Crawley-la-Reine i wpływy jakich tam używała, nie mogły pozostać tajemnicą dla pastorowej, która wiedziała codzień ile funtów baraniny gotowano na objad w Crawley-la-Reine, ile sztuk bielizny było w praniu, ile brzoskwiń od strony południa pod murem dojrzewało, ile milady zażyła pigułek itd. Zażyłe a nawet familijne stosunki łączyły służbę obu nieprzyjaznych domów; pomiędzy czeladzią w Crawley-la-Reine każdy wiedział, że znajdzie w plebanji szklankę dobrego piwa, na czem w kuchni baroneta zupełnie zbywało; ale ta szklanka właśnie była dla pastorowej niewyczerpanem źródłem ciekawych wiadomości. Ztąd możnaby ogólne wyciągnąć prawidło: Jeżeli jesteś dobrze z bratem, to jego sprawy będą ci obojętne; jeśli zaś złe są między wami stosunki, to będziesz się starał wiedzieć o każdem jego poruszeniu i musisz tajną policję mieć na swoje usługi.
Mistress Bute nie zaniedbała zebrać wiadomości o życiu i pochodzeniu nowej guwernantki w Crawley-la-Reine, a imię Rebeki zaczęło odtąd figurować w urzędowych raportach, których tu małą próbkę podajemy: — Dziś zabili czarnego wieprza — ważył tyle a tyle funtów — część nasolili — na objad była kiełbasa — sir Pitt i pan Cramp z Mudbury zamknęli John’a Blackmore na klucz — sir Pitt był na meetyngu — (imiona obecnych) — milady zawsze jednakowa — panienki są z guwernantką.
Dalej raport brzmi w tych słowach: — Guwernantka zna się doskonale na gospodarstwie — sir Pitt jest dla niej nadzwyczaj grzeczny — pan Crawley podobnież — czytuje guwernantce swoje broszury.
— Patrzcie moi państwo, co to za intrygantka! mówiła pastorowa skacząc prawie i zżymając się z niecierpliwości.
Z późniejszych raportów okazało się że guwernantka pisywała listy dla baroneta, załatwiała jego interesa, prowadziła jego rachunki i trzęsła całym domem, bo milady, pan Crawley, panienki i cała dwornia bali się jej sprzeciwić w czemkolwiek i byli jej posłuszni. Pastorowa, śledząc z daleka wszystkie poruszenia w obozie nieprzyjacielskim, nie przestawała wołać że ta przeklęta guwernatka ułożyła w swojej głowie jakąś czarną, zbrodniczą intrygę.
Mistres Bute Crawley do Miss Pinkerton.
w Chiswick-Mall.
Z plebanji Crawley-la-Reine, grudzień...
„Kochana Pani!
„Lata upłynione od czasu, gdy miałam szczęście korzystać ze światłych rad i nauk pani, nie zmniejszyły w mem sercu uczuć przywiązania i szacunku dla nieporównanej miss Pinkerton, jak również nie zatarły w mej pamięci miłych wspomień, jakie pobyt mój w ukochanym Chiswicku zostawił na zawsze. Cieszę się nadzieją że nieoszacowane zdrowie pani znajduje się ciągle w dobrym stanie. Oby stwórca zachował je jak najdłużej dla chluby i dobra kraju, dla szczęścia młodych pokoleń!
Jedna z moich przyjaciółek, lady Fuddleston, życzy sobie mieć nauczycielkę do swoich ukochanych córek i zwierzyła się z tem przedemną. „Któż — zawołałam — potrafi lepszy zrobić wybór, kto lepszą udzieli radę jak nasza zacna i nieoceniona miss Pinkerton? Lady Fuddleston jest zupełnie zdecydowaną nie przyjmować innej nauczycielki jak tylko tę, którą pani jej polecić raczysz.
Mój dobry mąż powtarza zawsze że kocha serdeczne wszystko co tylko z domu mis Pinkerton pochodzi. Pragnęłabym bardzo przedstawić go wraz z mojemi córkami łaskawej niegdyś dla mnie przyjaciółce, która kierowała z takiem poświęceniem młodemi mojemi krokami i która wzbudzała uwielbienie naszego wiekopomnej pamięci leksykografa. Mój mąż polecił mi wyrazić tu swoje życzenia i nadzieję że jeżeli pani będziesz kiedykolwiek w naszej okolicy, to niewątpliwie zaszczycić raczysz swoją obecnością ubogi domek, gdzie pędzi życie skromne ale szczęśliwe.
na zawsze przywiązana
i wdzięczna P. Dobrodziejki sługa
Marta Crawley.“
P. S. Brat pana Crawley, z którym, niestety! nie możemy utrzymać stosunków opartych na jedności i zgodzie braterskiej, ma przy swoich córkach nauczycielkę, która, jak mi mówiono, miała szczęście być wychowaną pod troskliwem okiem pani. Dochodzą mnie przytem najsprzeczniejsze o tej młodej osobie pogłoski. Pomimo nieporozumień familijnych, przywykłam uważać moje synowice jak moje własne dzieci; nie mówiąc już o tem, że wszystkie panienki wychowane pod macierzyńską opieką kochanej pani, żywo mnie obchodzą. Dla tego ośmielam się prosić panią o łaskawe udzielenie mi szczegółowych wiadomości o tej młodej osobie, której pragnęłabym zostać przyjaciółką.
Nie mam środków, niestety! dać nauczycielki moim ukochanym córkom; ale czyż nie byłam wychowaną w Chiswick-Mall?“

M. C.

Miss Pinkerton do mistress Bute Crawley.

Johnson House Chiswick...
grudzień 18...

Kochana Pani!
Spieszę odpowiedzieć na łaskawe pismo pani które miałam szczęście odebrać przed chwilą. W moim ciernistym zawodzie wielkiej doznaję rozkoszy widząc, że poniesione przezemnie trudy i macierzyńskie starania zostały wynagrodzone trwałą, niezmienną przyjaźnią. Czytając życzliwe wyrazy w liście pani, poznaję że pełna niezrównanych przymiotów mistress Crawley została zawsze dobrą, szlachetną i wzorową Martą Mac Tavish, najlepszą z moich niegdyś uczennic, chlubą mojego Zakładu. Obecnie jestem zaszczycona zaufaniem kilku matek, dawnych pani rówiennic i towarzyszek. Mieniłabym się niewypowiedzianie szczęśliwą gdybym mogła otoczyć córki pani memi najczulszemi staraniami.
Przesyłając wyrazy uszanowania dla lady Fudleston, mam honor przedstawić jej dwie młode moje przyjaciółki: miss Tuffin i miss Hawky.
Każda z tych panienek może udzielać początków hebrajskiego i posiada gruntownie język grecki, łaciński, hiszpański, włoski i francuski, również historję, geografję, nauki matematyczne i nauki przyrodnicze, jak niemniej spiew, muzykę i taniec. Panna Tuffin jest córką św. pamięci wielebnego ojca Tomasza Tuffin, profesora z Cambridge i mogłaby wykładać swoim uczennicom język syryjski i zasady prawa konstytucyjnego. Szkoda tylko że jej wiek zbyt młody i powierzchowność ujmująca może być poniekąd przeszkodą dla niej do objęcia obowiązków nauczycielki w domu pana Hudleston Fudellston.
Miss Letycya Hawky, przeciwnie, nie zbyt hojnie od natury uposażona. Liczy sobie dwadzieścia dziewięć lat i ma twarz zeszpeconą przez ospę. Przytem nalega trochę, ma włosy rude i jest zezooka. Nie potrzebuję dodawać że obu tym młodym osobom nie zbywa na wysokiem wykształceniu moralnem i religijnem. Ich wymagania są odpowiednie ich uzdolnieniu i osobistej wartości.
Załączając zapewnienie szacunku dla wielebnego Bute Crawley, mam honor zostawać.
kochanej pani
najniższą sługą
Barbara Pinkerton.
P. S. Miss Sharp, o której mi pani wspominasz, była rzeczywiście jedną z moich uczennic; nie mogę więc nic przeciw niej powiedzieć. Powierzchowność jej niemiła jest zapewne; ale nie jest w naszej mocy poprawiać dzieł natury. Co zaś do jej rodziców, to nie ma się czem chlubić; ojciec był malarzem, kilkokrotne bankructwo przyprowadziło go do największej nędzy; matka, jak to później dowiedziałam się ze zgrozą, była baletnicą. Z tem wszystkiem Rebeka miała dosyć zdolności i nie mogę sobie wyrzucać że ją przez litość u siebie przyjęłam. Obawiałam się zawsze żeby zasady matki, uchodzącej z początku za hrabiankę, zmuszoną emigrować, a która jak się okazało, była osobą bardzo podejrzanej moralności, żeby, mówię, zasady matki nie odezwały się w tej nieszczęśliwej dziewczynie, której nie chciałam odmówić przytułku. Mam nadzieję że jej postępowanie nie będzie godnem nagany; dystyngowane towarzystwo pana Pitt Crawley, oraz dom jego, gdzie wysoki ton i maniery wielkiego świata panują, nie dozwala się tego obawiać.
Miss Rebeka Sharp do miss Amelji Sedley.
„Kilka tygodni upływa jak pisałam do mojej ukochanej Amelji; bo i cóż mogłabym jej napisać z tego domu, który nazwałam siedliskiem nudów? Cóż ci zależeć może na tem, czy buraki urodziły lub nie, ile sztuk nierogacizny karmi się obecnie, i czy słonina z wieprza czarnego, już wykarmionego, ważyła trzynaście czy czternaście funtów? Jeden dzień od drugiego niczem się nie różni: Przed śniadaniem, przechadzka w towarzystwie baroneta; po śniadaniu, lekcje z panienkami; po lekcjach, czytanie dokumentów sądowych i korespodencja z prawnikami o kontraktach z dzierżawcami, o kopalniach węgla, o kanałach etc... bo zostałam, jak wiesz, sekretarzem baroneta. Na zakończenie dnia, po objedzie, następują nauki pobożne i homilje pana Crawley, albo partja w trictrac z baronetem. Przez cały ten czas spokojna postać milady nie zmienia się wcale; temi dniami jednakże była więcej niż zwykle interesującą, dzięki chwilowym cierpieniom, które sprowadziły tu wizytę młodego lekarza. Otóż, powiadam ci, że młode panny nie powinny nigdy rozpaczać: doktor, o którym ci wspominałam, dał do zrozumienia jednej z twoich dobrych przyjaciółek, że jeżeli zechce, mogłaby zostać panią Glauber. Odpowiedziałam temu śmiałkowi że lancet powinien mu do jego szczęścia wystarczać. Zdawało mu się naprawdę że przeznaczoną jestem na to, żeby zostać żoną wiejskiego chirurga! Pan Glauber wrócił do siebie całkiem zmięszany moją odmową, ale po użyciu kropli i ziółek uśmierzających nerwy, niebezpieczeństwo minęło. Sir Pitt winszował mi żem się tak zręcznie znalazła; nie wątpię że byłoby mu niemiło stracić młodego sekretarza, chociaż wiem dobrze ile na przywiązanie tego gatunku ludzi rachować można. I jabym miała połączyć się z jakimś aptekarzem na prowincji! O! nie, nie! wiesz zapewne że nie łatwo jest rozerwać złotą nić wiążącą nas z dawnemi wspomnieniami... Nie chcę więcej o nich mówić: wróćmy więc do siedliska nudów.
Od kilku dni dom nasz przestał zasługiwać na miano, jakiem go ochrzciłam. Zawitała tu miss Crawley z opasłemi sługami, z wykarmionemi końmi i z tłustym pudlem; tak, tak, miss Crawley bajecznie bogata, mająca na piątym procencie umieszczony ogromny kapitał, przed którą a raczej przed którym obadwa bracia padają z uwielbieniem na kolana. Ten skarb nieoszacowany wygląda dosyć apoplektycznie, nic więc dziwnego że bracia chcą ją otoczyć najczulszą troskliwością i silą się na to, żeby jeden drugiego w tych staraniach przewyższył. Potrzeba ich widzieć jak się uprzedzają w podaniu siostrze poduszki albo filiżanki kawy. Miss Crawley słusznie mówi (tej kobiecie nie brakuje rozumu): „Przyjeżdżając tu zostawiam w domu miss Briggs, moją pannę do towarzystwa. Moi bracia doskonale mi ją zastępują. Bo też nie każdy ma takich braciszków!“
Baronet prowadzi dom otwarty dopokąd siostra gościć raczy; przez cały miesiąc prawie taki tu ruch panuje, jak gdyby stary sir Walpole przyszedł z tamtego świata zająć swoją dawną rezydencję. Jeździmy czterema końmi, lokaje przywdziewają najnowszą liberję miewamy świetne objady, wino bordeaux i szampan obficie się leje, ogień na kominach nieustający i świece stearynowe palą się nawet w naszych pokojach. Lady Crawley wkłada na siebie najpiękniejszą z swych sukien, panienki nawet zrzucają codziennie grube trzewiki i stare spódniczki wełniane, z których wyrosły, żeby się ubrać w sukienki muślinkowe i w pończochy jedwabne, jak przystoi córkom baroneta.
Rózia weszła wczoraj do pokoju w stanie nie do opisania. Jej ulubione prosiątko otarło się o jedwabną lilija sukienkę, której kawałki błotem pokryte wisiały jak frędzle w około. Gdyby coś podobnego wydarzyło się w przeszłym tygodnia, sir Pitt nie oszczędzałby usząt Rózi a może nawet zamknąłby ją o chlebie i wodzie, karmiąc obficie grubem łajaniem, ale dziś poprzestał tylko na kilku tych słowach: „Pomówimy o tem po odjeździe twojej ciotki.“
Do tego stopnia potrafił być panem siebie w tej chwili, że sam żartował z tego wypadku. Może się uspokoi jeszcze przed odjazdem miss Crawley.
Pieniądz jest prawdziwe potężnem narzędziem zgody i pokoju, kiedy sama obecność miss Crawley z jej 70ciu tysiącami funtów st. jednoczy dwóch braci, baroneta i pastora, którzy się przez cały rok nienawidzą, a są w najściślejszej z sobą przyjaźni przez czas świąt Bożego Narodzenia.
Opisywałam ci jeszcze w przeszłym roku jak ten niegodziwy pastor docina nam w swoich śmiesznych kazaniach, na które sir Pitt odpowiada mu głośnem chrapaniem w swojej ławce. Jak tylko miss Crawley przyjeżdża, stosunki zmieniają się zupełnie; obie rodziny odwiedzają się wzajemnie i bracia rozmawiają z sobą o gospodarskich interesach z niezrównaną słodyczą. Ale bo miss Crawley zapowiedziała podobno wyraźnie że nie chce widzieć żadnych kłótni, i że jeżeli się jej sprzeciwiać będą, to cały majątek zostawi Crawlejom z okolicy Shropshire. Gdyby ci mieli rozum, mogliby po niej wszystko odziedziczyć, ale ten nowy Crawley jest również jak jego kuzynek pastorem i tak rozgniewał szanowną miss Crawley swoją nietolerancją, że ta kobieta przyjechała tu w największym oburzeniu. Zapewnie, jak się domyśliłam zmuszał kuzynkę do modlitwy wieczornej.
Książka z kazaniami zostaje w zamknięciu przez czas pobytu miss Crawley w domu, a młody pan Pitt, którego ciocia znosić nie może, wyjeżdża natychmiast do miasta. Na jego miejsce zjawia się kapitan Rawdon lew eleganckiego świata. Muszę ci w kilku słowach jego obraz nakreślić.
Jest to piękny młodzieniec okazałej postawy (ma sześć stóp wysokości) głos ma donośny, używa energicznych wyrażeń łając sługi które przed nim na palcach biegają i lubią go za hojność prawdziwie pańską, tak dalece że daliby się za niego porąbać. W przeszłym tygodniu leśniczy i myśliwi zrobili zasadzkę na urzędnika, przysłanego tu z Londyna żeby aresztować kapitana, obili go nielitościwie, dostało się i biednemu pisarzowi, i kto wie jakby się to skończyło gdyby sam baronet w tę sprawę się nie był wdał.
Kapitan ma swego papę w największej pogardzie; nazywa go starym złodziejem. U kobiet wyrobił sobie straszną opinję. Przyjeżdża tu z całym taborym wierzchowych koni i przyrządów myśliwskich, sprasza na objady kogo mu się podoba, ale sir Pitt nic mu na to nie mówi, z obawy żeby obrażając miss Crawley nie stracić zapisu. Kapitan jest na stopie poufałości ze wszystkimi dandysami i magnatami okolicznymi, z którymi pije, trzyma zakłady, jeździ konno, poluje i rozmawia o psach, koniach i wyścigach.
Nie mogę zamilczeć przed tobą o komplemencie jakim mnie nasz lew obdarzył. Sama przyznasz że mu się udało. Jednego wieczora sąsiedzi licznie się tu zjechali zaproszeni na objad. Po objedzie zaczęły się tańce. Cóż powiesz? Sama słyszałam jak piękny kapitan powiedział wskazując na twoją najniższą sługę: — Niech ją nie znam! co to za ładniutka kureczka! — potem zaszczycił mnie biorąc dwa razy do tańca. Było tu wiele panien, które pierwszy raz widziałam, ale kapitan dosyć je lekko traktuje, i doprawdy, ma zupełną słuszność.
Nie łatwo ci będzie wyobrazić sobie jaką te panny mają dla mnie pogardę. Kiedy wszyscy tańczą moje miejsce jest przy fortepjanie, i nikt mnie nie zastąpi chociaż cały wieczór siedzę jak przykuta. Kapitan zauważył to pewnego wieczora, a że był dobrze rozegrzany winem, zaczął więc na cały głos dowodzić że nie zna lepszej odemnie tancerki i dał nawet słowo że sprowadzi muzykę z Mudbury.
— Ja zagram kontrdansa — powiedziała pastorowa, siadając z pośpiechem do fortepjanu. Wyobraź sobie małą, czarną, ruchliwą staruszkę w ogromnym czepcu i ze świecącemi oczyma.
Zaraz potem twoja mała Rebeka tańczyła z kapitanem. Po skończonym kadrylu, mistress Bute zasypała mnie komplementami, wychwalając zręczność moich ruchów w tańcu. Nikt jeszcze podobnej grzeczności nie odebrał od dumnej mistress Crawley. siostry ciotecznej hrabiego Tiptoff, która nie chciała się zniżyć, żeby zrobić wizytę lady Crawley. Biedna lady Crawley! przez cały czas tych uroczystości zostaje w swoim pokoju i zażywa pigułki.
Mistress Bute od razu zakochała się we mnie.
— Miss Sharp — mówiła do mnie — moje córki byłyby bardzo szczęśliwe gdyby mogły widywać u siebie uczennice pani.
Rozumiem doskonale co te czułości wywołało. Signor Clementi nie dawał nam lekcji muzyki darmo, więc i pani pastorowa chce chociażby czułościami lekcje swoich córeczek opłacić. Z tem wszystkiem pójdę do niej i będę się starała być dla niej bardzo grzeczną. Czyż to nie jest zresztą obowiązkiem biednej nauczycielki, co zostawiona sama sobie, bez przyjaciół i bez opieki?
Mistress Butte znowu hojnie mnie obdarzyła komplementami, podziwiając szybkie postępy moich uczennic. Myślała zapewne, że mi tem zrobi wielką przyjemność. Naiwna parafianka! Jak gdyby moje uczennice mogły mnie obchodzić.
Twoja muślinkowa sukienka z szarfą różową bardzo mi jak powiadają, do twarzy. Już jest trochę znoszona, ale cóż na to poradzić? W mojem położeniu nie można mieć ciągle świeżych sukienek. Szczęśliwaś, stokroć szczęśliwsza jesteś odemnie! Masz matkę, która ci nic nie odmówi, a o kilka kroków od ciebie, na Saint-James Street czegożby znaleźć nie można! Żegnam cię czule, moja najdroższa!
Twoja na wieki
Rebeka.
P. S. „Jakże żałuje że ciebie tu nie było, żebyś widziała jak przedłużyły się twarze panien Blackbrook, kiedy kapitan Rawdon wybrał mnie do tańca, pomimo że toaleta moja była bardzo skromna. Panny Blackbroock, córki admirała, a do tego dosyć przystojne i ubrane podług najświeższej mody.“
Rebeka nie omyliła się, ale trafnie przeniknęła zamiary pani pastorowej, która otrzymawszy od niej przyrzeczenia odwidzin, udała się do wszechwładnej ciotki, żeby za jej wstawieniem się wyjednać zezwolenie baroneta. Ciotka nie dała się długo prosić, ale owszem podjęła się chętnie tego pośrednictwa. Zawsze wesoła, i rada widzieć wszystkich w zgodzie żyjących, pochwyciła ona tę okoliczność jako środek zbliżenia niechętnych braci. Stanęło więc na tem, że młode pokolenia obu rodzin będą się często odwidzać wzajemnie. Ta przyjaźń nie trwała dłużej jak do wyjazdu ciotki, która w tym wypadku odegrała rolę rozjemcy.
— Na co ci było zapraszać na objad tego impertynenta Rawdona? rzekł pastor do żony, kiedy wracali do siebie. Co ja mogę mieć za przyjemność z tym błaznem, który na nas z góry patrzy jak na nędznych wieśniaków? Dopiero wtenczas kontent kiedy się dorwie do mojego starego wina; a tak wychyla butelkę wartującą najmniej dziesięć szylingów, jak gdybym ja dla niego tylko miał piwnicę. A jaką łotr ma głowę mocną! Ej to jest nic dobrego! Gracz, pijak, rozwięzłych obyczajów, zabił człowieka w pojedynku, długów ma po same uszy, i do tego wszystkiego wydarł mi większą część spadku po miss Crawley. Siostra sama mówi że testamentem zapewniła mu pięćdziesiąt tysięcy funtów (to mówiąc pastor podniósł zaciśnioną pięść ku księżycowi z postawą człowieka, który coś przysięga, a po chwili dodał melancholicznie) — ledwie trzydzieści tysięcy zostaje do podziału.
— Ona, jak mi się zdaje, nie długo już pociągnie, rzekła pastorowa; kiedyśmy wstali od obiadu miała tak silne uderzenie krwi do głowy, że musiałam jej suknię odsznurować; twarz miała siną prawie...
— Nic dziwnego — przerwał pastor — wypiła siedm kieliszków szampańskiego wina; i jakiego wina! Mój brat chce nas widocznie potruć. Ale wy kobiety nic się na gatunku win nie znacie.
— Już to prawda że my się nie wiele znamy na tem.
— Piła po objedzie nalewkę wiszniową — mówił dalej pastor — a potem jeszcze kawę czarną i kiraso. Ja bym tego za pięć funtów szterlingów nie wypił; można sobie wnętrzności popalić. Przy takim trybie życia nasza mistress Crawley nie może długo ciągnąć; to daremna, słaba natura ludzka nie może tyle znosić i w końcu uledz musi. Wiesz co, trzymam pięć przeciw dwóm, że Matylda w tym roku jeszcze nam się wymknie.
Nastąpiła chwila milczenia. Zagłębieni w rachunkach, pan pastor i pani pastorowa postępowali myśląc o swoich długach, o dwóch synach, z których jeden był w szkołach a drugi w Woolwich, i o czterech córeczkach, które nie były wcale wzorami piękności, a nie mogły liczyć na inny posag jak to, co dostałaby ze spadku po ciotce. Pastor pierwszy przerwał milczenie:
— Ten nędznik Pitt gotów sprzedać prezentę na probostwo. Zawsze mu pieniędzy potrzeba a cóż dopiero dziś, kiedy starszy synek, ten zapamiętały metodysta, chce koniecznie dostać się do parlamentu.
— Sir Pitt mógłby wystarać się o jaką posadę dla Jakóba, gdyby tylko Matylda zechciała wymódz na nim słowo że się tem zajmie.
— Pitt wszystko przyrzecze, ale nic nie dotrzyma. Obiecał mi przybudować jedno skrzydło na probostwie, obiecał mi odstąpić kawałek pola i sześć morgów łąki! I cóż dotrzymał z tych pięknych obietnic? Co? No, i to synowi tego człowieka, szulerowi oszustowi, ostatniemu łajdakowi, Matylda zostawia większą połowę swego majątku! Nie, to nie jest czyn dobrej chrześcijanki! Ten łotr ma wszystkie najszkaradniejsze wady, wyjąwszy hypokryzji; bo starszy brat zupełnie go z niej odarł.
— Cicho, cicho! moje kochanie — mówiła żona — wszak wiesz że jesteśmy na gruncie baroneta.
— Otóż ja waćpani powtarzam że to jest wierutny łotr, i że pani nie masz potrzeby go bronić. Cóż to? Alboż to nie on zabił kapitana Longfen? Czy nie on okradł młodego lorda Doyedale w tawernie pod Kokosem? Czy nie straciłem czterdzieści funtów z jego łaski, kiedy mu się podobało przerwać walkę pomiędzy Bill Soames i Cheshire Trump? Wszakże sama wiesz o tem. Co zaś do jego konduity z kobietami, to czyż nie słyszałaś że w mojej przytomności...
— Na Boga! zaklinam cię, przestań! — przerwała żona.
— A waćpani zapraszasz do siebie na objad tego urwisa! — ciągnął dalej pastor wybuchając rozpaczliwem oburzeniem. — Tak, pani, matka dorastających córek, małżonka sługi kościoła, o! wielki Boże!
— Bute Crawley, opamiątaj się; czyś oszalał! — wyrzekła żona z pogardą.
— To wszystko bardzo być może — odparł żywo — zresztą wiadomo ci dobrze że nigdy nie miałem pretensji dorównać tobie w przenikliwości. Ale oświadczam ci naprzód że nie chcę spotkać się u siebie z Rawdonem; pojadę do Huddleston’a, puszczę mego Lancelota z jego czarną charcicą na wyścigi i będę trzymać z nim zakład o pięćdziesiąt funtów. Oto co zrobię. Gotów jestem wyzwać wszystkie psy w całej Anglji prędzej aniżeli zetknąć się nos w nos z tym głupcem Rawdonem.
— Panie Crawley pan masz dobrze w głowie według swego zwyczaju — powiedziała żona z powagą.
Nazajutrz po przebudzeniu się pastor prosił natychmiast o piwo, przypomniawszy sobie że obiecał odwidzić pana Hudleston Fuddlestona w sobotę, wyrachował że zacinając konia i jadąc nocą, będzie mógł zdążyć do domu na niedzielę rano. Jak widzimy parafjanie Cawley-la-Reine mogli być zarówno dumni ze swego proboszcza jak i z dziedzica.
Rebeka tymczasem nie traciła czasu i zaczynała wkradać się pomału do serca poczciwej ciotki Matyldy. Jednego poranku miss Crawley idąc na zwykłą przechadzkę wzięła z sobą młodą guwernantkę do towarzystwa. W połowie spaceru Rebeka była już w wielkich łaskach panny Matyldy, która raczyła nawet uśmiechnąć się cztery razy i w ogólności była bardzo zadowoloną.
— A dla czegoż to nie widzę miejsca dla miss Sharp? Czy nie będzie z nami przy stole? mówiła do brata zajętego urządzeniem wielkiego objadu, na który już zaprosił wszystkich baronetów z sąsiedztwa. „Nie posądzasz mnie, spodziewam się, żebym chciała słuchać jak lady Fuddleston mówi o gałgankach, a stara gąska pana Giles Wapshot o procedurze sądowej! Proszę o miejsce dla Rebeki Sharp. Jeżeli mało jest miejsca, to niech lady Crawley zostanie w swoim pokoju, ale miss Sharp musi mieć miejsce przy stole. Z całego towarzystwa z nią jedną tylko można rozmawiać!“
Po takiem kategorycznem przemówieniu sir Pitt kazał dodać jedno nakrycie przy wielkim stole dla guwernantki, obliczając już kogo w tem świetnem zgromadzeniu będzie musiał przepraszać.
Gdy wszyscy już się zjechali, sir Huddleston wprowadził uroczyście miss Crawley do sali jadalnej, i już osuwał krzesło żeby zająć przy niej miejsce, gdy wtem dał się słyszeć piskliwy głos ciotki Matyldy:
— Becky Sharp, miss Sharp! siadaj tu przy mnie; będziesz mnie bawić w czasie objadu. Sir Huddleston usiądzie obok lady Wapshot.
Po odjeździe wszystkich gości miss Crawley rzekła do Rebeki:
— Chodź jeszcze do mojej gotowalni; zobaczysz jak obrobimy dobrze całe towarzystwo.
Obie przyjaciółki siliły się przewyższyć jedna drugą dowcipem. Stary Huddleston sapał jak miech przez cały objad. Sir Giles Wapshot połykał zupę aż mu coś stukało w żołądku, a jego żona mrugała lewem okiem. Rebeka umiała każdą z tych okoliczności ubarwić, i zapamiętać całe rozmowy wiejskich polityków o wojnie, o naradach parlamentu i innych ważnych sprawach. Sama jedna prowadziła dwuosobowe djalogi. Zbytecznem byłoby dodawać że ani dziwaczne toalety miss Wapshot ani żółty kapelusz lady Fuddleston nie uszedł sumiennej analizy Rebeki ku wielkiej zabawie ciotki Matyldy.
— Ty jesteś prawdziwa perła, moja kochana Becky, jakbym ja chciała zabrać cię z sobą do Londynu. Szkoda tylko że nie mogłabym zrobić z ciebie takiego baranka jak miss Briggs. O! nie! ty jesteś za nadto dumna, za nadto sprytna, nie prawdaż Firkin?
Mistress Firkin zajęta układaniem rzadkich włosów na łysinach swej pani spuściła głowę i powiedziała ironicznie:
— Tak jest, panienka bardzo jest zręczna.
Mistress Firkin była trochę zazdrośna, od czego najlepsze kobiety nie są wolne; nie mogła patrzyć obojętnie na wzrastającą potęgę Rebeki, wdzierającej się z taką zręcznością do serca jej pani.
Uwolniwszy się bez ceremonji od towarzystwa pana Huddleston Fuddleston przy objedzie, miss Crawley oświadczyła że odtąd Rawdon będzie ją prowadzić do stołu a Becky będzie nieść poduszkę dla niej, albo, jeżeli się jej podoba, Becky poda jej rękę a Rawdonowi dostanie się stołeczek pod nogi.
— My jesteśmy obie stworzone na to żeby żyć razem, moja kochana Becky — mawiała często miss Crawley — my dwie tylko jesteśmy prawdziwie dobremi chrześcjankami w całej tutejszej okolicy.
Oprócz tych pięknych usposobień religijnych, miss Crawley lubiła wygłaszać swoje ultra liberalne zasady.
— Cóż znaczy urodzenie? — mówiła do Rebeki, przypatrz się tym ludziom jak mój brat Pitt, jak Huddleston, których rodziny są tu osiadłe i znane od czasów Henryka II, zobacz nakoniec tę nieszczęśliwą mistress Bute. Czy znajdziesz pomiędzy niemi choć jedną osobę któraby ci dorównała inteligencją i znajomością świata? Co mówię? Oni nie warci nawet mojej biednej Briggs, a niżej są pod każdym względem od mojego szafarza, podczas kiedy ty, moje kochanie, jesteś prawdziwym skarbem. Ty masz więcej w jednym palcu rozumu aniżeli wszystkie głowy tutejszych lordów i baronów zebrane razem. O! gdyby każdy zajmował stanowisko odpowiedne osobistej wartości i zasłudze, niewątpliwie byłabyś księżną.
Ale nie; książęta powinni zniknąć zupełnie, a ty nie powinnaś mieć nikogo wyżej od siebie. W mojem przekonaniu, mój aniołku, ty jesteś zupełnie to samo co i ja i pod żadnym względem nie stawię cię niżej odemnie. — Dołóż trochę węgla na kominku, moja kochana Becky. Weźno, proszę cię, moją suknię, którą potrzeba rozpuścić trochę i odmienić tasiemki u dołu; nikt tak dobrze tego nie zrobi jak ty, moje życie, do wszystkiego potrzeba mieć zręczność wrodzoną.
W taki to sposób zapalona zwolenniczka równości wkładała na swego aniołka obowiązek łatania swoich sukni, pilnowania ognia i usypiania siebie głośnem czytaniem romansów i powieści.
W owym czasie cały modny świat był niezmiernie zajęty dwoma wypadkami, o których wszystkie dzienniki szeroko się rozpisywały. Porucznik Shaffon porwał lady Barbarę Fitzurge, córkę hrabiego Tuman’a a jednocześnie czterdziestoletni ojciec licznej rodziny, Vere-Vane, znany z nieposzlakowanej cnoty i wzorowego prowadzenia się, porzucił nagle swój dom dla pięknych oczu aktorki, mistress Rougemont, liczącej już 65tą wiosnę.
— Cóż można znaleść godniejszego pochwały w charakterze lorda Nelon’a — mówiła ciotka Matylda, nadto że dla kobiety poleciałby w ogień? Taki człowiek nigdy złym być nie może. Nic w mojem przekonaniu nie zasługuje więcej na uwielbienie jak związki oparte wyłącznie na miłości bez żadnych innych względów. Podług mnie szlachcic nie lepiej robi kiedy się żeni z córką młynarza... patrz, naprzykład lord Flowerdale... ale też wszystkie kobiety umierają ze złości. Chciałabym widzieć ciebie porwaną przez jakiego kochanka wysokiego rodu: masz dosyć ładną twarzyczkę i nicby w tem dziwnego nie było.
— A w samej rzeczy to byłoby bardzo ciekawe; odpowiedziała Rebeka.
— A co mi się najwięcej podoba, to kiedy jaki biedak żeni się z bogatą dziedziczką. Wiesz Becky, założyłabym się że Rawdon wykradnie jakąś kobietę.
— Bogatą czy ubogą? spytała naiwnie Rebeka.
— Ach! jakże ty jesteś naiwna! Rawdon nie miałby ani grosza bez funduszu, który ja mu przeznaczam. Długów ma co nie miara, musi przecież poprawić interesa majątkowe i wyrobić sobie jakie takie stanowisko w świecie.
— A czy ma dosyć ku temu zręczności? zapytała Rebeka.
— Zręczności? Ej, moja kochana, on nic jeszcze nie widzi na świecie oprócz swego pułku, swoich koni, przyborów myśliwskich i kart. Ale pomimo to ręczę że będzie miał powodzenie. To jest taki miły trzpiot że wszystkich porywa za serce. Czy uwierzysz, moja duszko, że on już wysłał na tamten świat jednego przeciwnika i przedziurawił kulą kapelusz jakiegoś starego papy, którego sam obraził? W pułku kochają go jak półbożka, a cała młodzież, bywająca pod Kokosem poszłaby w ogień za niego.
Rebeka opisując swojej przyjaciółce jakim sposobem ściągnęła na balu uwagę kapitana Crawley, nie powiedziała całej prawdy i przemilczała o tem że kapitan spotykał ją przedtem na przechadzce, na wszystkich przejściach i korytarzach, słowem, wszędzie gdzie tylko się obrócił. Wieczorem kilka razy pochylał się oparty o fortepian kiedy Rebeka śpiewała.
Przez cały ten czas milady była cierpiąca i nie wychodziła ze swego pokoju, nikt za tem na nich nie zwracał uwagi. Kapitan wysztychował bilecik, siląc się jak mógł na poprawną pisownię, i złożywszy go w trójkącik, wsunął pomiędzy kartki romansu, który Rebeka w tej chwili śpiewała. Nie tracąc zimnej krwi miss Sharp z bilecikiem w ręku zbliżyła się wprost do nieprzyjaciela i utkwiła w niego wzrok przenikliwy. Potem podrzucając w ręku bilecik, przypominający formę kapelusza stosowanego, rzuciła go w kominek, ukłoniła się poważnie i wróciła do fortepianu.
Rawdon Crawley nie posiadał się ze złości, gdy tymczasem Rebeka śpiewała raźniej i weselej niż przedtem.
Pani pastorowa, Bute Crawley, była kobietą wielkiej duszy. Nietylko bowiem miała być uprzejmą dla guwernantki, wdzierającej widocznie do serca ciotki Matyldy, ale nawet okazywała wiele uczucia dla Rawdona, który, jak wiemy, okradał pastora ze spadku po ukochanej siostrze. Przywiązanie to tak się wzmagało silnie, że pastorowa nie mogła się obejść bez swego bratańca, który odrzucał również zaprosiny pana Fuddlestona, wyrzekał się polowania i objadów z oficerami, stojącymi w Mudbury, a to wszystko dla przyjemności przesiadywania na plebanji, gdzie ciotka Matylda towarzyszyła mu zawsze. Miss Sharp musiała naturalnie towarzyszyć swoim uczennicom, bo mama tych panienek była ciągle niezdrowa. Wieczorem wszyscy wracali piechotą przez łąkę i lasek cienisty, wyjąwszy ciotkę Matyldę, która wolała jechać powozem.
— Oh! gwiazdy! cudne gwiazdy! — mówiła Rebeka, wznosząc ku niebu błyszczące swe oczy. Zdaje mi się doprawdy że nie jestem na ziemi kiedy na nie patrzę.
— Oh!... ah!... rzeczywiście... o! tak... to zupełnie tak jak ja — odpowiadał kapitan. Czy moje cygaro nic pani nie szkodzi?
Rebeka nie znała większej rozkoszy jak zapach cygara na wolnem powietrzu. Na dowód wzięła cygaro kapitana, puściła kłąb dymu i wydawszy lekki okrzyk, oddała je z uśmiechem właścicielowi. Ten poprawił sobie wąsa, zaciągnął się tak silnie że rozpalony koniec cygara oświecił mocno najbliższe drzewa i powiedział:
— Daję słowo! nie paliłem w życiu tak dobrego cygara! na honor...
Sir Pitt przy kuflu piwa, z fajeczką w zębach, radził z szafarzem któregoby na śmierć skazać barana; ale nie przestawał śledzić młodej pary przez okno swego pokoju, i przysięgał, że gdyby nie siostra, dawnoby już przepędził tego błazna Rawdona.
— Jużto wielmożny pan ma rację — mówił usłużny Horrocks — ależ i kamerdyner pana Rawdowna, to niech pan Bóg zachowa! Kiedyś jak zaczął wymyślać w kuchni a to że objad zły, a to że wino niedobre, to aż strach! Żaden pan nawet nie narobiłby takiego hałasu.



