Taniec miecza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Taniec miecza
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
TANIEC MIECZA.
Na południu od Hondo na wszystkich drzewach wiśniowych już nabrzmiewały różowe pączki. Całe tłumy dążyły do parku Ueno w Tokio, aby podziwiać pierwsze przebudzenie wiosny.

W Tokio, w Kioto, Jokohamie, Osace, Nagasaki, Nikko, Nagoja i w innych mniejszych i większych miastach gejsze-śpiewaczki, gejsze-tancerki i deklamatorki przygotowywały się do wielkich wiosennych popisów w stolicy. Gdy poranna zorza różowemi blaskami muska drzewa wiśniowe, biało-różowem kwieciem przybrane, niby welonem młoda oblubienica, do Tokio przybywają gejsze ze wszystkich miast. Małe, podobne do laleczek porcelanowych gejsze-miako, wspaniałe gejsze-magnolje z Nary; piękne gejsze-piwonje z Kioto, gejsze-azalje, gejsze-kwitnącego klonu i inne spotykają się tu, w grodzie Mikada i ubiegają się o tytuł gejszy-wiosny, gejszy królowej. Nieraz do dziesięciu tysięcy najpiękniejszych, najbardziej utalentowanych, pożądanych przez wszystkich kobiet — kwiatów przesuwa się przed oczami tłumów, gdzie obok dumnego potomka rodu Tokugawa, możnych niegdyś dajmio, oficerów i uczonych, siedzą tragarz-„akaba“ popychacz dżenerikszy „gesia“, prosty robotnik — „ninpu“ i uśmiechnięta zawsze „sentakuja“ — praczka, o popękanych od mydła dłoniach.
Przed tym tłumem odbywają się doroczne popisy szkół: tańca, deklamacji i śpiewu oraz najbardziej słynnych „chaosi“ — gwiazd ze światka gejsz.
W małem miasteczku Omori, tonącem w bujnej roślinności, w znanej szkole gejsz-tancerek starej Miko Jamaguczi, która przed dwudziestu laty zdobyła tytuł gejszy-haru, przygotowywano się do popisu w Tokio. Miko miała tylko sześć wychowanek, a śród nich najzdolniejszą była wysoka, cienka jak trzcina i świeża jak zroszony biały nenufar — Kallio Kanni. Dziewczynka tańczyła już w „tańcu ziemi“ w ubiegłym roku i zasłużyła na oklaski najbardziej surowych sędziów, znawców sztuki gejsz. Być może, że już wtedy dostałaby nawet upragniony tytuł, gdyby nie to, że zjawiła się również słynna Aki Szimbo, nieprześcigniona w tańcach historycznych i rytualnych, i ta zdobyła palmę pierwszeństwa, wykonawczy taniec ziemi w zupełnie nowy, odmienny sposób. Prawda, że stara Miko Jamaguczi sarkała i z przekąsem mówiła coś o upadku sztuki, o nowatorstwie i zaniedbaniu obyczajów tanecznych.
Lecz tytuł gejszy-haru pozostał przy Aki Szimbo na cały rok. O! Jakże dobrze zapamiętała sobie ten dzień porywcza, zwinna Kallio! Spotkało ją wtedy wielkie szczęście obok nieszczęścia, a nie zdawała sobie sprawy, co było większe: szczęście, czy nieszczęście?
Było to tak. Gdy jeszcze w oczekiwaniu występu siedziała na estradzie, w swoim barwnym, pięknym stroju, jaki noszono przed trzema stuleciami, spostrzegła w pierwszym rzędzie widzów — młodzieńca. Szczupły, wysoki, o ciemnej, dumnej twarzy i dużych, rozmarzonych oczach, miał na sobie drogie kimono z herbem swego rodu na ramionach. Siedział swobodnie i spokojnie rozglądał się po szeregach gejsz i tłumie widzów. Kallio spostrzegła pewną uniżoność tych, którzy zbliżali się do młodzieńca i rozmawiali z nim.
