Tarantella

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Tarantella
Pochodzenie Bajka o człowieku szczęśliwym
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
TARANTELLA


1908


Są pewne wspomnienia, które prześladują pamięć w tak dziwny i uporczywy sposób, że sam człowiek nie może zrozumieć, co im tę nadzwyczajną moc trwania nadaje, tę jakąś młodość wieczystą, iż powracają ciągle jednakowo żywe, a nawet w miarę upływu czasu żywsze, niźli były w pierwszych dniach... I to dziwna, że są to czasem rzeczy przypadkowo przeżyte, bez znaczenia na pozór, bez żadnego zgoła związku z resztą życia, który mógłby im nadać tę trwałość wyjątkową. A jednak nie giną, choć tyle ważniejszych zdarzeń i wypadków w toń zapomnienia pada, chociaż mgłą oddalenia pokrywa się tak wiele z tego, co niegdyś wydawało się wieczystem i niezapomnianem: szczęście, ból, miłość...

I dzisiaj niejasno już tylko uprzytomniam sobie w szczegółach ten stan psychicznego rozstroju, z obłędem prawie graniczący, który gnał mnie przez parę lat po Europie, każąc mi szukać w wiecznym niepokoju jakiejś Ziemi Obiecanej, nierzeczywistego jakiegoś kraju Lotofagów, gdzieby człowiek zapomniał o własnem istnieniu. Mam tylko wrażenie, że jest poza mną jakiś sen ciężki, duszny i gorączkowy, w którym wszystko, co było, we wspomnieniu w dziwny chaos się stapia... A jednak mam kilka wspomnień z owego czasu, nie wiadomo dlaczego tak żywych i jasnych.
Na przykład jeden dzień spędzony na Capri. Nawet pół dnia właściwie i nocy część...
Był to czas, kiedy, wyjechawszy z Neapolu, włóczyłem się piechotą w okolicach Wezuwjusza i po półwyspie sorrentyńskim. I pewnego ranka, mając oczy jeszcze pełne umarłego miasta Pompei i z góry, ze szczytu krateru widzianego morza, po którem białe obłoki pływały na równi z wyspami, znalazłem się w Sorrento, tak prawie przypadkowo, jak liść wiatrem rzucany pada na gościniec, albo na łąkę, lub w ogród kwiecisty...
Przyszedłem drogą od Castellamare di Stabia, wśród kasztanowych lasów i winnic nad morzem się wijącą i siedziałem w jakiejś osterji przy szklance ognistego wina. Tam — gdzieś — na świecie jesień już pono była późna, pono śnieg już prószył w ojczystym kraju moim; tutaj słońce paliło gorące i jeno po złotych liściach winogradu poznać było można spóźnioną porę. Na morzu cichem leżała jakaś nieuchwytna śreżoga, pełna blasku słonecznego, złota, błękitu i zadumania, niby sen jasny, spowijający świat, iżby się jeszcze piękniejszym wydał oczom tęskniącym.
Miałem się w Sorrento zatrzymać dni kilka, ale przyszła mi nagła ochota jechania na Capri. Nie czekałem statku; nawinęła się barka z dwoma wioślarzami: kazałem im się wieść przez ten błękit wód i powietrza ku siniejącej wyspie w oddali...
Było około południa — może później nieco, kiedym wylądował w Marina Grande i nie zwłócząc, jezdną drogę ominąwszy, puściłem się w górę stromą ścieżką wśród winnic ku miastu... Słońce stało właśnie nad Monte Solaro gorące, — rozpalone na błękicie słońce południowe, od Afryki kędyś żarem bijące, w którem złocił się liść winogradu i lśnił barwami drogich kamieni.
Na placu, przed schodami kościoła San Stefano, kupiłem fig nieco dojrzałych i grono winne o jagodach złotych jak słońce, a tak obfite, że w dłoni rozwartej zmieścić mi się nie mogło i opadało między palce toczonemi z bursztynu perłami.
To było moje śniadanie. Strach mnie przejmował na myśl, że aby się posilić, trzebaby teraz wejść pod dach, do dusznej izby i mówić z uśmiechniętym, wypomadowanym służącym we fraku...