XII.
Sercowe dzieje.

Przenieśmy się do Londynu, gdzie zostawiliśmy Amelję. Gdybyśmy wierzyli temu co tu i ówdzie towarzyszki Amelji o niej mówią, przyszlibyśmy do przekonania że nie ma młodej osoby równie ckliwej, pospolitej i nudnej jak Amelja Sedley. Ale któż nie odgadnie że sympatje towarzyszek musiały słabnąć w miarę jak przymioty Amelji coraz lepiej oceniane, zwiększały liczbę jej wielbicieli. Panny Osborne i panny Dobbin zupełnie zgadzały się z sobą w sądach o biednej Amelji: jak pierwsze tak i drugie nie umiały sobie wytłómaczyć jakim sposobem taka mierność mogła zwrócić na siebie uwagę ich braci.
Siostry Jerzego Osborna, młode, czarnobrewe panienki, traktowały Amelję łaskawie i opiekowały się nią z przeświadczeniem o własnej wyższości. Amelja pracowała nad obudzeniem w sobie przywiązania do sióstr swego narzeczonego, ale była z niemi tak nieśmiałą, że można ją było wziąć za osobę bardzo słabych zdolności, niemającą nic do powiedzenia.
W domie Osbornów widocznie były pretensje do wystawy, dobrego tonu i etykiety. Wszystkie zabawy i gry towarzyskie odbywały się tam tak konwencjonalnie, że trudno było uśmiechnąć się na widok tej komicznej powagi. Panny Osborne miały zawsze najlepsze nauczycielki, najpierwszych metrów, najlepsze szwaczki i najlepsze miejsca na koncercie lub w teatrze.
Po każdej niemal wizycie Amelji, Joanna Osborne, Marja Osborne i miss Wirt nauczycielka, zadawały sobie jedna drugiej pytanie: „Co Jerzy znalazł tak pociągającego w Amelji, jak ona może mu się podobać?“
„Jakto — powie nie jeden może krytyk surowy — ta sama Amelja, która była niedawno przedmiotem uwielbienia swoich towarzyszek na pensji, zostaje w jednej chwili znienawidzoną przez cały ród niewieści?“
Odpowiemy na to, że na pensji u miss Pinkerton nie było ani jednego mężczyzny, wyjąwszy metra tańców; a ten nie miał w sobie nic takiego coby mogło rzucić kość niezgody pomiędzy jego uczennice: wszystkie zgadzały się w uznaniu jego lat sędziwych i szpetnej powierzchowności. Inna rzecz kiedy młody człowiek, dosyć poszukiwany w towarzystwie, jak Jerzy naprzykład, znikał zaraz po śniadaniu i nie wracał aż na objad; nic dziwnego że siostry jego widząc się zaniedbanemi przez brata, nie były wdzięczne tej, która była głównym tego powodem. Czy można dziwić się miss Marji, że patrzy krzywem okiem na Amelję, kiedy młody Bullock, z domu bankierskiego Hulker Bullock et Comp. na Lombard-Street, kawaler nieodstępny panny Marji prosi Amelię żeby zechciała uszczęśliwić go kotyljonem? A jednak miss Marja, jeżeli mamy wierzyć jej słowom, nie była wcale skłonną do żywienia w sobie niechęci. Posłuchajmy co mówi do młodego Bullock po skończonym kotyljonie:
— Bardzo jestem szczęśliwą że pan lubisz naszą Amelję, która ma być żoną Jerzego; nie posiada ona wielkich zdolności, to prawda, ale jest za to bardzo poczciwą dziewczyną i bez żadnej przesady. My wszyscy tak ją lubimy w domu!
Któż potrafiłby określić wysoki stopień przywiązania w tem jednem słowie tak zawarty?
Jakkolwiek Jerzy jadał objad w mieście sześć razy w tygodniu, nie możemy zaręczać że cały ten czas przepędzał w domu przy Russel Sqare położonym, gdzie według poufalnego wyrażenia panien, Osborne był do spodnicy Amelji przyszyty. Ile razy kapitan Dobbin przychodził odwiedzić przyjaciela, panny Osborne, z których starsza szczególnie uprzejmie go witała, mówiły mu zawsze:
— Oh! Żeby znaleść Jerzego potrzeba go szukać u państwa Sedley; my go po całych dniach nie widujemy wcale.
W takim razie kapitan przymuszał się niezręcznie do uśmiechu i zwracał rozmowę według światowego zwyczaju na przedmioty niewinne jak opera, ostatni bal u księcia w Carlton House, lub uciekał się do tego zręcznego środka jak deszcz i pogoda. Któż z łaskawych czytelników nie doznał dobrodziejstw tego niewyczerpanego tematu tak ulubionego w salonach?
— Twój luby przewyższa niewinnością trzynastoletnie dziewczynki! — mówiła Marja do Joany Osborne po odejściu kapitana Dobbin — czy uważałaś jak poczerwieniał, kiedy powiedziałam że Jerzy zawsze jest przy Amelji?
— Jaka szkoda — odpowiedziała Joanna — że Fryderyk Bullock nie ma choćby w setnej części tej skromności nieprawdaż Marjo?
— Skromności! Chcesz zapewne powiedzieć niezgrabności. Nie życzę sobie wcale żeby Fryderyk rozdzierał mi suknie i deptał po nogach jak tobie zrobił kapitan Dobbin na wieczerzy u Perkins’ow.
— Jakto? on? suknię Joanny? — zapytała barczysta nauczycielka miss Wirt. — Jakimże sposobem kiedy on tańczył z Amelją?
W samej rzeczy kapitan Dobbin mocno był zakłopotany, ale nie uważał za stosowne mówić pannom Osborne że był już tego dnia u Sedlejów pod pozorem zobaczenia się z Jerzym, którego jednak nie znalazł tam wcale. Zastał tylko Amelję stojącą w oknie salonu, smutną i zamyśloną.
Po kilku nieznacznych i oklepanych frazesach, Amelja odważyła się zapytać kapitana Dobbin czy widział się już z Jerzym i czy to prawda że pułk otrzymał rozkaz natychmiastowego wyjścia.
Pułk w którym służył Osborne, nie otrzymał żadnego rozkazu, i kapitan Dobbin nie widział tego dnia Jerzego.
— On musi być niezawodnie z siostrami — wyjąkał nieśmiało kapitan — czy mam pójść i napędzić trochę tego leniwca?
Amelja na znak podziękowania podała rękę kapitanowi, który natychmiast wyszedł.
Długo, długo czekała, a Jerzego jak nie ma, tak nie ma.
Biedne serduszko! zawsze bije przyspieszonem tętnem, zawsze czeka cierpliwie i zawsze wierzy! Jakże tu opowiadać dzieje takiego żywota? Daremnie byłoby szukać tu wypadków nadzwyczajnych, wszystko da się streścić w dwóch wyrazach: „Kiedyż nadejdzie?“ Ta jedna myśl wypełnia każdą godzinę od rana do wieczora i od wieczora do rana.
Jerzy tymczasem grał w bilard z wesołym towarzystwem, kapitanem Cannon, na Swallon Street.
Biedna Amelja nie widząc przez trzy dni Jerzego, wzięła kapelusz i poszła do Osbornów.
— Jakto! Cóż to się stało? Przychodzisz do nas i zostawiasz samego naszego brata? — zawołały obie siostry. Czyście się posprzeczali? — rzekła jedna. — Opowiedz nam Ameljo co się stało! — mówiła druga.
— Któżby się mógł z nim sprzeczać? — rzekła Amelja ukrywając łzy w oczach.
Przyszła ona tylko... odwiedzić swoje przyjaciółki, których już tak dawno nie widziała.
Tego dnia Amelja była tak niezręczną i tak zakłopotaną, że panny Osborne i ich guwernantka rade jak najprędzej pożegnać gościa, nie mogły wyjść z podziwienia i zdawały zapytywać się wzrokiem co Jerzy mógł upatrzeć tak powabnego w Amelji?
I cóżby mogło skłonić Amelję do otwierania bojaźliwego, czułego serca, przed czarnemi, przenikliwemi oczami panien Osborne? Czyż nie lepiej było zamknąć je w sobie? Gdyby tu chodziło o szal kaszmirowy, albo o spodniczkę z różowego atłasu, to rady panien Osborne nie byłyby do odrzucenia. Otóż kiedy miss Turner przefarbowała swój szal na pąsowy kolor, a miss Pickford przerobiła gronostajową pelerynkę na zarękawek, ani jedna ani druga metamorfoza nie uszła uwagi tych panien. Ale są rzeczy o wiele subtelniejsze od futra i atłasu, od przepychów Salomona i od całej szatni królowej Saby w dawnych, a eks cesarzowej Eugenji w nowszych czasach; słowem, są rzeczy zakryte przed badawczem okiem niejednego znawcy. Zajrzeć w głąb cichego i tkliwego serca nie jest łatwem i przystępnem każdemu. Ileż jest drobnych kwiatów, tchnących aromatem dokoła, ale tak ukrytych, że starannie szukać potrzeba żeby je nakoniec wynaleść; podczas kiedy słonecznik lub piwonja uderza więcej lub mniej wprawne oko. Amelja nie należała do tej ostatniej kategorji kwiatów.
Skromne i ciche dziewczątko, jak ptaszę tulące się pod skrzydłem matki, pędziło życie spokojne w rodzinnem gniazdeczku.
Matka Amelji poświęcała swój czas zajęciom gospodarskim i wycieczkom do magazynów dostępnych bogatym damom londyńskim. Ojciec zatrudniał się, jak zwykle, operacjami giełdowemi w City, gdzie w owym czasie, kiedy ogień wojenny obejmował całą Europę, rozstrzygały się najżywotniejsze interesa mocarstw europejskich. Kurjer ówczesny liczył dziewięć tysięcy abonentów. Każdy dzień wielkie przynosił wypadki: Dziś ogłaszają bitwę pod Vittoria, potem znowu pożar Moskwy; tu słychać głos roznosiciela gazet: Bitwa pod Lipskiem — sześćkroć sto tysięcy walczących — porażka Francuzów — dwakroć sto tysięcy poległych. W takich okolicznościach nie można było się dziwić że papa Sedley przychodził często do domu z twarzą zafrasowanego człowieka.
Burze polityczne nie zmieniły jednak zwyczajów domowych w Russel Square. Wszystko tam szło dawnym torem. Porażka pod Lipskiem nie zmniejszyła liczby półmisków, które Sambo przynosił z kuchni; armje sprzymierzonych wkraczały do Francji, a odgłos dzwonka o piątej godzinie oznajmiał domowym że objad na stole. Przyszła nakoniec wiadomość o abdykacji Napoleona. Amelja przesłała niebu modlitwę dziękczynną i skakała z radości. Losy Europy o tyle ją obchodziły, o ile mogły wpłynąć na wyjście pułku, w którym służył Jerzy, na linję bojową. Z zawarciem pokoju wszelka obawa w tej mierze znikała. W pojęciu Amelji Jerzy Osborne ważył więcej aniżeli Europa, cesarz, monarchowie sprzymierzeni i sam nawet książe Rejent. Jerzy był dla niej wszystkiem; i nie dziwilibyśmy się wcale gdyby bal dany dla panujących w Mansion-House, był urządzony w przekonaniu Amelji na cześć Jerzego Osborna.
Po wyjściu z pensji Amelja miała jeszcze jednego potężnego mistrza, tym mistrzem była miłość. Pod jego kierunkiem młoda dziewczynka nie jedną odkryła prawdę, która pozostanie tajemnicą na zawsze dla jej sąsiadek, a nawet dla miss Wirt i miss Pinkerton. Gdyby ta ostatnia była powiernicą Amelji, starałaby się bez wątpienia przytłumić wszelkiemi siłami to uczucie; ale te usiłowania zostałyby nadaremne. Są kobiety, którym sama natura dała całkiem różne dążności i pragnienia: jednych przeznaczeniem jest rozkazywać, drugich — kochać. Szczęśliwy kto potrafił wybrać jedną z tych ostatnich!
Jakże odmiennej natury było uczucie miss Marji Osborne dla jej narzeczonego! Ta młoda osoba z równą łatwością zgodziłaby się pójść do ołtarza ze starym, łysym i bez zębów ojcem Bullock, jak z jego synem Fryderykiem Augustem Bullock z domu Hulker-Bullock et Comp. Marja Osborne, jak każda dobrze wychowana panienka, miała na uwadze następujące warunki przy wyborze męża: Piękny dom na zimę w Park-Lane, dom na letnie mieszkanie w Wimbledom, powóz i para pięknych koni, lokaje w galonowanej liberji i nakoniec czwarta część dochodów wielkiego domu pod firmą Hulker, Bullock i spółka. Pod takiemi to uroczemi barwami przedstawiała się pannie Marji osoba Fryderyka Bullock.
Amelja przeciwnie, kochała Jerzego z całym młodzieńczym zapałem, i widziała w nim ideał najwyższej doskonałości. Powiedzieliśmy już że ani matka, ani ojciec nie kładli tamy uczuciu, które z każdym dniem coraz silniej wzrastało.



XIII.
Można wzdychać z miłości i bawić się wesoło.

Rozdmuchany płomień w sercu Amelji nie pochłonął jednak wyrozumiałości dla kochanka. Jeżeli dni w których nie widziała Jerzego, były dla niej ciężkie, nie mniej dla tego mówiła sobie że obowiązki służbowe i rodzinne a przytem liczne stosunki towarzyskie zabierały mu wiele czasu i były zapewne przyczyną wojskowego lakonizmu, jakim listy jego zawsze się odznaczały. Nie tak miały się rzeczy z listami Amelji, któremi możnaby łatwo tomy zapełnić. Wszystkiego tam było pełno: wyciągi poezji i całe ustępy prozy znajdowały się w listach wątpliwą pisownią kreślonych. Ba! Gdyby błędy przeciw prawidłom syntaksy lub poetyki popełnione miały wyziębiać serce i zabijać miłość dla kobiety, czyż nie warto byłoby spalić na stosie wszystkich kodeksów piśmienniczej i rymotwórczej sztuki, a nawet samychże pedantów, którzy chcieliby temu przeszkodzić! Nie wiemy z pewnością co o tem myślał Jerzy Osborne, wszakże dla unienienia złośliwych żarcików swoich kolegów, dał rozkaz służącemu żeby mu nie inaczej jak tylko w gabinecie i bez świadków oddawał listy, które, mówiąc nawiasem, prześladowały go wszędzie gdzie tylko się obrócił. Kapitan Dobbin z wielkiem zgorszeniem widział jak Jerzy zapalił cygaro jedną z tych nieocenionych depeszy, za którą kapitan dałby może bardzo wiele, jeżeli nie wszystko na świecie.
Powodzenie Osborna w obec płci pięknej było głośne w pułku, gdzie go lubiono powszechnie. Trudno byłoby wyliczyć wszystkich jego towarzyskich przymiotów: nikt więcej od niego nie wydawał pieniędzy, a w tańcu, spiewie, elegancji, jeździe konnej, sztuce szermierskiej i we wszystkich grach; na zręczności polegających, nie było mu równego w pułku. Temu szczęśliwemu połączeniu salonowych i koleżeńskich przymiotów zawdzięczał Jerzy głośną sławę, która stawiała go niezmiernie wysoko w oczach jego towarzyszów. Dobbin widział w nim godnego następcę Lowelas’a, a żona majora O’Dowd zachwycała się pięknością Osborna, który, jak mówiła, bardzo był podobny do młodszego syna lorda Castle Fogarty.
Stosunki Jerzego z Amelją były okryte tajemnicą, ale otwierały obszerne pole najdziwaczniejszym domysłom: jedni mówili że te listy pochodziły od jakiejś księżnej rozkochanej szalenie w Osbornie; drudzy że od córki generała; inni nakoniec utrzymywali że żona jednego z członków parlamentu chciała go porwać, ale wszyscy widzieli w tej intrydze nową ofiarę naszego Don Żuana.
Przez nieostrożność kapitan Dobbin dał klucz wszystkim oficerom do odgadnięcia tej tajemnicy. Przy śniadaniu mówiono, jak zwykle, o miłostkach Jerzego. Cachle, pomocnik chirurga pułkowego upewniał, że tajemnicza kochanka Osborna jest księżną i damą dworską; oficerowie zać Stubbles i Spooney dowodzili przeciwnie że to jest po prostu baletnica, używająca nawet nie najlepszej opinji. W tej chwili kapitan Dobbin włożył do ust całe prawie jajko i spory kawałek chleba z masłem, ale na te słowa zerwał się jak oparzony i obracając zaledwie językiem powiedział:
— Czyście poszaleli do djabła, żeby zawsze takie brednie wymyślać! Osborne nie hołduje żadnej księżnej, i nie myśli rujnować się dla żadnej baletnicy w świecie. Miss Sedlej, najpiękniejsza z wszystkich panien, jest od dawna jego narzeczoną, a ktoby się poważył źle o niej mówić, lepiej aby zamilczał w mojej obecności.
Dobbin wychylił odrazu całą filiżankę wrzącej herbaty i zdawało się że go apopleksja zabije. Rozmowa się przerwała, ale w pół godziny potem cały pułk wiedział o wszystkiem, a majorowa O’Dowd zaraz napisała do swojej siostry Glorwiny, że nie ma po co przyjeżdżać do Londynu, bo Osborne żeni się z Amelją.
Biedny kapitan przeczuwał że się nad jego głową groźne chmury gromadzą. Zamknął się w swoim pokoju, przegrywał smutnie na flecie, pisał wiersze melancholiczne i odmówił zaproszeniu na wieczór do majorowej O’Dowd, która obsypała Jerzego najpochlebniejszemi powinszowaniami i wniosła zręcznie zdrowie przyszłej pary.
Osborne wrócił w najwyższem oburzeniu i zaczął ostre robić przyjacielowi wymówki.
— Któż cię prosił żebyś ogłaszał moje zamiary? zawołał gwałtownie — cały pułk już wie, że mam się żenić! Ta stara czarownica O’Dowd wygaduje przed całym światem niestworzone rzeczy o mojem ożenieniu. Jakiem prawem, proszę cię, pozwalasz sobie mieszać się do moich spraw i trąbić przed wszystkimi że już jestem zaręczony? Co to kogo obchodzić może?
— Mnie się zdaje.... odezwał się kapitan.
— Niech cię djabli porwą ze wszystkiem co ci się zdaje! przerwał mu Osborne. Mam dla ciebie pewne obowiązki, to prawda, ale już nie mogę dłużej wytrzymać twoich morałów. Nie mam wcale ochoty znosić twojej opieki nad sobą; zresztą chciałbym wiedzieć co ci daje prawo do mniemanej wyższości nademną? Czy to — że jesteś o pięć lat starszy odemnie?
— Czyż nie jesteś narzeczonym?
— A cóż to do ciebie albo do kogokolwiek bądź należy?
— Ale czy możesz się tego wstydzić? zapytał znowu Dobbin.
— Chciałbym wiedzieć jakiem prawem zadajesz mnie to pytanie?
— Na Boga! przecież nie masz zamiaru cofnąć danego słowna? dodał z widocznym niepokojem Dobbin.
— Mówiąc wyraźnie, zapytujesz mnie czy jestem człowiekiem honoru — powiedział Jerzy dumnie. — Oto myśl twoja nieprawdaż? Od jakiegoś czasu przybierasz ze mną ton protekcyjny który mi się tak naprzykrzył — że odtąd nie chcę... nie będę go znosić.
— Nie powiedziałem ci nic nad to co jest prawdą: Zaniedbujesz swoją narzeczonę, która na to nie zasługuje bynajmniej; mówiłem ci zresztą że lepiejbyś zrobił żebyś ją odwidzał, zamiast na Saint James do domów gry uczęszczał.
— A, rozumiem, chcesz mi przypomnieć o twoje pieniądze? powiedział Jerzy z uśmiechem szyderskim.
— Być może, nie robię tajemnicy z tego że nie mam tyle co ty do tracenia.
— Skończmy już tę rozmowę — mówił spokojniej Jerzy — i daruj mi Wiljamie moje uniesienie chwilowe. Masz zupełne prawo do mojej wdzięczności, bo dałeś mi nie raz wiele dowodów przyjaźni. Nie zapomnę ci nigdy żeś mnie wyratował z wielkiego kłopotu, nie wiem nawet jakbym sobie poradził bez ciebie kiedy przegrałem tyle pieniędzy Rawdonowi Crawley. Byłbym niewdzięczny żebym tego nie uznał; ale ty nie powinieneś być tak surowym dla mnie i tak ostro mnie upominać, bo wierz mi, że ja uwielbiam Amelję! Ja kocham ją szalenie! Nie gniewaj się więc kochany Wiljamie, ja cenię wysoko cnoty Amelji; ale czyż to obaczysz że się jest zbrodnia grać czasem w karty? Jak się ożenię to się poprawię zupełnie; daję ci na to słowo. Co zaś do mego długu, to w przyszłym miesiącu damci sto funtów, bo mam dostać pieniądze od ojca. Wezmę natychmiast od pułkownika pozwolenie i jutro rano pójdę do miasta żeby odwidzić Amelję. No, nie gniewasz się już, co?
— Nie można się na ciebie długo gniewać, Jerzy. Co zaś do moich pieniędzy, nie wątpię że gdybym potrzebował, to podzieliłbyś się ze mną ostatnim szylingiem.
— Spodziewam się — powiedział wspaniałomyślnie Jerzy, chociaż nie miał nigdy ani grosza w kieszeni.
— Wszystko dobrze, mój kochany Jerzy, ale zerwij już raz na zawsze z temi nałogami. Gdybyś ty widział jej stroskaną twarzyczkę kiedy mnie o ciebie pytała, to zaręczam ci że wyrzekłbyś się bilardu, kart i wszystkiego na świecie. Idź więc prędzej, pociesz ją niegodziwcze, albo napisz do niej długi, serdeczny list — tak mało potrzeba żeby ją uszczęśliwić!
— Prawda że ona mnie kocha szalenie — powiedział Osborne z wyrazem zadowolenia, przechodząc do sali wspólnej, gdzie kilku wesołych koleżków zostawało zwykle do późnej nocy.
W znanym nam domu przy Russel Square wszystko zdawało się od dawna pogrążone we śnie. Amelja tymczasem przy bladem świetle księżyca patrzyła długo w stronę Chatam, — gdzie były wojskowe koszary. — Może on teraz straż odbywa — myślała sobie — a może czuwa przy łóżku rannego kolegi.
Nazajutrz rano Osborne, wierny danemu słowu, wybierał się do miasta i mówił do przyjaciela z wyrazem nieograniczonego zaufania:
— Szkoda wielka że nie mogę zawieść jej jakiego małego upominku, ale cóż robić kiedy woreczek zupełnie pusty, muszę czekać cierpliwie aż się memu ojcu podoba go napełnić.
Kapitan Dobbin wyjął kilka biletów bankowych, które Jerzy po krótkiem wahaniu schował do kieszeni.
Wszedłszy do jubilera, zobaczył prześliczną spinkę do koszuli, która mu się tak podobała że kupił ją natychmiast. Po zapłaceniu tak mało zostało mu pieniędzy że już nie można było myśleć o jakimkolwiek podarku dla Amelji. Nie żałujmy jednak że się tak złożyło, bo Amelja wcale na co innego czekała; nie chodziło jej o podarki bynajmniej. Na widok Jerzego twarz młodej dziewczynki zajaśniała pogodą i radością; noc bezsenna, łzy i niepokoje, wszystko zapomniało się to w jednej chwili.
Sambo zaanonsował Osborna, podnosząc go do stopnia kapitana, i zobaczywszy że Amelja okryta rumieńcem, opuszczała stanowisko obserwacyjne przy oknie, uśmiechnął się znacząco. Kiedy się drzwi zamknęły, główka Amelji spoczywała na piersi młodego oficera, jak gdyby to było prawdziwe jej schronienie.
Biedna słaba ptaszyna! Wybiera w gaju najwspanialsze drzewo o silnych konarach, gęstym liściem pokryte, gniazdo sobie ściele, i nie domyśla się nawet, że za kilka dni może dąb, naznaczony od dawna, runie pod silnym toporem.
Dobrze ktoś powiedział że z dwojga kochanków jedno zwykle kocha, a drugie pozwala się kochać. Cokolwiekbądź, Jerzy był bardzo ujmujący dla Amelji i wydawał się jej daleko wyższym i doskonalszym od wszystkich młodych ludzi Wielkiej Brytanji. Kto wie czy Osborne nie dzieli tego przekonania swojej narzeczonej?
Burze polityczne ucichły w Europie. Z zawarciem pokoju Osborne mógł opuścić służbę wojskową i pędzić z Amelją życie szczęśliwe w pięknym wiejskim domku, wśród życzliwych sąsiadów. Takie przynajmniej były jego zamiary; co się zaś tyczy Amelji, to nie potrzebujemy dodawać że się zupełnie na nie zgadzała.
Młoda para błogie przepędzała chwile gwarząc o tym przyszłym domku, który Amelja stroiła w kwiaty, łąki i strumyki, a Jerzy w swojej wyobraźni zaopatrywał ten raj ziemski dobrą piwnicą, stajnią, psiarnią, et caetera.
Nie mogąc dłużej nad jeden dzień zabawić w mieście, Osborne zaproponował Amelji żeby poszła odwiedzić jego siostry i została z niemi na objedzie, a on tymczasem miał załatwić wiele ważnych interesów. Amelja uszczęśliwiona tą propozycją była tak rozmowna i ożywiona, że panny Osborne ze zdumieniem patrzyły na nią.
Jerzy wyszedłszy natychmiast z domu, zjadł porcję lodów w cukierni, poszedł do krawca przymierzyć nowe suknie, odwidził kapitana Cannon, na jedenaście partji rozegranych w bilard, wygrał ośm i spóźniwszy się dobrze na objad, powrócił do domu w najlepszym humorze.
Papa Osborne nie dzielił wesołości syna; wrócił z miasta skrzywiony i żółty więcej niż zwykle. Zmarszczył brwi na widok Amelji i spojrzał z ukosa na starszą córkę, jak gdyby zapytując: „Cóż ona tu robi?“
Zaledwie dotknął końcem palców bieluchnej rączki Amelji i nie mówiąc ani słowa usiadł w fotelu.
— Jerzy jest w mieście, mój ojcze — przemówiła Marja — wróci do nas na objad!
— Aha! jest w mieście? To dobrze; nie ma potrzeby czekać na niego z objadem.
Nastąpiła chwila ogólnego milczenia, słychać było tylko odgłos staroświeckiego zegara, ozdobionego odlewem bronzowym, który przedstawiał ofiarę Ifigenji. Wybiła nakoniec piąta godzina. Pan Osborne pociągnął gwałtownie za sznurek od dzwonka i zawołał do służącego:
— Niech podają objad!
— Pan Jerzy nie wrócił jeszcze z miasta — wymówił nieśmiało służący.
— A cóż mi tam do pana Jerzego? Wszak ja tu jestem panem a nie kto inny! Dawać natychmiast objad!
Amelja drżała ze strachu; panny Osborne i miss Wirt przesyłały sobie wzrokiem telegraficzne depesze. Gospodarz domu włożył ręce w kieszenie i przeszedł do sali jadalnej. Całe towarzystwo postępowało za nim, a jedna z panienek szepnęła w drodze:
— Co to jest? co to ma znaczyć?
— Że papiery spadają zapewne — odpowiedziała miss Wirt.
Pan Osborne odmówił głośno benedicite, co wyglądało na przekleństwo raczej aniżeli na modlitwę; poczem wszyscy zasiedli do stołu, tylko miejsce Jerzego było niezajęte.
— Hicks, odnieś tę zupę do kuchni — powiedział po chwili pan Osborne tonem grobowym — nikt jej nie może wziąć w usta. Marjo, odprawisz jutro kucharkę.
Amelja drżała jak liść. Pan Osborne zaczął robić jakieś uwagi o rybie, kiedy drzwi się otworzyły i Jerzy wszedł do sali. Nie mógł przyjść wcześniej, bo jenerał Daguilet go zatrzymał; nie chodziło mu zresztą ani o zupę ani o rybę, wszystko mu wydawało się doskonałem i wybornie przyrządzonem. Przy żartach i wesołości Jerzego łatwiej było doczekać się końca obiadu; Amelja radaby była jak najprędzej chwilę tę przyspieszyć.
Wstano od stołu. Panienki w towarzystwie miss Wirt przeszły do salonu, a Amelja usiadła do fortepianu w nadziei że Jerzy zwabiony ulubionym walcem, zostawi starego ojca i przyjdzie natychmiast. Ale niestety! niewinny wybieg Amelji nie odniósł pożądanego skutku. Muzyka jej odzywała się coraz słabszym głosem, nakoniec ustała zupełnie. Miss Wirt i panny Osborne wykonywały potem bardzo huczne i trudne fantazje; ale Amelja, zamyślona głęboko, jak gdyby smutnem przeczuciem dręczona, nie słyszała prawie muzyki.
Zachmurzone oblicze pana Osborna mówiło wyraźnie Jerzemu że pieniądze, których gwałtownie potrzebował, nie dadzą się z łatwością wyciągnąć od kasjera przeznaczonego mu przez naturę. Żeby więc poprawić humor ojca, użył wypróbowanego już sposobu i zaczął wychwalać jego piwnicę.
— Mieliśmy w Indjach wyborne wino, ale ani porównania do tego. Pułkownik Heavytop wziął odemnie trzy butelki madery z tego wina, które mi ojciec kiedyś łaskawie przysłał.
— Nie dziwi mnie że mu się to wino wydaje dobre; w istocie, butelka kosztuje mnie ośm szelingów.
— Ja mógłbym sprzedać dwanaście butelek tego wina za sześć gwinei — powiedział Jerzy śmiejąc się. Wiem o jednym z najpierwszych dygnitarzy państwa, który bardzo radby widzieć to wino na swoim stole.
— Ha? doprawdy?
— Kiedy jenerał Daguilet był w Chatam, pułkownik Heavytop poczęstował go przy śniadaniu tem winem, które wziął odemnie, Jenerał doskonały znawca, nie mógł się odchwalić i powiedział że chciałby dostać kilkanaście butelek tego samego wina dla naczelnego wodza, który jest prawą ręką jego królewskiej wysokości.
— Ba! bo to jest w samej rzeczy wyborne wino, powiedział ojciec.
Jerzy dostrzegłszy że wyraz twarzy ojca łagodniał widocznie, zamyślał już wystąpić do pieniężnych interesów. gdy ojciec zawołał na służącego i kazał przynieść butelkę wina bordeaux.
— Zobaczymy — powiedział — czy bordeaux równie jest dobre jak madera. Jego kr. Wysokość nie pogardziłaby może i tem winem; a tymczasem będziemy mogli pomówić o ważniejszych interesach.
— Chciałbym wiedzieć — mówił dalej ojciec wychyliwszy kieliszek — jak stoją rzeczy... z tą panną. To mówiąc wskazał ręką drzwi salonu.
— Ależ to rzecz dosyć jasna mój ojcze... oh, co za wyborne wino! rzekł, smakując wino Jerzy.
— Jakto waćpan rozumiesz: „To bardzo jasne?“
— Już też, mój ojcze, nie wiele trzeba przenikliwości żeby zauważyć że ona mnie szczerze kocha.
— Hm, to bardzo dobrze; ale jakże jesteś dla niej usposobiony?
— Eh! czyż ojciec nie pamięta że mam jego zezwolenie i że ten związek od dawna już między naszemi rodzinami ułożony? Co do mnie, jestem człowiekiem honoru i nigdy słowa nie łamię.
— Piękne mi postępowanie honorowego człowieka! Dowiedziałem się dokładnie o wszystkich pańskich sprawach z lordem Tarquim, z kapitanem Crawley, z panem Deucace i całą kompanją. Radziłbym waćpanu mieć się na ostrożności!
Pan Osborne miał zwyczaj wymawiać imiona arystokratyczne z pewną rozkoszą i z naciskiem przesadnym, układając usta jak pijak na widok dobrego wina. W obcowaniu z wielkimi tego świata nie skąpił tytułów i oddawał co się komu należy, jak przystoi angielskiemu poddanemu z liberalnemi pojęciami. Potem otwierał zwykle dykcjonarz parów, obejmujący w porządku alfabetycznym spis znaczniejszych rodzin angielskich, a obeznawszy się dobrze z historją rodu potomka którego miał szczęście spotkać lubił tę znajomość wspominać przy każdej wydarzonej sposobności, co go w opinji córek szczególnie dosyć wysoko stawiało.
Jerzy zmieszał się trochę usłyszawszy wymienione nazwiska, bo się obawiał żeby wiadomość o przegranych pieniądzach nie doszła aż do ojca: ale stary uspokoił go trochę przybierając ton coraz łagodniejszy:
— Ja rozumiem dobrze — mówił dalej — co to jest być młodym. Owszem, życzę sobie żebyś żył w najlepszem towarzystwie i cieszę się gdy cię widzę na właściwem miejscu.
— Dziękuję ojcu — podchwycił Jerzy — dziękuję! Nie z próżnym to woreczkiem można żyć z ludźmi wielkiego świata, a niech ojciec zobaczy co tu jest wewnątrz.
To mówiąc Jerzy wyjął z kieszeni jedwabny, roboty Amelji woreczek, w którym były resztki pieniędzy pożyczonych mu przez kapitana Dobbin.
— Pieniędzy ci nie zabraknie; bądź spokojny. Synowi angielskiego kupca na niczem zbywać nie powinno. Moje gwineje są tak dobre jak innych, i tych ci pewno żałować nie będę. Zajdź jutro do Chopper’a, tam znajdziesz to, co mu do twego rozporządzenia zostawiłem. Powtarzam ci, mój Jerzy, że kasa moja będzie zawsze dla ciebie otwarta, dopokąd szukać będziesz dobrego towarzystwa; bo to, wierzaj najlepsza jest szkoła. Nie jestem ja dumny i nie zapominam o mojem skromnem urodzeniu; ale dla twego dobra wyłącznie chciałbym cię widzieć zawsze w ścisłych stosunkach z młodzieżą należącą do najpierwszej szlachty. A iluż z niej nie może wydać szylinga tam gdzie tobie o gwineję nie trudno. Co się tyczy kotyljonów... to młodość wyszumić się musi. Jednej tylko rzeczy najsurowiej ci zabrania — to gry. Oh! inaczej nie dostaniesz ani grosza odemnie.
— To się rozumie — dodał Jerzy.
— A teraz wróćmy do Amelji. Czy nie zdaje ci się że mógłbyś lepiej się ożenić jak z córką wekslarza? Chciałbym wiedzieć co ty sam myślisz o tem?
— Ha, mój ojcze — mówił Jerzy tłukąc orzechy — ten związek dawno już ułożony między tobą i panem Sedley.
— Tak, to prawda; ale stosunki się zmieniają jak wszystko na świecie. Wyznaję że pan Sedley pomógł mi do zrobienia majątku, a raczej otworzył pole moim zdolnościom. Tym sposobem, handlując umiejętnie łojem, zdobyłem sobie świetne stanowisko w tutejszym kupieckim świecie. Miałem już nieraz sposobność okazać moją wdzięczność panu Sedley i już się z tego obowiązku sumiennie wywiązałem. Ale teraz, muszę ci powiedzieć otwarcie że obrót, jaki biorą interesa pana Sedley, nie podoba mi się wcale. Mój pierwszy komissant, Chopper, wytrawny w tego rodzaju interesach, tego samego jest zdania, Hulker i Bullock nie są także skwapliwi do żadnych tranzakcji na swoją rękę i tego właśnie najwięcej się lękam. Oprócz tego dowiedziałem się jeszcze że fregata pod nazwą młodej Amelji“ znajdująca się obecnie w rekach amerykańskich korsarzy, była uekwipowaną kosztem pana Sedley. Otóż powiedziałem sobie że nie ożenisz się z Amelją pierwej nim zobaczę dwa tysiące funtów sterlingów. Nie życzę sobie widzieć w mojej rodzinie córki nieszczęśliwego spekulanta. Przysuń mi butelkę i zadzwoń żeby kawę nam dano.
Po tych słowach pan Osborne wziął dziennik wieczorny do ręki, co było jasnym dla Jerzego dowodem że rozmowa była skończona i że ojciec chciał się snem pokrzepić.
Resztę wieczora Jerzy przepędził w salonie obok Amelji, która nigdy jeszcze nie uniosła tak miłych wspomnień z domu Osbornów. Bo też można powiedzieć że Jerzy nigdy nie był dla niej więcej uprzejmym, odgadującym jej myśli i życzenia i więcej nią zajętym jak wtenczas. Wieczór ten, który Amelja na zawsze w pamięci zachowała, minął jak błyskawica; smutne westchnienie wyrwało się z jej piersi gdy zobaczyła Samba przynoszącego szal i jakieś okrycie.
Nazajutrz rano Jerzy poszedł się z nią pożegnać mając wrócić do swojej kwatery w Clatam. Może mu żal było widzieć tę dziewczynkę patrzącą z wiarą w przyszłość, kiedy tak gorżkie czekały ją zawody; a może myśl utracenia jej czyniła ją droższą sercu Jerzego, ale to pewna że każde jego słowo było pełne tkliwości i prosto wpadało do serduszka Amelji.
Wziąwszy od Chopper’a weksel Jerzy poniósł go do pp. Hulker Bullock i spółka gdzie mu natychmiast kieszenie wypełniły się złotem. Spotkał on ojca Amelji wychodzącego ztamtąd. Wesołość i dobry humor Jerzego nie dozwolił mu dostrzedz że pan Sedley wychodził smutny i zamyślony, i że młody Bullock nie odprowadzał go do drzwi, co zwykle z wielką dopełniał uprzejmością. Kiedy pan Sedley wyszedł, kasjer mrugnął znacząco do swego kolegi — mówiąc:
„Papier bez wartości.“
— Którego za nic przyjmować nie należy; odpowiedział tamten.
Wieczorem Jerzy wypłacił kapitanowi Dobbin pięćdziesiąt funtów, które mu był winien i odebrał długi i czuły list od Amelji. Złowrogie przeczucia miotały jej biednem sercem. „Co znaczą surowe spojrzenia pana Osborna? pisała Amelja — Czy nie zaszły nieszczęściem jakie nieporozumienia między nim i moim ojcem?“ W samej rzeczy smutek pana Sedley wszystkich w domu zatrwożył. Jednem słowem czułe oświadczenia, obawy, nadzieje i przeczucia Amelji zapełniły cztery stronnice jej listu.
„Biedna Emmy! — mówił Jerzy do siebie czytając długi list — Droga moja Emmy! Ona mnie szalenie kocha biedne dziecko! Sacrableu! dodał — ten przeklęty pącz zrobił mi straszny ból głowy.