Gdy zatrzymał na Kallio Kanni, małej gejszy-miako z Omori, swój dumny wzrok, a jego rozmarzone oczy rozszerzyły się i błysnęły, tancerka wydała radosny okrzyk i malutkie, wypieszczone dłonie przycisnęła do piersi. Uczuła wtedy, że w sercu nagle rozkwitł purpurowy kwiat miłości, wżarł się swemi pędami w każdą żyłę, w każdą kroplę krwi, w każdą myśl, rodzącą się w pięknej, pełnej nadziei główce. Wszystko na świecie zasłoniła sobą ta postać męska, błyski tych rozmarzonych oczu wielkiego pana.
Nie wiedziała mała Kallio Kanni, nieznana nikomu gejsza-miako, że oczy jej pieściły potomka możnego rodu Tokugawy.
Wkrótce przyszła kolej na jej taniec. Tańczyła, nie spuszczając oczu z dumnej twarzy młodzieńca, tańczyła tylko dla niego jednego, tańczyła, nic poza nim nie widząc i tylko instynktem wyczuwając rytm orkiestry, złożonej z koto i semisenów.
Gdy skończyła, młodzieniec zaczął klaskać w dłonie i przyjaźnie się do niej uśmiechać.
Rumieniec zalał jej policzki, a serce przestało bić w piersi.
Gdy upadła w ukłonie na niebieskie sukno estrady, ręce wyciągając do tłumu widzów, usłyszała wyraźnie:
— Drogocenna perła! Marzenie poety! Kwiat wiosenny!
Mówił to młodzieniec, któremu wtórowali otaczający go poważni „sanwo“.
Gdy schodziła po skończonych tańcach wszystkich gejsz z estrady, szukając Miko Jamaguczi, nieznajomy zbliżył się do niej i spytał z ledwie wyczuwanym, drwiącym uśmiechem:
— Tańczyłaś dla mnie?
— Gdy na niebie świeci słońce, wszystko dzieje się pod jego promieniami, — odparła gejsza.
— Dlaczego patrzyłaś na mnie? — pytał dalej.
— Gdy słońce świeci, oczy śmiertelników nie widzą gwiazd, tylko jego promienne oblicze! — szepnęła.
— Jesteś nie tylko piękna i zgrabna, jak sarna leśna, ale i dobrze wychowana, umiesz mówić ładne słowa, — powiedział, uśmiechając się.
— Ładne słowa nieraz kryją jeszcze piękniejsze myśli! — odpowiedziała zmieszana.
— Myśli? — powtórzył młodzieniec.
— I uczucia!... — szepnęła jeszcze ciszej.
— Robisz mi wyznania miłosne, dzieweczko! — odparł drwiącym głosem.
— Tak, szlachetny „sanwo“...
— Mówisz to z taką prostotą, śliczna Kallio Kanni! — zawołał młodzieniec, dotykając jej dłoni.
— Zachwycona ręka z prostotą zrywa piękny kwiat! — odparła, podnosząc na niego oczy.
— Chcesz, abym cię wykupił u twego właściciela i miał cię jako kochankę? — spytał pochylając się ku niej młodzieniec.
— Chcę być kamieniem, który potrąca twoja stopa, sanwo, twoją niewolnicą, zabawką, lecz zarazem twoją radością i szczęściem.
Młodzieniec wyprowadził ją z tłumu w aleję, zacienioną cyprysami, i tu zaczęli przechadzać się. Powoli opanowało go dziwne wzruszenie. Usta mu drżały i pałały oczy. Długo milczał, wreszcie przemówił:
— Mała gejszo! Jesteś jak świt wiosenny, jak biały kwiat, perlący się czystemi łzami rosy. Mógłbym uczynić tak, jak pragniesz. Lecz... lecz pochodzę z wysokiego rodu... Mnie nie wolno poślubić zwykłej kobiety... Mieć cię, jako kochankę... tak, jak to czynią bogaci kupcy i młodzi arystokraci, chełpiący się swemi przyjaciółkami, — nie chcę... Nie chcę! Szkoda mi ciebie... Zmuszą cię do włożenia we włosy purpurowego kwiatka... zostaniesz gejszą-kamelją... Nie! Nie chcę...