Minąłem miasteczko i ruszyłem prosto w stronę na fort zamienionej Certozy, na drugi brzeg morski. Zalśniła mi znowu w oczy szafirowa zatoka z kilkoma suwającemi się po niej sennemi łodziami w stronie Marina Piccola, co widniała w dole, poza ruinami zamku na Castiglione... Droga pode mną była biała, zapylona; tu i ówdzie z małych ogródków przed domami strzelały wśród szarych oliwek mięsiste, kolczate liście agaw i opuncji. Zeszedłem na ścieżkę jakąś, ledwie znaczną miejscami, co wiła się po krawędzi skał tuż ponad morzem, rozlanem tam nizko w dole cichą płaszczyzną.
Sam byłem zupełnie. Cząbry spalone w słońcu pachniały i kępki pożółkłej, rzadkiej trawy o ostrej woni macierzanki. Wlokłem się tak przez pewien czas, bez myśli, bez celu, rozkoszując się po prostu tem, że żyję, że słońce pali i morze lśni i pachną na skałach zioła zeschnięte... Miałem dziwnie radosne uczucie lekkości i swobody: nie było mi pilno do nikąd, nie chciałem niczego. Czasem jeno — na jedno mgnienie oka — przypominał mi się ból mój, który mnie wygnał bezdomnego szukać po świecie nieziszczalnych ukojeń, ale wspomnienie to przemijało rychło, roztapiając się w nastroju dziwnej beztroski.
Czasami łzy mnie w gardle dławiły, ale Bóg świadkiem, że były to jedyne łzy w mojem życiu nie z żalu za szczęściem straconem, czy nie osiągniętem, ale gdzieś z głębi słońcem ukołysanej duszy bijące — jeno dlatego, że świat jest tak piękny i morze tak szerokie i taka dobra, złota cisza jest na świecie, na morzu, na duszy... Chłonąłem blask i barwy oczyma, tak jak usta wino chłoną najsłodsze i czułem, że oczy moje stają się pijane.
Nie wiem jak ani którędy dostałem się po pewnym czasie na przylądek Tragara. Ptaki jakieś białe obsiadły w dole dwie wyniosłe skały z morza sterczące, sławne Faraglioni, które są tak piękne, że obrzydzić ich człowiekowi nie zdołają nawet liczne ich obrazy i kartki z widokami, do naprzykrzenia wszędzie pokazywane. Woda była szafirowa, cicha, głęboka, zaledwie widoczną srebrną pianą u stóp skał obrzeżona. Słońce nachylało się już zwolna ku zachodowi i złociło gorącym blaskiem pionowe ściany tych dwóch turnic, rzucając poza nie granatowy cień na morze.
Znużony już byłem skwarem i pragnienie poczynało mi dokuczać; nie chciało mi się jednak piąć w górę do gospody na szczycie przylądka stojącej.
Zeszedłem już był dawno ze zwykłej drogi, którą forestjerzy chodzą; teraz posuwając się dalej południowo-wschodniem wybrzeżem, pogubiłem nawet te niewyraźne ślady kozich perci, które mnie dotąd wiodły po skałach. Mogłem mieć złudzenie, że znajduję się w jakimś kraju niezamieszkanym, na dziwnej pustyni, złożonej ze skał nagich i z morza, co okazywało się co chwila tam w dole oczom moim między załomami czerwonego kamienia, wśród dziwnie spiętrzonych turnic, w wyrwach pionowo opadających. Czasem wawrzyn o lśniących liściach wystrzelił z głazu przed oczyma mojemi, a czasem przypominała mi o blizkości ludzi jakaś nędzna oliwka, pracowicie między kamieniami ogrzebana, lub łódź, przesuwająca się po szafirowej zatoce, z góry do maleńkiego chrząszcza o długich ruchliwych nogach podobna.
W pewnem miejscu szeroki zielony wąwóz opadał w dół aż ku morzu. Nie myślałem zrazu o tem, dokąd wiedzie, ale pragnienie dręczyło mnie już tak straszliwie, że postanowiłem zejść nim i szukać, czy tam gdzie pod puszystą trawą nie znajdzie się kropla słodkiej wody. — Oliwki i wawrzyny gęsto wąwóz zarastały, a był on tak stromy, że, idąc, między gałęziami najbliższych, poniżej stojących drzew widziałem już morską toń szafirową. Ten ciągły widok wody — dalekiej — potęgował tylko we mnie palące uczucie pragnienia...