XIV.
Miss Matylda Crawley u siebie.

Podczas kiedyśmy towarzyszyli Jerzemu w wycieczce do City, podróżny powóz, machinalnie wjeżdżał w dziedziniec pięknego domu w Park-Lane, okolicy uprzywilejowanej eleganckiego świata. W głębi karety siedziała kobieta z marsem surowym na czole, z ustami zaciśniętemi i z lokami uwięzionemi zielonym woalem. Okna powozu były zamknięte. Opasły pudel, którego głowę lub język widać było zawsze w jednem albo w drugim oknie, leżał tym razem na kolanach swej pani. Liczni słudzy zebrani przed gankiem wyjęli z powozu jakąś niekształtną bryłę, wydobyli z pod niezliczonych szalów, mantyl i burnusów pannę Matyldę Crawley, wnieśli ją na rękach do pokoju i włożyli do łóżka. Rozesłano gońców w różne strony dla sprowadzenia lekarzy, po odbytem zaś konsyljum każdy z nich wziął kapelusz do ręki. Wówczas jakaś młoda osoba, zbliżyła się do grona Eskulapów i pomówiwszy z nimi poszła wykonywać ich rozkazy przy łóżku chorej. Była to towarzyszka podróży miss Crawley. Nikt nie potrafiłby dostrzedz ją w powozie, gdzie była przywalona grubą warstwą płaszczów z których jak widzieliśmy wydobyto ciotkę Matyldę wracającą z Crawley-la-Reine.
Czuły bratanek przyleciał na bystrym rumaku w największym niepokoju o szacowne zdrowie chorej. Zaraz na wstępie spotkał pannę służącą pochmurną i nieukontentowaną więcej niż zwykle. Dalej w jednym z pustych salonów miss Briggs błąkała się samotnie oddając się najwięcej rozpaczy. Bo gdzież jest istota któraby umiała zachować spokój duszy w podobnym wypadku? Miss Briggs, jako dawna rezydentka i powiernica, leciała by usiąść przy łożu boleści ukochanej osoby, której nieraz słodziła cierpienia, gdy w tem... o! zgrozo!... drzwi przed nią zamknęły się. Jakaś nieznajoma, przybyła z prowincji przygotowała teraz rumianek i lekarstwa tej biednej chorej i cierpiącej. — „Jakaś zupełnie obca osoba ta niegodziwa miss...“ Łkania gwałtowne stłumiły w tem miejscu głos niepocieszonej rezydentki ukrywającej swój nos czerwony w dużej chustce zwilżonej łzami.
Nowa towarzyszka panny Crawley weszła w tej chwili na palcach do salonu, podała drobną rączkę kapitanowi, który ją z pośpiechem uścisnął i rzuciwszy na stroskaną rezydentkę pogardliwe spojrzenie, skinęła na Rawdona, uprowadzając go do sali jadalnej gdzie nikogo nie było.
Rozmowa o stanie chorej zapewne, trwała około dziesięciu minut, poczem rozległ się odgłos dzwonka i Bowis marszałek domu, który jak się zdaje wysłuchał podedrzwiami całą rozmową, wszedł do sali. Kapitan wyszedł pokręcając wąsiki i dosiadł rączego wierzchowca śród zgrai uliczników, patrzących ciekawie na konia który grzebał niecierpliwie ziemię, a raczej warstwę słomy, pokrywającej ulicę pod oknami chorej.
Dzielny jeździec przesłał z konia kilka zręcznych ukłonów w stronę okna, w którem pokazała się główka młodej osoby, i znikł w oddaleniu.
Wieczorem nowoprzybyła zostawiwszy mistress Firkin, pannę służącą, przy chorej, zeszła do sali jadalnej i zajęła miejsce przy stole nakrytym na dwie osoby. Naprzeciw niej usiadła miss Briggs z oczami nabrzmiałemi od płaczu. Nerwy tej nieszczęśliwej tak były rozdrażnione, że kiedy jej towarzyszka dźwięcznym i słodkim głosem poprosiła o przysunięcie soli, miss Brigss zerwała się z miejsca, podała solniczkę i ubezwładniona prawie upadła na krzesło.
— Dobrze byłoby dać szklankę wina pannie Briggs, powiedziała nowoprzybyła do służącego.
Miss Briggs wychyliła machinalnie podaną sobie szklankę wina, westchnęła głęboko i zaczęła obracać na talerzu udko kurczęcia.
— Ja myślę że my się obejdziemy już bez usługi, nieprawdaż, miss Briggs? powiedziała taż sama pieszczotliwym głosem; a potem wracając mowę do służącego:
— Dziękujemy, mój panie Bowls, jak będzie nam czego potrzeba, to zadzwonimy.
Służący wyszedł, łając w kredensie jakiegoś mniejszego posługacza, a młoda osoba rzekła z szyderskim trochę uśmiechem do milczącej ciągle panny Briggs:
— Jakże to smutno widzieć panią w takim stanie.
— Moja kochana przyjaciółka chora... i nie chce e...e... mnie widzieć! mówiła miss Briggs zalewając się łzami.
— Ale niebezpieczeństwo już minęło, uspokój się pani, miss Crawley za wiele zjadła i nic więcej. O, teraz jest znacznie lepiej i wkrótce, pewna jestem, że przyjdzie do siebie. Nic dziwnego jeżeli po bańkach czuje się trochę osłabioną, ale siły zaczną wracać powoli. Uspokój się, kochana panno Briggs, napij się pani jeszcze trochę wina.
— Ale dlaczego ona nie chce mnie widzie...e...eć? jęczała miss Briggs. Oh! Matyldo, Matyldo! jakże gorzko odpłacasz dwudziesto-cztero letnie poświęcenie biednej Arabelli.
— Uspokój się biedna Arabello, nie ma tu czego oddawać się takiej rozpaczy, jeżeli chora znajduje że ja lepiej trochę ją pilnuję w chorobie. Niech mi panna Arabella wierzy ja chętnie ustąpiłabym jej swego miejsca; nie jest to tak przyjemnie jak się zdaje, być całą noc na nogach.
— Przez tyle lat otaczałam ją najczulszemi staraniami — rzekła Arabella — a teraz...
— A teraz jej się zdaje że kto inny lepiej ją dogląda. Każdy prawie chory ma swoje kaprysy; trudno się im sprzeciwiać. Niech tylko miss Crawley wyzdrowieje, to ja natychmiast stąd wyjadę.
— O! nie, nigdy! nigdy! — zawołała Arabella, wciskając połowę nosa wewnątrz flakonu z orzeźwiającemi solami.
— Co pani chcesz przez to powiedzieć? Czy to że chora nigdy nie wyzdrowieje, czy też że ja nigdy nie wyjadę? Zaręczam pani że za parę tygodni najdalej chora przyjdzie do siebie, a ja będę mogła powrócić do moich uczennic w Crawley-la-Reine i pielęgnować ich matkę daleko więcej cierpiącą, aniżeli nasza ukochana miss Matylda Crawley. Nie masz pani czego być niespokojną, moja dobra miss Briggs, jestem biedna dziewczyna, bez opieki, bez przyjaciół, i nie mam wcale zamiaru wyrugowania kogokolwiek z łask panny Matyldy. Wierz mi pani że w tydzień po moim wyjeździe miss Crawley nie pomyśli nawet o mnie, gdy przeciwnie przywiązanie, jakie ta zacna osoba ma dla pani, jest dziełem wielu lat i musi koniecznie być trwałem. Nalej mi pani trochę wina, kochana miss Briggs i bądźmy zawsze w zgodzie! O! pani wiesz jak ja jestem opuszczoną i jak potrzebuję życzliwej przyjaciółki!
Miss Briggs była prawie bez żółci, a była tkliwego serca; podała rękę w milczeniu swej towarzyszce, ale nie mogła uśmierzyć głębokiego żalu do ukochanej Matyldy, która zdawała się zapominać zupełnie o biednej Arabelli. Po skończonym objedzie Miss Rebeka Sharp (gdyż była to ona) wróciła do pokoju chorej, wyprawiszy ztamtąd bardzo grzecznie nieszczęśliwą Firkin.
Tłumiąc gniew i zazdrość w sercu, mistress Firkin zeszła na pierwsze piętro. Brzęk filiżanki i łyżeczki które z pokoju chorej wynosiła, sprowadził pannę Briggs ku drzwiom wiodącym na schody.
— No i cóż? Co tam się robi, moja kochana Firkin? — spytała nadchodzącą służącę.
— Coraz gorzej, miss Briggs — odpowiedziała Firkin smutnie kiwając głową.
— Czy nic jej się nie polepsza?
— Kiedy trudno się dowiedzieć; raz jeden tylko przemówiła do mnie, a kiedym się jej zapytała czy jaką ulgę czuje, odpowiedziała mi: — Milcz, stul gębę! — Oh! miss Briggs, nigdym nic podobnego przewidzieć nie mogła!
— Co to jest za jedna miss Sharp? Jak ci się zdaje, moja poczciwa Firkin? Kiedym się wesoło z przyjaciółmi bawiła w święto Bożego Narodzenia w domu wielebnego Lionel’a Delemarre i jego zacnej żony, ani mi przez myśl nie przeszło że zastanę tu jakąś obcą osobę obok tej drogiej Matyldy, którą od tylu lat całem sercem ukochałam. Ah! to okropne!
Miss Briggs, jak to można było zauważyć, miała nastrój ducha przeważnie sentymentalny. Przed kilku laty wylała tę czułostkowość w małym zbiorku poezji pod tytułem: „Pienia słowicze,“ które ogłosiła drukiem, zebrawszy przedtem pewną liczbę prenumeratorów.
— Otóż ja powiadam że ta dziewczyna zupełnie im głowy pozawracała! — mówiła Firkin — Sir Pitt chciałby ją także zatrzymać, ale nie może nic siostrze odmówić. Mistress Bute, tak jak i wszyscy, żyć bez niej nie może. Pan Kapitan kocha ją szalenie, a jego brat nie posiada się z zazdrości. Od czasu jak miss Crawley zachorowała, nikogo oprócz niej znieść przy sobie nie może. Niechże mi kto teraz wytłómaczy co to jest, bo już ja nic tego nie rozumiem. Chyba że ich wszystkich oczarowała i nic więcej.
Rebeka przepędziła całą noc przy łóżku chorej. Po kilku dniach miss Crawley miała już siłę wstać z łóżka i podziwiać talent Rebeki naśladującej doskonale głęboką boleść panny Briggs, jej łkania tłumione, mowę płaczliwą, chowanie nosa w chustkę, a to wszystko tak naturalnie, że Rebeka musiała na prośbę rekonwalescentki kilka razy powtarzać przedstawienie. Lekarze, przywykli widzieć miss Crawley miotaną strasznie obawą śmierci, nie mogli wyjść z podziwienia znajdując chorę wesołą i w najlepszym humorze.
Kapitan Rawdon Crawley przyjeżdżał codziennie zasięgać od Rebeki szczegółowych wiadomości o stanie zdrowia ukochanej ciotki, której siły tak szybko się wzmagały, że miss Briggs mogła nareszcie być przypuszczoną do oglądania oblicza najdroższej przyjaciółki. Chwila tak uroczysta dla miss Briggs, tak pełna rzewnych wzruszeń po tylu silnych wstrząśnieniach, nie da się piórem opisać. Czułym czytelniczkom łatwiej będzie tę tkliwą scenę sercem odgadnąć.
Widok panny Briggs rozweselał niemało jej protektorkę, dzięki Rebece, naśladującej trafnie wszystkie ruchy dawnej rezydentki. Miss Sharp umiała ją odwzorować w karykaturze z taką zręcznością i powagą, że miss Crawley była w zachwyceniu ile razy Rebeka wykrzywiała się po za plecami biednej miss Briggs.
Przyczyny choroby miss Matyldy i jej nagłego wyjazdu z domu brata nie są tak poetycznej natury, żebyśmy mogli je wyłuszczać swobodnie w powieści przeznaczonej dla czytelników i czytelniczek brzydzących się realizmem. Jakżeżbo można dać do zrozumienia kobiecie wyższego świata że miss Crawley za nadto jadła i piła, i że choroba, którą panna Matylda uporczywie przypisywała wilgoci, pochodziła jedynie z niewstrzemięźliwości jaką ta dama okazała na widok morskiego raka z podlewą. Boleści były tak gwałtowne, że Matylda o mało nie poszła na piwo do ojca Abrahama, według wyrażenia czułego brata. Cała rodzina była w gorączkowem oczekiwaniu testamentu. Rawdon widział się już w posiadaniu czterdziestu tysięcy fnt. przy rozpoczęciu karnawału. Starszy jego brat posłał ciotce wszystkie swoje religijne broszury dla przygotowania jej do opuszczenia pięknego domu w Park-Lane i do przejścia z tego bazaru próżnych bawidełek w świat lepszy, wolny od cierpień i boleści. Szczęściem lekarz wezwany z Southampton pokonał niebezpiecznego raka i wzmocnił chorą o tyle, że była w stanie wrócić do Londynu.
Baronnet nie mógł ukryć złego humoru, sprowadzonego pomyślną interwencją lekarza.
Podczas kiedy z plebanji posyłano gońców jednego za drugim żeby się dowiedzieć o stanie zdrowia siostry, lady Crawley, niebezpieczniejszą zagrożona chorobą, była od wszystkich zupełnie zaniedbaną. Nikt nawet do jej pokoju nie wchodził, a sir Pitt nie sprzeciwiał się wprowadzeniu do niej lekarza dla tego tylko że mu nie potrzeba było płacić za wizytę, bo go dla miss Crawley wezwano. Lekarz pokiwał głową i wyznał swoje obawy baronetowi; ale sir Pitt mężnie przyjął tę wiadomość.
Choroba Matyldy przeciwnie zajmowała wszystkich bez wyjątku. Rawdon przechodził ciągle podedrzwiami chorej, sir Pitt wybiegał na korytarz jak tylko posłyszał kroki kapitana. Zdawałoby się że ojciec z synem nie dowierzają sobie i szpiegują się wzajemnie, gdy tymczasem była to zapewne szlachetna emulacja w pielęgnowaniu chorej.
Równie godnem uwielbienia było poświęcenie Rebeki: z niewyczerpaną cierpliwością znosiła czuwanie nocne, zły humor chorej i ciągłe jej obawy śmierci. Miss Crawley krzyczała po całych godzinach, takim była przejęta strachem na samą myśl o przyszłem życiu, o którem nigdy nie pomyślała, kiedy była zdrową. Smutny to zaiste obraz kobiety światowej egoistki, bez serca, nie lubiącej nikogo, złożonej chorobą i dręczonej strachem. Nie odwracajcie się jednak, łaskawe czytelniczki, od tego widoku! Cóż lepiej nad to może okazać, że przed nadejściem starości potrzeba się... kochać!
Bladość cery i wyraz zmęczenia w oczach, czyniły Rebekę więcej interesującą; biały strój ranny, skromny ale zawsze świeży, podnosił jeszcze jej wdzięki. Tak przynajmniej myślał Rawdon, którego serce już było zranione. Mistress Bute spostrzegła to już od dawna i często prześladowała kapitana jego słabością dla pięknych oczu Rebeki.
— Otóż ja ci powiadam — mówiła do Rawdona — że Rebeka Sharp wejdzie do naszej rodziny.
— Jakim że to sposobem? — odrzekł śmiejąc się kapitan — czy nie będzie moją bratową albo kuzynką? bo i Franciszek nie jest nieczuły na wdzięki niewieście.
— O nie, wcale nie. Wy mężczyźni jesteście ślepi, i nic przed sobą nie widzicie. Czy chcesz wiedzieć co nastąpi w razie śmierci lady Crawley? Miss Sharp zostanie waszą macochą.
Kapitan nie przeczył bynajmniej; znał on dobrze usposobienia baroneta, którego słabość dla miss Sharp była dosyć widoczna.
Znajdując się raz sam na sam z Rebeką, kapitan zaczął żartować, z właściwem sobie dowcipem, z sentymentów, jakiemi Rebeka natchnęła baroneta. Miss Sharp podniosła dumnie głowę, zmierzyła go pogardliwie i rzekła:
— No i cóż? a gdyby nawet klęczał u nóg moich? Mam już tyle znajomości świata i ludzi, że potrafię ocenić każdego według osobistej wartości? Zresztą czegoż mam się obawiać? Czyż dałam komukolwiek prawo sądzenia mnie jako niezdolną do obrony własnego honoru?
— Ale... bo... kiedy... pani wiesz...
— Może pan wiesz o jakiej czarnej intrydze? — rzekła Rebeka z oburzeniem.
— Oh! ah! uchowaj Boże.
— Więc pan nie przypuszczasz, żebym mogła mieć uczucie osobistej godności, dla tego że jestem sama jedna na świecie, bez żadnej opieki, bez przyjaciół i nakoniec dla tego, że nie mam majątku? Jakkolwiek zajmuję skromne stanowisko nauczycielki, nie należy przeto sądzić, żebym miała mniej taktu, mniej szlachetnych uczuć i żebym była niższą urodzeniem od najpierwszych baronów i hrabiów całej tej okolicy. Nie zapominaj pan że pochodzę z Montmorencych, którzy świetnością rodu nie ustępują przynajmniej Crawlejom!
Te słowa były wymówione z prawdziwie królewską dumą.
— Nie, nie! — mówiła dalej z wzrastającym zapałem potrafią znieść ubóstwo, ale nigdy niesławę; przeniosę zapomnienie, ale nigdy obelgę, zwłaszcza, jeżeli ta obelga pochodzi... od pana!
Tu głos Rebeki osłabł widocznie i strumienia łez obficie się polały.
— Na miłość Boga, miss Sharp... ah niech mnie d..j... wezmą... Rebeka... na honor, dałbym tysiąc funtów... czekaj pani... pozwól...
Ale Rebeka już go nie słyszała, i pobiegła towarzyszyć na przechadzce miss Crawley, bo to było jeszcze przed jej chorobą. Przy obiedzie miss Sharp weselsza niż zwykle, zdawała się nie uważać na spojrzenia błagalne i mrugania niezgrabne kapitana, który tracił głowę z miłości.
Gdyby sir Pitt nie obawiał się utracić spadek po siostrze, nigdyby nie pozwolił na wyjazd Rebeki. Brak sekretarza dawał mu się czuć tak dalece, że odważył się napisać do siostry, przekładając stratę, jaką ponosiły jego córki pozbawione tak długo guwernantki i jej pieczołowitych starań. Ale wszystkie te argumenta pozostały bez skutku; miss Crawley ani chciała słyszeć o wyjeździe Rebeki. Miss Briggs była już na drugim planie; nie wymówiono dotąd jej miejsca, które stawało się widocznie sinekurą, ale rola jej zupełnie się zmieniła i była prawie zbyteczną. Dawna rezydentka dzieliła odtąd swój czas pomiędzy zachmurzoną mistress Firkin i ociężałym pudlem. Miss Crawley miała zwyczaj wspólny wielu bogatym w posługiwaniu się tymi, których uważała za niższych od siebie. Przyjmowała od nich wszystkie usługi, jakie tylko dały się wyzyskać, ale nie myślała o nich zgoła od chwili kiedy przestali jej być potrzebni. Wdzięczność jest po większej części ludziom bogatym nieznaną; według nich, nic się im słuszniej nie należy jak wszelkie możliwe usługi od tych, którzy zmuszeni na życie pracować.
Miss Crawley znała dobrze tę zasadę, że nic się nie robi darmo a wszystko dla interesu. Tym sposobem poświęcenie Rebeki było dla niej bardzo podejrzanem, ale dała jej pomimo to parę starych sukien i szal znoszony, bo Rebeka była użyteczną a towarzystwo jej dosyć zabawne. Nie dosyć na tem, miss Crawley układała świetne projekta dla zapewnienia przyszłości Rebece; obiecywała wydać ją za aptekarza Clomb. W najgorszym razie, myślała odesłać Rebekę do Crawley-la-Reine, gdyby nie miała co z nią zrobić, kiedy się rozpoczną recepcje wielkiego świata.
Jak tylko miss Crawley mogła już wyjeżdżać, Rebeka która jej zawsze towarzyszyła, skorzystała razu jednego z tej sposobności żeby skierować przechadzkę w okolicę Russel Square, i otrzymała pozwolenie widzenia się z Amelją. Należy tu nadmienić, że węzły przyjaźni łączące te dwie młode dziewczynki znacznie były osłabły. Amelja zawsze była, jak wiemy, sercem i myślą przy tym którego kochała, a miss Sharp była sobą i swojemi widokami całkiem zajęta. Nic zatem dziwnego że i korespondencja pomiędzy dwiema przyjaciółkami szła trochę koszlawo. Dwie dziewczynki rzuciły się sobie w objęcia z zapałem młodym osobom właściwym. Rebeka odegrała doskonale swoją rolę, nie szczędząc głośnych i teatralnych prawie objawów czułości. Amelja zarumieniła się lekko, uścisnęła swoją przyjaciółkę, ale sztuka udawania tak jej była obcą, że w powitaniu wydała się Rebece chłodniejszą niż zwykle.
Pierwsze widzenie się trwało dosyć krótko. Miss Crawley czekała na Rebekę nie wysiadając z powozu. Ludzie w galonowej liberji, patrzyli na siebie zdziwieni że się w takiem miejscu znajdują. Amelja zeszła na dół bo miss Sharp, chciała ją zaprezentować swojej protektorce, która była zachwycona wdziękiem i powierzchownością młodej osoby.
— Moja kochana Sharp, ta twoja przyjaciółka jest bardzo miłe i ujmujące stworzenie — mówiła w drodze miss Crawley — jaki głos przyjemny, jaki układ przyzwoity! Muszę ją kiedy do Park Lane zaprosić.
Przy objedzie, kiedy miss Crawley mówiła Rawdonowi z wielkiemi pochwałami o Amelji Sedley, Rebeka pospieszyła dodać, że Amelja jest od dawna narzeczoną Osborna.
— Osborne — powtórzył Rawdon jakby przypominając coś sobie — on jeśli się nie mylę, służy w *** pułku?
— Kapitan nazywa się Dobbin — dorzuciła Rebeka.
— Wysoka i niezgrabna pałka — powiedział Rawdon — ah! znam go doskonale. Co do Osborna, ten jest bardzo przystojny, z czarnemi pięknemi wąsikami.
— Powiedz pan raczej z wąsami, bo te są olbrzymie; z tąd zepewne i duma panna Osborna rośnie w tym samym stosunku — rzekła Rebeka.
Rawdon Crawley wybuchnął głośnym śmiechem. Posłuszny naleganiom pań żeby im odkrył przyczynę swej wesołości, kapitan tak się odezwał:
— Osborne ma to błogie przekonanie, że umie grać w bilard, przegrał mi raz dwieście funtów sterlingów, ale pomimo to nie stracił pretensji do gry. Byłby się zgrał wtenczas do koszuli, gdyby nie ten przeklęty Dobbin który go uprowadził gwałtem prawie.
— Rawdonie, Rawdonie, nie przedstawiaj siebie gorszym niż jesteś — rzekła miss Crawley śmiejąc się szczerze.
— A taką ma słabość dla ludzi dobrego urodzenia — mówił dalej Rawdon — że Tarquin i Deuccase wyciągają od niego tyle pieniędzy ile sami chcą. Wyprawia im sute objady na które oni zapraszają bez ceremonji całe swoje towarzystwo. Zaręczam, że Osborne oddałby wszystko byleby go tylko widzieli z książętami i baronami.
— Jakże ty jesteś złośliwy, Rawdonie! — wołała ciotka.
— Ojciec Osborna jest jednym z najbogatszych kupców; nic mu się zatem nie stanie, jeżeli synek da się czasem ograć. Co do mnie, nie tracę nadziei, że się z nim jeszcze na zielonem polu zejdziemy. Ha, ha, ha! Trzebaby go tu wprowadzić — dodał po chwili, jak gdyby wpadł na jakiś pomysł szczęśliwy.
— Czy można go przyjąć w domu? Jakże on w towarzystwie wygląda? — spytała ciotka.
— Mniej więcej jak wszyscy — odpowiedział Rawdon. — Dlaczegożby go nie zaprosić kiedy z tą jego... jakże się ona nazywa... z tą piękną narzeczoną? Miss Sharp, wszakże pani wiesz jego adres? muszę mu posłać zaproszenie, zobaczymy czy równie doskonale gra w pikieta jak w bilard.
W kilka dni potem Osborne odebrał nieforemne i koszlawe pismo Rawdona z zaproszeniem do Park.Lane w imieniu miss Crawley. Rebeka posłała bilecik podobnej treści Amelji, uszczęśliwionej nadzieją spotkania Jerzego i przepędzenia z nim kilku godzin. Rebeka przybrała ton protekcyjny względem swojej przyjaciółki poddającej się temu z wrodzoną jej słodyczą i dobrocią. Miss Crawley, coraz więcej zachwycona Amelją, mówiła o niej w jej przytomności z taką swobodą, jak się mówi o lalce lub o malowidle. Pochwały te jakiemi osoby wysoko położone zwykły obdarzać maluczkich, zaczęły ciężyć trochę Amelji. Nie dziwmy się zatem, że miss Briggs wydała się Amelji najsympatyczniejszą z trzech przedstawicieli płci pięknej w Park Lane.
Jerzy przyjechał do Park Lane wielkim familijnym powozem Osbornów. Siostry jego, mocno nieukontentowane że nie były w liczbie zaproszonych, przerzucały pilnie karty herbarza, zbierając troskliwie wszystkie szczegóły, odnoszące się do historji rodziny Crawlejów i Binkie; aljanse familijne, tablice genealogiczne były przez cały wieczór z największą uwagą rozbierane.
Rawdon Crawley przyjął bardzo grzecznie Osborna; wychwalał jego zręczną grę w bilard i oświadczył, że gotów jest dać mu sposobność odwetowania doznanej porażki. Na nieszczęście miss Crawley nie chciała słyszeć o żadnej grze w swoim domu i młody porucznik mógł tego wieczora odjechać z nienaruszonym woreczkiem, ku wielkiemu udręczeniu Rawdona. Stanęło jednak na tem, że nasi wojskowi mieli nazajutrz obiadować razem i przepędzić wieczór w wesołem towarzystwie.
— Ma się rozumieć, jeżeli pan nie masz zamiaru wzdychać jutro u nóg pięknej miss Sedley — dodał Rawdon, kontent ze swego dowcipu.
— Ale, ale... cóż porabia mała Sharp? — przerwał Osborne. — To dobra dziewczyna. Czy w Crawley-la-Reine są z niej zadowoleni? Miss Sedley obdarzyła ją w przeszłym roku szczególniejszemi względami.
W tej chwili drzwi się otworzyły i panie weszły do salonu. Rawdon przedstawił ciotce swego gościa, który po kilku konwencjonalnych frazesach zwrócił się ku Rebece dla odnowienia dawnej znajomości. Wzrok kapitana zdradzał jakiś niepokój, ale przyjęcie lodowate, jakiego doznał porucznik, nieusprawiedliwiało żadnej obawy.
— Jak się ma panna Sharp? — powiedział Jerzy, wyciągając łaskawie lewą rękę. Rebeka podała mu piąty palec i skłoniła lekko głowę jakby od niechcenia.
Osborne zakłopotany pogardliwem spojrzeniem Rebeki, nie dostrzegł złośliwego uśmiechu kapitana i po krótkim namyśle zdecydował się przyjąć podany sobie mały palec.
Nie wiedząc od czego zacząć rozmowę, Osborne zapytał Rebeki czy jest zadowolona ze swego miejsca?
— Z mego miejsca? — powtórzyła sucho Rebeka. — Prawdziwie jesteś pan bardzo łaskaw że raczysz o tem myśleć. Zapewne że to jest dosyć dobre miejsce, płaca dostateczna; ale miss Wirt musi brać więcej jeżeli się godzi na zostawanie z siostrami pana. A jakże się mają te panie? Chociaż mogłabym się od tego pytania uwolnić.
— Co pani zechcesz powiedzieć? — zapytał zdziwiony porucznik.
— To co mówię zdaje mi się bardzo jest naturalnem. Siostry pana nigdy do mnie ani słowa nie przemówiły, nie zaprosiły mnie ani razu do siebie podczas mego pobytu u Amelji. Mogę zatem żyć bardzo spokojnie, nie troszcząc się zbytecznie o stan ich zdrowia. Ale czyż biedne guwernantki warte są żeby je lepiej traktowano?
— Rozumiem, rozumiem — wyjąknął Osborne błagającym głosem.
— Tak się zwykle dzieje w niektórych domach przynajmniej — mówiła dalej Rebeka — bo tam gdzie jestem teraz, to zupełnie jest inaczej. Nie ma tam wprawdzie tyle złota jak u bogaczów City, ale za to jestem w rodzinie należącej do najdawniejszej szlachty w kraju. Sir Pitt jest, jak panu może wiadomo, synem człowieka, który nie chciał zostać razem, a z tem wszystkiem jestem tam jak najlepiej uważana. Czuję się w obowiązku wyznać że nie można życzyć sobie lepszego miejsca; ale pan nadto jesteś łaskaw że w te szczegóły wchodzić raczysz?
Każde słowo Rebeki wymówione tonem wyższości i lekceważenia, draźniło miłość własną Jerzego, który już widocznie zimną krew tracić zaczynał.
— Jeżeli się nie mylę — rzekł porucznik z ironją — to pani niedawno zaczęłaś mieszkańcami City pogardzać.
— Masz pan zupełną słuszność. W przeszłym roku, kiedy drzwi pensji zaledwie się za mną zamknęły, zupełnie inaczej patrzyłam na wszystko co mnie otaczało. A dziś zobacz pan jak półtora roku doświadczenia zmieniło moje pojęcia i sąd o ludziach! Jakże mi pozostał pamiętny czas spędzony w wyższem towarzystwie, złożonem z ludzi dobrego urodzenia! Co zaś do tej poczciwej Amelji, jest to prawdziwa perła, zupełnie się z tem zgadzamy i zawsze będę ją witać z najżywszą radością. Otóż zdaje mi się że się humor pański cokolwiek poprawia, tem lepiej, nie masz jak ci poczciwi mieszkańcy City!... A pan Zos, cóż się dzieje z tym nieporównanym panem Józefem?
— Zdawało mi się przecie że ten nieporównany pan Józef dosyć się był pani w przeszłym roku podobał.
— Ah! jakże pan jesteś złośliwy! No to już powiem panu otwarcie: nie jesteś pan w błędzie dając mi tak zręcznie do zrozumienia że byłabym wyszła za niego gdyby mi był słowo powiedział tylko. Przyznaj pan jednak że nie bardzo wyschłam z tej miłości.
Podczas gdy porucznik uśmiechał się złośliwie w milczeniu, Rebeka tak dalej mówiła:
— Ah! jakie by to było szczęście dla mnie mieć pana za szwagra, nie prawdaż? Jak sobie pomyślę że ja, ja zostałabym bratową pana Jerzego Osborna, syna pana John Osborna, wnuka pana... Jak się nazywał pański dziadunio, panie Osborne? Tylko nie gniewaj się pan, bardzo proszę. Przecież pan temu nic nie winieneś, że musisz mieć dziadunia. Zresztą, zgadzam się z panem że wyszłabym bez wielkiego wstrętu za pana Józefa Sedley. Bo cóż, naprawdę, lepszego mogło się trafić biednej dziewczynie bez żadnego majątku i bez rodziców? Teraz jesteś pan w posiadaniu mojej tajemnicy i zważywszy dobrze wszystko, należałoby panu powinszować dobrego smaku i wysokiej grzeczności, jakiej pan dałeś dowody przypominając mi tę okoliczność. Mówimy tu o biednym panu Józefie — dodała Rebeka zwracając się do Amelji — jakże mu się powodzi?
Osborne nie mógł ukryć swego zmieszania, rozgniewany i upokorzony, lękając się być narażonym na śmieszność w oczach Amelji, odszedł co prędzej w przeciwną stronę i nie miał więcej ochoty mierzyć się z takim jak Rebeka przeciwnikiem.
Następnego dnia kapitan Crawley i porucznik Osborne przepędzili wieczór razem, jak to było między nimi ułożone, z tym dodatkiem tylko że Osborne kupił starego konia Rawdona i że Rawdon wygrał ze dwadzieścia gwinei u Osborna. Ten ostatni nie zaniedbał przestrzedz towarzysza, że Rebeka jest zręczną kokietką i podstępną intrygantką. Kapitan podziękował Jerzemu dosyć serdecznie, a we dwadzieścia cztery godzin potem Rebeka o wszystkiem wiedziała.
Jerzy ze swej strony wyznał przed Amelją że ostrzegł poczciwego Rawdona żeby ten miał się na baczności przed tak niebezpieczną jak miss Sharp intrygantką.
— Przed kim? — spytała Amelja z przerażeniem.
— Przed tą guwernantką, a twoją dawniejszą przyjaciółką od serca.
— Oh! Jerzy! cóżeś ty zrobił? — zawołała Amelja.
Podczas gdy się to działo, starszy brat Rawdona odmawiał modlitwy przy łożu konającej lady Crawley. Sir Pitt wyjechał dla swoich interesów do Londynu, i tam już dowiedziawszy się o śmierci żony, kazał wywiesić na bramie czarne sukno z herbami. Biedna Róża, córka kramarza, herbów nie miała; ale ten przyrząd żałobny został jeszcze od śmierci pierwszej żony baroneta, więc uważano za stosowne wywiesić go przy ulicy Gryat-Gaun Street. Wszak aniołki na tarczy herbowej z dywizą resurgam u dołu mogły służyć wszystkim nieboszczykom.
Wiadomość o śmierci lady Crawley nie sprawiła wielkiego wrażenia w domu miss Matyldy Crawley.
— Wypadnie mi na później odłożyć wieczór, który chciałam dać w tym tygodniu — powiedziała miss Crawley — ja myślę — dodała po chwili — że mój brat nie będzie się spieszył z wyborem nowej dla siebie towarzyszki.
— Tym razem Pitt byłby zawzięcie zły — dodał Rawdon śmiejąc się.
Rebeka milcząca, jakby najżywiej dotknięta tym smutnym wypadkiem, opuściła salon przed wyjściem Rawdona; ale ślepy traf zrządził że właśnie w chwili, kiedy kapitan miał wracać do siebie, Rebeka spotkała go na dole i długo jeszcze z nim rozmawiała.
Nazajutrz rano, kiedy miss Crawley czytała spokojnie jakiś romans francuski, Rebeka stojąc przy oknie zawołała nagle:
— Sir Pitt!
W tej chwili rozległ się silny głos dzwonka.
— Moja kochana Sharp, ja nie mogę, ja nie chcę go widzieć. Każ powiedzieć że mnie nie ma w domu, albo zejdź sama i powiedz że jestem cierpiącą i nikogo nie przyjmuję. Nadto czuję się wzruszoną żebym mogła widzieć mego brata w tak bolesnej chwili.
To powiedziawszy miss Crawley znowu czytać zaczęła.
Sir Pitt zamierzał już wchodzić na pierwsze piętro, gdy Rebeka wstrzymała go mówiąc że miss Crawley mocno chora przyjąć go nie może.
— Tem lepiej — odpowiedział — wejdź pani do salonu, to się rozmówimy.
— Miss Becky — mówił baronet kładąc na stole czarne rękawiczki i kapelusz krepą okryty — pani jesteś mi koniecznie potrzebną w Crawley-la-Reine.
— Mam nadzieję wrócić prędko — odpowiedziała cichym głosem Rebeka. — Jak tylko miss Crawley będzie się czuła lepiej... to natychmiast pospieszę... do moich kochanych uczennic.
— Od trzech miesięcy słyszę toż samo — odrzekł sir Pitt — ale pani zawsze pomimo tego zostajesz przy mojej siostrze, która gdy jej fantazja przyjdzie, porzuci panią tak jak się pozbywa starych trzewików kiedy już na nic przydać się nie mogą. Powtarzam pani raz jeszcze że jesteś mi koniecznie potrzebną. Jadę teraz na pogrzeb mojej żony; chcesz pani jechać ze mną czy nie?
— Nie śmiem... doprawdy... nie zdaje mi się żeby to było dobrze... Nie wiem czy wypada żebym sama jedna z panem jechała.
Rebeka zdawała się gwałtownie wzruszona.
— Ale powiadam pani — zawołał sir Pitt stukając pięścią o stół — że się bez pani obejść nie mogę w żaden sposób. Wszystko w nieładzie, rachunki moje najokropniej zagmatwane; w domu nie ma najmniejszego porządku, nic nie jest na swojem miejscu. Nie wiem nawet coby to było gdybyś pani dłużej tu zostać miała. Wracaj, kochana Becky, wracaj.
— Wracać — powtórzyła Rebeka — ale w jakiejże roli?
— W roli lady Crawley, jeżeli pani sobie życzysz — odparł baronet potrząsając swoim żałobnym kapeluszem. Wracaj pani i zostań moją żoną; zasługujesz pani na to bez wątpienia. Co tam urodzenie! Pani masz więcej rozumu w palcu aniżeli wszystkie żony lordów i baronów w głowach. Zgadzasz się pani, tak lub nie?
— Oh! sir Pitt!
— Namyśl się, Becky — mówił dalej sir Pitt — ja jestem stary, ale pełen sił jeszcze. Mam najmniej dwadzieścia lat przed sobą; będziesz zupełnie szczęśliwą, na niczem ci zbywać nie będzie nic ci nie potrafię odmówić, pieniędzy ile zechcesz będziesz mogła wydawać: na wypadek śmierci zostawię ci dożywocie prawnie zapewnione. No, czy jeszcze się pani wahasz?
To mówiąc baronet upadł do nóg Rebeki.
Natura obdarzyła Rebekę, jak to już nieraz widzieliśmy, dobrym zasobem zimnej krwi i rozwagi; ale w tym wypadku straciła ona zwykłą przytomność umysłu i łzy tym razem prawdziwie obficie się polały.
— Ah! sir Pitt — rzekła nakoniec — jestem już... niestety!... mężatka!



XV.
Niewyraźna postać małżonka Rebeki ukazuje się z daleka.

Czułego serca czytelnik, a takich chcielibyśmy mieć jak najwięcej, będzie nam wdzięczny zapewne za obraz, którym zamknęliśmy rozdział poprzedzający. Boć w samej rzeczy cóż może być piękniejszego nad widok amorka klęczącego u stóp bogini piękności?
Odebrawszy jednak straszne wyznanie, Kupidyn zmienił nagle skromną postawę, zajmowaną na dywanie i ciskał groźne spojrzenia. Wenus drżała jak liść.
— Mężatka! — powtórzył baronet, którego oczy iskrzyły się z gniewu. — To są niezręczne żarty! Któż wziąłby kobietę bez grosza posagu?
— Mężatka! tak, mężatka! — wołała Rebeka zalewając się łzami i zakrywając twarz chustką.
Z głową wspartą o marmurowy kominek, Rebeka była widomą boleści postacią, zdolną zmiękczyć zakamieniałe serce.
— O! sir Pitt, oh! drogi panie, nie obwiniaj mnie o niewdzięczność. Nie jestem nieczułą na tyle dowodów dobroci, jakie od pana doznałam: ale właśnie ta dobroć i wspaniałomyślność nakazuje mi wyznać ci tę tajemnicę.
— Niech djabli biorą wspaniałomyślność — krzyknął sir Pitt. — Gdzież jest ten mąż? Kiedyż i gdzie to się stało?
— Dozwól mi, panie, powrócić na wieś! Nie wzbraniaj mi czuwać nad sobą z prawdziwem jak zawsze poświęceniem! Błagam cię, panie, nie oddalaj mnie ze swego domu!
— Więc ten nikczemnik uwiódł cię i opuścił? — zapytał baronet przekonany że przeniknął całą tajemnicę. Ha! cóż robić, Becky — kiedy nie możesz przyjąć korzystnej jaką ci robiłem propozycji, to wracaj w roli guwernantki. Zapomnij o tym nędzniku, ja będę pamiętać o tobie.
— Ach, panie! będzie to dla mnie największe szczęście powrócić do Crawley-la-Reine, otaczać staraniem te kochane dzieci, i być jak dawniej użyteczną panu. Na samą myśl postępku pańskiego czuję się przejęta wdzięcznością bez granic. Ale kiedy nie mogę być żoną pana, niechże mi wolno będzie być... jego córką!
Tu Rebeka upadła tragicznie na kolana, cisnąc czarną i kościstą rękę baroneta i patrząc mu w oczy z zaufaniem i czułością. Wtem drzwi się otworzyły i miss Crawley ukazała się na progu.
Kiedy sir Pitt i Rebeka wchodzili do sali, misstress Firkin i miss Briggs znalazły się przypadkiem podedrzwiami, zkąd przez dziurkę od klucza mogły widzieć i słyszeć — zawsze przypadkiem — całą scenę którąśmy dopiero opisali. Na widok baroneta wyciągniętego na dywanie u nóg Rebeki, obie pobiegły na górę uwiadomić miss Crawley o tem co się stało. Jeżeli zważymy ile czasu zajęło pierwsze zdziwienie miss Crawley, upuszczenie z ręki romansu ulubionego jej pisarza Pigault-Lebrun i zejście na dół, zrozumiemy łatwo że miss Crawley zastała obraz zmieniony, i weszła w chwili gdy Rebeka klęczała przed baronetem w błagalnej postawie.
— To nie pan, ale panna klęczy jak widzę, powiedziała miss Crawley z pogardą: Sir Pitt, mówiono mi że klęczałeś dopiero, chciałabym ten piękny obraz zobaczyć z bliska; czy nie mógłbyś go dla mnie powtórzyć?
— Dziękowałam za wielki zaszczyt jaki mnie spotkał — mówiła Rebeka podnosząc się — i oświadczyłam że nie mogę nigdy zostać lady Crawley.
— Jakto, odmówiłaś? rzekła miss Crawley nie mogąc wyjść z podziwienia.
Briggs i Firkin, stojące we drzwiach z otwartemi ustami nie wierzyły swoim oczom.
— Tak, odmówiłam; odrzekła Rebeka płaczliwym głosem.
— Czy mogę wierzyć własnym uszom, sir Pitt? Czy oświadczyłeś się w istocie? zapytała miss Crawley ze wzrastającem zdumieniem.
— Tak jest — odrzekł sir Pitt — to wszystko prawda.
— I ona ci odmówiła rzeczywiście?
— A tak — odpowiedział baronet śmiejąc się głośno.
— Ta odmowa, jak widzę, nie bardzo cię zasmuca, dodała miss Crawley.
— Ani trochę — odpowiedział wesoło baronet.
Miss Crawley nie umiała sobie zdać sprawy z tego co widziała: Szlachcic starożytnego rodu klęka przed biedną guwernantką i wybucha śmiechem odebrawszy odmowną odpowiedź; z drugiej strony, uboga dziewczyna odrzuca rękę baroneta i cztery tysiące funtów szterlingów dochodu; w tem wszystkiem było coś nie pojętego dla miss Crawley; musiała to ostatecznie być jakaś intryga, przechodząca wszystko co tylko genjalny Pigault Lebrun mógł w swojej wyobraźni ułożyć.
— Bardzo mi przyjemnie widzieć cię tak wesołym — mówiła znowu do brata — ale nic a nic tego nie rozumiem.
— To rzecz wyśmienita! Ktoby się mógł tego spodziewać? mówił sir Pitt śmiejąc się.
— Czego się spodziewać? — zawołała niecierpliwie miss Crawley, uderzając nogą o posadzkę. — Cóż to znaczy, miss Sharp, czy miałabyś czekać na rozwód księcia regenta? Czy może uważasz że nasza rodzina nie jest dosyć świetną ażebyś mogła wejść do niej?
— Postawa, w jakiej mnie pani tu zastałaś, dowodzi jak wysoko cenię zaszczyt, jaki mnie spotkał przed chwilą. Biedna sierota, od wszystkich opuszczona doznałam tyle w domu państwa dobrodziejstw, że potrzebaby zimnym być głazem, potworem bez serca, żeby nie czuć najżywszej dla was wdzięczności. Nie, moje serce, moje życie, wszystko dla was na zawsze należy! O! miss Crawley! czyżbyś pani o mojej wdzięczności wątpiła? Ach! to za wiele! Moje zbolałe serce upada pod ciężarem tylu wzruszeń!...
Rebeka kończąc te słowa upadła na krzesło tak dramatycznie, że wszyscy obecni tej scenie byli rozczuleni widokiem jej boleści, a sir Pitt kładąc kapelusz z krepą na głowę, powiedział:
— Czy wyjdziesz za mnie lub nie, jesteś dobra dziewczyna, Becky; pamiętaj że możesz na mnie zawsze liczyć.
Baronet wyszedł, a Rebeka odetchnęła swobodniej widząc że będzie mogła jakiś czas przynajmniej ukryć przed miss Crawley swoją tajemnicę.
Otarłszy chustką oczy, miss Sharp odeszła do swego pokoju. Miss Briggs miała niezmyśloną chęć iść za nią ale powstrzymana przez Rebekę, weszła do sali jadalnej i zaczęła się kręcić około ukochanej Matyldy. Firkin, niemniej wzruszona, pobiegła czem prędzej do kuchni uwiadomić o tem co się stało wszystkich domowników męskiej i żeńskiej płci. Nakarmiwszy się do woli zdumieniem i ciekawością wywołaną w suteranach, wysłała wieczorną pocztą list do mistress Bute Crawley pastorowej, opisując wielki wypadek, którego była naocznym świadkiem.
Któż potrafi sobie wyobrazić roskosz, jakiej doznawała zapomniana dotąd Arabella, widząc się znowu przypuszczoną do poufnej z miss Matyldą rozmowy? Obie usiłowały zgłębić tę niepojętą dla nich odmowę Rebeki. Nakouiec miss Briggs wpadła na wniosek że tylko dawniejszy jakiś pociąg sercowy, mógł według niej, skłonić młodą dziewczynę do odrzucenia tak świetnego losu.
— Ty nigdybyś nie odmówiła, nie prawdaż, moja Briggs? — rzekła miss Crawley z dobrocią.
— Czyżby mogło być dla mnie większe szczęście jak zostać bratową miss Matyldy Crawley?
— Otóż ja ci powiadam że Becky potrafiłaby zachować się dobrze na stanowisku lady Crawley.
Miss Orawley była zwykle bardzo liberalną tam, gdzie ją nie czekała żadna strata, żadna ofiara.
— Rebeka ma bardzo dobrą głowę — mówiła Matylda — ręczę ci że ona w małym palcu ma więcej rozumu aniżeli ty w całej twojej osobie, moja Briggs. Cóż można zarzucić naprzykład manjerom Rebeki, szczegolnie od czasu kiedy ja uformowałam ją prawie? Można zaraz poznać w niej rasę Montmorensy’ch; to daremna, moja kochana Briggs, dobra krew coś znaczy przecie. Chociaż co do mnie, zawsze jestem wyższą od tych przesądów; ale muszę przyznać że rola lady Crawley byłaby stosowniejszą dla Rebeki jak dla tej biednej córki kramarza.
Briggs broniła zawzięcie swego wniosku i ciągle mówiła o silnem uczuciu, które musiało wstrząsnąć gwałtownie sercem Rebeki.
— Wszystkie ubogie i opuszczone dziewczęta — mówiła miss Crawley — mają zawsze w głowie jakiś głupi ramans; i cóż ci dała twoja miłość dla tego nauczyciela kaligrafii? Nie ma czego szlochać, uspokój się Briggs; bo na co ci się te łzy przydadzą kiedy go już nie wskrzesisz twoim płaczem? Nie dziwiłabym się żeby i ta nieszczęśliwa Becky była podobnie sentymentalną i głupią jak... Musi tam być na prawdę jakiś aptekarz albo kupczyk, jakiś malarz albo młody pastor, jednem słowem coś w tym rodzaju.
— Biedna dziewczyna, biedna dziewczyna! powtarzała miss Briggs cofając się myślą o dwadzieścia cztery lat wstecz i przypominając sobie suchotnika, którego żółte włosy i liczne listy z wykrętasami kaligraficznemi chowała jak relikwie w swoim stoliku.
— Bądź co bądź, po takim postępku Rebeki — rzekła miss Crawley z zapałem — nasza familja powinna coś dla niej zrobić. Poszukaj no w twojej głowie jakiego kawalera, moja kochana; ja mu natychmiast sklepik urządzę, albo portret zamówię, albo też polecę go opiece mego kuzyna biskupa. Becky dostanie posag odemnie, ty urządzisz śniadanie, będziesz jej drużką i będziemy mieli wesele.
Briggs przejęta uwielbieniem dla nieporównanej wspaniałomyślności miss Crawley, poszła do Rebeki żeby ją pocieszyć, pomówić o przyczynie niepojetej odmowy, uwiadomić ją o szlachetnych zamiarach miss Matyldy, i nakoniec dowiedzieć się, jeżeli można, komu miss Sharp serce swoje oddała. Te zabiegi nie były uwieńczone pożądanym skutkiem, bo nie udało się wyciągnąć od Rebeki nic więcej nad to, co już miss Briggs w swojej przenikliwości była sama odgadła. Miss Crawley zniecierpliwiona oczekiwaniem panny Briggs, mającej zdać sprawę z poselstwa, przyszła sama do pokoju Rebeki, czego dotąd nigdy jeszcze nie bywało. Najpierw odesłała pannę Briggs, a potem pochwaliwszy postępek Rebeki, kazała opowiedzieć sobie całą rozmowę, która poprzedziła oświadczenie miłości baroneta.
Miss Sharp mówiła że otwarty charakter baroneta i swoboda z jaką sir Pitt zwykł objawiać swoje wrażenia dozwoliły jej przewidzieć to, co w danych okolicznościach nastąpić mogło i co w samej rzeczy nastąpiło. Ale według niej wiek, stanowisko i zwyczaje baroneta czyniły ten związek niemożebnym. Nakoniec uczucie przyzwoitości i godność osobista nie pozwalają kobiecie szanującej siebie przyjąć podobnej propozycji w tak niestosownej chwili jak ta, kiedy zwłoki pierwszej żony (właściwiej tu powiedzieć drugiej) jeszcze nie pochowane. Takie było przekonanie Rebeki, a raczej taka odpowiedź na zapytanie nalegające miss Crawley.
— Ale musi być ktoś, komubyś nie odmówiła może w takich samych nawet okolicznościach; nie prawdaż? Co? Przyznaj no się! rzekła łaskawie miss Crawley.
— Pani potrafiłaś odgadnąć — odpowiedziała nieśmiało Rebeka spuszczając oczy. Nie jednemu może dziwnem się to wyda że uboga sierota oddaje wszystko co posiada robiąc ofiarę ze swego serca. Oh! czemuż ubóstwo nie może temu zapobiedz? Stokroć lepiejby było!
— Biedne dziecko! zawołała miss Crawley skłonna coraz więcej do rozczulenia się. Więc kochasz bez wzajemności? Opowiedz mi wszystko w zaufaniu; może choć płacząc razem z tobą potrafię cię pocieszyć!
— Oh! gdyby to było możliwe! Wielką, wielką czuję ulgi potrzebę!
Rebeka oparła głowę na ramieniu miss Crawley, która ją ściskała z macierzyńską czułością, zapewniając że kocha ją jak córkę i że wszystko dla niej zrobić gotowa.
— A teraz, moja droga Becky, powiedz mi jego imię; po co ci się taić przedemną? Czy nie jest to brat tej miłej Amelji Sedley? Przypominam sobie że mi coś o nim mówiłaś... Zarazbym go do siebie zaprosiła i wszystko dobrzeby się ułożyło. Wyznaj otwarcie, moja Becky: wszak wiesz że możesz liczyć na mnie.
— O! droga kochana pani! Nie wymagaj tego odemnie — mówiła szlochając Rebeka. — Przyjdzie czas kiedy się dowiesz o wszystkiem, moja dobra, nieporównana przyjaciółko!... Ale czyż mi wolno nazwać cię tem imieniem?
— Owszem, moje dziecko, nawet cię o to proszę — odrzekła miss Crawley ściskając płaczącą miss Sharp.
— Dziś jeszcze nie mogę nic powiedzieć: Ach! jakże jestem nieszczęśliwa!... mówiła, a raczej jęczała Rebeka — ale daj mi słowo, najdroższa pani, że mnie nigdy kochać nie przestaniesz... nigdy...
Miss Crawley przyrzekła to uroczyście, wylała nawet kilka łez — bo wzruszenie łatwo się udziela kobietom bez względu na różnicę wieku — i odeszła pełna uwielbienia dla tej czułej, kochającej i nieodgadnionej istoty.
Żal Rebeki nie był wcale udany. — Mogłabym zostać wielką panią — myślała sobie — miałabym dom w mieście na zimę, lożę w operze, powóz i konie na rozkazy, na przyszły rok najdalej byłabym przedstawiona na dworze, pan domu byłby moim najniższym sługą i mogłabym obejść się bez protekcji pani pastorowej. To wszystko mogło było się urzeczywistnić i byłabym zupełnie szczęśliwą, kiedy tymczasem widzę teraz przed sobą przyszłość niepewną, zakrytą, a może groźną nawet.
Te uwagi napełniały Rebekę szczerym, jak powiedzieliśmy smutkiem, ale nasza bohaterka nie lubiła długo utyskiwać nad tem, co raz się stało i jest już nieodwołalne. Zaczęła więc gotować się do nowej pracy żeby sobie przyszłość zapewnić. Wiemy już dobrze na czem Rebeka szczęście i przyszłość budowała.
Wyznając baronetowi że jest mężatką, Rebeka wiedziała że sir Pitt zachowa tajemnicę w nadziei że sam się z nią ożeni. Ale jak przyjmie tę wiadomość miss Crawley? Odpowiedź na to pytanie była bardzo wątpliwą, a jednak łatwo było przewidzieć że zwierzenie się przed tą, która pozwoliła nazwać się przyjaciółką, może sprowadzić bardzo stanowcze następstwa. Wprawdzie zasady liberalne tak często przez miss Crawley wygłaszane, lekceważenie przywilejów rodowych, usposobienia romantyczne, przywiązanie do Rawdona, wszystko to dodawało Rebece nie mało otuchy.
— Ona tak jest mną oczarowana — myślała sobie Rebeka — że wszystko mnie przebaczy. Zresztą przyzwyczaiła się już do mnie, i wątpię żeby się bezemnie obejść potrafiła. Kiedy się dowie o wszystkiem, nastąpi potem scena mniej lub więcej tragiczna: spazmy, napady nerwowe i gorzkie wymówki, ale ostatecznie pojednanie przyjść musi. Prędzej lub później, zawsze przez to przejść potrzeba, lepiej więc raz skończyć i męczącą niepewność rozstrzygnąć.
Tak postawiwszy kwestję Rebeka usiadła do stolika i napisała list następujący:
„Drogi mój przyjacielu!
„Chwila stanowcza, o której tyle razy mówiliśmy, nadchodzi. Moja tajemnica już w części wyjawiona; po długim namyśle przyszłam do tego przekonania że czas już odkryć wszystko. Sir Pitt był tu dziś rano; chcesz wiedzieć w jakim celu? Oto nie w innym jak tylko żeby o moją rękę prosić. Jak ci się to podoba? Co za szkoda! Mogłabym była zostać lady Crawley. Co powiedziałaby na to mistress Bute, albo nasza poczciwa ciotka, gdyby musiała mi pierwszeństwa ustąpić i zająć drugie miejsce po mnie? Zostałabym mamą pewnej osoby, zamiast być jej... Oh! drżę na samą myśl że wkrótce będzie potrzeba wyznać wszystko!
„Sir Pitt wie że nie jestem wolna, tylko nie domyśla się wcale do kogo należę. Nasza ciotka nie jest zadowolona z tego że odrzuciłam propozycję baroneta; raczyła nawet przyznać że sir Pitt miałby we mnie najlepszą żonę. Pomimo tego jest ona dla mnie pełna czułości i oświadcza że zastąpi miejsce matki twej małej Becky. Wyobrażam sobie że na pierwszą wiadomość o naszym związku będzie jak piorunem rażona. Ale czyż mamy się obawiać chwilowego oburzenia? Ona cię nadto ubóstwia ażeby nie chciała ci przebaczyć; a po tobie, jeśli się nie mylę, ja pierwsze miejsce w jej sercu zajmuję, i kto wie czy potrafiłaby się obejść bezemnie? Coś mi mówi, mój drogi że wyjdziemy zwycięsko z tego trudnego położenia. Raz na zawsze porzucisz tę służbę wojskową, której nienawidzę, zarzekniesz się gry i wyścigów, i będziemy błogie dni pędzić w Park Lane, a w końcu odziedziczymy cały majątek naszej ciotki.
„Jutro będę się przechadzać jak zwykle w tem samem miejscu. Jeżeli nie będę mogła się uwolnić od towarzystwa miss Briggs, to przyjdź na objad i przynieś mi odpowiedź którą włożysz w trzeci tom Kazań Porteusza. Twoja na zawsze  
R...

