Takie coś w pelerynie. Jego Wielkanoc
| Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Takie coś w pelerynie | |
| Podtytuł | Jego Wielkanoc | |
| Pochodzenie | „Słowo Polskie“, 1909, nr 168 | |
| Redaktor | Zygmunt Wasilewski | |
| Wydawca | Wacław Wolski | |
| Data wyd. | 1909 | |
| Druk | Drukarnia „Słowa Polskiego“ | |
| Miejsce wyd. | Lwów | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
Przez trzy miesiące z dokładką — takie coś w pelerynie zaawansowało. Ależ tak — i to siedmiomilowymi butami. Nie do uwierzenia. A stało się to wypadkiem. Lecz z wypadków składają się właśnie całe życia.
Jeden z tych „na stanowisku“ kolegów redakcyjnych potrzebował nagle po Bożem Narodzeniu stać się bezpartyjnym. Potrzebował ze względu na to, iż mu w bezpartyjnym dzienniku zaproponowano o dwadzieścia pięć koron więcej pensji i możność wylania żółci od czasu do czasu we wstępnych artykułach. Miało to być robione tak sprytnie, aby wyglądało zawsze na bezpartyjność. Trudno jednak. Skoro się ma kondykt na gaży i „dziewczynkę“, mającą pewne pretensje do stałej godności metresy dziennikarza — należy chwytać, co zyskowniejsze. Jakucki Edward pocałował zatem biurko „w cieniu od okna“ — i odszedł. Zawezwano zatem Rozbierskiego Marcelego przed oblicze redaktora, ile-że kilka sprawozdań sądowych, jako dzieło jego pióra, „wybiło się“ szczęśliwemi a zgrzytliwemi aluzjami i tytułami á la pani X.
Redaktor naczelny siedział na zwykłym stolcu w gabinecie dawno nieprzewietrzanym i obcinał sobie z roztargnieniem brodę tak zwanym „specjalnym korespondentem.“[1]
Takie coś w pelerynie zapięło i rozpięło swą kurtkę kilkakrotnie. Był to ruch znamionujący nieśmiałość i wzruszenie.
— Jakucki odchodzi — zaczął bez wstępu redaktor — chcę spróbować, może się pan przyda...
Rozbierskiemu Marcelemu duch zamarł w piersiach. Ukłonił się tylko.
Redaktor się skrzywił. Zajechał za głęboko nożyczkami, ale był roztargniony, jak każdy redaktor, między jedynastą a dwunastą. Jakby mu zęby ścierpły po dziesięciu cytrynach, wyrzucił całą serję słów, określających czynności Rozbierskiego.
Za każdem słowem redaktora Rozbierski Marceli kłaniał się. Redaktor miał ochotę cisnąć w niego nożyczkami, tak go te beznadziejne ukłony irytowały. Ale pomyślał, że jest właściwie pół-bogiem i dał spokój.
— A zwłaszcza co do kroniki prowincjonalnej — kończył redaktor — proszę bardzo mieć nos i czujne oko. Są korespondenci pewni i są niepewni. Jedni piszą prawdę, inni kłamią. Więc niech pan pamięta, ażeby nie zaplątać się w jakieś odwoływania. Taki paragraf 19 deprecjonuje pismo. A szczególnie z wojskowością. Nie plątać się, bo to gorsze od zbudzonej nagle pchły. Dostanie pan...
Redaktor się zacukał. Rozbierski Marceli w szalonym galopie rozpiął i zapiął swoją wysłużoną marynarkę.
— Dostanie pan stałych sto dwadzieścia koron.
Rozbierski milczał. Był olśniony. Możność robienia długów na drugie sto dwadzieścia koron zwiększała w nim wspaniałość przyszłości. Redaktor czekał. Widząc, że nowozaciężny milczy, dodał wspaniałomyślnie:
— I bilet do Wiednia...
Rozbierski szybko się ukłonił. Ten „bilet“ wolnej jazdy pierwszą klasą był szczytem jego nieśmiałych marzeń. Te marzenia się ziszczały. Redaktor powstał, nożyce z brzękiem upadły — Rozbierski pochylił się, podniósł je i zmieszany żegnał się z redaktorem, trzymając ciągle nożyce w ręku.
Lecz ten porwał je prawie z pasją.
— Oddaj mi pan nożyczki — to moje! Pan znajdziesz swoje na biurku. Musiały zostać po Jakuckim... o ile je nie darował swojej metresie!!!