Obłoki tymczasem lekkie poczęły z morza wychodzić na niebo i rozsypywały się po niem ubarwionemi nizko już chylącem się słońcem pióropuszami. Poglądałem ku nim łakomie, myśląc o deszczu, któryby odświeżył wargi moje spieczone. Źródła bowiem nigdzie nie było. Miałem już tedy po próżnych poszukiwaniach nawrócić w górę z powrotem, gdy naraz i niespodziewanie znalazłem się przed wejściem do groty, kędy niegdyś stał ołtarz Mithry, poświęcony bogu słońca niezwyciężonemu...
Wilgotny, głuchy cień pod kamiennem sklepieniem, na gruzach rozsypanych filarów... Stopni znać jeszcze kilka, po których się ongi pono ku tronowi jasnego boga wstępowało, co przybył ze Wschodu i stał tutaj promienną twarzą ku wschodzącemu słońcu zwrócony, patrząc na morze srebrne i błękitne i na majaczący brzeg sorrentyńskiego półwyspu w oddali. Ziela nieco bujnego rosło u wejścia do groty: liść jakiś akantowy i zeschłe, szeleszczące w powiewie badyle.
Rzuciłem się tutaj na wilgotną ziemię, korzystając z cienia i chłodu i leżałem tak długo — z oczyma pełnemi blasku morza, zlekka teraz rozkołysanego. Cisza ogromna osiadła na świecie, jakaś odludna, boska cisza niezmierzona, w którą człowiek zasłuchany po chwili zapomnienia pyta się znagła, jakby ze snu się budząc, skąd się tu wziął? i czy to prawda, że był wczoraj gdzieindziej? czy to prawda, że w ogóle było jakieś wczora i może być jutro? Wczora — z całym bólem życia, z gryzącym żalem za niepowrotnemi rzeczami, z troską, ze smutkiem? — i to jutro zawsze blizkie i dalekie i zawsze nieznane? — A potem już nawet myśleć się przestaje, traci się nieszczęśliwą zdolność człowieczą odczuwania zmian, czasu, przestrzeni. Wszystko jednością jest i zakrzepłą na wieczność chwilą... O, Mithro...!
Mędrcy na Wschodzie błogostanem nazywają ten zachwyt duszy.
Aż owad przelatujący zabrzęczy, zaszeleści liść wiatrem rzucony, kamień stuknie kędyś ze skały spadając — i w jednym momencie świat zastanowiony w ruchu swym na nowo krążyć poczyna, zębate koła chwytają się znów nawzajem, prężą się pasy i liny na mozół życia bezsensowny a wieczny...
Kiedy z groty, bóstwem osieroconej, wychodziłem nareszcie, deszczyk srebrny, światłem przepojony mżyć poczynał z jakiegoś przelotnego obłoku, niezdolnego nawet słońca zasłonić. Zdjąłem kapelusz i rozpiąłem koszulę na piersi, poddając się pieszczocie drobnych, ciepłych kropel.
Trwało to jednak tylko chwilę. Tam w dali, w stronie Sorrento, widziałem jeszcze tuman dżdżu perłowy, ale nad głową moją obłok już przepłynął i słońce zachodnie znowu piec poczynało, kiedym z wąwozu zielonego wyszedł znów na skały.
I nagle, po kilkudziesięciu czy paruset krokach, zobaczyłem jawiącą się niespodziewanie przede mną kobietę. Stara była i wśród tych turni nadmorskich zgoła do czarownicy podobna. Siwe, splątane kosmyki włosów wysuwały się z pod ognisto żółtej chustki, — wsparta na kosturze poruszała bezzębnemi szczękami z przerażającem skrzywieniem, które miało pono uśmiech naśladować. Przeląkłem się w pierwszej chwili i chciałem zupełnie odruchowo uciekać. Staruszka jednak powstrzymała mnie czarodziejskim, w rozpaczliwym pośpiechu rzuconem słowem:
Signòr! vino!
W jednej chwili wydała mi się dobrą wróżką, ba! najlepszą z wszystkich wróżek na ziemi! Poczułem znowu, że pić mi się chce, jak wielbłądowi, który właśnie przebył Saharę! I teraz dopiero, podążając okiem za wyciągniętą ręką wróżki-czarownicy, dostrzegłem między skałami coś w rodzaju szałasu, zakrywającego wejście do płytkiej pieczary. Ciągnął się tędy widocznie szlak turystów i starowina czatowała z winem na forestjerów, „che hannno sempre danari“...