Powyższy list był zaadresowany tak następuje: Miss Eliza Styles, u p. Barnet, siodlarza. Knights Brigde.
Każdy z czytelników domyślił się niewątpliwie że owa miss Styles, dawna przyjaciółka z pensji, z którą Rebeka prowadziła od pewnego czasu żywą korespodeneję — nosiła duże wąsy, mosiężne ostrogi i mundur wojskowy, pod którym łatwo poznać kapitana Rawdona Crawley.



XVI.
Tajemniczy list.

W jaki sposób odbył się ślub Rebeki, to nie powinno nikomu wydawać się niepojętem. Któż może w samej rzeczy przeszkodzić pełnoletniemu kapitanowi do wzięcia indultu i wejścia do kościoła w towarzystwie dojrzałej już panienki? Któż nie wie że kobieta silnej woli potrafi znaleść tysiące sposobów do zrobienia tego, co sobie raz postanowiła? Tak się i w tym wypadku stało. Pewnego dnia kiedy miss Sharp poszła odwiedzić swoją przyjaciółkę Amelję Sedley, widziano jakąś młodą osobę, dziwnie do Rebeki podobną, wchodzącą do jednego z kościołów w City w towarzystwie jakiegoś wąsala. Po niejakim czasie ta sama para wyszła z kościoła i młoda osoba wsiadła do powozu, znajdującego się nie daleko.
W wielkiem mieście, gdzie tylu poważnych lodzi żeni się z kucharkami, podobny obrzęd zaślubin, jak tu opisaliśmy, nikogo razić, ani zadziwiać nie może.
List Rebeki był dla Rawdona sygnałem, na który stawił się z równą gotowością jak na rozkaz swego pułkownika. Nie miał on potrzeby wkładać swej odpowiedzi w trzeci tom kazań, dzięki Rebece, która wymknęła się zręcznie pannie Briggs i przyszła sama na miejsce schadzki, gdzie wierna przyjaciółka już na nią czekała. Rawdon zgodził się na wszystko, co Rebeka postanowiła. Któż lepiej od niej potrafiłby wszystko ułożyć? Gdyby plan Rebeki był zupełne przeciwny temu, jaki mu podała, przyjąłby go z równym entuzjazmem w tem przekonaniu że jest najlepszy.
— Twój rozum, moja Becky, może na dwóch wystarczyć — zawołał z uniesieniem — widziałem nieraz ludzi zadziwiającej zręczności, ale nie znam nikogo ktoby mógł tobie sprostać. Ty jedna zdolna jesteś wydobyć nas z tych kłopotów.
Potem wyznaniu wiary kapitan zajął się energicznie wykonaniem najwyższych rozkazów, które zależały na tem żeby nająć pomieszkanie nie daleko koszar wojskowych. Rebeka pozwalała się wykraść ku wielkiej radości kapitana, który od kilku tygodni pracował nad tem, ale nie mógł jej do tego nakłonić. Tego samego dnia jeszcze mieszkanie było już najęte, fortepian przyniesiony, a kwiatów znalazło się tyle że możnaby zapełnić było całą oranżerję. Szalów, rękawiczek, pończoch jedwabnych, pachnideł, zegarków i bransoletek złotych była taka ilość, na jaką tylko ślepa miłość i kredyt nieograniczony wystarczyć może. Po tych przygotowaniach kapitan poszedł do klubu, żeby coś wypić, uspokoić podniecone zbytecznie nerwy i czekać już chwili, która miała stanowczo jego losy rozstrzygnąć.
Wypadki dnia poprzedzającego, szlachetna bezinteresowność Rebeki, jakieś tajemnicą okryte nieszczęście, wiszące nad jej głową jak miecz Damoklesa, i nakoniec cicha rezygnacja z jaką interesująca miss Sharp znosiła swoje cierpienie, podwoiły a może potroiły czułość i serdeczność miss Matyldy Crawley.
Już to powszechnie wiadomo że nic nie budzi w kobietach tyle współczucia jak sprawy sercowe, miłość nieszczęśliwa, ba — nawet miłość szczęśliwa. Ileż to razy kiedy młoda para stoi w kościele u kresu swych życzeń, można widzieć cały legjon kobiet, zupełnie obcych orszakowi weselnemu, zalewających się rzewnemi łzami. Nie jedna z tych kobiet nie widziała nigdy panny młodej, ale zanosi się od płaczu podczas, gdy przyjaciele pana młodego mają oczy zupełnie suche, a kapłan wiąże ręce stułą i organista śpiewa Veni Creator nie doznając najmniejszego wzruszenia.
Dzięki tej strunie, drgającej łatwo w sercu niewieściem, Rebeka była przedmiotem najczulszej troskliwości swojej opiekunki. Nigdy też miss Sharp nie była tak ujmującą w rozmowie, nigdy nie śpiewała takim czarującym głosem jak tego wieczora, Miss Briggs była równie pod wpływem tego uroku, pomimo boleści doznawanej na widok rywalki, budzącej coraz żywszą sympatję w sercu ukochanej Matyldy. Biedna Arabella ledwie łzy stłumiła słysząc jak Rebeka mówiła że nigdyby nie chciała opuścić swojej najdroższej opiekunki.
— Moja dobra przyjaciółko! odpowiedziała ze słodyczą miss Crawley — Nie ulega wątpliwości że się z sobą nie prędko rozstaniemy. Po tem co zaszło, nie może być mowy nawet o powrocie do domu mego niegodziwego brata. Zostaniesz więc ze mną. Briggs jeździ często do swoich krewnych, będzie zatem mogła odwiedzać ich ile tylko się jej podoba; a ty, moje kochane dziecko, będziesz pielęgnować biedną staruszkę.
Serce poczciwej Briggs mało nie pękało z żalu.
Gdyby Rawdon Crawley, zamiast pić w tawernie dla uspokojenia nerwów, znajdował się w tej chwili w Park Lane, to więcej jak pewna że młoda para upadłszy do nóg starej ciotki, otrzymałaby zupełne przebaczenie i powieść nasza byłaby skończona. Los zrządził inaczej.
Mistress Firkin miała pod swojemi rozkazami młodą wieśniaczkę z Hampshire, wychowaną we dworze, do której należało zanieść codzień rano dzbanek wody świeżej do pokoju miss Sharp, czego sama Firkin nie zrobiłaby nawet gdyby jej głowę uciąć miano: Ta dziewczynka miała brata w kompanji kapitana Crawley i znała, jak się zdaje, tajemnicę naszej bohaterki. Podejrzenie to nie jest bezzasadnem, zważywszy że Betty Martin kupiła sobie za pieniądze, które dostała od Rebeki, żółty szal, parę trzewików zielonych i błękitny kapelusz z czerwonem piórkiem. Wiemy zaś zkądinąd że hojność Rebeki nie była nigdy bezinteresowną.
Trzeciego dnia po tym pamiętnym wypadku kiedy sir Pitt składał hołdy u stóp małej Sharp, słońce zeszło jak zwykle i Betty Martin o zwykłej godzinie z dzbankiem wody w ręku zastukała do drzwi Rebeki.
Żadnej odpowiedzi. Betty stuka powtórnie, nikt nie odpowiada, cisza zupełna. Betty Martin wchodzi do pokoju i... o! zdziwienie! nie ma nikogo! Łóżko świeże i nietknięte, tak jak było wczoraj usłane. W kącie pokoju dwie walizy obwiązane sznurkiem, a na stoliku list przypięty do poduszeczki na spilki, pokrytej różowym atłasem.
Betty zbliżyła się ostrożnie na palcach do stolika, jak gdyby się obawiała żeby list nie odleciał, obejrzała się do koła, uchwyciła list końcami palców, zaśmiała się i zaniosła go do pokoju miss Briggs.
Jakim sposobem Betty poznała że list był adresowany do miss Briggs? trudno na to odpowiedzieć. Chodziła ona będąc na wsi do szkółki niedzielnej, zostającej pod zarządem pani Bute Crawley pastorowej, ale sztuka czytania była jej tak obcą jak astronomja albo chemja organiczna i nieorganiczna.
— Oho! miss Briggs — wołała Betty — Oho! to coś zabawnego się stało! Nie ma nikoguteńko w pokoju panny Rebeki; łóżko nie tknięte tylko ten list do pani na stole zostawiony.
— Cóż to znaczy? zawołała miss Briggs, upuszczając z przerażenia grzebień na ziemię i odrzucając na plecy mały warkocz zmiętych włosów. Cóż to jest? Porwanie! Miss Sharp uciekła! Cóż tu się dzieje!
Zdawało się że miss Briggs chciała połknąć list oczami: przebiegała go z największą chciwością i oto co w nim wyczytała:
„Kochana miss Briggs znajdzie — pewna jestem — w swem dobrem sercu choć trochę współczucia i pobłażania dla nieszczęśliwej swojej przyjaciółki, która ze łzą w oku i z błogosławieństwem na ustach zmuszona jest opuścić ten dom, gdzie biedna sierota przytułek dla siebie znalazła. Obowiązki, od których mnie nic uwolnić nie może, nakazują mi spełnić wolę męża i udać się pod skromną strzechę, gdzie wspólnie szczęście lub niedolę dzielić z nim powinnam. Najdroższa miss Briggs! Zechciej uwiadomić o tem moją najukochańszą przyjaciółkę i opiekunkę; powiedz jej że oddalając się od niej zrosiłam łzami poduszkę, na której ten anioł spoczywa. O! ileż nocy bezsennych spędziłam przy tem łóżku, czuwając nad moją najdroższą opiekunką! O! jakżebym chciała koić zawsze jej cierpienia, jeżeliby, broń Boże, była tego potrzeba. Z jakąż radością będę witać znowu ten dom, gdzie tyle drogich zostawiłam wspomnień! Z jaką trwogą oczekiwać będę odpowiedzi, mającej ostatecznie stanowić o moim losie! Cokolwiekbądź nastąpi, w sercu mojem nigdy nie wygaśnie wdzięczność dla drogiej mi istoty, która mnie sierotę raczyła uznać godną żebym została jej bratową. Kiedy sir Pitt zaszczycił mnie swoją propozycją, powiedziałam mu że nie jestem już wolną; ale nie miałam odwagi wyznać mu że nie mogę zostać żoną tego, którego jestem już córką! Tak — poślubiłam najlepszego, najszlachetniejszego z ludzi, a tym jest Rawdon Crawley! Wierna wykonanej przysiędze, nigdy go nie opuszczę. Zacna moja przyjaciółko! przebłagaj za nas ciotkę mego Rawdona, i uproś ją niech nas nie odpycha, ale niech przytuli do swego łona kochające ją dzieci! Oby Najwyższy wysłuchał prośby moje i zlewał strumienie łask i dobrodziejstw na dom, który ze ściśniętem sercem żegnać dziś muszę.

Niezmienna i wdzięczna przyjaciółka
Rebeka Crawley.

Północ!
W chwili, kiedy Briggs kończyła czytać list który powracał jej straconą rolę powiernicy miss Matyldy Crawley, mistress Firkin weszła do pokoju.
— Mistress Bute Crawley — powiedziała Firkin — przyjechała w tym momencie i prosi o herbatę.
Briggs w rannym szlafroczku, z rozpuszczonemi włosami z tyłu i z papilotami na czole, znalazła się w mgnieniu oka obok pastorowej z listem Rebeki w ręku.
— O! mistress Firkin! — wołała Betty grubym głosem — Co za awantura! Miss Sharp uciekła z kapitanem; oboje są już w drodze do Gretna-Green.
Możnaby cały rozdział zapisać wykrzyknikami, malującemi wzruszenie służebnej, ale nie chcemy ubliżać samym paniom, których wrażenia są niezaprzeczenie godniejsze uwagi czytelnika.
Pani pastorowa, zmęczona nocną podróżą, siedziała przy kominku, kiedy miss Briggs wleciała oznajmiając wielką nowinę.
— Nie jest że to widoczne — mówiła żona pastora, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia — że sama Opatrzność mnie tu przysyła w chwili, kiedy moja obecność pomoże mojej siostrze do zniesienia tak strasznego ciosu? O! ja zawsze mówiłam że po tej dziewczynie nic dobrego spodziewać się nie można; widać było z jej oczu że to nikczemnica. Ale nie pojmuję ślepego przywiązania miss Crawley do Rawdona, tego rozpustnika, naznaczonego od Boga piętnem potępienia! Ten wypadek może przynajmniej mojej siostrze oczy otworzy i przekona ją o zepsuciu tego nędznika.
Miss Crawley nie opuszczała nigdy sypialnego pokoju przed południem. Przynoszono jej zwykle do łóżka czekoladę, podczas kiedy Becky czytała głośno Morning Post. Dla oszczędzenia drażliwych nerwów Matyldy, postanowiono wstrzymać się do jej ukazania się w salonie z wyjawieniem tego co zaszło, i oznajmiono jej tylko o przybyciu bratowej. Miss Crawley przyjmowała zwykle podobną wiadomość bardzo obojętnie, ale teraz była prawie kontenta że miała z kim pomówić o śmierci lady Crawley, o nowych zamiarach swego brata i o jego niespodziewanem oświadczeniu się Rebece.
Komuż nieznaną jest zręczność kobiet w przygotowaniu do przyjęcia złych wiadomości? Nasze damy spiskowe doskonale się z tej roli wywiązały. Przybrały one postać tak tajemniczą, że miss Crawley nie wiedząc jeszcze o niczem, uczuła już w sobie jakieś obawy i niepokój. Po pierwszych uściskach i po kilku wymienionych zapytaniach, miss Crawley wsunęła się w głąb fotelu i opowiedziała scenę, której sir Pitt i Rebeka byli głównemi aktorami. Ta chwila wydała się pastorowej stosowną, żeby przystąpić do drażliwej operacji.
— Rebeka odmówiła baronetowi — rzekła mistress Bute — bo... bo... nie mogła zrobić inaczej.
— Wiem ja to bardzo dobrze że wszystko ma swoją przyczynę — odpowiedziała miss Crawley — wiem — i mówiłam wczoraj mojej Briggs że Rebeka kocha kogo innego.
— Tak jest — rzekła z kolei Briggs — ona kocha kogo innego, a nawet niestety! jest już mężatką!
— Tak; jest już mężatką, powtórzyła mistress Bute.
— Jakto? zawołała miss Crawley. Co za przewrotność tej małej Sharp; nic mi nie powiedzieć! Niechże tu zaraz do mnie przyjdzie.
— Ah! nie przyjdzie ona tak prędko — mówiła Briggs pomału — tylko nie potrzeba lękać się i niepokoić... Co się stało to się już nie powróci; Rebeka pojechała na długo... a może na zawsze.
— Kiedy? gdzie? a któż mi przygotuje czekoladę? Niech mi ją tu w tej chwili przyprowadzą! Ja chcę natychmiast widzieć ją tu, natychmiast!
— Na miłość Boga, Briggs, nie dręcz ją dłużej — zawołała pastorowa. — Niech lepiej o wszystkiem się już dowie!
— Mówicie że jest mężatką — rzekła zniecierpliwiona miss Crawley — więc za kogoż wyszła?
— Za... za krewnego...
— No dosyć już! mówcie; bo chyba chcecie umyślnie moje nerwy rozdrażnić!
— Ach! moja kochana, odwagi! Miss Briggs, podtrzymuj ją... Matyldo! znoś mężnie ten straszny cios!... Rebeka jest żoną Rawdona Crawley.
— Rawdon ożeniony... z Rebeką... guwernantką... Nie, nie... to kłamstwo! Precz z mego domu szalona warjatko! I ty stara, głupia Briggs... ty śmiesz... jeżeli to prawda, to twoja jest sprawa... Myślałaś że go wydziedziczę dla ciebie... rozumiem dobrze te knowania
Miss Crawley traciła prawie przytomność i wymawiała w gniewie jakieś niezrozumiałe wyrazy.
— Ach! cóż to za nieszczęście! wtrąciła pastorowa — córka profesora rysunków jest żoną Rawdona!
— Jej matka pochodzi z rodziny Montmorency’ch — krzyknęła miss Crawley urywając taśmę od dzwonka.
— Jej matka była baletnicą, a może czemś gorszem jeszcze — odparła odważnie pastorowa.
Miss Crawley dostała jakichś paroksyzmów nerwowych, musiano zatem zanieść ją do łóżka i sprowadzić lekarza z chirurgiem. Mistress Bute zajęła miejsce przy łóżku chorej.
— Przecież to jest obowiązek krewnych — mówiła litościwie mistress Butte — żeby ją pielęgnować w chorobie.
Zaledwie ułożono chorą do łóżka, kiedy się pojawił sir Pitt.
— Gdzież jest Becky? Czy już spakowała swoje rzeczy? Przyjeżdżam umyślnie żeby ją zabrać z sobą do Crawley-la-Reine.
— Jakto? czy pan jeszcze nie wiesz o jej związku potajemnie zawartym? spytała zdziwiona Briggs.
— A co mnie to obchodzi? odrzekł sir Pitt. No to jest mężatką, ot i po wszystkiem. Proszę jej powiedzieć że czekam na nią; niech się spieszy.
— To pan nic nie wiesz że jej nie ma już w domu? Miss Crawley mało nie umarła z rozpaczy jak się dowiedziała że pan kapitan Rawdon jest mężem Rebeki.
Pominiemy tu przekleństwa, miotane przez oburzonego w najwyższym stopniu baroneta. Miss Briggs przelękniona uciekła czemprędzej.
Następnego dnia straszne rzeczy działy się w Crawley-la-Reine. Sir Pitt w przystępie szalonego gniewu tłukł i niszczył wszystko w pokoju Rebeki. Wszystkie jej suknie w kawałki podarte zostały wyrzucone za okno. Młoda Horrocks, córka szafarza, wzięła sobie część tych łachmanów, zaś pozostałe użyły córki baroneta na kostiumy do grania komedji.
Kilka dni zaledwie minęło od pogrzebu lady Crawley, nikt przecież nie poświęcił tej biednej kobiecie ani jednej łzy, ani jednego wspomnienia.
— A jeżeli stara nie da się przeprosić? — mówił Rawdon do Rebeki, zajętej opatrywaniem nowego fortepianu, próbowaniem rękawiczek, szalów etc. — Cóż będzie Becky, jeżeli stara się nie da ugłaskać?
— Ja biorę wszystko na siebie — mówiła Daliła, obsypując pieszczotami Samsona.
— Ty wszystkiego potrafisz dokazać — odrzekł Rawdon, całując maleńką rączkę — zdaję się zupełnie na ciebie!



XVII.
Kapitan Dobbin kupuje fortepian.

W spokojnej okolicy Russell Square jakiś niezwykły ruch panuje. Wejście do jednego z piękniejszych domów jakby umyślnie pozostaje otwarte; w dziedzińcu snują się tu i owdzie kilkuosobowe gromadki ciekawych, a w obszernej sali domu tłum ludzi otacza stojącego na stole człowieka, który chrypliwym, ale donośnym głosem woła bez ustanku: „Kto da więcej? raz, dwa, trzy... przedane.“ Od czasu do czasu mówca uważał za stosowne zachęcać obecnych do kupowania niektórych przedmiotów i używał w tym celu całej siły swojej wymowy. W tej chwili właśnie podnosił zalety jakiegoś obrazu i wzywał znawców do rozpatrzenia się w tem arcydziele.
— Numer 369! — wołał pan Stukomłot — Portret mężczyzny siedzącego na słoniu! Kto życzy sobie nabyć te znakomite dzieło sztuki?
Podczas gdy Stukomłot przesuwał przed oczami zgromadzonych widzów mężczyznę na słoniu, jakiś wojskowy słusznego wzrostu nie mógł wstrzymać się od śmiechu.
— Panie Criarson — wołał Stukomłot do swego pomocnika — pokaż pan bliżej tego słonia kapitanowi.
Kapitan zaczerwienił się i odwrócił się zmieszany widocznie.
— Dwadzieścia gwinei za to arcydzieło — mówił dalej — piętnaście... pięć... nikt się nie odzywa? Sam wizerunek mężczyzny bez słonia wart już pięć funtów.
— To dziwna że słoń nie ugina się pod takim ciężarem — dorzucił jakiś żartowniś.
Dowcip ten został przyjęty śmiechem ogólnym, bo jegomość na słoniu był w samej rzeczy dosyć opasły.
— Panie Levi — krzyczał Stukomłot — nie obniżaj pan ceny tego pięknego obrazu, niech prześwietna publiczność sama wartość jego osądzi. Postawa szlachetnego zwierzęcia wiernie charakter tegoż przedstawia. Siedzący na nim mężczyzna w nankinowem ubraniu ze strzelbą na plecach, udaje się na polowanie; w oddaleniu zaś widać pogodę pod palmowemi drzewami. Jest to bez wątpienia jakieś wsławione miejsce naszych znakomitych posiadłości w Indjach wschodnich. Spieszma się, panowie; przedmiot jest wysokiej wartości.
Ktoś ofiarował pięć szylingów; wojskowy obejrzał się w stronę zkąd głos pochodził i spostrzegł młodą damę wspartą na ramieniu oficera. Oboje zdawali się bardzo rozweseleni tą komiczną sceną, a że nie było silnej konkurencji, zostali więc posiadaczami wspomnionego portretu. Pierwszy wojskowy zmieszał się znowu na widok owej młodej pary i odwrócił się w przeciwną stronę, jak gdyby chciał uniknąć niemiłego mu widoku.
Licytacja miała się niezadługo zakończyć. Bardzo piękne meble były już sprzedane, wina niezmiernie wysokiej ceny zostały zakupione dla naszego znajomego Jerzego Osborna, a mały serwis srebrny był kupiony przez kilku ajentów z kantorów wymiany w City. Zostawił jeszcze do sprzedania fortepian przyniesiony z pierwszego piętra, gdzie niektóre z gorliwszych gospodyń próbowały w ręku mięsistości kołder i zaglądały we wnętrza materaców.
Młoda dama, o której już wspomnieliśmy, usiadła do fortepianu żeby go spróbować, co wywołało jeszcze raz rumieńce i pomieszanie stojącego w drugim końcu sali wojskowego.
Żyd podstawiony przez nabywców słonia silnie walczył o fortepian z żydem podstawionym przez słusznego oficera, który dzielnie dotrzymał placu boju i stał się nakoniec właścicielem fortepianu. Natychmiast rozległo się uderzenie młotka i dały się słyszeć następne słowa:
„Dla pana Levi, za dwadzieścia pięć gwineów“.
Młoda dama i jej kawaler musieli ustąpić; pierwsza rzucając spojrzenie w stronę swego przeciwnika rzekła:
— Widzisz Rawdonie! to kapitan Dobbin.
Becky była może niekontentą z najętego przez męża fortepianu; albo też chciała nabyć ten koniecznie, dla tego tylko że kiedyś grywała na nim w saloniku Ameiji Sedley.
Powyższa sprzedaż publiczna odbyła się w dawnym domu pana John’a Sedley, zrujnowanego zupełnie i ogłoszonego bankrutem.
Szafarz Jerzego Osborna przyszedł kupić stare Porto i przeniósł je na drugą stronę placu Russel-Square. Przyjaciele pana Sedley, którzy mieli z nim liczne interesa i zachowali dla niego trwały szacunek, zakupili serwis srebrny pięknej roboty, i tę uratowaną pamiątkę lepszych czasów przesłali dawnemu swemu koledze. Co zaś do fortepianu Amelji, to należy wnosić że kapitan Dobbin, który nie był wcale muzykalny, musiał go zakupić nie dla swego własnego użytku.
W samej rzeczy tego samego dnia wieczorem fortepian znajdował się już w maleńkim, ale schludnym domku, przy jednej z tych uliczek gdzie pomieszkania, sądząc z rozmiarów, zdają się być dla lalek przeznaczone. Drzewa przed oknami tych wybielonych domków są prawie zawsze pokryte fartuszkami, pończoszkami dziecinnemi, czepeczkami i t. p. Tego rodzaju wegetacja w ogródkach nawet i w zimie nie zaprzestaje. Biada tym, którzy się w te zabłąkają ustronie! Uszy ich silnie będą podrażnione brzękiem klawicymbałów i piskliwym głosem wyśpiewujących mieszkanek tej okolicy. Tam właśnie pan Sedley znalazł z rodziną przytułek w domu pana Clapp, dawnego swego komisanta.
Jos Sedley nie przyjechał do Londynu na wiadomość o nieszczęściu jakie dotknęło jego rodzinę, ale otworzył matce kredyt u swego bankiera, i pozostał wiernym swoim zwyczajom: objadował wesoło w najlepszej restauracji, zapijał dobre wino, przejeżdżał się powozem, grywał wista i opowiadał swoje przygody indyjskie pewnej wdowie, która dla niego była bardzo i uprzejmą.
Pan Sedley zaczynał już godzić się z swoim losem i nie spieszył się wcale korzystać ze wspaniałomyślnej propozycji syna. Zacny ten staruszek nie był jednak głuchy na szczere objawy życzliwości z serca pochodzące i kiedy mu przyniesiono serwis srebrny rozpłakał się jak dziecko.
Rebeka i jej małżonek nadto byli wyrachowani ażeby myśleli odwiedzać ludzi zrujnowanych i mieszkających w tak oddalonej części miasta jak Bloomsbury. Zaledwie w miesiąc po swojej ucieczce z Park Lane Rebeka wspomniała w rozmowie dawną swoją przyjaciółkę, co natchnęło Rawdona chęcią odwidzenia Osborna i wyzwania go na partję bilardu.
Ciotka Matylda nie spieszała się bynajmniej otworzyć swych ramion młodej parze, przed którą drzwi pięknego domu w Park Lane zostawały szczelnie zamknięte; nawet listy wracały zawsze nierozpieczętowane, Mistress Bute nie odstępowała ani na krok siostry swego męża, co było dla kapitana i jego dostojnej połowicy nie zbyt pomyślną wróżbą.
Nic nie wydawało się Rebece mniej wątpliwem jak jej wyższość umysłowa nad mężem; ale można powiedzieć że nic więcej nad to nie starała się przed nim ukryć. Słusznie ktoś powiedział że dobra żona powinna mieć trochę hipokryzji. Rebeka słuchała z zajęciem opowiadań męża o tem co się działo czy w stajni lub w pułku; jakim sposobem Bob Martingale został w domu gry złapany, jak Spatterdash jechał na koniu, który się potknął wszystko to było dla niej rzeczy niezmiernie interesujące. Zawsze śmiejąca się i wesoła, Rebeka nie zatrzymywała nigdy męża gdy ten chciał wychodzić, przyjmowała go z radością kiedy powracał do domu.
To zręczne postępowanie zmieniło całkowicie dawne zwyczaje Rawdona; domowe ognisko więcej go już pociągało aniżeli dawne znajomości w klubach i tawernach, gdzie go coraz rzadziej widywano. Trzech lub czterech dobrych znajomych tylko miało wstęp do wesołego domku w Brompton, gdzie byli zachwyceni doskonałym pączem i niezrównaną uprzejmością gospodyni domu. Długi rosły zawsze, ale Rawdon umiał żyć lepiej kredytem jak inni gotówką.
Dowiedziawszy się z gazety że porucznik Osborne kupił dyplom kapitana, Rawdon uczuł tyle szacunku dla narzeczonego Amelji że zrobił mu wizytę w Russell Square.
Młode małżeństwo miało wielką ochotę zbliżyć się do kapitana Dobbin w czasie sprzedaży publicznej i zasięgnąć od niego bliższych szczegółów o niepowodzeniu rodziców Amelji. Kapitan wszakże zniknął im z oczu, ale ktoś z zajmujących się tą licytacją zaspokoił w części ich ciekawość.
— Patrz na te twarze wyschłe i pożółkłe — mówiła Becky wracając ze swoim obrazem w ręku. Czyż nie są oni podobni do kruków, co się po bitwie zlatują?
— Nie mogę ci nic o tem przywiedzieć, bo nigdy żadnej bitwy nie widziałem; Bob Martingale potrafi to lepiej osądzić, bo w Hiszpanji był adjutantem jenerała Blazes.
— Szkoda jednakże tego biednego pana Sedley — dodała Rebeka — był to bardzo poczciwy staruszek.
— Hm! Wekslarze i bankruci są podług mnie, jednem i tem samem; odrzekł Rawdon spędzając batem muchę i dyszlowego konia.
— Byłabym z chęcią zakupiła cokolwiek ze sreber stołowych, żeby im to oddać — mówiła Rebeka niby rozczulona — ale dwadzieścia pięć gwinei za ten mały fortepian to trochę za wiele.
— A twój... jakże się on zowie?... Osborne, zdaje mi się... zwinie pewno chorągiewkę teraz, kiedy rodzina Amelji zupełnie zrujnowana, jak myślisz? Czy nie zasmuci to twojej przyjaciółki?
— Ba! Pocieszy się jak będzie mogła — rzekła Rebeka z uśmiechem.



XVIII.
Kto gra na fortepianie kupionym przez kapitana Dobbin?

Wiadomość że Napoleon opuścił Elbę i wylądował w Cannes, mogła przejąć obawą gabinet wiedeński, zniweczyć plany Rossji, zagrozić całości Prus i przerazić Metternichów i Starembergów; ale ktoby się mógł spodziewać żeby orły cesarskie i walka Napoleona miały wstrząsnąć losem młodej dziewczyny, rozkołysanej marzeniami o miłości i o szczęśliwem jutrze? A jednak huk trąb wojennych rozwiał niewinne sny i marzenia, a z niemi uniósł szczęście biednej Amelji!
Cały majątek jej ojca runął bezpowrotnie na odgłos tych wiadomości. Wszystkie przedsiębiorstwa pana Sedley nie powiodły się i przyprawiły go o znaczne straty, a liczne bankructwa domów, z któremi miał stosunki handlowe, wydarły mu cały nabytek długoletniej pracy.
Przez długi czas pan Sedley, zamknięty sam w sobie, nie zwierzał się nikomu ze swoim smutkiem. Wszystko szło na oko jak dawniej. Pani Sedley nie domyślając się niczego, pędziła dni bezczynne jak zwykle, jeżeli nie zapełniała czasu błahemi zajęciami. Amelja jak wiemy, oderwana od wszystkiego co ją otaczało, jedną tylko myślą zajęta była w chwili, kiedy cios okrutny uderzył jej rodzinę.
Pewnego wieczora, kiedy Amelja siedziała w swoim pokoju smutna i zamyślona, pani Sedley była zajęta pisaniem biletów zapraszających na bal, który miała dać u siebie. Mąż jej powrócił z miasta i usiadł przy kominku nie przemówiwszy ani słowa. Pani Sedley za to mogła się wygadać.
— Nasze biedne dziecko bardzo jest zmartwione — rzekła matka — od pewnego czasu. Jerzy zupełnie ją zaniedbuje. Nienawidzę śmiesznych pretensji w tej rodzinie. Panienki nie były tu od kilku tygodni, a Jerzego dwa razy w mieście widziano i pomimo tego nie przyszedł do nas. Edward Dale widział go na operze. Jestem najmocniej przekonana że Edward ożeniłby się z naszą Amelją; i kapitan Dobbin nie byłby od tego ale ja nie bardzo życzyłabym sobie wojskowego na zięcia. Patrz na postępowanie Jerzego, cóż po nim można się spodziewać na przyszłość? Podług mnie należałoby takich panów rozumu nauczyć. Dosyć byłoby ośmielić cokolwiek Edwarda Dale, a zobaczylibyśmy coby z tego wynikło. Otóż, panie Sedley, będziemy mieli wieczór w naszym domu... Ale cóż znaczy to uparte milczenie? Czy się co stało, że ani słowa od ciebie wydobyć nie można?
John Sedley zbliżył się do żony i obejmując ją rzekł z uczuciem:
— Marjo, jesteśmy zupełnie zrujnowani. Nowe życie pracy, niedostatku może, otwiera się przed nami! Wolę ci powiedzieć wszystko, bo na cóż się przyda zakrywać to, co się już stało?
Drżący głos starca zdradzał jego wzruszenie; obawiał się on zasmucić żonę tem wyznaniem, ale odwaga z jaką pani Sedley przyjęła ten cios, a nadewszystko słowa pociechy wprost z serca pochodzące dodały mu nieco otuchy. Raz tylko w ciągu tego wieczora, kiedy John Sedley opowiadał żonie zawody doznane od najlepszych przyjaciół, wyraz bolesny wymknął się nieszczęśliwej matce:
— Mój Boże! — rzekła. — Biedna nasza Amelja! Ileż jej serce przeboleć będzie musiało.
W samej rzeczy smutny był stan Amelji, która nie miała nikogo, komuby mogła powierzyć swoje obawy i swoje przeczucia. Starała się ona przytłumić w sobie słuszne, niestety, podejrzenia, usiłowała usprawiedliwić, a raczej nie widzieć egoizmu i obojętności Jerzego. Jednem słowem nie miała odwagi wyznać przed sobą że on jej nie wart był wcale.
Biedne to serduszko ciężko było zranione, kiedy w miesiącu marcu 1815 roku Napoleon wyglądał w Cannes a Ludwik XVIII uciekł z Francji. Strach ogólny całą Europę ogarnął; papiery spadły i pan Sedley został zupełnie zrujnowanym.
Co najwięcej bolało nieszczęśliwego starca, to to, że nikt z jego dłużników nie prześladował go tak zawzięcie i nie był tak nieludzkim jak John Osborne, który jednak wiele doznał dobrego od pana Sedley i jemu prawie winien był cały swój byt i swoje powodzenie. Obowiązek wdzięczności bywa najczęściej powodem nienawiści, a przytem w oczach pewnych ludzi człowiek, będący w złych interesach, nie może zasługiwać na szacunek.
John Osborne zerwał natychmiast stosunki Jerzego z Amelją, a dla nadania sobie pozorów słuszności, głosił przed wszystkimi że pan Sedley używał zawsze najgorszej opinji. Od razu wzbronił Jerzemu, pod karą klątwy i wydziedziczenia, widywać Amelję nie szczędząc dla tej niewinnej dziewczyny najczarniejszej potwarzy.
Wiadomość o ruinie majątkowej i wyjazd z Russel-Square jasno mówiły Amelji że wszystko już dla niej skończone, i że przyszła chwila, w której potrzeba się rozstać na zawsze z Jerzym, wyrzec się wiary w ludzi i pogrzebać marzenia przyszłego szczęścia. Nakoniec szorstkim i obelżywym listem pan John Osborne oznajmił jej że postępowanie jej ojca zerwało wszystkie układy pomiędzy dwiema rodzinami a tem samem unieważniło dawniejsze zobowiązania.
Amelja przyjęła ten bolesny dla niej cios z rezygnacją i spokojem wbrew wszelkim oczekiwaniom matki. Zmiana sposobu życia, wynikająca ze straty majątku, najmniej była dla Amelji dotkliwą; ale cierpienie moralne podkopywało widocznie jej siły zdające się z każdym dniem słabnąć.
Jeżeli pan Osborne nie chciał słyszeć o związku Jerzego z Amelją to pan Sedley, z swej strony, nie mniej czuł żalu i pogardy dla rodziny Osbornów i nie taił się z tem, że za nic nie oddałby swej córki synowi takiego podłego człowieka. Zabronił Amelji myśleć o Jerzym i rozkazał odesłać mu wszystkie listy i upominki od niego pochodzące.
Amelja przyrzekła być posłuszną, ułożyła pakiecik listów, ale nie miała siły rozstać się z niemi. Przeczytawszy je od początku do końca, przycisnęła je do łona, jak matka tuli jeszcze umarłe dziecię.
Po stoczonej walce z bratem, panna Dobbin tak rzekła do matki:
— Jak to szczęśliwie, moja mamo, że pułk Wiliama odebrał rozkaz wymarszu! Ta obrzydła efrontka Amelja ma w Williamie tak gorliwego obrońcę, że mogłaby się obawiać żeby go w swoje sidła nie złapała, szczególnie teraz, kiedy stosunki z Jerzym Osbornem zerwane są zupełnie.
W samej rzeczy pułk *** miał wkrótce wyruszyć, takim więc sposobem cesarz Napoleon I zostaje niejako wmieszany do naszej powieści, która inaczej nie zasługiwałaby na to żeby ją podawać do powszechnej wiadomości. Napoleon I, jak widzimy, był głównym sprawcą upadku Burbonów i pana John’a Sedley. Powrót cesarza z Elby do Paryża uzbroił całą Europę przeciwko niemu; podczas gdy wojsko francuskie, zgromadzone pod sztandary, przysięgało na wierność Napoleonowi, cztery potężne armje gotowały się do walki żeby zgnieść orła, który znów swe skrzydła rozwijał do lotu. Jedna z tych armji liczyła w swoich szeregach dwóch bohaterów naszej powieści: Kapitana Dobbin i kapitana Osborn’a.
Każdy, kto zna z tradycji pułk, o którym mówimy, pojmie łatwo zapał, jaki odwładnął wszystkich; począwszy od prostego szeregowca, aż do samego pułkownika wszyscy byli prawie wdzięczni cesarzowi Francuzów za to, że ten wichrzyciel europejskiego spokoju dawał im zręczność okazania światu dzielności, której pobyt w Indjach nie osłabił bynajmniej. Stuble i Spooney spodziewali się szybkiego awansu; pani majorowa O’Dowd miała nadzieję zostać pułkownikową.
Jerzy spokojnie mierzył swój nowy mundur, który mu bardzo był do twarzy, i dostał od ojca woreczek pełny pieniędzy, z ponowionym zakazem widywania Amelji. Z tem wszystkiem, kiedy od ojca powracał, serce mu się ścisnęło na widok domu, pustego dziś i pokrytego ogłoszeniami wyprzedaży. Dom ten, w którym tyle miłych wspomnień zostało, był już zamknięty dla Amelji i jej rodziców. Gdzież ta rodzina — myślał sobie — znajdzie dziś przytułek?
Pogrążony w tych smutnych myślach Jerzy wszedł do kawiarni, gdzie przepędził wieczór milcząc ciągle i pijąc wiele, co nie uszło uwagi jego kolegów. Dobbin spostrzegł to również i chciał temu przeszkodzić, ale Jerzy powiedział mu że jest bardzo zasmucony i że stara się napojem zagłuszyć swoje cierpienie.
W parę dni potem Dobbin wszedł do pokoju Jerzego w koszarach, zastał go opartego o stół, na którym leżały listy rozrzucone w nieładzie. Młody kapitan zdawał się mocno wzruszony.
— Wszystko mi odesłała, co tylko miała odemnie; patrz! — powiedział Jerzy, wskazując na listy i na kilka drobnych pamiątek, jako to: złoty łańcuszek, medaljon z jego włosami, pierścionek i nożyk srebrny, kupiony przez Osborna dla Amelji, gdy oboje byli jeszcze dziećmi.
— Wszystko! — dodał słabym głosem. — A oto list jej; jeżeli chcesz, możesz go przeczytać.
To mówiąc Jerzy podał swemu koledze list następującej treści:
„Ulegając woli mego ojca, odsyłam ci wszystkie pamiątki, za lepszych czasów od ciebie otrzymane. Ten list jest ostatnim, więcej do ciebie pisać nie będę. Myślę że nie mniej odemnie uczujesz cios, który nas dotyka. Związek nasz stał się dziś niepodobieństwem; jesteś zatem swobodny, uwalniam cię od danego mi niegdyś słowa. Mam nadzieję że nie dzielisz niesłusznych względem nas podejrzeń swego ojca. Bądź zdrów. Proszę Boga o siły do znoszenia ciężkich przeciwności, jakie mnie czekają i o pomyślność i szczęście dla ciebie!
Będę często grać na twoim fortepianie... W tym postępku poznałam twoje szlachetne serce.

A...

Dobbin nie mógł myśleć obojętnie o nieszczęściu Amelji, czuł się głęboko rozczulonym. Jerzy dopiero teraz wyrzucał sobie że tyle razy zaniedbywał Amelję; wstydził się sam siebie poczuwając się do egoizmu i i obojętności względem tej, która mu nigdy jeszcze nie wydawała się tak piękną i dobrą, jak dziś kiedy wszystko było zerwane, i kiedy dawne wspomnienia z lat dziecinnych cisnęły mu się w umyśle, zostawując po sobie żal minionej przeszłości. Dwaj przyjaciele zapomnieli o wojnie, o sławie i o wieńcach laurowych, bo mówili ciągle o Amelji. Dobbin energicznie swoje zdanie objawił, mówiąc że Jerzy powinien zostać wiernym Amelji, i że nikt w świecie nie ma prawa uwolnić nas od danego dobrowolnie słowa.
— Gdzie oni są teraz? rzekł Jerzy spostrzegając się że za późno trochę ta myśl mu przyszła; Gdzie oni są? Na liście nie ma żadnego adresu.
Dobbin wiedział dobrze adres Amelji; nie tylko bowiem wysłał jej fortepian, ale napisał do pani Sedley prosząc by mu wolno było ich odwiedzić i on to właśnie przywiózł pakiet listów i pamiątek, odesłanych Jerzemu przez Amelję.
Pani Sedley przyjęła serdecznie Wiljama; mówiła mu otwarcie o nieszczęściu jakie ich dotknęło, i była ujęta przysłaniem fortepianu, co przypisywała szlachetnemu sercu Jerzego. Dobbin nie starał się wcale wyprowadzić jej z błędu, słuchał jej skarg z współczuciem i głęboko był oburzony niewdzięcznością ojca Jerzego. Po długiej rozmowie Dobbin odważył się zapytać czy może widzieć Amelję która nie wychodziła prawie ze swego pokoju. Pani Sedley wyszła i wróciła po chwili z córką.
Widok bladej i drżącej Amelji przeraził Williama; w samej rzeczy niepodobna było obojętnie patrzeć na cień tej świeżej nie dawno jeszcze dziewczyny, której rysy nosiły już ślady niemej rozpaczy.
Po chwili milczenia Amelja wręczyła kapitanowi pakiet dla Jerzego i rzekła:
— Oto dla kapitana Osborna... Jakże pan jesteś dobry że nas odwiedziłeś... bardzo nam tu dobrze w tem nowem pomieszkaniu... potem zwracając się do matki dodała: Mama mi pozwoli wrócić do siebie, bo czuję się trochę osłabiona.
To mówiąc Amelja pożegnała Willjama i wyszła z uśmiechniętą twarzą. Matka odprowadziła Amelję, a Dobbin wyszedł ze ściśnionem sercem i długo pod tem bolesnem wrażeniem zostawał.
Jerzy dowiedziawszy się że Dobbin widział Amelję, zaczął go wypytywać o swoją narzeczonę z trwogą i niepokojem. Dobbin wziął rękę przyjaciela i powiedział:
— Jerzy, ona gaśnie widocznie; smutek ją zabija!
W małym domku, gdzie rodzina Amelji znalazła przytułek, była prosta jakaś do usług dziewczyna starająca się napróżno rozerwać i pocieszyć strapioną Amelję. W kilka godzin po rozmowie kapitana Dobbin z Osbornem, służąca wbiegła do pokoju Amelji z radosnym na ustach uśmiechem, a nie mogąc zwrócić na siebie uwagę Amelji, rzekła nieśmiało:
— Miss Emmy!
— Co chcesz? powiedziała Amelja nie odrywając się od listów, które ciągle miała przed sobą.
— Mam tu list do panienki... można już starych listów nie czytać... jest tu ktoś...
Amelja poznała pismo Jerzego, oto co w niem było:
— Muszę koniecznie widzieć cię, mój aniele; nie odpychaj mnie!
Zaledwie Amelja przebiegła okiem tych kilka wyrazów, pani Sedley i Jerzy byli już we drzwiach jej pokoju.