∗
∗ ∗ |
Rozbierski Marceli ma obecnie tytuł „redaktora“ i chadza do Colosseum z wytłuszczoną książeczką redakcyjną, a w teatrze na trzeciem lub czwartem przedstawieniu nowej sztuki, rozparty w fotelach redakcyjnych, robi z powodzeniem publiczność. Ma teraz nowy garnitur, a nawet, co więcej, kolorową kamizelkę, oblamowaną czarną tasiemką. Włosy przyciął przy skórze, aby się zdawało, że jest dystyngowanie łysiejący. Wysuwa naprzód biedną klatkę piersiową. W karnawale, dzięki genjalnemu wynalazkowi wypożyczania fraków, zaznał kilka tryumfów balowych. Mianowicie — słaniał się po redutach, służąc za cel konceptów chórzystkom, poprzebieranym za torreadorów i cnotliwie broniącym swych wdzięków o ile były z waty.
Raz jeden wskutek „rozszalenia się“ miasta — wydelegowano go na jakiś bal „rumiankowy“ i tam z wielką ostentacją zapisywał w karnecie wszystkie elegancje dam i panien czując, że spojrzenia oczów, uczciwie podkreślonych ołówkami Dorin’a lub poprostu okopconą szpilką, zwracają się ku niemu, jak ongi oczy dam ku Napoleonowi III w Compiègne. Był jednak nieubłagany, zanotował tylko kilkanaście nazwisk i zniknął z sali balowej, unosząc swą ważność, frak troszkę przechodzony, ale za to nie własny i swój karnet, w którym był materjał na dozgonną wdzięczność i nienawiść kilkudziesięciu serc niewieścich. Artykuł ten, nadziany umiejętnie gazami, urokami, paillet’ami, empire’ami, brokatami, wdziękami, gracją, czarem i innemi zbożnemi kłamstwami, a pysznie złatany z rozmaitych równie kłamliwych a tchnących dumą kobiecą artykulików — wyrobił mu w redakcji sławę pióra lekkiego, powiewnego.
Nie tu wszakże Rozbierski Marceli dał się poznać z możliwie dobrej strony. Oto zatarg serbsko-austryjacki stał się dlań koniem, który wydobył go z czarnej toni pospolitych użyteczności redakcyjnych. Z rozmachem — jakby pióro jego było szablą co najmniej tak waleczną i wypróbowaną, jak szabla smutnej pamięci następcy tronu serbskiego — zabrał się do spraw wojennej natury. Rozłożył przed sobą mapkę owych enigmatycznych kraików, drogich już Szekspirowi w pomieszczaniu akcji swych sztuk, a obecnie służących za takiż mistyczny teren akcjom rozmaitych dramideł francuskich, szydzących z królów i tronów z całym sukcesem. Rozbierski Marceli, zakopał się nosem w Sawie, Drawie i jej dopływach — i zaczął płodzić ogniste artykuły, które zaciekawiły nawet apatycznych konduktorów w tramwajach.
Rozbierski Marceli przewidywał wojnę europejską, rozmieszczał armję, fortyfikował grody, zdobywał je i w puch rozbijał. Z poza swego biurka, otulony peleryną (bo kaloryfery stale się coś psuły), trząsł losami całej Europy i jak z puzonu przepowiadał wielkim głosem upadek mocarstw wielkich a pysznych. Nieszczędził ironji i dogryzków, wstrząsał tronami i obalał dynastje. W proch zrzucał korony ze skroni „namaszczonych“ i słał cale krocie paszczom otwartym armat na pożarcie. Morza płonęły! morza purpurowe od ogni, a z aeroplanów o skrzydłach z perkalu, rzucano bomby, niweczące wszystkich i wszystko dokoła. Jeżeli zanosiło się na pokój, Rozbierski Marceli urągał tym wieściom. Był to „fortel piekielny“, tak — fortel, nic więcej. On miał pewniejsze wiadomości. W takich razach wydobywał ową „osobę wysoko położoną“ — i ta informowała ogół o tem, co w łepetynie Marcelego kłębiło się i wichrzyło.
Potrafił jednak zainteresować ogół. Sprzedawano więcej egzemplarzy, bo zwierzę ludzkie rzuca się chętnie na czerwoną płachtę, która mu drażni oczy. Gdy dnia jednego sprzedaż wskutek umiejętnego podłaskotania publiczności, osiągnęła niebywałą ilość egzemplarzy, Rozbierski Marceli chodził dumnie po ulicach, jakby co najmniej w tragifarsie miał maskę Aehrenthala. To było całem jego zadowoleniem, to i możność wyładowania tej plotkarskiej furji na wielką skalę, z akompaniamentem huku strzałów i tonów trąbki wojennej. Gdy bohater białogrodzki machnął kozła i nastał pokój, Rozbierski Marceli uczuł się pokrzywdzony, dotknięty, zmuszony do milczenia. Lecz jeszcze wielkim głosem zawołał: Pax! ironicznie i bluznął tym razem Aehrenthalowi w twarz zarzutem, iż nie zachował się po europejsku.