Nim zdążyłem usiąść na skleconej przed szałasem ławie, już wychyliłem duszkiem całą flaszę boskiego wina z Capri o niewinnym, przeźroczystym kolorze wody, a tęgiego, jak ogień. Obok mnie postawiła staruszka drugą flaszkę wraz z wyszczerbioną szklanką. I z tą nie bawiłem się długo. Od południa nie miałem w spieczonych ustach ani kropli płynu...
I naraz — nie było to upojenie, zwykłe upojenie, które oczy mgli i głowę zawraca, — owszem, uczułem jakąś niesłychaną bystrość myśli i wzroku, jakąś moc nagłą w mięśniach znużonych, jak gdyby krew poczęła tańczyć i śpiewać w mych żyłach. Świat mi się wydał złotym i godnym miłości, — złota, uśmiechniona radość życia pierś mi rozpierała. Z pod wpół przymkniętych powiek patrzyłem na skały, ostatniem, zachodzącem już słońcem malowane i na morze, po którem barwy rozmaite teraz chodziły. O parę stajań przede mną wznosił się przedziwny łuk z jednego czerwonego głazu — arco naturale — niby reszta jakiejś gigantycznej i w gruz upadłej gotyckiej świątyni... Na oparach ponad morzem rozwiesił się łuk drugi: tęcza siedmioma błyszcząca kolorami.
Wcisnąłem pięście między zęby, bo zebrała mnie nagła tęsknota, jak gdyby burza niespodziewanie w krwi się rodząca: żal jakiś potworny, bezbrzeżny, że sam tu jestem i patrzę na te cuda, nie mogąc ująć w dłoń dalekiej a nadewszystko pożądanej dłoni, że jest blask słońca nade mną złoty i złote w żyłach mych wino, a niema włosów od słońca i wina złocistszych a wonnych, któreby można zsypać sobie na oczy i śmiać się z poza nich światu złotemu. Chciało mi się rzucić na ziemię i krzyczeć w bezradnym, gryzącym bólu powracającego wspomnienia, co czyha w ciszy i rzuca się na serce, gdy ono jeno żywiej zabije...
Słońce tymczasem zachodziło poza mną i staruszka dotknęła mego ramienia, wzywając, abym za wino zapłacił, gdyż ona, nie spodziewając się już tutaj więcej przechodniów, wraca na noc domu.
Ocknąłem się i naraz śmiać mi się ze siebie zachciało. Po co człowiek bierze pamięć ze sobą w drogę, kiedy na światy wyjeżdża, które są takie piękne, że same obstaną za wszelki ból żywota, za wszystkie smutki i zawody? — Niech pozostaje w tyle i wpada w głąb to, co minęło, — nie warto rąk wyciągać po mgły nieuchwytne, póki winograd złoty jeszcze poi i kiedy są usta czerwone w kwietnych ogrodach po drodze, gotowe jeszcze całować...
Idąc oliwnym gajem ku osielu, zacząłem rozmawiać z towarzyszącą mi staruszką. Miałem ochotę jeszcze tego dnia spojrzeć na morze z ruin tyberjuszowego pałacu i pytałem ją, czy niema w domu jakiego chłopca, któryby mnie tam zawiódł najprostszą drogą na przełaj?
No, signor, ragazzo non c’è, ma una ragazzina solo...
— Tem lepiej! niech będzie i dziewczyna! — zaśmiałem się.
Przystanęliśmy podle murowanych zabudowań. Staruszka zajrzała w ogromną sień, gdzie cała rodzina zajęta była tłoczeniem dojrzałych oliwek i poczęła wołać, że jest „signor forestiere“, gotów dać „una mancia“ temu, kto go do ruin zawiedzie. Wybiegła dziewczyna, lat może dwunastu w drewnianych sabotach i w krótkiej czerwonej spódniczce na białej koszuli. Uśmiechnęła się do mnie ustami dziecięcemi i czarnemi oczyma kobiety — i zrzucając saboty, była gotowa do drogi. Zdziwiło mnie to, gdyż u nas ludzie obuwają się właśnie, wychodząc z domu, ale jej widocznie lżej było bosemi nogami biec po pachnących ziołach.