XIX.
Miss Crawley i jej anioł-stróż.

Widzieliśmy już z jaką gorliwością ochmistrzyni Firkin donosiła pani pastorowej o wszystkiem, co się w domu miss Crawley działo. Bo też mistress Butte miała wielki dar ujmowania sobie ludzi; Briggs i Firkin były jej oddane duszą i ciałem. Już to, mówiąc prawdę, pastorowa zasługiwała na to, bo zawsze mówiła tym kobietom o swojem do nich przywiązaniu i o tem, coby dla każdej z nich zrobiła, gdyby oddziedziczyła cały majątek po siostrze swego męża.
Rawdon Crawley przeciwnie nigdy nie zadawał sobie pracy żeby pozyskać względy adjutantek swojej ciotki; owszem okazywał im nawet wyraźną pogardę. Miss Briggs służyła zawsze za cel jego dowcipnych żarcików, a Firkin musiała nieraz ściągać zabłocone buty kapitana, kiedy z polowania powracał.
Pastorowa innej zupełnie trzymała się polityki: radziła się zwykle panny Briggs w każdym trudniejszym wypadku, albo tam gdzie potrzeba było dobrego gustu; czasem zaś dawała ochmistrzyni sześć lijardów, ale z taką uprzejmością, że mistress Firkin była więcej ujęta tym skromnym datkiem, aniżeli gwineą Rawdona rzuconą jej w oczy.
Nic za tem dziwnego że niełaska, w jaką wpadł Rawdon nie obudziła w nikim żalu, ani współczucia; cały sztab miss Matyldy Crawley był prawie uradowany ze zmiany swego szefa. Z tem wszystkiem mistress Butte, znająca przebiegłość Rebeki, przewidywała że nieprzyjaciel nie zaśpi sprawy i rozpocznie zaczepne działania w celu odzyskania straconej pozycji. Ztąd podwojenie czujności stało się koniecznem. Pani pastorowa znała dobrze słabość ciotki dla Rawdona i wiedziała że nikt nie umiał tak zręcznie zabawić miss Crawley jak mała Rebeka. Najpiękniejsze duety, śpiewane przez córki pani Butte, usypiały miss Matyldę, a rozmowa pastora sprowadzała jej spazmatyczne poziewanie. Nie można więc było myśleć o zabraniu do siebie chorej, któraby z nudów uczuła może potrzebę widzenia Rebeki, co byłoby dla pani Butte wielce niebezpiecznem.
Ucieczka Rebeki mogłaby rozstroić nerwy daleko mocniejsze aniżeli te, jakiemi miss Crawley była od natury obdarzoną. Jej przekonania religijno-moralne, kiedy była w dobrem zdrowiu, zadowoliłyby samego Woltera, ale jak tylko ją co zabolało, wpadała w największą trwogę, spodziewając się co chwila śmierci. Mistress Butte myślała sobie teraz: „Gdyby mój mąż miał trochę rozumu, potrafiłby ją naprowadzić na dobrą drogę, przedstawiłby bezprawia i rozpustę Rawdona w całej nagości i natchnąłby ją nienawiścią do tej obrzydłej kusicielki Rebeki.“ Znając słabe zdolności męża, pani Butte wzięła się sama do pracy. Wmówiła wszystkim domowym i samej chorej, że stan jej bardzo jest niebezpieczny; kazała pod oknami rozścielić słomę na łokieć wysokości, sprowadzała dwa razy na dzień doktora i aptekarza o północy, poiła chorą bez ustanku rozmaitemi ziółkami, utrzymywała ciszę grobową w całym domu, kładła palec na ustach jak tylko kto wchodził do pokoju jej pacjentki, przybiegała do jej łóżka od czasu do czasu, patrzyła na nią z przerażeniem i czytała ponurym głosem ćwiczenia duchowne. Najwięcej zaś starała się obudzić w chorej obrzydzenie do grzechów i nieprawości Rawdona, i uwydatnić czarną niewdzięczność Rebeki.
Nazwiska niewinnych ofiar Rawdona, wszystkie szczegóły jego przewinień, rozpacz rodziców, których synowie zostali jego przykładem zepsuci i zgubieni, wszystko to było doskonałe wiadome pani pastorowej, umiejącej to opowiedzieć w porę i zrobić z tego najlepszy użytek.
Niezmordowana mistress Butte, upewniwszy się że żadna nieprzyjacielska korespondencja nie przeciśnie się do domu miss Crawley i będzie napowrót odesłaną, pojechała do panny Pinkerton dla oznajmienia jej że miss Sharp została uwiedzioną. Pastorowa chciała zaczerpnąć u samego źródła wiadomości co do urodzenia i przeszłości Rebeki. Przyjaciółka znakomitego leksykografa miała wiele do powiedzenia w tym ważnym przedmiocie. Na jej rozkaz miss Jemina przyniosła wszystkie karty i listy byłego nauczyciela rysunków. Pierwszy list był pisany z więzienia z prośbą o podwyższenie płacy, drugi zawierał wymowne podziękowania za przyjęcie Rebeki do domu, w trzecim zaś nieszczęśliwy artysta złożony śmiertelną chorobą polecał swoją córkę opiece dobroczynnej miss Pinkerton.
Mistress Butte udała się z tamtąd w celu dalszych poszukiwań na Greek-Street, gdzie miss Sharp mieszkała jakiś czas z ojcem na skromnem poddaszu. Portrety gospodarza i gospodyni domu, któremi artysta za mieszkanie zapłacił, zdobiły jeszcze ściany salonu. Mistress Stokes była dosyć rozmowna i opowiedziała wszystko co tylko mogła wiedzieć o nieporządnem życiu nieboszczyka Sharp i o jego wiecznych z wierzycielami zatargach. Gospodyni nie mogła bez oburzenia mówić o spóźnionym zanadto akcie ślubnym rodziców Rebeki, o zupełnej swobodzie tej dziewczyny, przynoszącej z sąsiedniego szynku butelki z gorącemi napojami i umiejącej zabawić całe towarzystwo wyśmiewaniem najszanowniejszych osób bez różnicy stanu i wieku.
Te wiadomości, zręcznie zebrane, były następnie miss Matyldzie z większą jeszcze zręcznością podane. Powiedziano jej że pani Rebeka Crawley była córką baletnicy, że sama przez jakiś czas skakała na deskach teatralnych, że służyła nieraz za model malarzom, że pomagała swemu ojcu wypróżniać butelki i że nakoniec była bardzo znaną we wszystkich szynkach i kawiarniach. Sens moralny tej historji był taki, że osoba, która siebie szanuje, nie może i nie powinna widzieć podobnej jak Rebeka kobiety, ani człowieka, który się z taką awanturnicą połączyć odważył.
Jeżeli troskliwość, jaką pani pastorowa otaczała chorą kuzynkę, mogłaby się czytelnikowi wydać podejrzaną, to możemy go upewnić że obawy aptekarza Clump o zdrowie miss Matyldy były zupełnie szczere. Dowiedziawszy się od lekarza że zbyteczne pielęgnowanie chorej, ciągła djeta i uporczywe trzymanie jej w łóżku, drażniąc nieustanie system nerwowy, mogą sprowadzić złe skutki, pan aptekarz Clump silnie był zatrwożony o stały dochód, który mu nerwy miss Matyldy co roku przynosiły. Postanowił więc wpływać na mistress Butte i skłonić ją do przyjęcia pewnych hygjenicznych reform, mogących zagrożoną egzystencję miss Crawley przedłużyć i dochód apteki na jakiś czas jeszcze zapewnić. Szczęściem dla pana Clump mistress Butte sama zagaiła z nim rozmowę; była ta sposobność, z której należało korzystać.
— Mój kochany panie Clump — mówiła do aptekarza, nie zaniedbałam nic a nic coby mogło przywrócić zdrowie naszej ukochanej Matyldzie, którą czarna niewdzięczność synowca wtrąciła na łoże boleści. Żadne zmęczenie mnie nie powstrzyma, potrafię dotrwać do końca i nie cofnę się przed żadną ofiarą.
— Poświęcenie pani jest prawdziwie godnem uwielbienia — odrzekł Clump z głębokim ukłonem — ale...
— Od mego przyjazdu nie zmrużyłam oka. Zapomniałam o sobie; sen, zdrowie, wygody, wszystko to ustąpiło przed poczuciem obowiązku. Tak samo było kiedy mój James był chory na ospę — nie odstąpiłam go ani na chwilę.
— Pani jesteś wzorem matek, to prawda, ale...
— Jako matka rodziny, jako żona sługi kościoła, mogę sobie przyznać w chrześcijańskiej pokorze, że jestem na dobrej drodze; i że dopokąd mi sił starczy z tego stanowiska nie zejdę. Mogłażbym dziś opuścić tę zacną kobietę, którą niegodziwość ludzka przyprawiła o ciężką chorobę? O! nie! wiem ja dobrze że oprócz pomocy lekarskiej, posiłek duchowny równie jest chorej potrzebny, i to właśnie jest moja rola, to moje posłannictwo!
— Tak, ależ ja chciałem tylko zwrócić uwagę pani że idąc za popędem uczuć, które jej zaszczyt przynoszą, pani niepotrzebnie się trwożysz — mówił aptekarz słodziutkim głosem.
— Ale bo jabym oddała moje życie dla mego męża i dla całej jego rodziny!
— Nie znam nic chwalebniejszego nad to uczucie, ale my wcale nie pragniemy widzieć palmy męczeńskiej w ręku czcigodnej mistress Butte Crawley. Doktor Squills i ja staraliśmy się zbadać dokładnie stan chorej z najżywszą, wierz mi pani, troskliwością. Jej osłabienie i stan nerwowy jest wynikiem wstrząśnień moralnych, tym nieszczęśliwym wypadkiem wywołanych...
— Oh! ten złoczyńca skończy na szubienicy! — zawołała mistress Butte jakby w proroczem natchnieniu.
— Głębokie wzruszenie moralne podkopało organizm wątły naszej pacjentki, kiedy szczęśliwem zrządzeniem losu pani przybyłaś prawdziwie jak anioł opiekuńczy, żeby czuwać nad chorą i nieść ulgę w jej cierpieniach. Jednak zgadzam się z doktorem Squills na to, że dłuższe trzymanie chorej w łóżku może raczej złe niż dobre sprowadzić skutki. Wierz mi pani, naszej chorej potrzeba powietrza, zmiany miejsca i rozrywki. Bez tego nerwy jej będą coraz więcej rozdrażnione i hypohondrja musi się rozwinąć w całej sile. Spokój, swoboda, wesołość, oto są najlepsze lekarstwa z mojej apteki. Namów ją pani żeby wstała z łóżka, przejechała się powozem, a wówczas zobaczysz pani że rekonwalescentka siły odzyska, a pani rumieńce powrócą.
— Ale pan zapominasz o tem, że wyjeżdżając na spacery miss Crawley może spotkać swego niegodnego synowca i wspólniczkę jego zbrodni. Takie spotkanie mogłoby ją o śmierć przyprawić! Nie, panie Clump, ona nie powinna wyjeżdżać, i dopokąd ja sama nad nią czuwam, to na to nie pozwolę. Co zaś do mego zdrowia, to je chętnie złożę w ofierze na ołtarzu świętych, jakie mam względem niej, obowiązków.
— A więc w takim razie — odparł żywo pan Clump, ja nie ręczę za jej życie, jeżeli zostanie dłużej w zamknięciu! Jeden atak nerwowy może ją zabić, przez co pani oddasz usługę kapitanowi Crawley, prawnemu na mocy testamentu spadkobiercy.
— Na Boga czy ona jest tak bliską śmierci? czemużeś mnie pan pierwej o tem nie uprzedził?
Po tej rozmowie mistress Butle nie wpuszczała nikogo do pokoju chorej i zaczęła usilnie pracować nad tem, żeby ją skłonić do zniszczenia dawnego testamentu. Ale miss Crawley doznawała takiej trwogi na samą myśl o śmierci, że nie chciała słyszeć o testamencie. Trzeba więc było wprowadzić ją pierwej w dobry humor, przywrócić spokój zakłócony i dlatego pastorowa zdecydowała się wynieść swoją kuzynkę, ale dokąd? W tem zachodziła największa trudność. Jedyne miejsce, gdzie możnaby uniknąć spotkania Rawdona i Rebeki, był kościół; ale pani Butte wiedziała że miss Crawley nie znajdzie w tem przyjemności.
Po długich namysłach, mistress Butte uderzyła się w czoło i rzekła do siebie:
— Będziemy zwiedzać przedmieścia Londynu; wszyscy utrzymują że nie ma nic więcej zajmującego nad te wycieczki.
Wsadziwszy swoją ofiarę do powozu, mistress Butte zachwycała się pięknością okolicy w Hampstead, Hornsey i Dulwich, przypominając co chwila jakiś nowy dowód niewdzięczności Rawdona i Rebeki.
Tymczasem usiłowania pani pastorowej zamiast obudzić w rekonwalescentce nienawiść do Rawdona i jego żony, sprawiły inny zupełnie skutek: miss Crawley czuła cały ciężar zbytecznej troskliwości i myślała już o tem żeby się wyrwać z rąk swego anioła stróża. Jednego dnia była jakoś silniejsza i podniosła chorągiew buntu: zamiast jechać do Highgate i Hornsey, miss Crawley kazała się zawieść do parku. Obawy mistress nie były płonne. Faeton Rawdona ukazał się z daleka i zbliżał się powoli ku powozowi, w którym siedziała miss Crawley obok swojej opiekunki i miss Briggs na przodzie z pieskiem. Kiedy powozy mijać się miały, Rebeka wychyliwszy głowę, spojrzała z czułością na ciotkę Matyldę a serce jej biło gwałtownie. Sam Rawdon nawet zdawał się lekko wzruszony, ale kapelusz miss Matyldy był ciągle zwrócony w stronę przeciwną. Mistress Butte obsypywała pieska serdecznemi pieszczotami; powozy się minęły, pastorowa swobodniej na koniec odetchnęła.
— Wszystko na nic — odezwał się Rawdon do żony.
— Próbój jeszcze raz, choćby przyszło o powóz zaczepić — odpowiedziała Rebeka.
Rawdon nie miał odwagi pójść za tą radą. Kiedy powozy powtórnie się mijały podniósł rękę do kapelusza, ale tym razem spotkał piorunujące spojrzenia obu ciotek.
Był to zapewne wieki tryumf dla mistress Butte, która jednakże zrozumiała całą doniosłość niebezpieczeństwa, na jakie ją narażały spacery w parku. Po kilku zręcznie naciągniętych frazesach, udało się pastorowej wmówić w pannę Matyldę że dla jej zdrowia wieś jest na jakiś czas koniecznie potrzebną, że nie ma na to stosowniejszego miejsca jak Brighton.



XX.
Kapitan Dobbin swatem.

Związek Jerzego i Amelji nigdy nie przyszedł by był do skutku bez czynnego udziału kapitana Dobbin, który z gorżkim uśmiechem zapytywał siebie dla czego los wybrał jego z pomiędzy tylu innych, do spełnienia tak drażliwej, a w tym wypadku może nazbyt przykrej roli swata. Ale kapitan był jednym z tych ludzi, którzy się nigdy przed obowiązkiem nie cofają. Przekonany że Amelja życiem swój zawód opłaci, postanowił wszelkich użyć środków żeby ją ocalić.
Nie będziemy tu przytaczać rozmowy dwojga kochanków, kiedy pani Sedley wprowadziwszy Jerzego do pokoju córki, wróciła do sali, gdzie się kapitan Dobbin znajdował. Pani Sedley nie łudziła się nadzieją bo znając dobrze swego męża, była przekonaną, że ten nigdy, po tem co zaszło, na związek córki z Osbornem nie zezwoli. Dla uwydatnienia niewdzięczności pana Osborn’a miss Sedley wyjaśniła kapitanowi wzajemny stosunek dwóch rodzin, sięgając ubiegłych czasów, kiedy rodzice Jerzego z tysiącem podziękowań przyjmowali dla dzieci swoich cacka i zabawki któremi mały Jos nie chciał już się bawić.
— Nie — mówiła pani Sedley — mój mąż nie odda córki swojej synowi człowieka, który mu się taką niewdzięcznością odpłacił. Nigdy on, pewna jestem, na ten związek zezwolić nie zechce; nigdy, nigdy!
— To się wszystko zrobi bez jego zezwolenia — odpowiedział Dobbin śmiejąc się — kapitan Rawdon i dawna przyjaciółka panny Amelji dali nam przykład jak się zwycięża trudności.
Pani Sedley nie wierzyła swoim uszom; kapitan Dobbin nie dał jej czasu ochłonąć z pierwszego, wrażenia i tak dalej mówił:
— Największa przeszkoda, jakiej obawiać się można, grozi nam ze strony pana Osborne, tego nieugiętego despoty; ale i na to jest środek. Wojna obecna podaje sposobność Jerzemu odznaczyć się na polu bitwy; a wtenczas ojciec będzie rozbrojony i musi dać się przebłagać. Zresztą fundusz przypadający Jerzemu po matce, wystarczy młodej parze na zapewnienie skromnego, ale spokojnego życia.
Dobbin w swojej prostocie nie przewidywał wcale żeby niemożność dawania smacznych objadów i jeżdżenia pięknemi powozami przeszkadzała Jerzemu do połączenia się z Amelją. Jedną tylko myślą przejęty, kapitan nie obawiał się ściągnąć na siebie gniewu i nienawiści ojców, tych rodzin, i przedstawiał Jerzemu konieczność natychmiastowego działania przed wystąpieniem pułku na linję bojową. Poparty moralnie przez panią Sedley, która nie miała odwagi wystąpić otwarcie do traktowania z mężem w tak drażliwym przedmiocie, Dobbin udał się do kawiarni, gdzie pan Sedley zawsze bywał w pewnej porze dnia.
Niegdyś w tej samej kawiarni, kiedy pan Sedley wyprawiał suty objad dla Jerzego i Willjama, cała służba miejscowa zwijała się, bacząc na każde jego skinienie. Dziś pusto było w około pana Sedley, którego opuszczenie i zaniedbany ubiór przykre na kapitanie sprawił wrażenie.
— Bardzo mi przyjemnie widzieć pana, powiedział staruszek z wyrazem smutku, ściskając rękę kapitana.
Wyciągnięta postać Willjama i jego ruchy wojskowe zaostrzyły ciekawość posługujących i rozbudziły staruszkę siedzącą przy kantorze, na którym widać było kilkanaście wyszczerbionych filiżanek.
— Jakże się ma szanowny alderman i milady, zapytał pan Sedley rzucając spojrzenie na garsona jakby mu chciał powiedzieć: — Patrz, mam jeszcze znajomych i przyjaciół pomiędzy ludźmi pewnego znaczenia w świecie.
— Czy masz pan co do rozkazania mi, panie kapitanie? mówił dalej pan Sedley. — Moi przyjaciele Dale i Spiggot prowadzą teraz moje interesa, aż do otwarcia, a raczej zreorganizowania mego biura; ale jeżeli mogę wyrządzić panu jaką przysługę...
Dobbin, jak zawsze zmieszany, upewniał pana Sedley, jąkając się że nie przyszedł w żadnym interesie, ale tylko dla uściśnienia ręki dawnego przyjaciela i dla dowiedzenia się o jego zdrowiu.
— Moja matka zdrowa jest... mówił Dobin — To jest... była bardzo cierpiącą: jak tylko będzie mogła wyjeżdżać, to natychmiast odwiedzi żonę pańską. Jakże się ma miss Sedley?
Dobbin zatrzymał się nagle, jak gdyby się swojej hipokryzji sam przeraził.
— Moja żona będzie bardzo szczęśliwa z odwiedzin matki pana — mówił Sedley wyciągając jakieś papiery z kieszeni. Lady Dobbin znajdzie nowy nasz dom znacznie szczuplejszym od dawnego; ale zawsze ją z równą przyjemnością witać będziemy, tak jak wszystkich życzliwych nam przyjaciół. Zmiana powietrza bardzo posłużyła mojej córce, której pobyt w mieście zgubnie wpływał na zdrowie.
Pan Sedley, widocznie roztargniony, przewracał w ręku zwój swoich papierów i po krótkiej przerwie tak się odezwał:
— No, proszę cię, kapitanie, ktoby się tego spodziewał że ten szalony Korsykanin wymknie się z wyspy Elby? Kiedy przyjmowaliśmy monarchów sprzymierzonych w naszej stolicy, przeszłego roku, komu na myśl przyjść mogło że po owych ucztach, świetnych fajerwerkach i po odśpiewaniu uroczystego Te Deum, pokój tak prędko będzie znowu zakłócony? Nie jest że to widoczny podstęp wszystkich europejskich mocarzy w celu zniżenia wartości papierów i zrujnowania tym sposobem naszego kraju? Temu to manewrowi zawdzięczam moje obecne położenie, jak również i to, że moje imię znajduje się w gazetach. Tak, szanowny kapitanie zaufałem cesarzowi rosyjskiemu i księciu Regentowi; a teraz drogo to zaufanie opłacać muszę. Patrz pan na te papiery i porównaj pan kursa dzisiejsze z temi, po jakich ja płaciłem za nie przed pierwszym marca... Co robił ten komisarz angielski, który nic nie wiedział o zamiarach ucieczki cesarza i nie umiał temu zapobiedz? Ten nikczemnik powinien być stawiony przed sąd wojenny i we 24 godzin rozstrzelany!
— Badź pan spokojny; urządzimy obławę na tego lisa, nie ujdzie on rąk naszych — odrzekł kapitan nie bardzo rad z uniesienia pana Sedley, który uderzając pięścią o swoje papiery mówił dalej:
— Nie oszczędzajcie tego łotra, jemu się szubienica należy! Całe życie pracowałem uczciwie, a dziś jestem zrujnowany przez tego nędznika i przez najnikczemniejszych rabusiów!
Widok nieszczęśliwego starca, oddającego się bezsilnym wybuchom gniewu, sprawił na Willjamie dosyć przykre wrażenie.
— Tak — mówił pan Sedley na wpół zachrypniętym głosem — to są jadowite gadziny, które chowamy w zanadrzu; wybaw ich z nędzy, a oni będą najpierwsi żeby cię w przepaść popchnąć przy pierwszej sposobności. Pan wiesz o kim ja mówię, panie Willjamie; chciałbym dożyć chwili kiedy ten człowiek bez serca a raczej ten worek złota wróci do takiej nędzy, w jakiej go przed laty poznałem.
— Mój przyjaciel Jerzy — powiedział Dobbin — mówił ze mną o tem z prawdziwym smutkiem; mam właśnie od niego polecenie do pana...
— A więc to jest powód który pana tu sprowadza? — zawołał starzec żywo poruszony — Ha! zapewne mi przysyła wyrazy współczucia i litości, nie prawdaż? To bardzo szlachetny krok ze strony arystokratycznego młodzieńca; nie radzę mu jednak zbliżać się bardzo do mojego domu. Jest to taki sam infamis jak i jego ojciec. Gdyby mój syn miał trochę męskiej odwagi, toby mu już dawno kulą łeb roztrzaskał. Przekląłem tę chwilę, w której mu otworzyłem drzwi mojego domu; nie chcę żeby jego imię w mojej przytomności wymawiano, i wolałbym tysiąc razy widzieć moją córkę w grobie, jak żeby miała zostać żoną tego człowieka.
— Niesłusznie jest przypisywać Jerzemu uchybienia ojcowskie. Nie zapominaj pan że może i sam przyczyniłeś się nie mało do rozbudzenia w swojej córce uczuć, jakie ma dla Jerzego; czyż nie należy zatem te uczucia szanować?
— Nie, kochany kapitanie, dziś przepaść nieprzebyta dzieli na zawsze nasze rodziny. Jakkolwiek wielki jest mój upadek, nie upadłem jednak tak nisko żebym o tym przydziale mógł zapomnieć. Możesz pan im tę odpowiedź powtórzyć.
— Mnie się zdaje — rzekł Dobbin zniżając głos — że pan nie masz prawa rozrywać ten związek, który w moich oczach ma taką wagę jak gdyby zapowiedzi we wszystkich kościołach londyńskich czytane były. Zresztą jakiemże prawem możesz pan skazywać swoją córkę na łzy i wieczne cierpienie, gotować jej najnieszczęśliwszą przyszłość a może i śmierć przyśpieszyć? I to wszystko dla pogodzenia osobistej niechęci! Powiedz mi pan teraz czy może być lepsza odpowiedź przed światem na wszystkie zarzuty pana Osborn’a, jak gdy syn jego wejdzie do pańskiej rodziny?
Te słowa wywołały na twarzy starca wyraz zadowolenia, ale pomimo to nie przestawał upewniać że nigdy nie pozwoli swej córce wyjść za Jerzego.
— A więc można się obejść bez zezwolenia rodziców — odpowiedział żartobliwie Dobbin.
Kapitan opowiedział historję Rebeki staruszkowi, który szczerze się uśmiał i rzekł wesoło zbierając swoje papiery:
— Jeżeli wszyscy kapitanowie są tak niebezpieczni jak wy, to należy bardzo się was obawiać.
Od czasu kiedy pan Sedley zaczął do tej kawiarni uczęszczać, nie widziano go jeszcze z tak wypogodzoną twarzą. Po tej rozmowie Dobbin i ojciec Amelji rozstali się jako najlepsi przyjaciele.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Moje siostry utrzymują że ona ma brylanty wielkości gołębiego jaja — mówił Jerzy do Amelji śmiejąc się swobodnie — a ja pewny jestem że kiedy będzie prezentowana u dworu to włoży na koniec nosa pierścień wysadzany drogiemi kamieniami. Jeżeli pamiętasz włosy kędzierzawe waszego Samba, to jej warkocze więcej jeszcze do wełny są podobne.
Jerzy żartował sobie w ten sposób z młodej Amerykanki, którą nie tylko ojciec jego, ale i siostry były oczarowane, chociaż znajomość ta do najświeższych należała. Tyle mówiono o wielkich plantacjach, jakie ta młoda osoba posiadała w Indjach zachodnich, o licznych akcjach w kompanji indyjskiej i o znacznych jej kapitałach, że niepodobna było nie zachwycać się jej wdziękami, które już nawet w Morning Post podobno opisane były. Mistress Haggistoun, wdowa po pułkowniku, miała w swojej opiece tę panienkę, która niedawno opuściła pensję i poznała się z rodziną Osbornów na balu, w domu Hulker-Bullock i spółki.
Panny Osborne obsypały czułościami posażną panienkę która dosyć obojętnie przyjmowała wszystkie grzeczności swoich hołdowniczek. Nazajutrz rano powóz familijny Osbornów był już przed mieszkaniem pani pułkownikowej Haggistoun, krewnej lorda Blinkie. Ktokolwiek miał szczęście w swem życiu parę minut z panią pułkownikową rozmawiać, dowiedział się natychmiast o tem pokrewieństwie. Że zaś siostry Jerzego miały wielką słabość do świetnych aljansów, naturalnym tej słabości wynikiem było to, że pani Haggistoun zawróciła im głowę. Jej bogata pupilka nie miała czasu jeszcze nabyć znajomości zwyczajów światowych, ale zresztą posiadała tyle miłych przymiotów, że panny Osborne od razu ją ukochały i nazywały ją już po imieniu.
— Wiele dałbym za to — mówił Osborne do Amelji żebyś mogła zobaczyć ogoniastą suknię z żółtego atłasu, w której ta panna ma być prezentowana u dworu przez lady Blinkie. Blask jej brylantów zaćmiłby oświecenie Vauxhalu owego wieczora, pamiętasz, kiedy Joe w gorącym zapale nazywał Rebekę synogarlicą.
— W jakim ona jest wieku? spytała Amelja.
— Piękna królowa Congo musi mieć ze dwadzieścia trzy lat, chociaż dopiero teraz pensję opuściła. A gdybyś widziała jej pisownię! Pułkownikowa Haggistoun zawsze sama listy za nią pisuje; ale moje siostry dostąpiły tego szczęścia że posiadają szacowny autograf, gdzie Saint-James pisze się Sain Geams
— To nie może być kto inny, jak tylko miss Schwartz, rzekła Amelja, przypominając sobie poczciwą i czułą mulatkę, która dostała spazmów w dzień jej wyjazdu z pensji panny Pinkerton.
— A tak, to właśnie jest jej nazwisko, którego sobie przypomnieć nie mogłem — odpowiedział Jerzy — jej ojciec był podobno z żydów niemieckich, prowadził handel murzynami, a po jego śmierci miss Pinkerton zajęła się wykształceniem jego córki; tym sposobem ta panienka umie grać jakieś warjacje na fortepianie, śpiewa trzy romanse i pisze mniej więcej poprawnie, kiedy pułkownikowa dyktuje jej litera po literze. Jane i Marja pokochały ją jak siostrę i nie mogą żyć bez niej.
— Czemu one mnie tak nie polubiły? — rzekła Amelja ze smutkiem — Nie wiem dlaczego twoje siostry okazywały mi zawsze tyle obojętności?
— Gdybyś miała dwakroć stotysięcy sterlingów to byłabyś także przedmiotem ich uwielbienia — odpowiedział Jerzy. Cóż chcesz? Moje siostrywychowane w tych zasadach i żyją w towarzystwie bankierów City, gdzie pieniądz tylko ma pewne znaczenie. W tym świecie, chcąc być szanowanym, potrzeba często brzękać złotem w kieszeni. Ja tak przywykłem żyć z ludźmi dobrego tonu, że nic nie masz dla mnie nieznośniejszego nad towarzystwo tych nieokrzesanych kupczyków, jak ten niedźwiadek Bullock, który ma zostać moim szwagrem, albo Dipley, nasz współzawodnik, handlujący łojem — dodał Jerzy z wymuszonym śmiechem i rumieniąc się trochę. Nic nie znam równie nudnego jak ich zebrania i objady! Ile tam jest przesady i śmiesznych pretensji! Czy wiesz Ameljo, że ty jedna wyróżniasz się układem i sposobem mówienia od wszystkich kobiet naszego stanu? Ale to nic dziwnego, bo ty jesteś prawdziwym aniołem...
Nasza para zakochana pędziła znowu błogie chwile jak za dobrych czasów. Amelja odzyskała dawną wesołość, a kiedy kapitan Dobbin wróciwszy zdać sprawę ze swego poselstwa, nie mógł wyjść z podziwienia na widok zmiany jaka zaszła w kolorze twarzy i ożywionym humorze Amelji, która śpiewała przy fortepianie, gdy odgłos dzwonka, zwiastujący przybycie pana Sedley, zmusił Jerzego do odwrotu.
Po uprzejmem powitaniu, ojciec Amelji zdawał się nie zwracać prawie uwagi na kapitana, który nie mógł się nacieszyć tą myślą że się przyczynił do uszczęśliwienia Amelji.



XXI.
Sprzeczka z powodu posażnej panny.

Stary Osborne z radością widział gwałtowną czułość jaką córki jego okazywały pannie Schwartz i prawdziwie złote plany roił sobie na przyszłość.
— W naszem skromnem zaciszu Russel Square — mówił do miss Schwartz — nie szukaj pani tej wystawy i przepychów, jakie dają się widzieć w arystokratycznych salonach stolicy. Moje córki są szczere, otwarte i pełne naturalnej prostoty; ale mają serca obdarzone tak trafnym instynktem, że od razu panią pokochały, co im nie mało pochlebia. Co do mnie, jestem człowiekiem prawym w interesach, co mogą potwierdzić Hulker i Bullock, którzy byli w ścisłych stosunkach ze śp. ojcem pani. Jestem tylko negocjantem, ale wierz mi pani że nie umiem sam sobie zdać sprawy z sympatji jaką mię pani natchnęłaś. W naszym domu, powiadam, nie znajdziesz pani zbytku, ale znajdziesz dostatek, skromne obyczaje, wygodne i przyjemne życie, a co więcej, prawdziwą życzliwość. Powtarzam pani że serce moje wyrywa się z radości na widok kochanej Rhod’y, jeżeli mi pani pozwolisz tak się nazywać. Hicks, podaj butelkę szampańskiego wina — za zdrowie naszej miss Schwartz!
Dla czegóżby wątpić o szczerości starego Osborna i jego córek względem miss Schwartz? Czyż mało widzimy ludzi, których serce zwraca się zawsze w stronę, gdzie są worki pełne złota? Nie można zatem dziwić się że panny Osborne w przeciągu lat piętnastu nie objawiały najmniejszej sympatji do Amelji, kiedy przeciwnie uczuły najsilniejsze przywiązanie do miss Schwartz i oceniły jej wysokie zalety w ciągu jednego dnia.
— Byłaby to prawdziwie świetna partja dla Jerzego — mówiły obie siostry do panny Wirt — cóżto za porównanie do tej niesmacznej i ckliwej Amelji!
Ojciec Jerzego myślał podobnie i z rozkoszą wyobrażał sobie jak syn jego porzuci służbę wojskową, wejdzie do parlamentu, zajmie zaszczytne stanowisko w świecie politycznym i w salonach, a nakoniec uszlachetni swoją rasę i zostanie głową licznego pokolenia baronetów. Podczas kiedy panny Osborne mówiły ciągle o Jerzym przed swoją nową przyjaciółką, ojciec ich zbierał jak najdokładniejsze wiadomości o rzetelnym stanie majątkowych interesów panny Schwartz. Młody Bullock, który mu w tem pomagał, wyznał że uważa to za najlepszy interes; nie taił się nawet że samby o tem pomyślał gdyby nie był narzeczonym miss Marji Osborne. Nie mogąc więc mieć bogatej dziedziczki za małżonkę, pan Fryderyk Bullock dokładał usilnych starań żeby zostać przynajmniej jej szwagrem.
Otoż w chwili kiedy niestały młodzieniec wrócił do swojej dawnej kochanki, rodzina jego pracowała nad tem żeby go ożenić, nie przypuszczając wcale żadnej przeszkody z jego strony.
Ojciec Jerzego przyrzekł pułkownikowej że w dzień ślubu syna z jej wychowanką podpisze na imie pani Haggistoun weksel na dziesięć tysięcy sterlingów. Dumny z tego dyplomatycznego wybiegu, objawił Jerzemu stanowczo swoją wolę i kazał mu składać hołdy u stóp bogatej mulatki.
Młody Osborne przedstawiał ojcu że pora do tak uroczystego aktu nie jest stosowna, że pułk jego może co chwila odebrać rozkaz do wymarszu, że lepiej zatem byłoby odłożyć to na później, kiedy się skończy wojna, dająca mu sposobność odznaczenia się i do szybkiego awansu. Jerzy spodziewał się że późniejsze okoliczności i zwłoka czasu uwolni go od więzów, które mu w tej chwili mniej niż kiedykolwiek się uśmiechały.
Papa Osborne nie dawał się temi argumentami przekonać i zbił je tą jedną uwagą że narażać swoje życie wówczas kiedy się ma pod ręką dziesięć tysięcy funtów szterlingów rocznego dochodu, jest największem jakie popełnić można, szaleństwem.
— Więc ojciec chcesz ażeby mnie osądzono jako nikczemnego tchórza, i żebym shańbił nasze imię dla zdobycia szkatułki panny Schwartz? odpowiedział Jerzy z oburzeniem.
Stary zdawał się trochę zakłopotany tą uwagą, ale ulegając wrodzonemu uporowi, odrzekł po chwili:
— Jutro będziesz u nas na objedzie; chcę żebyś tu był zawsze jak tylko miss Schwartz zapowie nam swoją wizytę. Jeżeli potrzebujesz pieniędzy, to możesz zajść do pana Schopper’a.
Nowy zatem przedział wznosił się pomiędzy Jerzym i Amelją, nowa przeszkoda groziła im wiecznym rozdziałem. Dobbin i jego przyjaciel odbywali ciągle wspólne narady; ten ostatni nie zrażał się przeciwnościami i gotował się do zaciętego oporu.
Interesująca mulatka nie przeczuwała intryg przez rodzinę Osbornów prowadzonych; nie podejrzywała nigdy szczerości pieszczot, jakiemi ją siostry Jerzego obsypywały i przyjmowała chętnie ich zaprosiny żeby się przypatrzeć czarnym wąsom kapitana, które dosyć przyjemne na niej sprawiały wrażenie.
Jerzy dziwną posiadał zręczność że umiał być sentymentalno-melancholicznym, co, jak wiemy, porywa często serca tkliwej natury. Czy to się skarżył na gorąco, czy nawet zapraszał kogo na lody, nadawał swoim wyrazom taką barwę smutku i tęsknoty, że przeszłość jego stawała ci natychmiast przed oczami w formie jakiegoś strasznego i burzliwego dramatu. Spoglądał z szyderskim uśmiechem lub z wyrazem politowania na lwów trzeciego rzędu, których na salonach swego ojca spotykał. Jedni śmieli się z niego, drudzy nienawidzili go, a inni nakoniec, jak kapitan Dobbin naprzykład, posuwali uwielbienie dla niego aż do fanatyzmu. Cokolwiekbądź miss Schwartz dawała się coraz więcej oplątać siecią czarnych wąsów.
Ta naiwna istota nie szczędziła sukni nowych, bransolet i kapeluszów, obficie piórami i kwiatami ubranych, żeby tem pewniej ściągnąć na siebie uwagę nadobnego kapitana i jego serce pozyskać. Ile razy panny Osborne ją poprosiły, śpiewała swoje trzy romanse i wygrywała warjacje z niezmordowaną wytrwałością.
Nazajutrz po rozmowie z ojcem, Jerzy odwiedził pana Schopper’a i zabawił parę godzin w Fulham, w nowem mieszkaniu państwa Sedley, zkąd przyszedł do sióstr, gdzie miał już zostać na objedzie. Panna Wir i pułkownikowa Haggistoun przewracały karty Dykcjonarza szlachty i rozmawiały z wielkiem zajęciem o herbach i o starych rodzinach szlacheckich. Miss Szwartz była w swojej ulubionej sukni z żółtego atłasu, miała turkusowe bransolety na rękach, sporą wiązkę kwiatów i piór na głowie i niezliczoną moc pierścieni na palcach.
Jerzy wyciągnął się na sofie w pozycji najodpowiedniejszej melancholicznemu usposobieniu zamyślonego młodziana, i igrał od niechcenia swemi brelokami. Panny Osborne nie mogły od brata ani słowa wydobyć; więc po długich i daremnych usiłowaniach zaczęły rozmawiać o strojach ostatniej mody i o recepcji dworskiej. Miss Schwartz siedziała nieruchoma z rękami symetrycznie ułożonemi na żółtej sukni i zdawała się mówić: „Patrzcie na blask tych kamieni i podziwiajcie moje bogactwa i moją urodę.“ Siostry Jerzego zachwycały się pięknością wytwornej tualety i zapewniały pannę Szwartz że atłas żółty nadzwyczajnie jej do twarzy przypada. Rozmowa nakoniec szła coraz trudniej i panny Osborne zaczęły grać Bitwę pod Pragą.
— O! proszę was, przestańcie — ozwał się Jerzy leżąc na sofie. — Gdyby przynajmniej miss Szwartz zechciała nam co zaśpiewać, to jeszcze rozumiem: ale i w takim razie proszę żeby nie Bitwę pod Pragą.
— Chcesz pan żebym zaśpiewała Błękitne oczy — zapytała miss Szwartz — albo Wianki może?
— Ach, to prześliczny śpiew — zawołały razem obie siostry.
— Znamy go już od dawna — przemówił mizantrop nie ruszając się z sofy.
— Mogę panu zaśpiewać jeszcze Nad brzegiem Tagu — zawołała panna Szwartz z pośpiechem — ale mi słów brakuje.
Na tym śpiewie kończył się cały repertoar młodej mulatki.
— Ach tak! nad brzegiem Tagu — wykrzyknęła miss Marja — ja mam nuty do tego śpiewu.
Panna Osborne miała te nuty od jednej ze swoich przyjaciółek, której imię było wypisane na pierwszej stronnicy. Miss Szwartz po odśpiewaniu romansu miała nadzieję że ją o powtórzenie poproszą i przewracała kartki machinalnie, gdy wzrok jej zatrzymał się na imieniu Amelji Sedley, napisanem u góry pierwszej stronnicy.
— Czy to jest ta dobra Amelja, która była u panny Pinkerton na pensji? — zawołała miss Szwartz zrywając się z krzesła. — Gdzież ona jest teraz? Co się z nią dzieje?
— O! nie mów o niej — rzekła Marja Osborne krzywiąc się — Jej rodzina bardzo nisko upadła. Jej ojciec nadużył naszego zaufania, a my nawet imienia jej nie wspominamy.
— Czy pani jesteś przyjaciółką Amelji? — zapytał Jerzy podnosząc się z sofy. — Nie wierz pani zupełnie tym plotkom; Amelji nic zarzucić nie można. Jest to najlepsza w świecie...
— Wiesz przecie, Jerzy — zawołała miss Jane z przerażeniem — że nie powinieneś mówić w ten sposób; papa tego zabrania.
— Chciałbym wiedzieć kto może mi zabronić mówić o niej kiedy mi się podoba? Otóż powtarzam że w całej Anglji nie ma ani jednej młodej osoby, którąby można do Amelji porównać. Czy jej ojciec jest bankrutem lub, nie, to pewna jednak że moje siostry nie warte są Amelji trzewika rozwiązać — dodał Jerzy zapalając się coraz więcej gniewem. Miss Szwartz, jeżeli pani sprzyjasz Amelji, to zechciej ją pani odwiedzić teraz, kiedy jej bardzo mało przyjaciół zostało. Kto o niej dobrze mówi, jest moim przyjacielem: gdy przeciwnie, uważam za wroga każdego, kto jest przeciw Amelji.
To mówiąc Jerzy uścisnął rękę panny Szwartz.
— Jerzy, Jerzy! dosyć! — mówiła błagalnym głosem miss Jane.
— Otóż zawsze będę mówić — zawołał gwałtownie Jerzy — że wdzięczny jestem tym, którzy kochają Amelję Sed...
Młody Osborne spostrzegł przed sobą bladą postać ojca i wyraz zaczęty zamarł mu na ustach. Wzrok starego zdradzał silne wzruszenie; potrafił jednak powstrzymać się od wybuchu i rozkazawszy synowi podać rękę bogatej mulatce, sam poprowadził do stołu pułkownikowę Haggistoun.
— Miss Szwartz — mówił Jerzy prowadząc pod rękę właścicielkę obszernych posiadłości z Saint Kitto. Od wielu lat kocham Amelję i jesteśmy z sobą od dzieciństwa zaręczeni.
W czasie objadu nerwy pana Osborne były coraz więcej drażnione gadatliwością Jerzego. Chmury się gromadziły, burza była nieunikniona. O ile ojciec był pod wpływem silnego gniewu, o tyle syn zimną krew zachować potrafił i jadł z wielkim apetytem, co więcej jeszcze gniewało pana Osborna.
Kiedy wstano od stołu i kobiety przeszły do salonu stary nie mógł się już powstrzymać i trzęsąc się z gniewu rzekł do syna:
— Ośmieliłeś się wymówić nazwisko tej osoby w moim domu i w obecności miss Szwartz. Cóż to ma znaczyć? Zkądże ta zuchwałość?
— Zrobiłbym ojcu uwagę — odpowiedział Jerzy — że wyraz zuchwałość nie dobrze brzmi w uszach kapitana wojsk angielskich.
— Być może; ale wyrazy przez ojca wymówione zawsze powinny dobrze brzmieć w uszach syna, który, jeżeli zechcę, może nie mieć szeląga w kieszeni i zejść na ostatniego żebraka. Pozwól mi więc mówić jak mi się podoba, i nie miej pretensji kierować mojemi wyrażeniami.
— Jeżeli obowiązkiem syna jest przyjmować uwagi ojcowskie, to jednak mam prawo wymagać żeby te rady lub rozkazy w przyzwoitej formie wypowiedziane były i nie przekraczały granic grzeczności; odparł dumnie Jerzy.
— Gdyby mój ojciec wydał był na moje wychowanie tyle pieniędzy ile mnie mój syn kosztował, byłbym mógł uczęszczać w wyższe towarzystwa, gdzie pewien młody człowiek z mojej łaski jest przyjętym; wtenczas zapewne mój syn nie byłby tak dumnym z nabycia owych pańskich manjer, któremi się zwykł wynosić przedemną. O! za moich czasów nie pozwalano sobie znieważać ojców. Gdybym się był na coś podobnego ośmielił, znalazłbym się niezawodnie za drzwiami, mój panie.
— Ja nie chciałem wcale znieważać nikogo; przypomniałem tylko że jestem takim samym jak ojciec szlachcicem i że należałoby mnie inaczej może jak dotąd traktować. Wiem zresztą że mi ojciec daje pieniądze na moje potrzeby; ale na cóż to ciągle wypominać, jak gdyby z obawy żebym tego nie zapomniał.
To mówiąc Jerzy cisnął w kieszeni konwulsyjnie papiery, które mu Schopper z rana wypłacił.
— Jeżeli zatem masz tak dobrą pamięć, to powinieneś był nie zapominać — mówił ojciec podnosząc coraz więcej głos — że ja jestem panem w tym domu, i że nie chcę żeby to imię... żebyś...
— Żebym co? powtórzył ironicznie Jerzy, napełniając swoją szklankę winem.
— Do kroćset miljon djabłów! — zawołał ojciec — Nie zniosę, żeby mi przypominano imię tego przeklętego plemienia Sedlejów!
— Wszakże nie ja pierwszy wymieniłem miss Sedley; moje siostry mówiły źle o niej przed panną Szwartz, a ja dałem sobie słowo że będę stawać zawsze w jej obronie i nie pozwolę nigdy mówić źle o niej w mojej przytomności. Dosyć już odebrała ona zniewag od naszej rodziny, żeby jeszcze dziś dodawać do tych niesprawiedliwości oszczerstwo i potwarze. Pierwszy, który się na coś podobnego odważy, będzie miał ze mną do czynienia.
— Milcz waspan! — wolał ojciec unosząc się gniewem — dosyć już tych bredni.
— Nie myślę bynajmniej zmienić uczucia dla tej prawdziwie nadziemskiej istoty. Miłość moja jest może w części dziełem ojca; a dziś, kiedy jej serce do mnie należy, godzisz się wymagać żebym ją opuścił, żebym ją zabił może za winy, które na niej nie ciężą wcale. Otóż tu właśnie byłaby podłość, to byłaby najohydniejsza infamja!
— Nie chcę i nie przystoi mi słuchać podobnych niedorzeczności i wybryków sentymentalnych; zawołał ojciec. To pewna że nie przełożę ręki do tego związku i nie pozwolę wprowadzić do mojej rodziny nędzników, którzy się na bruku walają. Zresztą twoja rzecz wziąć albo odrzucić ośm tysięcy szterlingów rocznego dochodu. Ale w ostatnim razie nie masz tu co robić, i dla tego zapytuję cię ostatecznie czy zgadzasz się, na to lub nie?
— Co? żenić się z tą mulatką? powiedział Jerzy poprawiając sobie kołnierzyk. — Lepiejby może było zrobić tę propozycję murzynowi, który zamiata ulice na Fleet Market; co do mnie nie mam najmniejszej chęci posiadania tej Wenery hotentockiej.
Pan Osborne pochwycił gwałtownie za dzwonek kazał służącemu sprowadzić dorożkę dla kapitana.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Otóż interes skończony! mówił Jerzy w godzinę potem wchodząc do Slaughter’a z twarzą bladą i zmienioną.
— Jaki interes? zapytał Dobbin.
Jerzy opowiedział całą rozmowę z ojcem i dodał:
— Jutro ślub z nią biorę, niech... Ah! Willjamie, z każdym dniem uczucie moje dla niej wzrasta i nabiera siły.