Od tej chwili, takie coś w pelerynie zredukowało swe wylewy pióra. Redaktor, który widząc w tem interes pisma, pozwolił mu na ów upust temperamentu, ściągnął mu teraz znów cugli, lękając się o podwyżkę. Ale takie coś w pelerynie było na tym punkcie skromne i delikatne.
Robiło z zapałem długi i szybko dążyło do tego punktu finansowego, na jakim stał jego poprzednik przy biurku. Rozbierski Marceli zaczynał bowiem mieć nieuzasadnione ambicje. Jadał prawie codziennie kolację, zmieniał co dwa dni kołnierzyk i mieszkał w czwartorzędnym hotelu — ale mieszkał. Jak na człowieka z inteligencji, były to zapędy zbyt kosztowne. Jednak i tego było mało. Rozbierski Marceli w pierwszych dniach wiosny przypomniał sobie, że jest młodym.
I tu zaczęła się jego tragedja.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Poprzednik jego, Jakucki Edward, spotkał się raz z nim w teatrze. Na scenie szczerzyła zęby jakaś szpiczasta primadonna z operetki, uchylając „wdzięcznie“ sukienkę ruchami rozbrykanego słonia.
Edward usiadł obok Marcelego.
— Winszuję! — wyrzekł ironicznie. — Kolega postąpiłeś na wyżyny. Zająłeś podobno moje stanowisko.
Rozbierski Marceli się stropił.
— Ja? to jest...
— No, no — nie szkodzi. Powinieneś kolega wziąć po mnie całą sukcesję. Oto tam, na lewo, trzecia z rzędu — ten markiz w różowych majtkach, z odstającą bryklą wiecznie złamanego gorsetu — Tośka, moja dawna. Weź ją sobie.
— ?...
— No. Ma manję wstąpienia do opery. Cały dzień wyje fjoritury. Nie mogłem znieść jej ziewania portamentów i sposobu, w jaki jadła pomarańcze. Pozatem możliwa. Poleci, bo strasznie łasa na dziennikarzy. Myśli, że jej każden wyrobi debiut. Napisz kolega do niej dwa słowa za kulisy. Przyjdzie. Nazywa się Antonina Zagrobella.
Poszedł. Takie coś w pelerynie walczyło ze sobą sumiennie i uczciwie. Wreszcie, podczas gdy trzy karykatury na scenie wdzięcznie się męczyły w parodii kankana, napisał szybko ołówkiem na bilecie swym wizytowym zaproszenie na kolację.
— W celach sztuki — dodał chytrze.
Bilet nosił pod nazwiskiem wabne słowo: Redaktor pisma X.
Wysłał bilet.
W następnym akcie otrzymał odpowiedź.
— Przyńdę od strony menskiej garderoby — proszę czekać.
Ukrył głęboko w kieszeni ten pierwszy bilet miłosny.
∗
∗ ∗ |
Pożycie ich było więcej urozmaicone, szczególniej co do wierności Tośki. Chórzystka zdawała się mieć skrzydła u ramion, a w sercu klucz od wielu serc takich cosiów w pelerynie. A nadewszystko unosiło się nad nimi wieczyste wspomnienie Jackowskiego Edwarda, który w opowieściach Zagrobelanki urastał do rozmiarów dżentelmana sypiącego złoto i dowody miłości z równą hojnością i brakiem zaopatrzenia się na przyszłość. Rozbierski Marceli czynił wszelako bohaterskie wysiłki, aby zatrzeć te wspomnienia, lecz nie udawało mu się to żadną miarą. Na śniadanie obiad i kolację musiał przełknąć Jackowskiego Edzia.
Nie przeszkadzało to „dziewczynce“ jeść i pić solidnie i odpowiednio. Ta metressa ani się domyślała, jak święte pieniądze przejada. Rozbierski Marceli zaczynał znać co to są bezsenne noce z powodu długów. Lecz trzymał się ostro, bo stała „dziewczynka“ dodawała mu prestige w oczach kolegów, a u redaktora tryumfalną sławę rozpustnika. Pokazywał się z Tośką chętnie w kawiarni, a raz nawet odważył się za biletem redakcyjnym wziąć ją do Colosseum. Nie kochał jej, ale przywiązał się do jej plotek i kolorowych halek, zabawnych jak upierzenie papugi. Czuł jej błyskotliwość i chciał ją czemś olśnić, bo widział, iż traktowała go, jak mizeraka. Lękał się, aby go nie rzuciła, gdyż to ośmieszyłoby go w oczach kolegów. A jakby węchem wyczuwał, że nadchodząca wiosna może mu coś złego przynieść w tym kierunku.