Słońce już zaszło i mrok szybki padać zaczynał, kiedyśmy się puścili przez ogrody jakieś, winnice i łączki kamieniste w stronę zwalisk. Droga nasza wznosiła się ciągle w górę; dziewczyna biegła raźno przede mną, błyskając mi w oczy z pod czerwonej spódniczki ogorzałemi łydkami, co miały bujną, złotą barwę dojrzewającego owocu.
Zarysy drzew coraz rzadziej roztapiały się już w cieniu i trawa czerniała pod stopami, — świeciły na niej tylko ciągle, niby dwa ostatnie słońca promienie, te dwie biegnące, uciekające wciąż przede mną nóżki dziewczęce.
I powoli, powoli głazy po pustym wygonie rozsiane poczęły się zmieniać w mych oczach. Tu i ówdzie, obok łysiny skalnej z ziemi sterczącej, zaświecił kawał marmuru, dłutem wyrobiony, zwornik jakiegoś łuku lub część utrąconej kolumny. Kapitele białe wyzierały z pomiędzy czarnych badyli ziół, — noga uderzała o węgły ścian rozwalonych. Teraz za każdym krokiem rosły tu zwaliska, niespodziewanie tak zjawione, jak gdyby czarodziejską mocą nocy przemieniła się w nie łąka, zwykłemi zasuta kamieniami... Ściany stały coraz wyższe; tu i ówdzie wisiał jeszcze na powietrzu łuk lub sklepienia ceglanego ułamek, trwaniem wieków w lity głaz sklejonego. Szliśmy już po ciemku jakiemiś korytarzami; przez dziedzińce do małych łączek podobne i sale bez pował, na których czarne wawrzyny pod gwiazdami dumały...
Naraz przewodniczka moja stanęła.
— To tu, panie...
Zaledwie zdążyłem rzucić jej pieniądz, zniknęła tak nagle, że dotąd myślę, czy nie była po prostu duchem, starej wiedźmie służącym, który zawiódł mnie tutaj po nocy.
Zostałem sam pośród ruin, — najzupełniej sam. Odruchowo zwróciłem się w stronę, skąd blask jakiś białawy dochodził — i po kilkunastu krokach znalazłem się na platformie, wznoszącej się z górą trzysta metrów ponad morzem, tuż pod nogami w dole szumiącem.
Oparłem się o kamienną balustradę i patrzyłem w dal — ku Sorrento. Obrzask był białawy na niebie i morzu, oddzielonem czarną linją wybrzeża od nieboskłonu: księżyc pono miał wkrótce wschodzić. Jakoż po pewnym czasie zaczęły się srebrzyć brzegi chmur i na wodzie grały blaski srebrzyste. Wybuch białego wulkanu; zorza śnieżna, wstająca nad morzem — promienista, szeroka! A na jej tle skłębione cielska potworów dziwnych, — aksamit i srebro i znowu białe, snem o tęczy przetkane puchy...
A potem dysk złoty, olbrzymi, tryumfalnie z wód i chmur wychodzący. —
Czarodziejstwa i cudy działy się przede mną niewysłowione na morzu i na niebie — a na ziemi ruiny zmieniały się w gród jakiś dziwny, na poły czarny i srebrny na poły... Straciłem poczucie miejsca i czasu; księżyc wyszedł już wysoko i pobielał, a ja stałem jeszcze bez ruchu. W tem dzwonek jakiś cichy, srebrzysty — niewiadomo skąd pośród zwalisk tej willi rozkosznej cezara...
Laudetur Jezus Christus...
Dojrzałem w miesięcznym blasku stojącego obok mnie zakonnika. Wyszedł z kościołka Santa Maria del soccorso i patrzał na mnie badawczemi oczyma.
In saecula saeculorum...
Kaplica Najświętszej Marji Panny Pomocnej na tych ruinach zbrodni, wyuzdania, pychy...
Daleko, daleko gdzieś wiary mojej dziecięcej odbiegłem, ale pozostała mi na zawsze snadź duma, że w katolickiej wierze zostałem wychowany, jedynej, która swoją cudną mistyczną głębią na miano religji boskiej zasługuje. I teraz zląkłem się — nie wiem dlaczego, — aby mnie ten księżyna za luterańczyka jakiego nie poczytał i zacząłem mówić szybko, niepytany, że jestem polak i katolik i proszę go, aby mi pozwolił na chwilę wejść do kościoła.