XXII.
Miodowe miesiące.

Ojciec Jerzego wiedział dobrze że najsilniejsza twierdza pod naciskiem głodu poddać się musi, liczył więc na pewno że w walce z synem zwycięstwo przy nim zostanie. Przez kilka dni miejsce Jerzego przy stole było opróżnione, stary kupiec, zdawało się, nie zwracał na to uwagi, jednakże musiał o tem myśleć trochę, bo posyłał dowiadywać się do Slaughter’a, gdzie mu powiedziano tyle tylko że Jerzy i jego przyjaciel kapitan Dobbin wyjechali z miasta.
Jednego poranku deszcz wiosenny bił w okna kawiarni Slaughter’a, gdzie kapitan Dobbin w cywilnem ubraniu już od godziny się znajdował. Widoczny niepokój przebijał się w jego twarzy i ruchach: to brał gazetę do ręki, to patrzył na ulicę jak gdyby kogoś oczekiwał, to bębnił palcami po stole i znowu zaczynał czytać dzienniki, to nakoniec gryzł paznogcie, co bynajmniej nie upiększało jego olbrzymich rąk.
Koledzy kapitana, których często w tej kawarni znaleść było można, żartowali sobie z jego wykwintnego stroju, ze zbyt widocznego roztargnienia, i zapytywali go czy nie wybiera się do ślubu? Dobbin uśmiechał się z przymusem i spoglądał w okno co chwila, gdy nareszcie zjawił się Jerzy Osborne, ubrany bardzo starannie, ale blady i mocno zmieszany. Otarłszy czoło fularem indyjskim i napełniwszy cały pokój silnym zapachem wody kolońskiej, Jerzy ścisnął rękę kapitana Dobbin, spojrzał na zegar ścienny, wychylił dwa kieliszki kiraso i rzekł:
— Głowa mię boli szalenie; całą noc nie spałem i teraz trzęsę się jak w febrze. Wypiłbym jeszcze parę kieliszków...
— Nie, nie, dosyć — odpowiedział Dobbin wstrzymując go. Spieszmy się, bo o tej porze jużbyśmy powinni być na miejscu.
Najęty powóz czekał już pod kawiarnią od kilku chwil; służący Jerzego ułożył walizę i usiadł na koźle. Było około wpół do dwunastej kiedy dwaj przyjaciele wsiedli do powozu, który się zatrzymał przed małą kapliczką na rynku w Fulham.
Piękny czterokonny powóz stał przed drzwiami kaplicy.
— Morbleu! zawołał Jerzy — zamówiłem tylko parę koni.
— Mój pan kazał zaprządz cztery, odpowiedział służący pana Józefa Sedley.
Lokaje postępując za panami, mówili po cichu między sobą że ślub bez wstążek, bukietów objadu, sprzeciwia się wszystkim przyjętym w porządnych domach zwyczajom.
— Ah! przecież doczekaliśmy się was! — powiedział Józef Sedley do swoich współtowarzyszy z wycieczki do Vauxhalu. — Spóźniliście się o pięć minut, moi panowie! Ale cóż za czas! To mi przypomina deszcze w Bengalu. Bądźcie jednak spokojni, mój powóz nie przecieka. Wejdźmy — Amelja z moją matką już są w zakrystji.
Joe Sedley był w całej swej świetności: kołnierzyki nakrochmalone sterczały pod uszami, żaboty szerokie majestatycznie wznosiły się pod brodę prawie; buty węgierskie, kamizelka w duże bukiety i frak jasno zielony mogłyby obudzić zazdrość nie jednego dandysa.
Pan Sedley nie chciał być na ślubie córki. Syn zastępował ojca i prowadził pannę młodą do ołtarza, a kapitan Dobbin był drużbą pana młodego. Matka Amelji zalewała się rzewnemi łzami, pomimo że mistress Clopp, współwłaścicielka domu i młoda Irlandka służąca domowa usiłowały ją uspokoić. Z obcych nikogo prawie w kościele nie było. Podczas aktu ślubnego Jerzy odpowiadał głośno i wyraźnie, przeciwne zaś odpowiedzi Amelji, słabym wyrzeczonych głosem, nikt nie słyszał oprócz kapitana Dobbin.
Po odbytej ceremonji Jerzy z twarzą wypogodzoną i promieniejącą szczęściem, zbliżył się do kapitana, uścisnął mu rękę i rzekł ze łzami prawie:
— Wiljamie, niech ci Bóg odpłaci!
Dobbin opowiedział tylko skinieniem głowy; silne wzruszenie nie dozwalało mu mówić.
— Pisuj do nas i odwiedzaj nas często — dodał jeszcze Osborne.
Nastąpiły potem uściśnienia, łzy, pożegnania i smutna rozstania chwila.
Deszcz padał ulewny. Willjam stał na progu kościoła, patrząc na oddalający się powóz, który unosił młodą parę, i kto wie jak długo zostałby w tem położeniu, gdyby nie uczuł ciężkiej ręki, która mu spadła jak kamień na ramię.
— No, kapitanie, chodźmy co przekąsić — mówił Joe, zawsze gotów zjeść i wypić: ale kapitan nie przyjął tego wezwania i wsadziwszy do powozu panią Sedley, powrócił sam jeden do siebie, czując się więcej niż kiedykolwiek samotnym i opuszczonym. Biedny kapitan pragnął już prędzej kilka dni przebyć, żeby ją znowu zobaczyć.
W dziesięć dni po ślubie Amelji, trzech młodych ludzi przechadzało się w Brighton, w malowniczej krainie nad brzegami Oceanu położonej, którą możnaby słusznie nazwać Napoleonem angielskim, przepełnionym arystokratycznemi lazaronami.
— A to djabelnie piękna twarzyczka wyglądnęła przez okno tego domu — rzekł jeden z nich — Czy widziałeś, Crawley, jakiem okiem na mnie spojrzała, gdy przechodziliśmy tamtędy?
— Litości, Joe, dla tej biednej dziewczyny! — odpowiedział drugi — Czyż godzi się zatruwać spokój słabym sercom niewieścim?
— To istny Don Juan — dodał trzeci.
— Dajcie mi pokój — odrzekł Joe z wyrazem wewnętrznego zadowolenia, rzucając jeszcze jedno zabójcze spojrzenie w stronę domu, który wskazywał przed chwilą.
— Cóż będziemy robić nim te panie powrócą zapytał nasz lew po chwili.
— Moglibyśmy grać w bilard — powiedział wysoki wąsal.
— O nie! nie kapitanie — podchwycił Joe — graliśmy wczoraj, to już dosyć.
— Ty jednak masz bardzo w prawną rękę — zawołał Crawley śmiejąc się — nieprawdaż Osborne?
— Niezawodnie — odpowiedział Osborne — Joe gra znakomicie w bilard, nie mówiąc już o tylu innych zaletach. Wielka szkoda że nie możemy tu urządzić polowania na tygrysy, zabilibyśmy kilka sztuk przynajmniej przed objadem. Joe powinienby nam opowiedzieć kilka zajmujących historyjek o polowaniu w Indjach i o swojem spotkaniu, z tygrysem. Ach! Crawley, nie słyszałeś nigdy, pewny jestem, nic podobnego.
Rozmowa przerwała się na chwilę. Jerzy zaczął poziewać i rzekł po niejakiej przerwie:
— Jakież tu śmiertelne nudy! co tu robić?
— A gdybyśmy poszli zobaczyć konie świeżo przyprowadzone z jarmarku z Lewes? — powiedział Crawley.
— Dlaczegożbyśmy nie poszli na ciastka raczej? zagadnął Joe. — Piekarka wcale nie od rzeczy. Już ją widziałem; bardzo przystojna dziewczyna.
— To lepiej już idźmy na spotkanie „Błyskawicy;“ oto właśnie godzina, kiedy statek przybywa — powiedział Jerzy.
Zaledwie ten ostatni wniosek został przyjęty, gdy nadjechał piękny herbami ozdobiony powóz Józefa Sedley.
Dwie młode kobiety siedziały w powozie; jedna z nich była ubrana podług najświeższej mody, druga zaś bardzo skromnie. Ta ostatnia, spostszegłszy trzech młodych ludzi, kazała się zatrzymać woźnicy i jakby zawstydzona tem że pozwoliła sobie wydawać rozkazy, żywym zapłonęła rumieńcem.
— Zrobiłyśmy prześliczny spacer, Jerzy — rzekła — i... bardzo jesteśmy zadowolone... Józefie, nie zatrzymuj mego męża do późna...
— Niech pan naszych mężów nie psuje, panie Sedley — dodała druga dama grożąc wdzięcznie palcem.
— Na honor... przysięgam pani... Oh! mistress Crawley! — wybąkał zakłopotany Joe schylając głowę i poprawiając swoje żałoby. Gdy powóz oddalał się, Joe przesyłał w powietrzu całusy i byłby oddał wszystko, ażeby cały Brighton, Londyn i Kalkuta mogły go zobaczyć w towarzystwie tak sławnego lwa jak Rawdon Crawley i rozmawiającego z tak piękną damą jak mistress Rebeka Crawley.
Nasi nowożeńcy przybyli do Brighton prosto od ołtarza, i zatrzymali się w hotelu marynarki, gdzie przepędzili kilka dni błogiego spokoju i szczęścia czekając przyjazdu Józefa Sedley. Pewnego wieczora przechadzając się nad brzegiem morza, spotkali się i Rebeką i jej mężem.
Rebeka rzuciła się w objęcia Amelji, Crawley Osborne uścisnęli sobie ręce. Becky potrafiła bardzo prędko zatrzeć w pamięci Osborna wszystko cokolwiek mu nieprzyjemnego była powiedziała, kiedy się ostatni raz widzieli.
— Czy pamiętasz pan — mówiła do niego — jakeśmy się ostro przymuwili u miss Crawley? Może ja za nadto byłam cierpką w moich wyrażeniach, kochany kapitanie; ale zdawało mi się wówczas że pan byłeś obojętny trochę dla Amelji, i to mnie tak bolało, że nie mogłam słów moich miarkować. Podajmy sobie ręce kapitanie, i zapomnijmy o tem.
Rebeka podała rękę z takim wdziękiem, że Jerzy szczerze ją uścisnął i słowom Rebeki uwierzył.
Obie przyjaciółki opowiedziały sobie wzajemnie wszystkie szczegóły swego zamążpójścia, i zwierzyły jedna drugiej swoje nadzieje i obawy o przyszłość: Jerzy oczekiwał z trwogą wiadomości od kapitana Dobbin, który podjął się był przygotować i uwiadomić pana Osborne o tem co się stało. Rawdon zawsze zostawał w niełasce u ciotki, na której wszystkie swoje nadzieje opierał. Drzwi jej domu w Park Lane były dla niego szczelnie zamknięte; dowiedziawszy się więc o wyjeździe ciotki do Brighton, kapitan i Rebeka popędzili w te ślady i ustawili swoich wierzycieli na czatach nieustających w ulicy, gdzie był dom zajmowany przez miss Matyldę Crawley.
— Jeżeli ciotka nie da się ugłaskać, to wierzycieli nasi będą zgrzytać zębami; — mówiła Rebeka do Amelji kończąc opowiadanie swoich przygód.
Rawdon roześmiał się głośno i zaczął opowiadać jak Rebeka umiała zręcznie pozbywać się wierzycieli, jak się jej udało kilka razy wyprawić najbardziej natrętnych i dodał nakoniec że nie wierzy żeby na kuli ziemskiej mogła być żona, któraby ten nieoceniony talent w tak wysokim stopniu posiadała. W samej rzeczy młode małżeństwo znalazło się w wielkich kłopotach finansowych i musiało się nieraz do tych środków uciekać. Te okoliczności wszakże nie wpływały zupełnie na humor Rawdona.
Żeby żyć wygodnie a nawet zbytkownie, potrzeba tylko być zadłużonym; wówczas nie ma się nic do odmówienia sobie i umysł tym sposobem używa swobody i błogiego spokoju. Rawdon i Rebeka zajmowali najpiękniejszy apartament w najpierwszym hotelu, gdzie cała służba uwijała się koło nich ze szczególną czołobitnością. Manjery arystokratyczne, strój wykwintny i pewne lekceważenie w obejściu nadają czasem większe znaczenie, aniżeli kapitały na bankach złożone.
Dwie pary nowożeńców nie mogły żyć bez siebie.
Wieczory przepędzano razem; panie rozmawiały z sobą, a panowie grali w bilard i karty, co napełniało w części pustą kieszeń Rawdona, który zaczynał już potrzebować gotówki.
Ale wróćmy do naszych trzech młodych ludzi, którzy po oddalenia się powozu szli na spotkanie Błyskawicy i zatrzymali się przed stacją omnibusów.
— Brawo! zawołał Jerzy — Otóż i Dobbin przybywa.
Jerzy rzucił się pospiesznie powitać przyjaciela, którego z wielką oczekiwał niecierpliwością.
— Jakże się miewasz, kochany Wiljamie? Dobrze bardzo zrobiłeś żeś do nas przyjechał. Amelja będzie uradowana jak cię zobaczy. — Po chwili zniżając głos dodał: — Jakież mi przynosisz wiadomości? Czy byłeś w Russell-Square? Powiedz mi wszystko i nic nie ukrywaj.
Dobbin był blady i zdawało się że był więcej jeszcze poważny w mowie i ruchach jak zwykle.
— Widziałem twego ojca — odpowiedział powolnie. Jak się ma Amelja... pani Osborne? Opowiem ci wszystko, ale najważniejszą z nowin jest ta, że...
— Mów prędzej — przerwał Jerzy z wzrastającym niepokojem.
— Wysyłają nas do Belgji; rozkaz do wymarszu już ogłoszony. Heavytop, cierpiący na podagrę, jest w rozpaczy że musi zostać. Pułkownik O’Dowd ma go zastąpić. Wychodzimy z Chatam w przyszłym tygodniu.
Te wiadomości spadły jak piorun i pogrążyły obie pary nowożeńców w głębokiej zadumie.



XXIII.
Kapitan składa dowody dyplomatycznych zdolności.

Któż potrafi wytłumaczyć jakim sposobem Wiliam Dobbin, człowiek miękkiego serca i łatwo dający się powodować każdemu, umiał rozwinąć w sobie sprężystą energję i przenikliwą zręczność tam gdzie interes Osborna tego wymagał?
Podczas kiedy Jerzy i Amelja pędzili miodowe miesiące w Brighton, Willjam pracował żeby zmienić usposobienie pana Sedley dla zięcia, naglił Józefa do wyjazdu do Brighton, sądząc że położenie towarzyskie poborcy z Boggley-Wollach podniesie zachwiany zupełnie kredyt ojca Amellji, i starał się nakoniec złamać upór starego Osborna i uwiadomić go z wszelką roztropnością o związku Jerzego z Amelją.
W tym celu zapewnił sobie sprzymierzeńców w domu Osbornów starając się pozyskać siostry Jerzego, żeby tem łatwiej działać na ojca i przygotować go do stanowczej wiadomości.
Długo nasz Machiawel rozmyślał nad tem, jakim sposobem mógłby siostrom Jerzego powierzyć tajemnicę brata, jak poparcie ich sobie zapewnić?
Wiljam Dobbin nie lubił balów, jak wszyscy ludzie poważniejszych usposobień; ale dowiedziawszy się dokładnie od matki o wieczorach, na które panny Osborne były zaproszone postarał się o bilet dla siebie i poszedł na jeden z tych balów. Zaledwie wszedł do salonu, znalazł się obok panien Osborne, których już przez cały wieczór nie opuścił, tańczył tylko z niemi, był pełen uprzedzającej grzeczności dla nich i w końcu prosił żeby miss Osborne pozwoliła mu przyjść nazajutrz rano do siebie dla pomówienia z nią w ważnej bardzo sprawie.
Trudnoby nam było powiedzieć dlaczego ta młoda osoba zaczęła drżeć jak liść, spoglądać na kapitana i spuszczać skromnie oczy. To pewna że skłoniła głowę na ramię swego tancerza i byłaby może zemdlała w jego objęciu, gdyby silne nastąpienie kapitana na nogę tancerki nie było ją przywołało z krainy marzeń w świat smutnej rzeczywistości. Przyczyna tego wzruszenia zostanie na zawsze dla nas tajemnicą; wiemy tylko że kiedy Dobbin przyszedł nazajutrz do Russel-Square Marji nie było w salonie, a miss Wirt wyszła pod pozorem odszukania Marji, zostawiając miss Jane sam na sam z kapitanem. Przez kilka chwil panowało w salonie tak uroczyste milczenie, że słychać było wyraźnie ruch wahadła w zegarze, stojącym na kominie i przedstawiającym ofiarę Ifigenji z bronzu odlaną.
— Jakże miły wieczór spędziliśmy wczoraj! — przemówiła panna Osborne, jakby dla ośmielenia Wiljama — Ale pan zostałeś doskonałym tancerzem, ręczę że musiałeś pan brać lekcje tańców — dodała z przenikliwym niby uśmiechem.
— Ah! chciałbym żebyś mnie pani widziała tańczącego z majorową O’Dowd! Zmieniłabyś pani, pewny jestem, to pochlebne o moim tańcu przekonanie. Ale któżby mógł źle tańczyć z panią, która tak cudownie tańczysz?
— Czy pani majorowa jest młoda jeszcze i piękna osoba? — zapytała znowu miss Osborne. — Co za smutne położenie być żoną wojskowego w dzisiejszych czasach ciągłych wojen! Nie pojmuję nawet jak można być usposobioną do tańcu w takich okolicznościach. Oh! gdybyś pan wiedział jak ja truchleję o naszego Jerzego! Czy jest wielu żonatych oficerów w pańskim pułku?
— Dosyć niezręcznie bierze się do rzeczy — szepnęła do siebie miss Wirt stojąc podedrzwiami i patrząc przez dziurkę od klucza.
— Jeden z moich kolegów — mówił Dobbin, zmierzając prosto do celu — ożenił się nie dawno; była to dawna miłość, ale ta młoda para tak uboga jest w dary ziemskie, że biedniejsi są od szczurów kościelnych.
— Ale to właśnie jest pełne interesu — przerwała miss Osborne — Czy może być więcej romantyczna sytuacja? Nie masz nic równie pięknego jak iść za popędem uczucia.
— Jest to perła naszego pułku — mówił dalej kapitan, ośmielony sympatycznemi słowami panny Osborne — Cała armja, wierz mi pani, nie posiada dzielniejszego i piękniejszego oficera. A żona jego co to za kobieta! Dosyć ją zobaczyć żeby na zawsze pokochać!
Widząc zmięszanie kapitana, który zapinał i odpinał swój surdut z wielkiego kłopotu, miss Osborne była najpewniejszą że chwila stanowcza nadeszła. Zdawało się jej że kapitanowi tchu zabrakło i że zasiliwszy płuca zaczerpnięciem świeżego powietrza, Dobbin przystąpi do uroczystych wyznań, do przyjęcia których miss Osborne była zupełnie przygotowaną. Zegar na kominie zaczął bić dwunastą godzinę. Ostatnie dźwięki przebrzmiały nakoniec, a pannie Osborne zdawało się że bicie zegara trwało całą godzinę, do tego stopnia ciekawość jej była zaostrzoną.
— Ale ja mam mówić z panią w myśli... albo właściwie z powodu związku... to jest... bo nie chciałbym dać pani do myślenia... Otóż, krótko mówiąc... rzecz tu idzie o Jerzego.
— O Jerzego? powtórzyła panną głosem, w którym się przebijało tak komiczne zdziwienie, połączone z zawodem, że miss Wirt i miss Marja nie mogły powstrzymać śmiechu za drzwiami. Nawet poczciwy kapitan uśmiechnął się lekko.
— A tak, o Jerzego; odrzekł Dobbin. Wiadomo pani zapewne o nieporozumieniu jakie zaszło pomiędzy ojcem pani i Jerzym, którego ja kocham jak brata. Jutro, być może, kraj opuścimy; któż może przewidzieć jak się nasza wyprawa skończy? Chciałbym więc żeby ojciec i syn pojednali się przed rozstaniem.
— Ale to nieporozumienie, o którem pan mówisz, jest bardzo nieznaczące — odpowiedziała panna Osborne; nie ma tam nic więcej jak tylko lekkie przemówienie się, i my codzień prawie spodziewamy się Jerzego zobaczyć. Mój ojciec robił mu uwagi dla jego własnego dobra, ale jak tylko wróci, wszystko, pewna jestem, pójdzie w zapomnienie. Nawet nasza poczciwa Rhoda Szwartz wszystko mu przebaczy; my kobiety tak jesteśmy skłonne do przebaczania.
— To prawda, masz pani słuszność. Otóż właśnie dlatego uważam za największego zbrodniarza człowieka, który zasmuca taką anielską istotę jak kobieta — mówił przewrotny kapitan. A pani, naprzykład, cóżbyś pani zrobiła gdyby człowiek, który przysięgał wieczną miłość, przeniewierzył się pani w końcu?
— Oh! jabym tego nie przeżyła! Rzuciłabym się przez okno! Wypiłabym truciznę! Nie wytrzymałabym takiej boleści! Oh! to więcej jak pewna — zawołała sentymentalnie panna Osborne, która nie przestawała żyć, pomimo że kilku kawalerów narzeczonych już się jej wymknęło.
— Ręczę że pani nie jesteś jedyną osobą, która tak myśli. Pewny jestem że wszystkie młode osoby obdarzone czułem sercem muszą zdanie pani podzielać. Nie mówię tu wcale o bogatej Indyjance, ale o biednej dziewczynie, którą Jerzy ukochał od dzieciństwa i o której całe życie myślał. Widziałem ją w nieszczęściu, znoszącą największy niedostatek z godną uwielbienia rezygnacją. Chcę mówić o miss Amelji Sedley. Ah! miss Osborne, czy szlachetne serce pani może oburzać się na brata za dochowanie wierności, za dotrzymanie raz wykonanej przysięgi? Czyż życie jego byłoby znośnem, gdyby miał sobie do wyrzucenia że tę nieszczęśliwą dziewczynę opuścił? Oh! dobra miss Osborne, chciej pani pokochać tę, która zawsze panią szczerze kochała... Przychodzę właśnie w imieniu Jerzego powiedzieć pani że on się uważa za człowieka, który do siebie nie należy, bo jest związany świętą przysięgą. Błagam więc panią żebyś mu w tej sprawie swego poparcia nie odmawiała.
Słowa Wiljama Dobbin zrobiły dosyć silne wrażenie na siostrze Jerzego.
— Jednak to dziwne — rzekła miss Jane — żeby odrzucać tak świetną partję! W każdym razie, panie kapitanie, Jerzy znalazł w panu bardzo dzielnego obrońcę; szkoda tylko że pańskie usiłowania są zupełnie stracone. Mogę wszakże upewnić pana o mojej najszczerszej życzliwości dla tej nieszczęśliwej miss Sedley, ale co do związku Jerzego z tą młodą osobą, to zapewniam pana że mój ojciec nigdy na to nie zezwoli... Zresztą panienka dobrze wychowana... mająca dobre zasady... powinnaby... Jerzy nawet sam powinienby nie myśleć już o tem.
— Więc człowiek honoru powinien opuścić kobietę, którą kochał, dla tego tylko że ją nieszczęście dotknęło? — powiedział Dobbin podając rękę pannie Osborne. — Oh! miss Jane, nie mogę uszom moim wierzyć. Jerzy nie może i nie powinien porzucać tej dziewczyny, wierz mi pani, nakoniec, czy sądzisz pani że możnaby panią zapomnieć, gdybyś została ubogą jak miss Amelja Sedley?
To zręczne zapytanie obudziło w sercu panny Osborne dosyć przyjemne uczucie.
— Nie wiem, doprawdy, o ile my słabe istoty możemy wierzyć wszystkim pięknym słówkom panów. Wrodzona kobietom tkliwość usposabia nas do łatwo wierności, której panowie bez litości nieraz nadużywacie.
Dobbin uczuł przy tych słowach tak wyraźny uścisk ręki, zostającej niby niedbale w jego ręku, że skoczył jak uparzony i obie ręce rozdzieliły się gwałtownie.
— Niesłusznie pani robisz nam zarzut — odrzekł kapitan — jeżeli są zwodziciele i kłamcy, to wyjmij pani z tej kategoryi swego brata, który nie przestanie kochać miss Amelji Sedley i za żadne skarby świata z drugą się nie ożeni. Czyżbyś pani naprzykład odważyła się radzić Jerzemu żeby opuścił tę, którą od dawna ukochał i dla której do dziś toż samo zachował uczucie?
Miss Jane szukała sposobu uniknienia doraźliwej odpowiedzi i rzekła po chwili:
— Dobrze, więc jeżeli pan nie przyznajesz się do zwodniczych słówek, to przyznasz się pan co najmniej do romantycznego usposobienia.
Kapitan nic na to nie odpowiedział, ale po krótkiem milczeniu wybrawszy chwilę, która mu się zdawała najstosowniejszą do oznajmienia tak ważnej wiadomości, powiedział cichym głosem:
— Jerzy nie może wyrzec się Amelji, bo jest już z nią po ślubie.
Kapitan opowiedział następnie wszystkie szczegóły tego wypadku: rozpacz Amelji, smutek Jerzego, ślub na którym pan Sedley nie chciał być obecnym, wyjazd młodej pary do Brighton i t. d. Dobbin zakończył tem że Jerzy pełen zaufania w dobroć swoich sióstr, nie wątpi ani na chwilę o ich przywiązaniu i o usiłowaniach, jakich siostry zechcą dołożyć w celu pojednania go z ojcem i przebłagania niezasłużonego gniewu ojca. Nasz dyplomata prosił nadto żeby mu wolno było jeszcze odwiedzić pannę Osborne, która skwapliwie to przyzwolenie udzieliła; poczem kapitan ukłonił się i wyszedł, przekonany że pierwej nim wyjdzie na ulicę, rozmowa jego z miss Jane będzie już znaną całemu towarzystwu w domu przy Russel Square, w czem się zupełnie nie mylił.
Zaledwie drzwi salonu zamknęły się za kapitanem, miss Wirt i siostry Jerzego były już razem. Te panie gubiły się w przypuszczeniach co do wrażenia jakiego dozna pan Osborne na wiadomość o postępku Jerzego; gdy wtem odgłos dzwonka rozległ się w domu i napełnił trwogą spiskujące w salonie panny. Otóż ojciec nadchodzi, pomyślała każda z nich, przybierając wyraz powagi stosownej do okoliczności. Tymczasem był to tylko pan Fryderyk Bullock, który obiecał był towarzyszyć pannom na wystawę kwiatów.
Ma się rozumieć że nowo przybyły został natychmiast przypuszczony do tajemnicy, ale zupełnie był dalekim od sentymentalnej zadumy, w jakiej panny Osborne zdawały się być pogrążone. Bo cóż może mieć więcej uroku w oczach młodych panien jak ślub potajemny? Ta okoliczność stawiła Amelję nierównie wyżej w przekonaniu panien Osborne, które, jak wiemy, nie wiele ją ceniły. Inaczej rzecz się miała z panem Bullock, biegłym finansistą, który obliczył bardzo łatwo że ożenienie się Jerzego, obudzając gniew ojca, powiększało posag panny Marji Osborne o trzydzieści tysięcy sterlingów nad to co Bullock pierwej sobie wyrachował.
— Pardieu, miss Jane — mówił patrząc chciwie na starszą siostrę, jak gdyby młodsza już mu nie wystarczała — Eels będzie sobie włosy wyrywać z rozpaczy że zaprzestał starać się o pannę, której papiery podniosły się o trzydzieści tysięcy.
Panny Osborne nie byłyby może same odkryły tej kombinacji pieniężnej, ale Bullock z zajęciem omawiał ten przedmiot przez cały czas rannej wycieczki, zkąd wynikło, że obie siostry powróciły na obiad z wysokiem przeświadczeniem o swojej godności i z wiarą w świetny los jaki je oczekiwał dzięki nierozsądnemu przywiązaniu Jerzego do Amelji.