Powiedział to szczerym, gorącym głosem, a ręka jego, ściskająca dłoń Kallio, była zimna i drżąca.
— Sanwo, sanwo mój! — szepnęła nieśmiało gejsza. — Czyż nie lepiej mieć miesiąc gorącej miłości niż lata całe szarego, smutnego życia? Pomyśl!
Młodzieniec opuścił głowę i zamyślił się. Rozumiał, że los rzucił na jego drogę niewinną sercem i duszą dziewczynę, że nieuchwytna bogini, kojarząca mężczyznę i kobietę, zapaliła w piersi pięknej gejszy żagiew płomiennej miłości dla miłości, dla szczęścia, dla słońca, niegasnącego przez całe życie. Wahał się...
— Nie! — zawołał nareszcie stanowczym głosem. — Nie, dzieweczko! Tego uczynić nie mogę. Lecz jest jedno wyjście. Tytuł gejszy-haru nadaje sam Mikado. Jest to tytuł, równy herbom szlacheckim. Takie gejsze-królowe wchodziły, jako żony, do domów samurajów, a nawet dajmio. Rozumiesz?
Kallio Kanni podniosła główkę i radośnie uśmiechać się zaczęła.
— Rozumiem, sanwo, rozumiem! — zawołała, chwytając go za obie ręce. — Dziś zwalczyła mnie Aki Szimbo, lecz to — nic! Będę przez cały rok pracowała od świtu do zachodu słońca i prześcignę ją, prześcignę!
Potem już nic więcej do siebie nie mówili, a wkrótce rozstali się aż do nowej wiosny, gdy ogołocone z liści stare wiśnie w parku Ueno przywdzieją różowe szaty.

II.

Nastał dzień popisu. Osiem tysięcy gejsz stanęło do walki o tytuł „haru“, a śród nich również przesławna Aki Szimbo. Patrzyła na rywalkę skromna Kallio Kanni, widziała jak uśmiechała się Aki, z pogardą spoglądając na inne tancerki, pewna zwycięstwa i oklasków tłumu.
Gejsze tańczyły różne tańce, lubiane przez lud Daj-Nippon. Tłum w skupieniu i zupełnem milczeniu śledził każdy ruch gejsz-miako. Chwilami tylko, niby fala po łanie zbożowym, biegł cichy pomruk zadowolenia i zamierał gdzieś daleko, aż pod ogrodzeniem Ueno.
Kallio długo nie mogła odważyć się podnieść główki, aby przyjrzeć się tłumowi, temu potworowi o tysiącach połyskujących oczu, bojąc się napotkać źrenice tego, którego kochała, nie znając nawet jego imienia, a jeszcze bardziej obawiając się, że może nie ujrzy ściągłej, dumnej twarzy, o płonących, rozmarzonych oczach.
Wreszcie zwalczyła strach i oczy błagalne w pierwszych rzędach widzów utkwiła. Drgnęła.
Spostrzegła umiłowanego nad życie, nad słońce, nad sławę. Siedział tuż przed estradą i, pochyliwszy się do strojnie, bogato ubranej musme, coś jej szeptał do ucha.
— To — jego siostra, zapewne, ma równie dumną twarz i wysoka jest, jak on — uspokajała siebie gejsza, zwalczając obawy i podejrzenia.
Aki Szimbo tymczasem wyszła na estradę i, w towarzystwie innej gejszy, wykonała „taniec kwiatów wiśniowych“, spodziewając się, że w tym tańcu przewyższy współzawodniczkę.
Szumne oklaski spotkały Aki Szimbo za jej sztukę, pełną wdzięku i zrozumienia ducha czasu i kultu.