Popatrzył na mnie bystro i zwrócił się ku kapliczce, której nie dostrzegłem był początkowo. W oknach czerwienił się odblask wiecznej lampy przed ołtarzem.
Zakonnik zazgrzytał kluczem w zamku i pchnął drzwi przed sobą. — Mrok, słabo skaczącym płomykiem oliwnej lampy rozświetlony; na ołtarzu błyskają w dziwnem półświetle złocenia, — woń kadzideł i wosku topionego snuje się jeszcze w powietrzu od wczora... Kaganek zabłysł żywiej; wyjrzała z cienia na chwilę twarz Marji Panny Pomocnej...
Cofnąłem się szybko z progu, pytając mnicha, którędy najprostsza droga wiedzie ku miastu.
Nie okazał wcale zdziwienia. Zamknął kaplicę i wskazał mi ręką przejście między zwaliskami:
Diretto e sempre avanti!
Chciałem go jeszcze o coś pytać, ale on odszedł już — tak niespodziewanie, jak się był pojawił. Puściłem się tedy ku miastu; księżyc mi drogę oświecał. — Ruiny, mur jakiś ogrodowy, potem winnice i domki rzadkie wśród nich ukryte — i puste znów pole...
Biegłem szybko, jakby przed czemś uciekając, byle prędzej i dalej...
Już w pobliżu miasta dostrzegłem przy drodze szopę kamienną, wewnątrz oświetloną. Stały przed nią w łunie od drzwi bijącej trzy tancerki w barwnych strojach narodowych — z bosemi nogami, ale w chustkach opiętych na głowie i ze sznurami korali i mosiężnych krążków na szyi. — Mimo spóźnioną porę czekały snadź tutaj jeszcze zarobku: wedle taksy, umieszczonej we wszechwiednym Baedekerze, tarantella kosztuje franka jednego.
Jakoż zoczywszy mnie, poczęły wołać, czy nie zechcę na taniec ich popatrzeć. W pierwszej chwili chciałem już odmówić, ale przyszła mi dzika po prostu ochota patrzyć na taniec, byle najszaleńszy. Wbiegłem szybko do szopy i rzuciłem im naprzód parę srebrnych monet na ręce. Dziewczęta, ucieszone nieoczekiwaną widocznie hojnością, zaczęły rozpalać oliwne lampy i czynić do tańca przygotowania...
Szopa była obszerna, łukiem kamiennym na dwie części przedzielona. W pierwszej, gdzie światła się paliły, podłogę miała ceglaną, na której stało kilka krzeseł drewnianych, słomą wyplecionych i jakaś stara kanapa z wysokiem oparciem i sterczącemi ze środka sprężynami. W drugiej części panował mrok i chaos. W niepewnem świetle lamp widziałem tylko majaczące fantastyczne zarysy jakichś sieci rybackich, stągwi, pak i rolniczych narzędzi... Było w tem wszystkiem coś dziwnie tajemniczego — zwłaszcza w tej późnej godzinie i dla oczu moich, przez cały dzień do przestrzeni morza i nieba przyzwyczajonych.
Zabrzmiały dźwięki muzyczne; najstarsza z tancerek usiadła na ziemi z gitarą w ręku, tamte poczęły tańczyć. Rzuciłem się na niegościnną kanapę i patrzyłem. Dziewczęta były młode i zgrabne. Bose obie — okręcając się w tańcu pokazywały nagie jędrne kolana, z pod żółtych, jedwabnych spódnic błyskające. Usta ich uśmiechały się słodko, oczy poglądały zalotnie, ciała przeginały się w ruchach lubieżnych, ale znać było, że to, co czynią, czynią za pieniądze i radeby spocząć raczej w tej chwili...
Zawołałem na nie, aby taniec przerwały.
Przybiegły do mnie obie, zakłopotane prawdziwie.
Lei non è contenta, signore?
Nie ruszając się z kanapy, sięgnąłem do kieszeni i wygrzebałem wszystką srebrną monetę, jaka się tam znajdowała.
— Chcę, żebyście tańczyły, rozumiecie? Przynieście wina i tańczcie!
Zaśmiały im się czarne oczy:
— Dobrze, panie! Będziemy tańczyły! Ballaremo!