XXIV.
Pan Osborne wykreśla kogoś z biblji rodzinnej.

Kapitan miał jeszcze przed sobą najtrudniejszą część swego posłannictwa do spełnienia; wyszedłszy z Russel-Square udał się do miasta i zmierzał w kierunku tej części City, gdzie było bióro pana Osborna. Myśl spotkania się z ojcem Jerzego nie zbyt uśmiechała się Willjamowi; kilka razy chciał się już cofnąć z drogi, wiedząc dobrze że panny Osborne nie będą zwlekać z uwiadomieniem ojca o tem, co się stało, bo tajemnicy długo zachować nie potrafią. Ale Dobbin przypomniał sobie że obiecał Jerzemu zdać sprawę z usposobienia Osborna i opowiedzieć w jaki sposób ojciec przyjmie niespodziewaną wiadomość. Bilecik, w którym kapitan prosił o kilka chwil czasu dla pomówienia w interesie Jerzego, poprzedził wizytę dyplomaty. Pan Osborne kazał najuprzejmniej prosić kapitana i czekał go niecierpliwie, pewnym będąc że przynosi mu wyrazy skruchy synowskiej i zdanie się na łaskę lub niełaskę ojca.
— Będziemy mieli wkrótce świetne wesele, mówił stary do pierwszego komisanta p. Szopper, zacierając ręce z ukontentowania.
Kapitan spodziewając się niemiłej a może nawet burzliwej rozmowy, wchodził do biura z przykrością a nawet z lekkim wyrzutem sumienia, bo w samej rzeczy któż jeżeli nie on ożenił Jerzego z Amelją?
Spojrzenie przenikliwe Szopper’a siedzącego przystole na wysokim taborecie, było już dostateczne żeby kapitanowi resztę odwagi odebrać.
— Wejdź pan — powiedział pierwszy komisant, wskazując piórem drzwi drugiego pokoju — mój pryncypał czeka na pana.
Dobbin wszedł nieśmiało, ale pan Osborne wstał natychmiast, podszedł ku niemu i wziąwszy go za rękę rzekł:
— Jakże się miewasz, kochany kapitanie, mój dobry przyjacielu?
Te przyjazne wyrazy podwoiły wyrzuty sumienia biednego Willjama; to bladł, to czerwieniał patrząc na uśmiechniętą twarz pana Osborna, brząkającego spokojnie złotem w kieszeni, podczas kiedy on, prawdziwy winowajca, przychodził oznajmić ojcu podniesiony przez syna bunt, którego sam był sprawcą, przyjmując miano dobrego przyjaciela.
— On ma więcej minę wieśniaka prostego aniżeli kapitana — myślał sobie Osborne — to dziwna że Jerzy nie okrzesał go trochę i nie starł z niego tej rubasznej skorupy.
Dobbin zdobył się nakoniec na odwagę i przemówił:
— Przynoszę panu wiadomości niezmiernie wielkiej wagi. Przy końcu tego tygodnia pułk nasz odbierze rozkaz wejścia do Belgji. Otóż nie potrzebuję mówić panu że nie wszyscy może tu powrócimy.
Postać pana Osborna przybrała wyraz poważny.
— Mój syn... cały pułk, pewny jestem — odrzekł — potrafi wypełnić swój obowiązek.
— Francuzi mają dosyć wojska — mówił dalej Dobbin — nim przybędą armje rossyjska i austrjacka, będziemy zmuszeni stawić czoło siłom, których lekcyważyć nie można. Zauważ pan nadto że Bonaparte wszystkich użyje środków ażeby w tem pierwszem starciu zadać nam jak największe straty.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć — przerwał p. Osborne marszcząc brwi. Nie sądzę żeby ci przeklęci Francuzi mogli przejąć strachem żołnierza naszej armji.
— Zupełnie się z panem zgadzam; ale chciałem tylko nadmienić że w obecnych okolicznościach należałoby zapomnieć o wszystkiem, co zaszło pomiędzy panem i Jerzym i podać sobie rękę. Gdyby na nieszczęście Jerzy poległ na polu bitwy, to miałbyś pan powód do żalu na całe życie.
Twarz kapitana przeszedłszy stopniowo przez wszystkie odcienia czerwonego koloru, stawała się siną prawie.
— Pan jesteś nieoceniony człowiek, panie Willjamie — rzekł p. Osborne ujmującym tonem. Tak jest, my nie możemy rozstać się z sobą inaczej jak z sercem wolnem od najmniejszej choćby urazy. Pan wiesz dobrze że ja robiłem wszystko, co tylko było w mocy kochającego ojca. Zapytaj pan Szopera ile dawałem mu pieniędzy: pewny jestem że żadem ojciec, nie wyłączając pańskiego, nie dawał nigdy trzeciej części tego, co Jerzy dostawał odemnie. A teraz, kiedy mu ofiaruję partję, którąby największy magnat nie pogardził, on ani chce słyszeć o tem! Pytam się pana kapitana, kto tu winien i kto jest tych wszystkich nieporozumień przyczyną? Już też nie ja. Bo o cóż mi więcej chodzi, jeżeli nie o dobro mojego syna? Wszaksze z tą jedynie myślą pracuję ciężko od chwili, w której Jerzy przyszedł na świat. Nikt mnie tu o egoizm posądzić nie może. Niech tylko wróci a ja mu wszystko przebaczę i zapomnę. Co zaś do jego ożenienia się, to jest ono w tej chwili niepodobieństwem: może się tylko pogodzić z panną Schwartz, a o weselu pomyślimy później. Byleby wrócił z tej wyprawy ze stopniem pułkownika, to już ja biorę na siebie resztę i napełnię mu kiesę szterlingami. Cokolwiekbądź, cieszę się bardzo że pan go na dobrą prowadziłeś drogę. Oh! wiem ja dobrze że panu to zawdzięczam; nieraz już pan wpłynąłeś szczęśliwie na niego dobrą radą. Niech więc przybywa, możesz mu pan powiedzieć że znajdzie mnie pobłażliwym. Dziś jeszcze jego miejsce przy stole czekać na niego będzie: zamiast wymówek, znajdzie przed sobą doskonałą sarninę.
W miarę jak rozmowa przybierała cechę przyjacielskiej pogadanki, kapitan coraz wiecej czuł się winnym najczarniejszej zdrady i był przez cały czas wizyty jak na torturach.
— Mnie się zdaje — odpowiedział — że pan jesteś w błędzie. Mogę panu zaręczyć że Jerzy ma nadto szlachetności w charakterze, ażeby się miał sprzedawać i dla pieniędzy żenić. Przekonany nawet jestem że groźba wydziedziczenia go nie odniesie żadnego skutku, ale owszem podwoi tylko jego opór.
— Czy pan żartujesz, że pan nazywasz groźbą ośm lub dziesięć tysięcy rocznego dochodu? zapytał wesoło Osborne. Gdyby miss Schwartz mnie samego przyjęła, tobym się ani chwili nie dał prosić. Bo co mi tam znaczy kolor skóry?
Głośny śmiech pana Osborna dozwalał wnosić że szanowny kupiec był bardzo zadowolony z swego dowcipu.
— Pan zapominasz że syn pański od dawna już związany jest słowem — powiedział kapitan Dobbin poważnie.
— Jakto? O jakim to słowie pan chcesz mówić? zapytał Osborne głosem zdradzającym gwałtowny wybuch gniewu. — Nie możesz pan spodziewam się widzieć w moim synie szaleńca tak nieroztropnego, żeby jeszcze myślał o córce tego oszusta i bankruta? Pozwalam sobie mniemać że pan byś się nie podjął, nawet w jego imieniu, robić mi podobnej propozycji. A pięknaby to była partja dla mego syna połączyć się z córką nędznego żebraka! O! jeżeli mu podobna przyjdzie fantazja, to radzę mu od razu kupić miotłę i pójść zamiatać ulicę. Pamiętam ja dobrze te zalotne spojrzenia i te syrenie uśmiechy, jakiemi chciano mego syna złowić w te sidła. Było to zręcznie urządzone polowanie, do którego jej ojciec, ten wytrawny łotr pomagał.
— Pan Sedley był jednym z pańskich dobrych przyjaciół — przerwał Dobbin, nie mogąc się powstrzymać, był czas że pan nazywałeś go inaczej, nie łotrem i oszustem. Któż zresztą gorliwiej od pana pracował nad ułożeniem tego związku? W każdym razie Jerzy nie ma prawa lekceważyć losu i spokoju tej biednej dziewczyny.
— Los i spokój! Los i spokój! A niech mnie diabli wezmą jeżeli to nie te same słowa, które Jerzy miał ciągle na języku, kiedy mu przed kilkunastu dniami uwagi robiłem. To więc pan uzbroiłeś mego syna przeciw mnie? Bardzo panu za to dziękuję i oświadczam zarazem, że nie spieszę się wcale z przyjęciem żebraków do mojej rodziny. A pocóż Jerzemu żenić się z tą dziewczyną? Czy pan myślisz że nie można pozyskać jej względów mniejszym kosztem?
— Uprzedzam pana — zawołał Dobbin trzęsąc się z gniewu — że nie pozwolę podobnych żartów nikomu, a tem mniej panu w mojej przytomności!
— A więc to wyzwanie, jeżeli się nie mylę? W takim razie każę przynieść pistolety — rzekł Osborne sięgając ręką po sznurek od dzwonka. — Jak widzę jesteś pan tu przysłany przez Jerzego dla znieważenia mnie i...
— Panie Osborne? — przerwał Dobbin, — To pan przeciwnie znieważasz najniewinniejszą i najszlachetniejszą istotę, którą jednak winieneś pan oszczędzać, bo ona jest żoną pańskiego syna.
To powiedziawszy Dobbin wyszedł, zostawiając samego Osborna, który upadł na krzesło i rzucał w około siebie spojrzenia pełne dzikiego gniewu. Na odgłos dzwonka przybiegł służący, a Szopper przeczuwając coś nadzwyczajnego, rzucił się w pogoń za wychodzącym kapitanem i dopędziwszy go na schodach, rzekł zadyszany:
— Na miłość Boga, kapitanie, co się to stało? Mój pryncypał jest nieprzytomny prawie. Cóż to pan Jerzy mógł zrobić takiego?
— Ożenił się z miss Amelją Sedley. Byłem jego drużbą, a pan, spodziewam się; będziesz zawsze jego przyjacielem.
— Oj źle panie kapitanie, źle — powiedział stary komisant, kiwając głową. — Nasz pryncypał nie łatwo daje się ułagodzić.
Upewniwszy się że Szopper będzie go uwiadamiać o każdym wypadku, tyczącym się tej sprawy, Dobbin wrócił do siebie smutny i zamyślony.
Przenieśmy się teraz do Russel-Square. Była to godzina objadowa. W sali jadalnej cała rodzina siedziała już przy stole, ale nikt nie śmiał przemówić na widok gniewnego i surowego oblicza pana Osborna. Ciszę ponurą, przerywał tylko kiedy niekiedy brzęk szkła i porcelany. Miejsce Jerzego było niezajęte. Fryderyk Bullock, który był także na objedzie, zmuszony był miarkować swoją radość; służący chodzili na palcach, a wszyscy w ogóle wyglądali niecierpliwie końca objadu.
Chwila upragniona nadeszła. Pan domu podniósł oczy na obecnych, zatrzymał wzrok na miejscu opróżnionem i rozkazał zdjąć nakrycie przeznaczone dla Jerzego. Potem odtrącił nogą swoje krzesło, wymówił jakieś w niezrozumiałych wyrazach przekleństwo i odszedł do swego pokoju. Gabinet pana Osborna znajdował się obok sali jadalnej. Nikt z domowych nie miał prawa wchodzić do tego przybytku, gdzie znajdowały się dwie duże szafy z książkami i fotel czerwonym safjanem pokryty. Od pierwszego stycznia do ostatniego grudnia żadna ręka świętokradzka nie poruszała książek na pułkach, nikt z członków rodziny nie odważyłby się dotknąć tam czegokolwiekbądź za żadne skarby świata. Gospodarz domu zamykał się czasem w swoim gabinecie w niedzielę rano, kiedy chciał czytać gazetę a nie miał ochoty iść do kościoła. Wieczorem zaś jeżeli nikogo na objedzie nie było, przynoszono z gabinetu do sali jadalnej wielką biblję, leżącą zwykle obok dykcjonarza parów, i pan Osborne skruszonym ale deklamatorskim głosem czytał pismo święte w obec zgromadzonych w sali na rozkaz sług i domowników.
W tym to pokoju pan Osborne przeglądał rachunki marszałka dworu i szafarza i ztąd wydał rozkazy woźnicy przez okna wychodzące na mały dziedziniec, gdzie się znajdowała stajnia i wozownia. Cztery razy do roku miss Wirt wchodziła do gabinetu dla odebrania swej pensji; pan Osborne wypłacał tamże córkom pieniądze przeznaczone na ich utrzymanie. Jerzy nieraz rózgą w tym samym pokoju dostał będąc dzieckiem, podczas kiedy matka jego, stojąc na schodach, z biciem serca liczyła bolesne razy i dawała potem synkowi trochę pieniędzy, żeby mu jego cierpienia o ile można osłodzić.
Nad kominkiem wisiał obraz, umieszczony tam od śmierci pani Osborne. Obraz ten przedstawiał Jerzego na małym koniku, starszą siostrę z bukietem w ręku i młodszą chowającą główkę w fałdach sukni swej matki. Na wszystkich twarzach odmalowane były rumieńce jak róże, na ustach coś nakształt wiszeń, a każda z tych osób przesyłała jedna drugiej tradycjonalny uśmiech portretów familijnych. Z tych, którzy tę grupę składali, matka od dawna już była w grobie, dawno też o niej zapomniano. Pozostały brat i siostry, chociaż do jednej należeli rodziny, byli dla siebie obcymi prawie. Ileż to razy można widzieć, że czas zadaje fałsz tym portretowym uśmiechom? Ileż portretów po pewnym przeciągu czasu wydaje się tylko gorzką ironją. Może dlatego portret naturalnej wielkości pana Osborna, z jego fotelem czerwonym i z kałamarzem srebrnym, zajął honorowe miejsce w jadalnej sali, zamiast wspomnionego wyżej wizerunku.
Po odejściu pana Osborna całe towarzystwo uczuło się swobodniejszem; wszyscy przeszli jednak na pierwsze piętro, nawet Bullock wyrzekł się niewypróżnionych jeszcze butelek i postępował na palcach za pannami, byleby nie zostać samemu obok gabinetu starego Osborna.
W godzinę potem, kiedy już dobrze zmierzchło, służący odważył się uchylić drzwi gabinetu i postawił na stole światło i herbatę. Pan Osborne zdawał się bardzo zajęty czytaniem gazety, ale po wyjściu służącego wstał, zamknął na klucz drzwi od swego pokoju, i wysunął jedną z szufladek wielkiego mahoniowego biura, w której znajdowały się papiery najrozmaitszej treści, ale tyczące się tylko Jerzego. Były tam nagrody szkolne, pierwsze rysunki, kreślone z pomocą, a często i ręką nauczyciela; pierwsze listy, krzywemi i niepewnemi literami pisane, zaczynające się zwykle czułościami dla mamy i papy, a kończące się na gorących prośbach o to, za co się dostaje ciasteczek i t. d. Imię pana Sedley, jako ojca chrzestnego, często się w tych listach powtarzało. Stary Osborne mruczał jakieś wyrazy i zaciskał pięście, jak tylko to nienawistne imię nawinęło mu się pod oczy. Papiery były porządnie powiązane w pakieciki; na jednym z nich był napis: List Jerzego z prośbą o pięć szylingów; na drugim: Jerzy prosi o konika; na trzecim: Rachunek doktora Swizhtail... Rachunki krawca Jerzego... Weksle popłacone i t. p. Dalej szły listy pisane z Indji, nominacja Jerzego na oficera i pamiątki jak: Biczyk, którym się Jerzy będąc dzieckiem bawił, i medaljon z jego włosami, z którym się biedna matka dopiero po śmierci rozstała.
Nieszczęśliwy ojciec przepędził kilka godzin rozmyślając nad temi pamiątkami; serce mu się ściskało na widok tylu obumarłych nadziei. Nie jeden ojciec zapewne gorzkich doznaje zawodów, ale marzenie pana Osborna o świetnej przyszłości Jerzego tyle miały prawdopodobieństwa, a dziś... wszystko przepadło!
Przejrzawszy te wszystkie papiery, pan Osborne ułożył je w paczkę, zawiązał wstążeczkę i pieczęć swoją przyłożył. Potem wyjął z szafy bogato złoconą biblję, spojrzał na rycinę przedstawiającą ofiarę Abrahama i odchylił pierwszą stronnicę księgi, na której wedle zwyczaju zapisał był dzień ślubu, dzień śmierci swej małżonki, i imiona wszystkich dzieci z wymienieniem dnia ich urodzenia i chrztu. Pan Osborne wziął pióro do ręki, przekreślił imię Jerzego Osborne, i kiedy karta wyschła zupełnie, położył biblję na swojem miejscu. Wyjąwszy następnie z osobnej szufladki swój testament, przeczytał go, zmiął w ręku, przyłożył do świecy, i kiedy już cały dokument w popiół się obrócił, napisał list, zadzwonił na służącego i rozkazał mu odnieść to pismo nazajutrz rano według załączonego na kopercie adresu.
Już dniało, ptaszki od dawna w kląbach Russell-Square świergotać zaczęły, gdy pan Osborne znużony udał się na spoczynek.
William Dobbin czynił tymczasem wszystko co się dało żeby Jerzemu jak najwięcej pozyskać przyjaciół. Znając potęgę dobrej kuchni i dobrego wina, napisał wróciwszy do siebie bardzo uprzejmy list do pana Tomasza Szopper z zaproszeniem na obiad u Staughtera na dzień następny. Zacny komisant odpisał skwapliwie że będzie miał zaszczyt i przyjemność stawić się w miejscu i w czasie oznaczonym; a powróciwszy z biura odczytał żonie i córkom zaproszenie i kopję odpowiedzi na list kapitana. Rodzina Szopperów, zebrana około stołu, na którym podano herbatę; rozmawiała o wielkich wojownikach owego czasu i o magnatach angielskich. Kiedy córki odeszły do siebie, pan Szopper długo jeszcze rozmawiał z żoną o dziwnych wypadkach jakie w domu Osbornów zajść musiały, i wyznał że nigdy dotąd nie widział swego pryncypała w tak nerwowym stanie jak po rozmowie, jaką tenże miał z kapitanem Dobbin. Zresztą musiało tam coś zajść nadzwyczajnego — mówił Szopper — skoro pan Osborne kazał zrobić ogólny wykaz sum wypłaconych synowi w ciągu trzech lat ostatnich.
Sen komisanta był zapewne spokojniejszy aniżeli sen jego pryncypała. Nazajutrz rano, zjadłszy śniadanie z dobrym apetytem, pan Szopper uściskał swoje córeczki i poszedł do biura, ustrojony w najpiękniejszy świąteczny garnitur, obiecując żonie używać z umiarkowaniem wybornego porto kapitana. Mistress Szopper z dumą patrzyła na żaboty swego męża i była zachwycona jego urodą, jako też i wytwornością jego stroju.
Ukazanie się pana Osborna w biurze zwróciło ogólną uwagę; tak był blady i zmieniony. Około południa wszedł do jego gabinetu pan Higgs, młody prawnik i zostawał tam przeszło godzinę. W tym czasie pan Szopper odebrał spory pakiet papierów od kapitana Dobbin do wręczenia swemu pryncypałowi, czego też natychmiast dopełnił. Niedługo potem panowie Szopper i Birch, drugi komisant, zostali wezwani do podpisania jakiegoś aktu.
— To jest mój testament — powiedział lakonicznie pan Osborne.
Dwaj urzędnicy biurowi podpisali się jako świadkowie, nie wymówiwszy ani słowa. Pan Higgs wychodząc rzucił znaczące spojrzenie na Szoppera, ale nie mógł nic powiedzieć. Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich biuralistów i rachmistrzów pan Osborne odzyskał, wyraz twarzy spokojny, uprzejmy nawet, i nikomu nic przykrego w ciągu dnia tego nie powiedział.
Gdy miał wychodzić z biura z Fryderykiem Bullock, który przyszedł po niego, pan Osborne przywołał raz jeszcze Szoppera i zapytał go czy kapitan Dobbin jest w mieście?
— Tak mi się zdaje — odpowiedział Szopper.
— To oddaj mu pan ten list jak można najrychlej. Ha, teraz mi nic nie leży na sercu — dodał wychodząc.
Pułk Jerzego i Willjama miał honorowego dowódcę, który rozpoczynał swoją karjerę wojskową pod rozkazami Wolfa w Kwebeku; a dosłużywszy się stopnia jenerała, był już w bardzo podeszłym wieku i nie mógł brać udziału w czynnej służbie. Staruszek bardzo się interesował pułkiem, który go uważał jako swego pułkownika i nieraz do siebie zapraszał młodych oficerów, a z pomiędzy tych najlepiej lubił Willjama Dobbin. Kapitan Dobbin wiedział dobrze kto był Fryderyk Wielki a kto Marja Teresa; mógł więc ze starym wojskowym mówić o wypadkach zeszłego stulecia, bo staruszek był dosyć obojętny na zwycięstwa współczesne i zapalał się wtenczas tylko, kiedy mowa była o jego wodzach i o jego czasach.
Tego właśnie dnia kiedy Szopper włożył koszulę z żabotami, i kiedy pan Osborne zmienił swój testament, Dobbin został zaproszony na śniadanie do jenerała, od którego dowiedział się że wyjście pułku *** na linję bojową jest już rzeczą zdecydowana, i że najdalej za parę dni rozkaz będzie ogłoszony. Stary jenerał wyrażał nadzieję że jego dawni towarzysze broni, którzy przyczynili się do porażki Montealm’a w kanadzie i Washingtona w Long.Island, potrafią i teraz podtrzymać honor wojskowy, i okryć dawny sztandar blaskiem nowych zwycięztw i bohaterskich czynów.
— Tak, tak, mój młody przyjacielu — mówił stary wojak do Willjama — jeżeli masz jakiś interesik sercowy do załatwienia, jeżeli chcesz jaką Filis pocieszyć, mamę i papę pożegnać lub testament napisać, to spiesz się, bo niemasz czasu do stracenia.
To powiedziawszy stary jenerał podał palec kapitanowi, skłonił upudrowaną głowę z warkoczem i po wyjściu swego gościa, usiadł do pisania madrygałów francuskich, które zaadresował do panny Amenaidy z teatru królewskiego.
Po otrzymaniu tych wiadomości Dobbin pospieszył przesłać je listem pannu Osborne, w nadziei że to skłoni może ojca do przebaczenia synowi. Widok tego samego posłańca, który wczoraj przyniósł pana Szopperowi zaproszenie na objad, nie mało zatrwożył zacnego komisanta: sądził on na razie że kapitan odwołuje wczorajszą inwitację, i żal mu było że się daremnie wystroił. Szopper był dosyć przywiązany do swego pryncypała, ale dobry objadek ma zawsze swoje znaczenie; szczerze więc się uradował odebrawszy przytem osobny bilecik, w którym kapitan przypominał mu że czeka na niego o w pół do szóstej wieczorem.
Jenerał nie wymagał żadnej tajemnicy od kapitana, który zatem uważał się w prawie udzielenia otrzymanej wiadomości innym swoim kolegom. Siedemnastoletni Stubble przyjął tę wieść z zapałem; zaopatrzywszy się w nową szpadę, gotów już był ścinać głowy Francuzom i udał się za swoim towarzyszem Spooney do Slaughtera, gdzie po świetnym objedzie nasi bohaterowie zasiedli do pisania listów pożegnalnych, zawierających wiele uczucia i nie mało błędów stylu i pisowni.
Dobbin miał także myśl, napisania do Osborna, ale po chwili zmienił ten zamiar, mówiąc do siebie:
— Pocóż mam im zatruwać kilka godzin szczęścia? Pojadę jutro pożegnać moich rodziców a ztamtąd udam się do Brighton.
Szopper przybył na godzinę naznaczoną i przywiózł kapitanowi list od pana Osborna, w którym ten prosił o wręczenie Jerzemu załączonego pisma. Pierwszy komisant nic nie umiał o usposobieniu swego pryncypała powiedzieć nadto tylko, że miał jakąś naradę ze swoim adwokatem i że był niezmiernie dla wszystkich ugrzeczniony. Po każdej wychylonej szklance Szopper zapewniał kapitana o swojej dla niego przyjaźni. Było już bardzo późno kiedy Dobbin wsadził do dorożki chwiejącego się na nogach gościa, przysięgającego mu dozgonną przyjaźń przerywanym od czkawki głosem.
Widzieliśmy jak Dobbin żegnając pannę Osborne prosił o pozwolenie odwiedzenia jej powtórnie. Biedna panienka oczekiwała go z gorączkową niecierpliwością, ale napróżno! Usłyszawszy że ojciec rozkazał służącym nie przyjmować więcej kapitana, przekonała się nakoniec że myśleć dłużej o tem, byłoby to tracić czas daremnie.
Frydryk Bullock podwoił czułość dla panny i był coraz więcej nadskakującym dla ojca, który zdawał sie głęboko ostatniemi wypadkami dotknięty.



XXV.
Zamierzony wyjazd z Brighton.

Przybywszy do Brighton kapitan pospieszył udać się do hotelu marynarki, nie zapominając wszakże o swoim charakterze dyplomaty. Żeby łatwiej poznać obecne usposobienie Amelji, postanowił ukryć przed nią na razie niemiłe wiadomości i ułożyć się z Jerzym że będą obydwa przedstawiać wymarsz do Belgji w kolorach jak najmniej zatrważających. Jakkolwiek przekonanie kapitana, wyznane poufnie Jerzemu, było wcale inne, wierny jednak swej roli, zaczął rozmowę z Amelją od komplementów i uwag o szczęściu małżeńskiem, ale tak niezgrabnie, że trudno mu było się wyplątać.
Mówiąc nawiasem Amelja nie miała wiele entuzjazmu dla poczciwego kapitana i nie dostrzegała w nim wszystkich jego zalet. Widziała dobrze jego nieśmiałość, jąkanie i niezgrabność, i nie mogła czuć dla niego wiele wdzięczności za przyjaźń, jaką okazywał jej mężowi; bo któżby zresztą nie kochał Jerzego; Tenże sam Jerzy mówił zawsze o swoim przyjacielu z pewnym szacunkiem, ale nieraz mu się zdarzało naśladować przed Amelją jąkanie i niezręczne ruchy biednego Willjama.
Rebeka jeszcze mniej pobłażliwie sądziła kapitana. Przez wrodzoną sobie próżność nie mogła darować mu jego skłonności do Amelji, a chociaż mu okazywała pewne niby względy i uważanie, kapitan z tem wszystkiem czuł że nim poniewiera. Rawdon Crawley zaledwie raczył zwracać na Williama Dobbin uwagę; nawet Józef Sedley przybierał z kapitanem ton protekcyjny, w którym się przebijało przeświadczenie własnej wyższości.
Kiedy Jerzy i Dobbin znaleźli się sami w pokoju Józefa Sedley, kapitan oddał przyjacielowi list przez p. Osborna przysłany.
— Ale to nie jest pismo mego ojca — zawołał Jerzy zmieszany.
Jerzy nie mylił się wcale. List był napisany ręką plenipotenta pana Osborna w następujących wyrazach:

„Bedford Row, 7. maja 1815.

„Panie!
„Pan Osborne polecił mi oznajmić panu że zawsze stale trwać będzie w raz powziętem względem pana postanowieniu. Z powodu związku wbrew jego woli zawartego, przestaje odtąd uważać pana za członka swojej rodziny.
„Chociaż sumy wypłacone panu do dnia dzisiejszego przewyższają znacznie część majątku z prawa panu należną, jednakże pan Osborne rozkazał mi oświadczyć panu że nie tylko zrzeka się wszystkich pretensji, ale nadto zgadza się na wypłatę trzeciej części wniosku ś. p. matki pańskiej w ilości 2000 f. sterlingów panu przypadającą.

„Najniższy sługa
Higgs“.

„P. S. Pan Osborne prosi mnie żebym pana uwiadomił że żadnych listów ani przełożeń pańskich przyjmować nie będzie; wszelkie więc usiłowania ze strony pana w tej mierze pozostaną bez skutku.“
— Otóż jak dobrze poprowadziłeś moje interesa, Dobbin. Czytaj — powiedział Jerzy, posyłając kapitanowi piorunujące spojrzenie i rzucając mu list ojca.
— Nie pozostaje mi teraz — mówił dalej — jak torba i kij żebraczy. Pięknie wyszedłem na tej donkiszotowskiej głupocie! I po cóż u djabła było tak naglić? Może kula na polu bitwy wybawiłaby mnie z tego kłopotu; to jedyna i teraz dla mnie nadzieja. Amelja wiele na tem skorzysta że zostanie wdową po żebraku! A dobrze ci się udało, nie ma co mówić; radziłbym ci jednak żebyś się tem nie chwalił. Można powiedzieć żeś się nie mógł uspokoić dopokąd nie przyprowadziłeś do skutku mego związku i mojej ruiny. Cóż ja mogę zrobić z temi dwoma tysiącami sterlingów? Po dwóch latach ani grosza z nich nie zostanie. Od kiedy tu jesteśmy Crawley wygrał już odemnie w karty i w bilard przeszło 150 funtów. Ha! możesz być spokojny, nie będę ci pewno moich interesów polecać!
— Więcej jak pewna — odpowiedział Dobbin bledniejąc — że położenie dosyć jest trudne. Nie zapieram się że sam w części do tego się przyczyniłem. Ale z tem wszystkiem są jeszcze ludzie, którzy mieliby się za szczęśliwych gdyby na twojem miejscu byli — dodał z gorzkim uśmiechem. Czy myślisz że w pułku wielu jest kapitanów mających dwa tysiące funtów w kieszeni? Staraj się żeby ci pensja oficerska wystarczyła, nim gniew twego ojca przejdzie, a jeżeli twojem przeznaczeniem jest zginąć od kuli, to będziesz mógł zostawić żonie sto funtów rocznego dochodu.
— Wyraźnie straciłeś głowę, Willjamie, skoro możesz przypuścić że pensja oficerska i sto funtów wystarczy mi na takie życie, do jakiego jestem przyzwyczajony. Jakimże sposobem takiemi środkami można utrzymać się na mojem stanowisku? To żarty i nic więcej. Ja potrzebuję żyć wygodnie i moich przyzwyczajeń zmienić nie potrafię. To trudno; nie wychowali mnie tak żebym mógł żyć kartoflami jak stary O’Dowd. Zresztą czy chciałbyś żeby moja żona sama prała i myła naczynie albo ciągnęła wózek z mojemi tłumokami?
— Nie masz potrzeby o to się lękać, postaramy się żeby wygodniej mogła odbywać podróże. Ale dziś mój kochany, powiedz sobie że jesteś księciem wywłaszczonym i czekaj lepszej chwili kiedy twój ojciec się ułagodzi, co prędzej lub później musi przecież nastąpić. Niech tylko twoje imie znajdzie się w gazecie, a ręczę ci że stary się przegniewa.
— W gazecie? powtórzył Jerzy; a to z jakiego powodu? Chyba pomiędzy zabitymi lub rannymi.
— Dajże temu pokój — odpowiedział Dobbin — będziesz miał dosyć czasu do narzekań kiedy się co złego stanie, ale nie dziś. Nakoniec wiesz dobrze że i ja mam trochę majątku, a nie mam zamiaru okuć się w więzy małżeńskie, więc nie zapomnę w testamencie o moim chrzestnym synku — dodał Willjam z uśmiechem.
Na tem się skończyła sprzeczka pomiędzy dwoma przyjaciółmi; Jerzy przestał robić wymówki kapitanowi bo jakże tu się gniewać na takiego jak Dobbin człowieka.
— Powiedz mi, moja Becky... wołał w tym samym czasie Rawdon uzbrojony dwoma potężnemi szczotkami do włosów, któremi usiłował pokonać uparty kosmyk na głowie — powiedz mi...
— Co takiego? zapytała Becky kończąc toaletę i rzucając przez ramię spojrzenie w lustro, w którem się odbijała prześliczna biała sukienka z błękitną szarfą.
— Ja sobie zadaję pytanie — mówił dalej Rawdon — co się stanie z panią Amelją kiedy Osborne wyjdzie z pułkiem?
— Z jej oczu będą wytryskać fontanny łez — rzekła Becky. Już mnie znudziła swojemi żalami z tego powodu: musiałam nie jedną jeremjadę wysłuchać.
— A ty, coś mi się zdaje, że nie wiele tem się smucisz, powiedział Rawdon dotknięty trochę obojętnością żony.
— Co tobie do głowy przychodzi! Wiesz przecie że ja ci towarzyszę. To zupełnie inna rzecz dla nas, którzy należymy do sztabu jenerała Tufto. My nie mamy nic wspólnego z tymi piechurami... Ale, ale, nie szkodziłoby Rawdonie, żeby Kupidon oddał ci przed wyjazdem twoje pieniądze, nie prawdaż?
Rebeka dawała to miano Jerzemu i nieraz już żartem niby winszowała mu pięknej postawy. Ile razy Osborne grał w karty z Rawdonem, Rebeka była zawsze przy nim, często prześladowała go żartując z jego nałogów i wad, groziła że Amelję przeciw niemu zbuntuje, nazywała Osborna marnotrawnikiem, to znowu zapalała mu sama cygaro, jednem słowem, używała tych samych manewrów, które jej niegdyś udawały się z Rawdonem. Osborne zachwycał się jej zręcznością, dowcipem i wdziękami; rozmowa z panią Crawley miała dla niego tyle uroku, że czy to przy objedzie czy też na przechadzce biedna Amelja była zawsze zostawiona sama sobie podczas kiedy Joe i Rawdon wychylali butelki.
Możnaż się dziwić że skromna, mało myśląca o sobie Amelja z obawą patrzyła w przyszłość — że dowcip i wdzięki Rebeki budziły w niej jakiś tajemny niepokój? Bo i jakże mogła być spokojną widząc że w tydzień po ślubie mąż jej był już znudzony i szukał innego aniżeli jej towarzystwa! Za prawdę obawa o jutro nie mogła być lepiej uzasadnioną.
Surowa dla siebie, pobłażliwa dla drugich, Amelja nieraz obwiniała się przed sobą i myślała w duchu: „Jakże mogę wymagać żeby on, będąc o tyle wyższym odemnie, znajdował jakąkolwiek w mojem towarzystwie przyjemność? Nie byłażby to szalona z mej strony pretensja? Dał on już nie miały dowód wielkości duszy, kiedy się ze mną ożenił! Moim obowiązkiem było nie przyjąć jego ofiary, a ja do tego nie miałam odwagi! Czemuż nie słuchałam głosu sumienia, które nakazywało mi pozostać przy nieszczęśliwym ojcu i być mu osłodą w jego cierpieniach, podporą w jego starości! Nie, mój egoizm zagłuszył we mnie uczucie obowiązku, przez co stałam się niegodną takiego jak on człowieka.
W wilję przyjazdu kapitana Dobbin wieczór był prześliczny; powietrze majowe napełniało rozkoszną wonią salon, którego okno wychodzące na balkon zostało otwarte. Jerzy i mistress Crawley, oparci o balustradę balkonu, patrzyli na srebrzystą powierzchnię Oceanu, podczas kiedy Rawdon i Józef Sedley byli grą zajęci, a biedna Amelja siedziała sama jedna, a w sercu jej było smutno i boleśnie.
— Co za prześliczny wieczór! Czy jest co piękniejszego jak noc księżycowa? rzekł Jerzy, puszczając kłęby dymu w powietrze.
— Pańskie cygaro napełnia powietrze dziwnie przyjemną wonią... odpowiedziała Rebeka. — Nic tak nie lubię jak ten zapach. Ktoby to myślał że księżyc jest oddalony o dwieście trzydzieści sześć tysięcy ośmset czterdzieści siedm mil od ziemi? dodała mistress Crawley, patrząc na księżyc; widzisz pan — mówiła z uśmiechem — że mam dobrą pamięć i nie zapomniałam tego, co mnie u miss Pinkerton uczono. Cudny wieczór! Morze spokojne, a noc tak jasna, że zdaje mi się iż widzę brzegi Francji.
— Wiesz pan co myślę zrobić? — ciągnęła dalej po chwili milczenia — Musiałeś pan słyszeć że doskonale pływam; otóż wybiorę chwilę kiedy stara Briggs będzie w kąpieli, podpłynę do niej pod wodę i schwyciwszy ją za nogę dam do wyboru: śmierć albo po jednanie nas z ciotką. Przyznasz pan że to myśl genjalna, nieprawdaż?
Jerzy wybuchnął głośnym śmiechem.
— Jakże wy tam oboje hałasujecie — zawołał Rawdon rozdając karty.
Amelja nie mogła dłużej panować nad sobą wyszła więc do swego pokoju i zalała się rzewnemi łzami, puszczając wodze długo tłumionej boleści.
Nazajutrz Jerzy Osborne, po rozmowie z kapitanem Dobbin, wszedł do pokoju Amelji, trzymając w ręku list ojcowskiego plenipotenta. Postawa jego była milcząca i uroczysta, a biedna Amelja oczekując ciągle jakiegoś ciosu, myślała że nowe przed nią ukrywają nieszczęście. Cała drżąca, podbiegła do męża i błagała go żeby jej wszystko powiedział.
Jerzy unikał widocznie odpowiadać na naglące zapytania Amelji co do wyjścia na linję bojową, smutnie tylko potrząsając głową powiedział:
— Nie, moja Ameljo, nie o to tu idzie; więcej nie równie o ciebie, aniżeli o mnie się lękam. Odebrałem bardzo niepomyślne wiadomości od mego ojca. Wszystkie stosunki pomiędzy nim i nami są zerwane; najcięższy niedostatek nas czeka; jak się tego nie lękam dla siebie, ale ty czy potrafisz znieść nędzę? Czytaj! — dodał, podając list żonie.
W miarę jak Amelja przebiegała podane sobie pismo, twarz jej przybierała wyraz pogody promieniejącej radością. Bo dla kochającej kobiety nie ma większego szczęścia jak dzielić z przedmiotem swojej miłości łzy, smutki i niepokoje. Amelja, której wyobraźnia podniosła do olbrzymich rozmiarów poświęcenie Jerzego, zawstydziła się prawie swojej radości i rzekła spokojnie:
— O! mój Boże! twoje szlachetne serce musi okropnie cierpieć na samą myśl zerwania stosunków z ojcem!
— Naturalnie — odpowiedział Jerzy z miną strapioną.
— Ale gniew twego ojca nie może trwać długo, bo któż miałby odwagę gniewać się na ciebie, mój drogi? Pewna jestem że ojciec wszystko ci przebaczy; o! bo gdyby miało być inaczej, to całe moje życie byłoby zatrute.
— Najsroższe ubóstwo nie zdołałoby mnie samego zatrwożyć, gdybym się nie obawiał o ciebie, moja Emmy. Cóż mnie obchodzi niedostatek? Nie chwaląc się, mogę powiedzieć że znalazłbym w sobie dosyć zasobów żeby wyjść z najtrudniejszego położenia.
— Oh, to więcej jak pewne — odrzekła Amelja przekonana że jeneralski stopień nie może ominąć jej męża.
— Tak więc moja droga już jest wytknięta, ale z tobą, mój aniele, co się stanie!... Ah! ja nie mogę oswoić się z tą myślą żebyś była pozbawioną wygód i nie mogła zajmować stanowiska, jakie się mojej żonie w świecie należy. Pomyśleć że musiałabyś znosić niedostatek i dzielić trudy żołnierskie... Ah! to okropne!... Ta myśl mnie zabija.
Amelja uszczęśliwiona widząc się jedynym przedmiotem troskliwości Jerzego, wzięła go za ręce i patrząc mu w oczy, zaczęła nucić ulubioną jego piosnkę.
— Zresztą czyż nie zostaje nam ogromna suma dwóch tysięcy funtów? dodała po chwili.
Jerzy roześmiał się na te słowa i oboje zeszli na obiad. Amelja, oparta na ramieniu męża, nuciła jeszcze idąc po schodach ostatnią zwrotkę romansu i czuła się spokojną i wesołą, jak za szczęśliwych czasów.
Przy objedzie rozmowa była bardzo ożywiona Dobbin zabawiał całe towarzystwo mówiąc o wyprawie do Belgji, gdzie niby rozrywki, bale i świetne stroje czekały naszych wędrowców. Potem przechodząc do majorowej O’Dowd, zaczął opowiadać jej kłopoty i przygotowania do wymarszu: okazało się że majorowa włożyła nowe epolety męża do pudełka od herbaty, a swój kapelusz żółty z ptaszkiem rajskim do cynowego pudła, w którem podobno miał spoczywać kapelusz stosowany majora. Ta zacna dama widocznie straciła głowę myśląc jedynie o wrażeniu powszechnem jakie sprawi swojem ukazaniem się w Gandawie na dworze króla francuskiego, albo na balach w Brukseli.
— Gandawa! Bruksela! zawołała z przerażeniem Amelja tuląc się do męża. To więc pułk wasz dostał już rozkaz do wymarszu? Jerzy, zaklinam cię, mów prędzej!
— Nie masz czego trwożyć się taką bagatelą — odpowiedział Jerzy wesoło. Nie warto sobie psuć krwi z obawy dwunastu godzin podróży. Nakoniec, moja kochana Emmy, ty z nami pojedziesz.
— I ja także — dodała Becky; — wszakże ja należę do głównego sztabu, a generał Tufto żyć bezemnie nie może, nie prawdaż Rawdonie?
Rawdon zaśmiał się głośno, jak zazwyczaj. Dobbin poczerwieniał jak oparzony.
Ona nie może nam towarzyszyć — powiedział — nie zapominajcie o tem że...
Kapitan chciał mówić o niebezpieczeństwie, ale tu przypomniał sobie że wszystko co dotąd powiedział, miało za cel dowieść Amelji że wymarsz pułku do Belgji nie groził nikomu żadnem niebezpieczeństwem.
Amelja oświadczyła tonem stanowczym że pojedzie z mężem, na co ten chętnie zezwolił. Dobbin doznawał tajemnej radości na myśl że będzie mógł widywać Amelję i czuwać nad nią; ale pomyślał sobie w duchu:
— Gdyby była moją żoną zostałaby w domu.
Przy końcu objadu wesołość wzmogła się. Rebeka podała rękę przyjaciółce i obie przeszły do salonu zostawiając męskie towarzystwo przy stole i butelkach.
W ciągu wieczora Rebeka wsunęła do ręki męża bilecik, na którym skreśliła ołówkiem następujące wyrazy:

„Ważna wiadomość — mistress Bute wyjechała! Staraj się odebrać pieniądze od Kupidyna, który jutro zapewne w drogę wyruszy. Nie zapomnij“.
R.

W chwili kiedy panowie rozgrzani winem, wstali od stołu żeby przejść do salonu, Rawdon uderzył po ramieniu Osborna i rzekł:
— Ale, ale... jeżeli ci to nierobi różnicy, tobym cię prosił... o ten mały dłużek... wiesz?
Ten mały dłużek robił Jerzemu wielką różnicę ale mimo tego wyjął z pugilaresu paczkę papierów i wręczył je Rawdonowi. Po załatwieniu tej sprawy Jerzy, Dobbin i Joe zebrali się na walną naradę, na której postanowiono wyjechać nazajutrz do Londynu. Józef Sedley wolałby był zostać jeszcze w Brighton do wyjazdu Rawdona, ale musiał zgodzić się na to że swoim powozem Jerzego i Wiljama do Londynu odwiezie.
Nazajutrz rano wszystko było do drogi gotowe, dzięki Amelji, która się bardzo czynnie krzątała, podczas kiedy Jerzy leżąc w łóżku ubolewał nad tem że jego żona nie ma służącej. Amelja przeciwnie bardzo się cieszyła tem że mogła sama sobie wystarczyć, a jeżeli czasem można było dostrzedz chmurkę na jej czole, to wcale z innego powodu; Komuż nie znana zazdrość kobieca? Pomimo wielkich przymiotów. Amelja nie była wolna od tej przywary płci pięknej właściwej; nie mamy zatem potrzeby ukrywać że myśl o Rebece budziła pewien niepokój w sercu Amelji.
Po śniadaniu, czułych uściskach i wzajemnych zapewnieniach przyjaźni, część naszego towarzystwa opuściła Brighton, gdzie oprócz Rebeki z mężem, przebywała nasza dawna znajoma, miss Crawley, z całem swojem otoczeniem, równie dobrze nam znanem. Nieoceniona mistress Bute Crawley robiła co mogła żeby swej ukochanej Matyldzie oszczędzić przykrego spotkania się z synowcem, przed którem drzwi domu były szczelnie zamknięte. Kiedy miss Crawley wyjeżdżała na spacer, jej bratowa zakrywała sobą okno powozu; kiedy się kazała ręcznym wózkiem wozić, pani pastorowa była na prawem, a miss Briggs na lewem skrzydle. Przy spotkaniu z Rawdonem straż przyboczna tak ściskała swoje szeregi, że najniższe ukłony kapitana pozostawały niepostrzeżone.
— Zdaje się że pobyt nasz w Brighton nie na wiele nam się przyda — mawiał Rawdon do żony z wyrazem pewnego zniechęcenia. — Nicbyśmy na tem nie stracili geybyśmy byli pozostali w Londynie.
— Lepiej w dobrym hotelu w Brighton, jak w więzieniu za długi w Chancery Lane — odpowiadała zawsze wesoła Rebeka. Pomyśl tylko o tych dwóch urzędnikach, co przez cały tydzień prawie odbywali straż honorową przy drzwiach naszego domu. Prawda że towarzystwo, w którem tu żyjemy, jest niesłychanie nudne, ale przyznaj, że całe to kółko nierównie jest znośniejsze od tamtych aniołow stróżów.
— Co mnie dziwi — rzekł melancholicznie Rawdon — to to że mnie tu nie wytropili i dotąd nie ścigają.
— W każdym razie — mówiła dalej Beckey — nie masz prawa narzekać na to żeśmy tu przyjechali. Nie zapominaj że Osborne i Joe zasilili nasz woreczek.
— Tak, ledwie będzie czem zapłacić rachunek w hotelu — przerwał Rawdon tonem żałośnym.
— A na cóż płacić? — odrzekła Rebeka.
Lokaj Rawdona zachował najlepsze stosunki ze sługami, miss Crawley i miał nawet rozkaz od swego pana żeby poić woźnicę przy każdem spotkaniu; tym sposobem młode małżeństwo wiedziało o wszystkiem, co się w domu cioci działo. Rebeka nie zaniedbała przytem zachorować, żeby wezwać tego samego lekarza, który ciotkę miał w kuracji. Tak więc na wiadomościach nie zbywało im wcale. Czas i oddalenie złagodziły już w części niechęć panny Briggs, skłonnej z natury do pobłażliwości i przebaczenia. Ucieczka Rebeki, usuwając wszelkie zazdrości powody, nie zatarła wspomnienia wesołego humoru i miłego dowcipu strasznej niegdyś rywalki. Nie było nikogo w domu, nie wyłączając nawet służącej Firkin, ktoby nie szemrał na despotyzm i pochłaniającą władzę pani pastorowej. W samej rzeczy mistress Bute zagarnęła wszystko w swoje ręce tak dalece, że nawet wydzielała jedzenie każdemu z domowych, a biedną chorę tak opanowała, że ta zdawała się nie mieć swojej woli. Nie uszło to bacznej uwagi poczciwej Firkin, która rzekła razu pewnego do panny Briggs:
— Moja biedna pani nie ma już w sobie ani iskierki życia; od trzech tygodni przeszło nie nazwała mnie ani razu starą małpą.
Pastorowa zaczęła już pomału pracować nad usposobieniem chorej do odprawienia szafarza Bowls, nieocenionej Firkin, a nawet samej Arabeli Brriggs, i do zastąpienia swojemi córeczkami tych ludzi, którzy nie z przywiązania, ale z interesu tylko służyli. Ale niestety niespodziewany wypadek oderwał pastorowę od łoża chorej. Wielebny Bute Crawley zleciał z konia, złamał nogę i leżał w silnej gorączce. Zostawiwszy więc obietnicę prędkiego powrotu, misstress Bute pospieszyła koić cierpienia swego małżonka. Dzień ten był niezaprzeczenie wielkiem świętem w całym domu; Bowls odkorkował butelkę Xeresu i wypróżnił ją ze służącą Firkin; a miss Crawley zamiast czytać jak zwykle kazania Porteusza, zamieniła tę rozrywkę wieczorną na partyjkę pikieta z panną Briggs, która pluskając się codzień w morzu w ceratowej czapeczce i we flanelowej koszuli, nabierała coraz lepszego humoru i co raz większej świeżości.
Rebeka, jak już powiedzieliśmy, była o tem dobrze uwiadomioną, a chociaż dotąd jeszcze nie napadła, panny Briggs w kąpieli i nie załaskotała jej w podeszwy, postanowiła natomiast natrzeć na nią w chwili, kiedy orzeźwiona świeżością wody miss Briggs będzie wychodzić z morza.
Uzbrojona lunetą Becky od samego rana zajęła stanowisko na balkonie naprzeciw Zakładu morskich kąpieli. Upewniwszy się że Briggs igra już z falami oceanu, Rebeka stanęła nad brzegiem morza w chwili kiedy nimfa wychodziła właśnie z wody. Toaleta panny Briggs nie długo trwała, ale Rebeka miała dosyć czasu żeby swoją twarzyczkę ułożyć i okrasić najsłodszym jaki być może uśmiechem. Tak przygotowana Becky zbliżyła się do miss Briggs wyciągając do niej bialutką rączkę. Jakież serce mogłoby pozostać nieczułe na tak ujmujący objaw życzliwej przyjaźni?
— Ah! miss Shar... mistress Crawley — zawołała Briggs.
Mistress Crawley porwała jej rękę, przycisnęła mocno do serca, i jakby ulegając gwałtownemu wzruszeniu, rzuciła się na szyję pomarszczoną panny Briggs i okryła ją płomienistemi pocałunkami.
— Ah! moja dobra, moja kochana przyjaciółko — rzekła tak doskonale udając, że miss Briggs zalała się w mgnieniu oka łzami, a nawet dziewczyna posługująca w kąpielach patrzyła na tę rozczulającą scenę z rozrzewnieniem.
Miss Briggs nie była skąpa w opowiadaniu wypadków, jakie zaszły w domu miss Crawley od ucieczki Rebeki. Symbtomata choroby, sposób leczenia i uwagi doktora szerokie zajmowały miejsce w tem sumiennem sprawozdaniu, zakończonem szczegółami nagłego wyjazdu pani pastorowej.
Rebeka nie przestawała powtarzać że to sama Opatrzność zesłała nieocenioną miss Briggs i wierną Firkin dla osłodzenia cierpień jej dobrodziejki. Przechodząc potem do spraw osobistych, Rebeka dowiodła że jej postępek nie był tak nagannym, jak się to pozornie wydawać mogło. Bo w samej rzeczy mogłaż ona odmówić swojej ręki człowiekowi, który, jak mówiła, znalazł drogę do jej serca? Za całą odpowiedź na to pytanie miss Briggs wzniosła oczy ku niebu, westchnęła głęboko i uścisnęła sympatycznie rękę Rebeki; bo i ona niegdyś czuła te drgania sercowe.
— O! nie zapomnę nigdy — mówiła Rebeka — że znalazłam przytułek w domu miss Crawłey, tej prawdziwej mojej opiekunki, która mi była drugą matką. Chociażbym miała być na zawsze pozbawioną szczęścia widzenia jej, nigdy jednakże kochać jej nie przestanę — moje życie do niej należy; na jedno jej skinienie byłabym gotowa największą dla niej ponieść ofiarę. Jako moja dobrodziejka i ciotka mojego Rawdona, miss Crawley pierwsze w mojem sercu zajmuje miejsce; ale po niej moje najtkliwsze uczucia są dla pani, która tyle już dałaś jej dowodów poświęcenia i niezmiennego przywiązania. Czy uwierzy kochana pani że mój Rawdon, który przy najlepszem sercu ma szorstkie manjery, nie może bez łez mówić o tem szczęściu że jego ciotka ma takie dwa anioły przy sobie, jak zacna Firkin i godna uwielbienia miss Briggs.
Po tych pełnych czułości oświadczeniach. Rebeka dodała że na wypadek gdyby czarne intrygi pani Bute Crawley potrafiły oddalić od panny Matyldy zacne jej towarzyszki, to miss Briggs nie powinna zapominać że serce Rebeki i szczupły jej domek stoją dla niej zawsze otworem.
— O! tak, moja dobra i zacna przyjaciółko — mówiła z uniesieniem Rebeka — są serca, w których uczucie wdzięczności nigdy wygasnąć nie może! Nie wszystkie kobiety są podobne do pani Bute Crawley! Chociaż, jeżeli mam powiedzieć prawdę, to nie mam wcale powodów do użalania się na tę kobietę, bo bez jej intryg nie byłabym dziś żoną Rawdona.
Tu Rebeka opowiedziała wszystkie wybiegi pastorowej w Crawiey la Reine; według Rebeki, która w prostocie i niewinności nie mogła na razie zrozumieć tej intrygi, owe ułatwiania schadzek i rozmów pokątnych, owe zapraszania na obiady i spacery dwojga młodych, patrzących już na siebie nieobojętnem okiem, nie miało innego celu jak tylko rozdmuchanie miłośnych płomieni w sercu Rawdona i Rebeki i nakoniec przyprowadzenie do skutku tego małżeństwa, które miało Rawdona poróżnić z ciotką na korzyść dzieci pastorowej.
Miss Briggs była zdumiona trafnością tych spostrzeżeń, i musiała uznać że prawdziwym winowajcą w tej sprawie była mistress Bute Crawley, a Rebeka przeciwnie nieszczęśliwą ofiarą. Z tem wszystkiem Briggs zupełnie wątpiła żeby miss Crawley była skłonną do przebaczenia Rawdonowi, a tem mniej wróżyć mogła Rebece odzyskanie dawnych względów. Rebeka tylko nie traciła nadziei i nie zniechęcała się trudnościami. Prędzej czy później — myślała sobie — ciotka się przegniewa. Cóż nareszcie dzieli imię Rawdona od tytułu baroneta? Nic jak tylko wątła i chorobliwa egzystencja brata. Ta zapora może być lada dzień usuniętą i papiery Rawdona pójdą w górę. W każdym razie wyprowadzenie na jaw machiawelizmu pani Bute Crawley i rzucenie na nią silnych podejrzeń, musi posłużyć sprawie Rawdona, i bez ważnych skutków pozostać nie może.
Temi przejęta myślami Rebeka obsypała pannę Briggs tysiącznemi czułościami i pożegnała ją, przekonana, że za godzinę najdalej miss Crawley będzie wiedziała o całej ich rozmowie.
Wróciwszy do domu Rebeka z dumą opowiedziała mężowi z jaką zręcznośnią poprowadziła jego interesa i zakończyła swoje sprawozdanie temi słowy:
— A teraz, mój aniele, siadaj przy stoliku i napisz list do ciotki, starając się jej okazać że zawsze jesteś zacnym i poczciwym młodzieńcem i nigdy o niej nie zapomniałeś.
Rawdon posłuszny jak dziecię usiadł i jednym pociągiem pióra napisał:

Brighton, czwartek.