I oto — nadchodzą święta Wielkanocne.
∗
∗ ∗ |
W te dni kobiety mają swoją tradycję. Na święta należy mieć nowy wiosenny żakiet, nową bluzkę, nowe rękawiczki, nowe buciki — nowe wszystko. Zmartwychwstanie Pańskie inaczej nie będzie ani ważne, ani zupełne. Takie Tośki Zagrobelanki zwłaszcza mają to pojęcie uczczenia Świąt ugruntowane solidnie. Już od dwóch tygodni Rozbierski Marceli czuje w Tośce fluktuację w tym kierunku. Lecz — jest to jakby napróżno, bo to uroczyste obchodzenie świąt w pojęciu Tośki równa się sumie jakich dwustu koron. Tego — takie coś w pelerynie znikąd otrzymać nie może. Natomiast — przychodzi mu szczęśliwa myśl do głowy. Ma bilet wolnej jazdy do Wiednia. W administracji jest jakaś wdową po literacie, która rozporządza także takim biletem. Mówiła raz płaczliwie — proponując nabycie za śmiesznie małą cenę. Lecz nikt nie chciał kupić, bo bilet był wystawiony na imię kobiece. Rozbierski prędko skończył targ. Wziął bilet i wystawił wdowie kwitek na odebranie należności z jego gaży w kasie. Obliczył, iż pobyt w Wiedniu dwudniowy kosztować może trzydzieści do czterdziestu reńskich. Wydreptał i wyskomlił je, ocierając pot setny z czoła. Tryumfalnie biegł do teatru, gdzie po przedstawieniu spodziewał się jak zawsze spotkać Tosię. Chciał jej zaanonsować nowinę.
— Uwożę cię do Wiednia! na święta.
Zdołał po drodze tu i tam rzucić:
— Jadę z moją „ dziewczynką “ do Wiednia.
Widział, że robi wrażenie. Nie wątpił, iż skoczy mu z radości na szyję — zapomni o nowym żakiecie, kapeluszu i „parasolce z jaką śliczną rączką“, o których w ostatnich dniach wspominała z większą, niż kiedykolwiek natarczywością.
Żądania te były bardzo skromne, śmieszne w porównaniu z rywierami brylantowemi pięknej Otero i Liny Cavalieri — ale zawsze...
∗
∗ ∗ |
Takie coś w pelerynie — drepce koło teatru pod deszczem wiosennym, nudnym i cuchnącym. Z żydowskiej dzielnicy wieje zgnilizną czarną i beznadziejną. Takie coś w pelerynie — ma jednak wielkanocną radość w piersiach. Widzi się w pierwszej klasie kolei wraz ze swą „dziewczynką“. Jadą jakby w podróż poślubną, uśmiechają się do siebie, cieszą się komfortem... Kocha ją nawet, tę Tośkę w tej chwili. Cieszy się za nią i za siebie.
Wychodzi właśnie z „koleżanką“...
Wicher i deszcz rozwiewa jej sukienkę. W świetle latarni miga ciepła barwa oranżowej halki i migoce lakier bucika. Chwilę jakby waha się na progu.
— Och!... dyszcz! a ja mam nowy kapelusz.
— Ta otwórz parasolkę — odpowiada koleżanka.
— Tyż nowa.
I Rozbierski Marceli widzi, że Tośka jest cała nowa od stóp do głów — cała — to jest żakiet, kapelusz olbrzymi z masą kwiatów, że ma nieznaną mu halkę, błyszczące buciki, białe rękawiczki.
Ktoś ją ubrał, ktoś nie w pelerynie, ale w saku, ktoś, mający podobno przyzwoitą wieś i o którym już chodziły głuche wieści, że na „dziewczynkę“ zagiął parol...
Rozbierski Marceli mimo to podchodzi. Lecz zimno mu jakoś i niewyraźnie. Ona, dostrzegłszy go, mruży oczy, przygryza usta niemiłym grymasem.
— A... dobrze, że tu jesteś. Chciałam ci właśnie powiedzieć, że jutro jadę na wieś. Na Święta! Zaproszono mnie...
— Ja... właśnie...
— Co?... A! prawda... wesołych świąt!
Podaje mu rękę naturalnie, prawie wesoło.
— Baw się dobrze, trzymaj się ciepło.
— Jednakże...
Patrzy mu ostro w oczy.
— Co? czego?
Tyle jest „kobiety“ w tem spojrzeniu, te Rozbierski Marceli ustępuje jej z drogi.
— Tak. Nic. Wesołych świąt!
Rozchodzą się.
Ona dąży szybko z „koleżanką“, osłoniwszy się niedostatecznie nowiutką parasolką.
On — owija się w pelerynę i patrzy za nią tępym wzrokiem.
— A...