Teraz herold wyszedł i oznajmił:
— Szkoła gejsz-miako z Omori, kierowana przez szlachetną, znakomitą Miko Jamaguczi, wystawia zapomniany „taniec miecza“, w wykonaniu uroczej Kallio Kanni!
Gejsza powstała, skłoniła się do ziemi. Gdy się podniosła, w każdym jej ruchu, spojrzeniu, w każdem drgnieniu twarzy, w najmniejszej fałdzie złocistego kimona, w drżeniu kokardy „obi“[1] już odczuwał się taniec. Cała postawa gejszy była uosobieniem trwożnego oczekiwania, co dręczy, osłabia duszę i zrywa się chwilami w rozpaczliwy szał.
Pomruk tłumu, zachwyconego grą gejszy, a nawet lekkie okrzyki kobiet i musme, coraz częściej rozlegać się zaczęły.
Tymczasem taniec trwał dalej. Kallio chodziła wolnym krokiem, w którym wyczuwały się boleść i śmiertelne znużenie, nagle zatrzymała się z załamanemi rękoma i pałającym wzrokiem patrzyła z nadzieją i rozpaczą w dal, skąd czekała wyroku dla siebie... Brała kwiaty i obrywała płatki, wróżąc. Szukając zapomnienia, goniła motyle, ale wnet przychodził niepokój i kazał gejszy miotać się po estradzie w niemej rozpaczy, w torturze oczekiwania...
Zjawiła się inna gejsza, gejsza-służebnica.
Żałobny strój i zbolała twarz mówiły o nieszczęściu... Wicher rozpaczy porwał Kallio. Wyprężyła się, jak trzcina, na którą tchnął mroźny wiatr, a ona daremnie ciągnie się ku słońcu.
Tymczasem służebnica ruchami i wyrazem twarzy opowiadała, że ukochany samuraj poległ śmiercią walecznych i kochance posyła miecz, krwią rycerską zbroczony, i prośbę, aby pamięć o nim w swem sercu do śmierci przechowała.
Miecz rycerski złożyła na ziemi i odeszła.
Kallio czołgać się ku niemu zaczęła, do ziemi samej rozpaczą przytłoczona, łzami zalana, bólem poszarpana. Ujęła miecz drobnemi dłońmi i twarz zbolałą do zimnej stali tuliła i łkała, zawodziła bez głosu, bez łez.
Widzom oddechu w piersi brakło na widok rozpaczy. Nie widzieli takiego tańca, zapomniano o nim oddawna. Stara Miko odnalazła go gdzieś w starych rysunkach japońskich malarzy i pokazała potomkom dawno umarłych bohaterów z Hondo, Jezo, Szikoku, tych, co to śmiałe najazdy na smętną Koreę i na stare Chiny czynili, roznosząc sławę Daj-Nippon.
Łkała i zawodziła gejsza chwil kilka, aż, widać, stal miecza przemówiła do niej, gdyż jęła wpatrywać się w nią zdziwiona i rozradowana. O czem mówiła stal?
Ruchami i wyrazem twarzy opowiedziała o tem piękna, wiotka gejsza.
To była pieśń bojowego miecza, co błyskał w ręku rycerza, szerzył klęskę śród wrogów, siał lęk i zgrozę, rozbrzmiewał sławą przy każdem cięciu, przy każdej migotliwej błyskawicy, gdy z świstem rozcinał powietrze. Padł rycerz, ugodzony strzałą w serce, ale miecz pozostał w ręce stygnącej i ta ręka oddała go giermkowi, aby przekazał jej, ukochanej, tęskniącej i na zawsze porzuconej, bez nadziei spotkania.
— Odszedłeś, odszedłeś na zawsze! — woła tanecznemi ruchami tancerka z Omori. — Pozostawiłeś mnie samą, samą na całej ziemi! Bogowie, gdzież sprawiedliwość?! Jak chryzantema bez słońca, tak ja bez ciebie; umiera chryzantema — umiera musme...