„Najdroższa ciotko!...“
Tu nastąpiła długa przerwa, Rawdon gryzł koniec upartego pióra i patrzył błagalnie na żonę, która przechadzając się po pokoju z założonemi rękoma, uśmiechnęła się i zaczęła dyktować co następuje:
„Nim kraj opuszczę i stanę na polu walki zkąd może nie wrócę...“
— Jakto? powiedział Rawdon trochę zdziwiony; ale natychmiast przeniknąwszy prawdziwą myśl w tych słowach ukrytą, zaczął pisać dalej:
„Zkąd prawdopodobnie nie wrócę, postanowiłem pożegnać te...
— Dla czego nie umyśliłem pożegnać, Becky? Umyśliłem jest więcej poprawnie — odważył się przebaknąć powolny małżonek.
„Postanowiłem pożegnać — ciągnęła dalej tupnąwszy nogą Rebeka — tę, która najpierwsze miejsce w mojem sercu zajęła. O nic więcej nie błagam, tak tylko żeby mi wolno było przycisnąć do serca rękę, która mię tylu obsypała dobrodziejstwami.
— Dobrodziejstwami! powtórzył Rawdon, kończąc pisać ostatnie wyrazy.
„O! jakże ciężko byłoby mi kraj opuszczać z myślą że zasłużyłem na gniew ukochanej przezemnie osoby! I ja także, nie mniej od całej rodziny, cenię świetność imienia, które noszę; a jakkolwiek pojąłem za żonę córkę malarza, związku się tego nie wstydzę.“
— Prędzej dam się zabić — zawołał Rawdon aniżeli.
— Milcz! przerwała Rebeka biorąc go za ucho i zaglądając do listu czy nie ma omyłek. Ręka pisze się przez ę nie potrzeba dodawać n. Pożegnać pisze się przez ż a nie rz.
Rawdon poprawił pokornie te omyłki i pisał dalej co mu samowładna małżonka dyktować raczyła:
„Zdawało mi się że moje zamiary nie były dla nikogo tajemnicą, bo mistress Butte Crawley jawnie je popierała i do ich spełnienia najwięcej się przyczyniła. Poślubiłem osobę zupełnie ubogą, ale wcale tego nie żałuję, bo nie marzyłem nawet o szczęściu jakie znałazłem pod strzechą domową. Najdroższa ciotko! Rozrządzaj swojem mieniem jak ci się podoba; masz do tego zupełne prawo; nie mam nic przeciwko temu. Chciałbym tylko przekonać cię o mojem bezinteresownem przywiązaniu. Trudno mi opuścić Anglję bez uzyskania twego przebaczenia; zaklinam cię przeto pozwól mi choć na chwilę obaczyć cię przed moim wyjazdem i usłyszeć z ust twoich słowo pożegnania.“
— Nigdy nie pozna mego stylu w tym liście — mówiła Becky do siebie — Udało mi się wynaleść frazesy krótkie i urywane.
Kiedy miss Briggs przyniosła z miną tajemniczą powyższe pismo, miss Crawley rzekła uśmiechając się:
— Teraz kiedyśmy się pozbyli mistress Bute możemy sie bawić tą niewinną korespondencją. Zobaczmy Briggs; przeczytaj mi to zajmujące pismo swoim słodkim i pieszczotliwym tonem.
Po wysłuchaniu całego listu, miss Crawley szczerze śmiać się zaczęła.
— Jesteś głupia jak gąska — rzekła do panny Briggs — jeżeli nie jesteś w stanie poznać że tu nie ma ani jednego słowa Rawdona. Ten nigdy jeszcze nie pisał do mnie o co innego jak o pieniądze, ohydna guwernantka wodzi go za nos i robi z nim co się jej podoba?
Miss Briggs nie miała kamiennego serca, więc była mimo woli rozczulona szlachetną otwartością, jaką według niej, pismo Rawdona nacechowane było. Tymczasem jej ukochana protektorka inaczej na te rzeczy patrzyła i tak dalej półgłosem jakby do siebie samej mówiła:
— Wszyscy oni są jednakowi, wszyscy czyhają na moje pieniądze i niecierpliwie mojej śmierci oczekują. Ale co mi przeszkadza zobaczyć Rawdona? dodała po chwili milczenia. — Niech tu przyjdzie, jeżeli tego sobie życzy koniecznie, byleby nie chciał odegrywać żadnej tragedji, coby zupełnie celu chybiło. Co się zaś tyczy mistress Rawdon, moja kochana Briggs, są to próżne zabiegi. Moja cierpliwość ma także swoje granice i za nic w świecie nie chcę jej widzieć.
Miss Briggs myślała że najlepiej będzie urządzić spotkanie się Rawdona z ciotką w miejcu gdzie miss Crawley miała zwyczaj przechadzać się nad morzem. Trudno powiedzieć czy miss Crawley była bardzo wzruszona widokiem swego ulubionego niegdyś bratańca. Podała mu dwa palce, a wyraz jej twarzy był tak pogodny jak gdyby się wczoraj widzieli. Rawdon, czerwony jak piwonja, pochwycił rękę miss Briggs a spostrzegłszy swą omyłkę rzucił się do ciotki i cisnął nielitościwie jej rękę wychudzoną.
— Nie wiem sam co mi się stało — mówił do żony opowiadając jej szczegóły swojej wizyty — ale widok tej starej tak mnie zmieszał, że zapomniałem języka w gębie. Byłem tuż koło niej, rozumiesz?... Nie umiałem trzech zliczyć, rozumiesz?... Odprowadziłem ją do samych drzwi, Bowls wyszedł żeby jej pomódz wejść na wschody. Wiesz? miałem wielką ochotę pójść za nią...
— Jakto Rawdonie? więc nie poszedłeś? zawołała z gniewem Rebeka.
— Nie, moja duszko, niech mnie dj... wezmą jeżeli nie trząsłem się jak w febrze.
— Jesteś do niczego — należało wejść i zostać. O! co za ciasna głowa! zawołała Rebeka.
— Dajże mi pokój — odburknął nasz bohater; bardzo być może zrobiłem głupstwo, Becky, ale to nie ty powinnabyś mnie robić tę uwagę.
— Uspokój się, mój aniele — dodała słodko Becky spostrzegłszy zagniewane oblicze małżonka. — Nie gniewaj się, ale przygotuj się do nowych odwiedzin. Czy odbierzesz zaprosiny lub nie, to należałoby żebyś spróbował jeszcze pójść do niej.
Obrażony do żywego małżonek powiedział niezbyt uprzejmie Rebece że wie dobrze sam, co ma robić i że rad jej nie potrzebuje. Potem wyszedł do kawiarni, gdzie cały dzień przesiedział.
— Co też to się zrobiło z tego Rawdona — mówiła miss Crawley do swojej towarzyszki — roztył się, nos mu poczerwieniał i widocznie nabrał zbyt pospolitych manjer od czasu jak się ożenił. Mistress Butte mówiła mi ze się oboje upijają, i jestem tego pewna, bo o kilka kroków czuć alkohol od niego. Zapewne cię to uderzyło, Briggs? Ja ledwie się nie udusiłam.
Napróżno miss Briggs uczyniła uwagę że mistress Butte o nikim dobrze mówić nie ma zwyczaju, i że ta kobieta jest...
— Najnikczemniejszą intrygantką? — dodała miss Crawley. — Oh! masz wielką słuszność! Ona nikogo nie oszczędza, to prawda; ale z tem wszystkiem jestem przekonana że ta bezecna Rebeka wciągnęła Rawdona do pijaństwa.
— On był tak wzruszony kiedy panią zobaczył... rzekła miss Briggs — O! pewna jestem że gdyby pani pomyślała o niebezpieczeństwach, na jakie będzie może wystawiony...
— Dobrym, jak widzę, jesteś adwokatem, moja Brigs; a wiele ci Rawdon za to obiecał? — odpowiedziała miss Crawley drżącym od gniewu głosem. — Ha! już znowu łzy myślisz wylewać? Nie znoszę tych scen! Czy już ani na chwilę nie będę mogła mieć spokoju? Jeżeli chcesz koniecznie płakać to idź do swego pokoju, a przyślij mi Firkon. Albo zresztą zostań, siadaj tu, wytrzyj nos i przestań już zraszać chustkę łzami. Napiszesz mi list do Rawdona.
Biedna Brigs usiadła machinalnie przy stoliku i otworzyła portefeuille, którego bibulaste różowe karty zachowały liczne ślady czytelnego pisma pastorowej, spełniającej niedawno jeszcze obowiązki sekretarza przybocznego starej panny Crawley.
— Pisz: „Mój kochany panie,“ albo lepiej „Kochany panie!“ — mówiła miss Crawley — i powiedz że jesteś upoważnioną przez doktora i przezemnie do uwiadomienia mego bratańca że stan mego zdrowia każe mi się wystrzegać wszelkich wstrząśnień moralnych, że zatem nie wolno mi nikogo z rodziny widywać. Podziękuj mu że chciał przyjechać do Brighton, ale proś przytem żeby nie przedłużał dla mnie swego tu pobytu. Nakoniec możesz mu życzyć odemnie szczęśliwej podróży i dodać że jeżeli zechce udać się do mojego plenipotenta przy Grays’-Jun Skuare, to znajdzie tam dla siebie coś, co mu się zapewne przyda... Sądzę że to zachęcić go powinno do opuszczenia Brightonu.
— Dosyć już mam tej opieki — mruczała sama do siebie staruszka — zaledwie mistress Bute wyjechała, a już muszę się bronić od nowego anioła stróża! O! to za wiele! Moja Briggs — dodała po chwili milczenia — napisz także do mistress Bute Crawley żeby tu nie wracała; niech sobie spokojnie siedzi w domu. Może nareszcie będę już panią u siebie. Obejdę się zupełnie bez tych mikstur, któremi mnie poją, żeby jak najprędzej otruć. Oni wszyscy radziby jednej chwili mnie pochować. O! tak, wszyscy, bez wyjątku!...
Miss Crawley, oddalając od siebie wszystkich krewnych, których interes pieniężny tylko około niej zgromadzał, znalazła się w zupełnem osamotnieniu co się jej równie ciężkiem wydało. Ztąd narzekania, płacze i cierpienia nerwowe. Siły fizyczne codzień więcej starą ciotkę opuszczały; ostatni akt komedii targiem próżności nazwanej, widocznie się dla niej przybliżał.
Tymczasem Rawdon i Rebeka widząc niepodobieństwo natychmiastowego pojednania się z ciotką, pocieszali się tym ustępem listu, który im dawał nadzieję że cokolwiek przynajmniej wpłynie do próżnego woreczka.
— Chciałbym jednak zobaczyć raz jeszcze tę staruchę — mówił Rawdon — tak jest zmieniona i bezsilna, że pewno już długo nie pociągnie... Bardzo jestem ciekawy ile też pieniędzy znajdę u owego plenipotenta. Ja myślę że co najmniej musi to być ze dwieście sterlingów... Oh! nie może być mniej, nie prawdaż, Becky?
Zapłaciwszy rachunek w hotelu wygranemi od Jerzego i Józefa Sedley pieniędzmi, młoda para pospieszyła wnet do Londynu. Dla uniknienia natrętnych znajomości, Rawdon i Rebeka nie zajęli swego mieszkania dawnego, ale się zatrzymali w skromnym hotelu, dosyć od środkowej części miasta oddalonym. Nazajutrz Rebeka poszła odwiedzić swoją przyjaciółkę, lecz zastała tylko panią Sedley tonącą prawie we łzach: wszyscy już byli wyjechali do Chatam a następnie do Harwich, zkąd cały pułk miał już wychodzić do Belgji.
Wracając do siebie Rebeka spotkała swego małżonka, który już był u plenipotenta swej ciotki i przychodził właśnie ztamtąd z miną niezmiernie rzadką.
— Mordieu! Becky — zawołał Rawdon ściskając pięści z gniewu — dała nam dwadzieścia funtów i nic więcej!
Zawód był arcyniemiły, ale Rawdon tak śmiesznie wyglądał, że Becky nie mogła powstrzymać się od śmiechu, jakkolwiek ta niepomyślność i ją dotykać musiała.



XXXVI.
Pomiędzy Londynem a Chatam.

Podróżując jak przystoi wielkiemu magnatowi, Jerzy przyjechał do Londynu i zatrzymał się w pysznym hotelu przy Cavendish-Square, gdzie pół tuzina murzynów było na jego rozkazy. Joe i Dobbin byli podejmowani jak książęta. Służba hotelowa nisko się kłaniała przed Osbornem, który miał manjery wielkiego pana, szczególnie przy stole, pomiędzy winami jak prawdziwy znawca przebierał.
Joe chciwie zupę żółwią zajadał, podczas gdy Dobbin był niejako przerażony zbytkiem i znacznemi wydatkami przyjaciela. Korzystając z chwili kiedy Joe chrapał w fotelu po objedzie, poczciwy kapitan wyznał Jerzemu swoje obawy i przedstawił mu smutne następstwa nieoględnej rozrzutności.
— Całe życie podróżowałem wygodnie, jak człowiek dobrze urodzony — odpowiedział Jerzy — a dziś tem więcej nie myślę zmienić zwyczajów, i dopokąd będę mieć ostatni grosz w kieszeni, nie ścierpię żeby mojej żonie na czem zbywało.
Po tak kategorycznej odpowiedzi Dobbin nie próbował już więcej przekonywać Jerzego że zupa żółwia nie zapewni szczęścia Amelji.
Niezadługo po objedzie Amelja objawiła nieśmiało chęć odwiedzenia matki w Fulham, na co Jerzy krzywiąc się zezwolił. Amelja pobiegła do swej ogromnej sypialni, którą zajmowała potem siostra cesarza Aleksandra, włożyła prędko szal i kapelusz i przechodząc znowu przez salę jadalną, rzekła do męża:
— Jakto? więc ty nie jedziesz ze mną?
Jerzy dał odmowną odpowiedź, nie ruszając się z miejsca; biedna kobieta spojrzała na niego z łagodnym wyrzutem, a kiedy lokaj Osborna oznajmił że powóz czeka już na dole, zeszła smutnie po schodach w towarzystwie kapitana i wsiadła do powozu. Lokaj Jerzego szepnął woźnicy że powie mu dokąd ma jechać gdy się trochę od hotelu oddalą, bo w obec galonowanej służby nie śmiał wymawiać tak skromnego i nieznanego adresu.
Dobbin odszedł do siebie, a w drodze myślał o tem jakby mu było przyjemnie znaleść się w powozie obok Amelji. Jerzy był widocznie innego zdania; bo po odjeździe żony poszedł do teatru, zostawiając uśpionego Józefa Sedley, który się późno w nocy obudził i kazał się odwieść do domu, gdzie pozwolił się włożyć do łóżka.
W skromnem mieszkaniu pani Sedley łzy radości potokami płynęły. Biedna, stęskniona matka wybiegła do bramy na spotkanie córki, której ukazanie się wielkim nabawiło kłopotem pana Clapp, w szlafroku polewającego róże w ogródku. Uciekając w popłochu Clapp zawadził nos w nos o grubą dziewczynę, która leciała z kuchni dla powitania dawnej panny Amelji.
Matka i córka przez dłuższy czas ani słowa do siebie wymówić nie mogły; pan Sedley nawet był głęboko wzruszony i mocno Amelję przyciskał do serca. Pomówiwszy kilka słów z matką i córką, wyszedł po cichu żeby im zostawić większą swobodę.
Służący Jerzego patrzył z pogardą na pana Clapp zabierającego rydel i polewaczkę z ogrodu; ukłonił się jednak grzecznie, gdy pan Sedley zbliżył się do niego zapytując o zięcia, a dowiadując się czy konie pana Joe dobrze służyły w drodze z Brighton do Londynu i przeszedł jak zwykle do narzekań na Bonapartego. Służąca wyniosła tymczasem szklankę wina, bo staruszek chciał koniecznie żeby lokaj jego zięcia pokrzepił się nieco; i nakoniec wsunął mu w rękę pół gwinei, którą kamerdyner włożył do kieszeni z wyrazem pogardy i zadziwienia.
— Wypij no tę szklankę wina za zdrowie twojego pana i twojej pani — mówił stary Sedley — a nie zapomnij, Trotter, wypić za nasze zdrowie jak wrócisz do domu.
Dziewięć dni zaledwie minęło od czasu kiedy Amelja opuściła to ubogie mieszkanie, a jej się zdawało że lata przeszły od chwili kiedy się z rodzicami pożegnała. Patrząc na smutną i osamotnioną matkę, przypominając sobie niedaleką jeszcze przeszłość, łzy i niepokoje w owych godzinach, kiedy uczucie miłości wyłącznie było zawładnęło jej istotą, biedna Amelja zarumieniła się pomimo woli i uczuła się upokorzoną, bo wyrzucała sobie obojętność dla rodziców, niewdzięczność nawet z jaką przyjmowała ich troskliwe około siebie starania wówczas, kiedy całą siłą przywiązała się była do jednej nadziei, która jej może wkrótce gorzki zawód zgotować miała. Sama przed sobą wyznać musiała że doszedłszy do kresu swych życzeń, nie czuła się wcale ani spokojniejszą, ani szczęśliwszą.
Zwykle się dzieje, że kiedy powieściopisarz swego bohatera i bohaterkę do ołtarza doprowadzi, zasłona nagle spada; jak gdyby cały dramat był skończony, jak gdyby troski, niepokoje i walka z życiem nie śmiały tej granicy przekroczyć! Niestety! i tu nie zawsze po różach stąpać przychodzi!
Dla uczczenia tak miłego gościa pani Sedley chciała zrobić coś nadzwyczajnego. Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, pobiegła do kuchni, gdzie miss Flannigan, służąca z Irlandji rodem, i oboje państwo Clapp przesiadywali zwykle. Mistress Sedley zajęła się natychmiast przyrządzeniem doskonałej herbaty z wybornemi ciastkami i kompotu z pomarańcz, żeby swoją kochaną Amelję jak najlepiej nakarmić. Każdy wyraża jak może swoje przywiązanie do uczucia dla ukochanych istot.
Podczas kiedy matka krzątała sie w kuchni, Amelja pobiegła do małego pokoiku na górze, gdzie tak niedawno jeszcze tyle wzruszeń doznała, tyle nocy bezsennych przepędziła. Widok białego łóżeczka które nieraz łzami zrosiła, obudził w niej uczucie, jakiego się doznaje przy spotkaniu dobrego przyjaciela, z którym się dawno nie widziało. Grzebiąc się w dawnych wspomnieniach, ujrzała przed sobą idealną Jerzego postać, tak jak go kiedyś sobie wyobrażała. Jakże tu wyznać, choćby przed sobą tylko, różnicę rzeczywistości od ideału? Kobieta kochająca, która wolny wybór zrobiła, musi przejść przez wiele cierpień, wiele doznać zawodów, zdrad i upokorzeń, nim odważy się zrobić podobne wyznanie.
Każdy niemal sprzęt w tem cichem ustroniu przypominał Amelji czułą, macierzyńską troskliwość jakiej niedawno jeszcze była przedmiotem; gdy przeciwnie myśl o wspaniałem łożu z adamaszkową kotarą, wznoszącem się jak katafalk w ponurej sypialni przy Cavendish Square, przejmowała ją strachem. Zdawało się jej przytem że błyszczące oczy i złośliwy uśmiech Rebeki wszędzie ją ściga. Miotana jakimś tajemnym niepokojem, Amelja uklękła przy dawnem swojem łóżeczku i nie wiemy jak długoby tak pozostała, gdyby nie oznajmiono jej że herbata gotowa. Amelja zeszła ze spokojem w duszy i z pogodą na twarzy, — nie myśląc już prawie o zielonych oczach Rebeki i o zimnem obejściu się Jerzego. Chcąc w około siebie roztoczyć promienie szczęścia, biedna kobieta zdawała się zupełnie szczęśliwą. Uściskawszy serdecznie rodziców, Amelja odjechała do swego wykwintnego hotelu i z uśmiechem na ustach spotkała Jerzego powracającego z teatru.
Dzień następny był ważniejszym przez Jerzego poświęcony interesom. Bilard, karty i inne wydatki osłabiły tak dalece jego finanse, że musiał się zgłosić do plenipotenta swego ojca dla odebrania należnych mu resztek ojcowizny i dla zaopatrzenia w brzęczącą monetę wypróżnionego już woreczka. Dwa tysiące, które miano mu wypłacić, nie mogły wystarczyć na długo, ale Jerzy liczył na to że serce ojca nie jest tak twarde jak opoka, że wawrzyny i sława wojenna skruszyć go zdołają i że nakoniec przyjdzie czas że i w kartach fortuna uśmiechnąć się musi.
Temi nadziejami rozkołysany Jerzy pozwolił znów żonie pojechać do rodziców, upoważniając ją przytem do zwidzenia główniejszych przybytków mody i elegancji, ażeby mistress Osborne mogła się pokazać w obcym kraju tak jak przystoi kobiecie wyższego towarzystwa. Mistress Sedley nie małą była w tem Amelji pomocą. Otoczona rojem uprzejmych modystek i szwaczek, zacna ta dama przeniosła się wyobraźnią w lepsze czasy i jeździła od magazynu do magazynu powiększając coraz liczbę swoich sprawunków. Amelja nawet nie okazywała się na to obojętną, tak dalece, że wszystkie czarne myśli, jakie wojna nasunąć mogła, rozproszyły się jakby za uderzeniem czarodziejskiej różczki. Bo i o cóż można się było niepokoić? Któżby jeszcze mógł był wątpić że dumny Korsykanin ulegnie w obec koalicji europejskich mocarstw, genjuszu Wellingtona, etc, etc. Statki przewoziły codziennie do Gandawy i Brukseli sam kwiat towarzystwa londyńskiego, co nadawało tej wyprawie pozór miłej i przyjemnej rozrywki. W takiem to usposobieniu Amelja przepędziła dzień cały, targując i wybierając pod przewodnictwem matki świetne i gustowne stroje, zdolne nie w jedno serce rzucić ziarno zazdrości.
Jerzy tymczasem rozparty w powozie kazał się zawieść do Bedfort-Row, gdzie znajdowało się bióro notarjusza Higgs. Nim wprowadzono go do gabinetu notarjusza, Jerzy miał czas zmierzyć dumnem spojrzeniem każdego z tych skrobaczy papieru. Uderzając szpicrutą po końcach lakierowanych trzewików, raczył zniżyć się na chwilę do tego stopnia, że myślał sobie o losie tych nieszczęśliwych gryzipiórków, których miał przed oczyma, a z których każdy przewyższał go o wiele zdrowym rozumem i znajomością ludzi. Uśmiech politowania przebiegł po ustach biedaków kiedy Jerzemu drzwi do gabinetu pana Higs otworzono.
Jerzy spodziewał się że notarjusz ma polecenie od ojca działać w duchu pojednawczym; czując się więc niejako panem pozycji, przybrał dumną i inponującą postawę, co przy zupełnie chłodnej powierzchowności pana Higgs dosyć śmiesznie wyglądało.
— Zechciej pan usiąść — powiedział notarjusz, jestem za chwilę na usługi pana. Panie Joe — dodał — przynieś mi pan papiery.
— To powiedziawszy zaczął znów pisać.
Po chwili drzwi się otworzyły. Joe wniósł spory zwój papierów i wręczył je notarjuszowi. Jak tylko formalności na piśmie dopełniono, Osborne wyszedł i udał się do domu handlowego Bullock et Comp. na którego imię weksel wydano.
Wieczorem Fryderyk Bullock oznajmił swemu przyszłemu teściowi że Jerzy odebrał cały swój kapitał. Pan Osborne przysięgał uroczyście że interesa pieniężne i wydatki Jerzego bynajmniej go nie obchodzą.



XXXVII.
Amelja w pułku.

Gdy świetny powóz Józefa Sedley zatrzymał się przed bramą hotelu Chatam, Amelja ujrzała jednocześnie postać kapitana Dobbin, który już od godziny przechadzał się wzdłuż i w szerz ulicy, czekając na przyjaciół. Błyszczące szlify, czerwony pendent i szabla przy boku, nadawały kapitanowi postawę prawdziwie wojowniczą. Jos nawet powitał go poufalej niż w Brighton i uczuł się dumnym podając mu rękę.
Dobbinowi towarzyszył chorąży Stubble, który na widok Amelji wysiadającej z powozu, nie mógł się powstrzymać żeby nie zawołać:
— A niech ją... co za śliczna dziewczyna!
Na to mimowolne uznanie jego dobrego gustu, Osborne spyszniał — bo też istotnie Amelja w pięknem futerku, z rumieńcami, jakiemi szybka podróż na świeżem powietrzu twarz jej oblała — usprawiedliwiała wdziękiem i powabem komplement chorążego.
Dobbin w głębi serca wdzięczny był za to młodemu koledze, a kiedy potem Dobbin podał jej rękę, wysadzając z pojazdu, Stubble zobaczył małą i ładną nóżkę, która się zaledwie dotknęła stopnia, i poczerwieniał oddając głęboki ukłon młodej mężatce.
Spostrzegłszy numer pułku na kaszkiecie chorążego, Amelja kiwnęła mu przyjaźnie główką i uśmiechnęła się przyjemnie, poczem znowu chorąży stanął jak wryty. Odtąd kapitan Dobbin obchodził się najuprzejmiej z panem Stubble. Na przechadzkach, na kwaterze, często mowa była między nimi o Amelji. Wkrótce wszyscy młodzi oficerowie pułku odzywali się o pani Osborne z pochwałami i uwielbieniem. Obejście jej proste i naturalne, życzliwość i skromność, malująca się na obliczu — zjednały jej od razu serca wszystkich co się do niej zbliżali.
Szanowny czytelnik niech raczy dopełnić sobie w wyobraźni tę łagodność i prostotę, jakiej nasze słowa nie mogą dość wiernie opisać. Prostota — nieoszacowany to dar u kobiety, o którym przekonać się można choćby po sposobie, w jaki powiada że ją zamówiono do następnego kadryla lub że jej za gorąco na balu. Jerzy, którego zawsze wysoko ceniono w pułku, urósł jeszcze w oczach kolegów, ujętych tą bezinteresownością, że ożenił się z kobietą bez majątku — i dobrym gustem, że wybrał tak ładne stworzenie.
Zdziwiła się Amelja znalazłszy we spólnym saloniku na dole list adresowany do pani kapitanowej Osborne. Był to bilecik różowy, w trójkąt złożony. Na pieczątce wyryty był gołąb, trzymający w dzióbie gałązkę oliwną; laku nie żałowano a pismo szerokie i rozwlekłe zdradzało rękę kobiecą.
— To wyszło z pod łapki szanownej Peggy O’Dowd, rzekł śmiejąc się Jerzy — poznaję ją po obfitem nalepieniu laku.
Był to w istocie bilet pani majorowej O’Dowd, która prosiła panią Osborne na wieczorek do siebie.
— Wypada pójść — rzekł Jerzy do żony — poznasz wszystkich naszych oficerów. O’Dowd dowodzi pułkiem a Peggy dowodzi O’Dowdem.
Zaledwie mieli czas rzucić okiem na bilecik pani O’Dowd, kiedy drzwi otworzyły się z trzaskiem i wpadła opasła jemność w amazonce, a za nią szło kilku oficerów.
— Otóż jestem — zawołała — Jerzy, mój drogi, przedstaw mnie żonie, pani Osborne! Bardzo mi przyjemnie poznać panią i przedstawić jej mojego męża, majora O’Dowd.
Po wypowiedzeniu tego komplementu, opasła majorowa rzuciła się na szyję Amelji z wylaniem serdecznem.
— Zapewne szanowny małżonek często musiał pani wspominać o mnie — zawołała nagle.
Amelja odpowiedziała że często o niej z mężem mówiła.
— Szanowny małżonek często musiał wspominać — powtórzył major O’Dowd słowa żony z dokładnością pozytywki.
Amelja dała mu mniej więcej tę samą odpowiedź co poprzednio.
— Pewno mnie musiał dobrze obmawiać — wtrąciła majorowa; dodając że Jerzy uchodził za złośliwego plotkarza.
— Gotówbym ręczyć za to — zawołał major, usiłując przybrać złośliwy wyraz twarzy, czem niesłychanie rozweselił Jerzego.
Pani O’Dowd trzaskając szpicrutą, poprosiła teraz Jerzego żeby ją przedstawił żonie, według wszelkich reguł etykiety.
— Przedstawiam ci, kochana żono — wygłosił Jerzy z najpoważniejszą miną, na jaką mógł się zdobyć — najlepszą, najmilszą i najzacniejszą przyjaciółkę naszą, Aurelę, Małgorzatę, zwaną Peggy.
— Otóż właśnie, mów dalej — dodał major.
— Zwaną Peggy, żonę Michała O’Dowd, majora naszego pułku, a córkę Fitzjurld Bersford z Burgo Malony, w pobliżu Glen Malony, w hrabstwie Kildare.
— I z Murgan-Square, ma się rozumieć — dodał major.
— Tam to właśnie zakochałeś się i starałeś o mnie, kochany majorze — zawołała majorowa.
Major potwierdzając skinął głową.
Poczciwe to majorzysko służyło w wojsku angielskiem we wszystkich częściach świata. Chociaż zawdzięczał stopień zasługom swoim wojskowym, a nie intrygom buduarowym, był to jednakże człowiek niesłychanie łagodny, milczący i spokojny jak baranek, którym żona kierowała do woli. Milcząc siadywał przy oficerskim objedzie, a wychyliwszy kilka szklaneczek mocnych trunków, wracał do siebie i zakrapiał się winem. Jeżeli otworzył usta, to z każdym się zgadzał zawsze i w każdym przedmiocie. Życie jego płynęło szczęśliwie i spokojnie. Palące słońce Indji nie rozpaliło jego krwi, a żółta febra żadnego nie wywarła wpływu na twardą jego korę. Z taką samą obojętnością szedł na baterję, z jaką siadał u zastawionego stołu. Apetytu nie miał wybrednego, wszystko mu jedno było: pieczeń końska czy zupa żółwia. Żyła jeszcze stara matka jego, pani O’Dowd z O’Dowdston, której raz tylko dał dowód nieposłuszeństwa gdy uciekł z domu do wojska i gdy postanowił ożenić się z zuchowatą Peggy Malony. Peggy była jedną z pięciu córek szlachetnej rodziny Glon-Malony, która wydała razem jedenaścioro dzieci. Mąż jej, a zarazem kuzyn, gdyż był z nią spokrewniony przez matkę, zawdzięczał jej niesłychany zaszczyt pokrewieństwa z rodziną Malony, którą uważał za najlepszą szlachtę całego świata.
Spędziwszy dziewięć sezonów w Dublinie, dwa w Bath i w Chettehham, a nie mogąc znaleść nikogo, coby chciał się zaprządz z nią w jarzmo hymenu, miss Malon rozkazała swemu kuzynowi Mick[3] żeby się z nią ożenił; liczyła ona wtedy trzydzieści i kilka wiosen.
Poczciwe chłopczysko usłuchał jej i pojechał z żoną do Indji Zachodnich, gdzie go przeniesiono do *** pułku i gdzie żona jego przez wzgląd na wiek, prezydowała na śniadaniach, objadach, wieczorach i tym podobnych zebraniach.
Majorowa pobyła zaledwie pół godziny, a już Amelja doznając losu wspólnego wszystkim znajomym Peggy, musiała wysłuchać od początku aż do końca dziejów rodziny i rodowodu Malony’ch.
— Moja droga — mówiła jej, wywnętrzając się serdecznie majorowa — chciałam koniecznie wykierować Jerzego na mojego szwagra, bo też z siostrą moją Glorwinią byli jakby stworzeni dla siebie — ale co się stało, nie odstanie. Ponieważ się z tobą ożenił, uważam cię odtąd jakby moją rodzoną siostrę, jakbyś należała do mojej rodziny. Masz chorowitą twarzyczkę, która mi się dość podoba i przewiduję że się we wszystkiem będziemy zgadzały.
— Tak, tak; będziecie się panie zgadzały — potwierdził O’Dowd, kiwając głową.
Amelję, bardzo wdzięczną za przyjazne oświadczenia, zadziwiło jednak takie obcesowe przyjęcie i wprowadzenie do nowej a licznej rodziny pułkowej.
— Wszyscy u nas tutaj dosyć dobrzy ludziska — prawiła majorowa. Nie masz pułku, w którymby się znalazło więcej zgody i jedności jak w naszym. Nieznane nam są kłótnie, plotki i podstępy. Owszem — wszyscy się bardzo lubimy i ufamy sobie wzajemnie.
— Naprzykład: pani i pani Magenis — wtrącił Jerzy z uśmiechem.
— Pani kapitanowa Magenis i ja — pogodziłyśmy się przecie, pomimo że postępowanie jej ze mną było niegodziwe: o mało mi włosy nie posiwiały, o mało nie umarłam ze zmartwienia.
— Kochana Peggy — szkodaby było kruczych, pięknych twoich warkoczy — zawołał major.
— Stul dziób, stary poczciwcze! Tak to wszyscy mężowie, panie Osbornie! Każdy z nich pragnie zaraz podnosić nosa do góry. Co do mojego Mika, powiedziałam mu raz na zawsze że wolno mu tylko otwierać gębę aby dać hasło: pić, jeść i spać. Muszę ci przedstawić całe towarzystwo pułkowe, a jak będziemy sam na sam, opowiem ci wszystkie szczegóły. Racz mnie teraz pani przedstawić swojemu bratu; bardzo przystojny człowiek, przypomina mi kuzyna mojego, Doma Malony z Ballymalony. Wyobraź pani sobie, ożenił się ten mój kuzyn z Ofelją Skully z Oysterthown, kuzynką lorda Poldoody... Panie Sedley... bardzo mi przyjemnie poznać pana. Spodziewam się że pan będziesz dzisiaj na objedzie z nami przy stole oficerskim... Mick! pamiętaj co mi mówił doktor — trzymaj się ostro, żebyś nie złożył broni przed wieczorem.
— Możebyśmy mogli, moja najdroższa — ośmielił się wtrącić major — dostać dla pana Sedley zaproszenie na objad pożegnalny, który nam wydaje 150-ty pułk.
— Natychmiast — czy jest tu Simple?... Chorąży Simple z naszego pułku, kochana Amelciu, zapomniałam ci go przedstawić... Pędź pan natychmiast, pokłoń się z łaski swojej pułkownikowi Tavish od majorowej O’Dowd i powiedz że kapitan Osborne przywiózł ze sobą szwagra który przyjdzie z nami na obiad, punkt o godzinie piątej. Chodź do mnie, moja droga, może dla oszukania głodu przekąsimy tymczasem cokolwiek? Proszę cię bardzo bez ceremonji.
Pani majorowa prawiła swoją litanję, a tymczasem młody chorąży Simple już zbiegł ze schodów spełniając zlecenie. Posłuszeństwo — to dusza żołnierza.
— Emmy — rzekł kapitan Osborne do żony — udajemy się teraz na służbę. Tymczasem majorowa O’Dowd rozpocznie twoją edukację wojskową.
Dwaj kapitanowie, wziąwszy majora pod ręce mrugnęli na siebie znacząco.
Pani O’Dowd dostawszy nową przyjaciółkę zarzuciła ją zaraz mnóstwem szczegółów, plotek i wiadomostek, którym nie mogła podołać pamięć nieszczęsnej ofiary, i wtajemniczyła ją natychmiast w tajne dzieje licznej rodziny, w którą Amelja wejść miała.
— Pani Hearytop, żona pułkownika, zmarła w Jamajce z powodu nieszczęśliwej miłości, do której przyłączyła się żółta febra. Co zaś do starego potwora pułkownika, na którego głowie znajdowało się tyle włosów co na kuli armatniej, miał on romansik z przystojną panienką — metyską. — Pani Magenis, której brakowało pierwszych zasad edukacji, w gruncie była poczciwą kobietą, chociaż miała piekielny język i matkę rodzoną gotowaby oszukać w wista. Pani kapitanowa Kirk zawsze wytrzeszczała ogromne oczy, jak przestraszony rak morski, skoro tylko zaproponowano najniewinniejszą grę w loteryjkę. A jednakże mój ojciec, jeden z najnabożniejszych ludzi jacy kiedykolwiek modlili się w świątyni pańskiej; dziekan Malony, mój stryj i kuzyn nasz biskup, z najczystszem sumieniem grywali co wieczór partyjkę wista lub kiksa. Zresztą żadna z tych pań nie jeździ z pułkiem — dodała majorowa. Fanny Mageniss zostaje zwykle — jak wiesz zapewne, u matki swojej, handlarki węgli w Islington-Town, pod Londynem. Córeczka też ciągle nam wspomina o ładownych okrętach swojego ojca. Pani Kirk z dziećmi zostanie tutaj, żeby znajdować się bliżej ulubionego kaznodzieji, doktora Ramshorn...
Pani Bunny jest obecnie w stanie interesującym ale to u niej stan normalny; wkrótce już ósmą istotką obdarzy porucznika...
Żona chorążego Posky, która przyjechała na dwa miesiące przed tobą, moja droga, już się kłóciła przynajmniej ze dwadzieścia razy z p. Tomaszem Posky. Po całych koszarach słychać jak hałasują. — Słychać nawet że już podobno półmiskami na siebie ciskali. Tomasz nie potrafił nam wytłumaczyć przeszłego tygodnia w jaki sposób skaleczył się nad okiem. Pani dobrodziejka zaś wróci do mamy swojej utrzymującej pensję panien w Richemond. Jeżeli takie ma być pożycie, to lepiej by zrobiła żeby siedziała spokojnie w domu i nie dała się wykradać — wszak prawda? Gdzie pobierałaś wychowanie, moja droga? Ja wychowałam się u pani Flanagon, w gajach Illissus, pod Dublinem — bardzo to kosztowna była pensja. Wyobraź sobie, jedna margrabina uczyła nas wymowy paryskiej — a dymisjonowany jenerał major gimnastyki.
Ogłuszyły Amelję te szczególne zwierzenia i to pokrewieństwo, z powodu którego majorowa wykierowała się od razu na jej starszą siostrę. Przedstawiono ją jeszcze tego samego wieczora reszcie improwizowanej rodziny. Miła a nieśmiała, nie była znowu tak uderzająco piękną, żeby się jej inne kobiety obawiać miały — pierwsze więc wrażenie jakie wywarła było korzystne. Wkrótce jednak przybyli oficerowie z 150go pułku i zaczęli ją opsypywać tylu grzecznościami — że nowe jej siostry zaczęły natychmiast dopatrywać w niej wad wiele.
— Więc Osborne przestał już putać i marnotrawić po warjacku pieniądze — szepnęła pani Magenis do pani Bunny.
— Jeżeli można z nawróconego rozpustnika wykroić dobrego męża — to Jerzy będzie służył za wzór tego rodzaju — powiedziała pani O’Dowd pani Posky, najmłodszej dotąd mężatce w pułku, która pieniła się ze złości że inna zajęła jej miejsce.
Pani Kirk, pobożna owieczka doktora Ramshorn, postanowiła pani Osborne kilka zasadniczych kwestji, tyczących się dogmatów, żeby się przekonać czy należała do owieczek wybranych. Po kilku odpowiedziach Amelji, nacechowanych prawdą i prostotą, zawyrokowała że ta dusza błąka się jeszcze w najgrupszej pomroce. — Żeby co najprędzej mogła ujrzeć światło, dała jej do czytania trzy wyborne a tanie książeczki, ozdobione rycinkami. Oto ich tytuł: Jęki w pustyni. Praczka z Wandworth. Prawdziwy bagnet angielskiego żołnierza.
Pragnąc wydostać ją natychmiast z chaosu niewiadomości, nim sen zamknie jej oczy, pani Kirk wymogła na Amelji przyrzeczenie że nim się jeszcze spać położy, przeczyta wyborne owe dziełka.
Mężczyźni niewiedząc nic o tych wszystkich zabiegach, otoczyli ładną żonę kolegi i na cześć jej wdzięków wyczerpnęli cały zasób galanterji wojskowej. Była to rzeczywiście owacja, która podniosła odwagę Amelji i oczom jej cały blask wróciła, Jerzy dumniał z powodzeń żony, zwłaszcza też z wdzięku a zarazem skromności, z jaką przyjmowała hołdy młodych wielbicieli i odpowiadała na ich komplementa. On zaś w świetnym mundurze, przystojniejszy od wszystkich innych, ciągle miał zwrócone tkliwe spojrzenie na żonę. Amelja bardzo się czuła szczęśliwą tego wieczora — i biedne jej serduszko aż skakało z radości.
— Będę najgrzeczniejszą dla wszystkich jego przyjaciół — mówiła sobie. Kiedy są przyjaciółmi Jerzego — to już starczy żeby zostali moimi; musi u nas w domu panować wesołość i radość, to go tem bardziej przywiąże do domu.
Zjawienie się Amelji w pułku było świetne; kapitanom wydała się uroczą, porucznicy głosili jej pochwały, a chorążowie gotowi byli na klęczkach kadzić wonnościami hołdów. — Stary Kutler, lekarz pułkowy, puścił parę żarcików, za nadto przesiąkłych anatomją żeby je powtórzyć można, a bataljonowy lekarz Kekl, który się doktoryzował w uniwersytecie Edymburskim, raczył z nią rozmawiać o literaturze i zacytować kilka zdań francuzkich, wreszcie Stubble chodził od jednego do drugiego, szepcząc do ucha każdemu:
— A co? prawda — prześliczna?
Poncz na winie ledwo go zdołał oderwać od tych oznak uwielbienia.
Kapitan Dobbin nie rzekł ani słówka do Amelji przez cały wieczór, ale z kapitanem Porter odprowadził Josa do hotelu. Poczciwy ten chłopak miał chód trochę niepewny. — Opowiadanie jego o polowaniu na tygrysa — wielkie z początku miało powodzenie na objedzie oficerskim a wieczorem wywarło niepoślednie wrażenie na pani O’Dowd, która w turbanie z ptakiem rajskim odpoczywała na kanapie. — Dobbin oddał ex-poborcę w ręce służącego, a następnie paląc cygaro, przechadzał się przed hotelem.
Jerzy odchodząc od pani O’Dowd obwinął starannie żonę szalem. Amelja podała rękę wszystkim oficerom, którzy jej towarzyszyli do pojazdu. Dobbin podał jej rękę, gdy wysiadała, i wyrzucała mu z uśmiechem, że nie zbliżył się do niej przez cały wieczór.
Już od dawna ucichło wszystko w hotelu i na ulicy — a kapitan palił jeszcze cygaro. Widział — jak światło zagasło w salonie Jerzego, a następnie zabłysło i zgasło w pokoju sypialnym.
Wrócił do kwatery kiedy świt zaczynał szarzeć na niebie. Już nad rzeką słychać było głosy i okrzyki ze statków, które miały zawieść podróżnych daleko od brzegów Tamizy.

Koniec tomu pierwszego.


Przypisy

  1. W ostatnich czasach pojęcia o wychowaniu znacznie się zmieniły. Z wyjątkiem szkół jezuickich, gdzie nadużycia tego rodzaju nie są rzadkie możemy z radością powiedzieć że kary cielesne powszechnie już są w zasadzie potępione i że ten barbarzyński środek zepsucia i upodlenia natury ludzkiej, wyszedł już z użycia ze szkół publicznych w krajach cywilizowanych.
  2. Urzędnik municypalny.
  3. Michaś.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Makepeace Thackeray i tłumacza: Brunon Dobrowolski.