W mgnieniu oka znalazło się kilka gąsiorów z młodem, jeszcze mętnem winem kapryjskiem i zadźwięczała na gitarze znowu tarantella. Tancerki poruszały się teraz żywiej; wino zagrało im w żyłach, ciała prężyły się gibkie i smukłe, z nową jakąś, radosną swobodą. Czułem, że zaczynają tańczyć nie dla mnie, ale dla siebie. Na sofie rozciągnięty, patrzyłem na nie z pod spuszczonych powiek, sącząc wino ogniste...
I nie wiem nawet, kiedy szopa poczęła się zapełniać. Przyszły jeszcze dwie tancerki, — potem było ich więcej, siedm czy ośm. Kazałem im przynieść jeszcze wina; tańczyć zaczęły wszystkie, nie czekając mego rozkazu. Owszem, znać było, że zapominają po prostu o mojej obecności.
Krew im snadź południowa w żyłach zapłonęła, młode mięśnie same zadrgały. Nie patrzyły zgoła na mnie. Wybiegały po dwie z barwnej gromady, okręcały się na bosych nogach i w jakiemś coraz dzikszem zapamiętaniu rzucały w tył głowami, wyginając grzbiet i prężąc piersi wyniosłe. W palcach klaskały im kastanietty, z ust na wpół rozwartych wydzierał się czasem okrzyk tłumiony, namiętnością nabrzmiały!
Oto padają już znużone; jedna z nich, dziewczę może szesnastoletnie, o ruchach młodej pantery, rozciągniona na ziemi nachyla sobie gąsior wina do ust... Nowa para wybiegła. Gonią się, zwijają, łączą. Kastanietty słychać ciągle, wybijające takt gitarze. Chwyciły się rękoma, wysoko nad głowy wzniesionemi: szalona wyuzdana pantomina miłosna! Jedna z tancerek osuwa się na kolana, niby mdlejąca, druga w opętańczym wirze krąży około niej, ręce ku niej wyciąga. Zerwała się. Padły sobie na pierś i odtrąciły się, jak dwie kule bilardowe, — słychać suchy, histeryczny śmiech, krążą znowu, wirują, gną się i przechylają — a nowa para już się do tańca podrywa.
Wkońcu wir się zrobił ogólny, szalony. — Obłędne koło rozognionych, ruchliwych ciał, piersi dyszących, błyskających oczu i białych zębów, pośród krwawych, uśmiechem rozchylonych warg. Z cieniów, które mimo kilku lamp oliwnych po kątach zalegały, jawiły się nagle w świetle prężące się ciała i przebiegały w wirze zawrotnym przed moimi oczyma. Suchy dźwięk kastaniettów i krótkie chrapliwe okrzyki, rzucane z piersi zadyszanej, zagłuszyły już prawie gitarę; taniec zamienił się na jakąś orgję ciał, barw i ruchu. Wkońcu widziałem już tylko wzniesione w górę nagie ramiona, z opadłych rękawów koszul powysuwane, łona falujące i zarumienione twarze pod chmurą rozwianych czarnych włosów. I oczy... Białka oczu lśniące a błędne.
Śmiech mnie porwał straszliwy, dławiący — i bił w mojej piersi, nie mogąc się nawet głosem przez ściśnięte gardło na zewnątrz wydobyć.
— Oto jest życie! oto jest życie! — huczało mi w uszach w takt warjackiej tarantelli. Leżąc bez ruchu na sofie, pijany winem i widokiem tańca rozszalałego, miałem wrażenie, że tańczę — ja sam, że świat cały tańczy gdzieś na krawędzi skał ponad morzem, niedbały o wszystko, co było wczoraj, jutra nie pomny i wyzywający jeno od bogów wysokich chwili takiego szaleństwa, aby już bez wiedzy i bez pamięci runąć w otchłań wieczystą.
— Oto jest życie! oto jest życie! oto jest życie, treść i koniec wszystkiego!
Tancerki znużone poczęły już padać bez sił na ziemię... — —
Nie wiem dlaczego, ilekroć pomyślę o owym okresie w mojem życiu, staje mi przed oczyma wspomnienie tego dnia na Capri, zakończonego pijanym, wściekłym wirem tarantelli. Jestże to przypadkowe, czy też istotnie jest jakiś związek lub podobieństwo między temi rzeczami, którego ja jeno odkryć nie umiem, czy... nie chcę?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.