Ostatnia walka młodego ciała z życiem, z jego wołaniem potężnem, z jego pokusą nowego szczęścia... lecz serce samotne i zrozpaczone już bić nie może...
— Idę do krainy cieniów za tobą, do ciebie, do ciebie, umiłowany mój! — zrywa się krzyk bez dźwięku, niemy, a straszny w ruchach miotającego się ciała, wzburzonego ostatnią, śmiertelną tęsknotą.
Upadła gejsza na ostrze miecza i ruchem nieznacznym z fałd złocistego kimona długie pasmo szkarłatnej wstęgi wyrzuciła, jakgdyby krew swą oddała ziemi, radość i ból rodzącej dla ludzi — dzieci swoich...
Nigdy nie pamiętało Tokio takiego wybuchu zachwytu i uznania. Od oklasków i krzyków w całym parku Ueno drzewa szemrać zaczęły i ronić różowe płatki swych kwiatków; zdziwił się i uśmiechnął dobrotliwie Budda-olbrzym, a cienie czterdziestu roninów w zdumieniu do grobowców swych pierzchły.
— Gejsza-haru! Gejsza-haru! — wołano ze wszystkich stron.
— Kallio Kanni, powtórzyć! — rwały się krzyki.
— Powtórzyć!
Gejsza-miako z Omori powtórzyła swój taniec; zmuszono ją tańczyć, jeszcze raz... i znowu, znowu.
Siedem razy wykonała Kallio Kanni taniec miecza, najtrudniejszy taniec dawnych gejsz, z czasów, gdy na wojnę chodziły wraz z samurajami i pancerze miały na piersiach. Tańczyła coraz piękniej i wymowniej, gdyż widziała zachwyconą, wpatrzoną w nią z miłością i uniesieniem twarz tego, za którego sama poszłaby na śmierć i niedolę, bo kochała...
Tłum ryczał i szalał, żądając dla niej tytułu królowej gejsz:
— Haru! Haru!
Heroldzi oznajmili wolę Mikada, który z wyroku sędziów nadaje Kallio Kanni, gejszy-miako z Omori, tytuł gejszy-haru, gejszy wiosny.
Lecz ona już tego nie słyszała. Leżała w głębokiem omdleniu, blada, bezwładna, a piękniejsza jeszcze.
Obudziła się wreszcie w wspaniałej sali, śród miękkich, jedwabnych poduszek i kwiatów, kwiatów bez liku.
Cichy okrzyk zdziwienia wyrwał jej się z ust przybladłych.
Uchyliły się drzwi i wszedł młodzieniec o ściągłej, poważnej twarzy i oczach rozmarzonych, a pełnych ognia. Przy nim kroczył stary sanwo o nieruchomej, jak u posągu, i uroczystej twarzy. Gdy poznała umiłowanego, zdawało się jej, że to tylko piękny sen, więc dotknęła czoła, oczu i ust, myśląc, że śni i widzi w marzeniu umiłowanego, ku któremu mknęło jej serce, myśli i gorące pragnienie młodego ciała.
Tymczasem młodzieniec podniósł ją i rzekł:
— Ja, Hinajoszi z rodu Tokugawa, biorę ją, ojcze, za żonę, gdyż jest ona gejszą-haru, równą nam, z łaski Mikada, a ukochaną przezemnie nad naszą starą krew, nad słońce, morze i góry! Ja nie chcę życia bez Kallio Kanni, kwiatu mojej duszy, ognia mego serca do ostatniego tchnienia mego...
— A ty, musme, czy chcesz go? — spytał starzec, dotykając ramienia Kallio.
— O, sanwo... Ojcze! — zawołała ze łzami szczęścia gejsza.
Więcej nic nie mogła powiedzieć Kallio Kanni i do nóg starca upadła.


Przypisy

  1. Pas różnobarwny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.