Takie coś — w pelerynie
| Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Takie coś — w pelerynie | |
| Pochodzenie | „Słowo Polskie“, 1908, nr 601 | |
| Redaktor | Zygmunt Wasilewski | |
| Wydawca | Wacław Wolski | |
| Data wyd. | 1908 | |
| Druk | Drukarnia „Słowa Polskiego“ | |
| Miejsce wyd. | Lwów | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
Rozbierski — Marceli się nazywa.
A podpisuje się Erem. Nosi się z malarska, w pelerynie zakopańskiej — „wiecie“. — Niby moda przebrzmiała i tetmajerowska gwara „cosik“ zrzedła, ale „haj“, peleryna peleryną. Zawiesiste to i togowate. A potem, jak się leci, dodaje ważności. A potem, na wszystkie sezony. I w tem cały grunt. Okryje dokumentnie nie jeden brak. Letnią marynarkę, zimowe spodnie, nieobecną kamizelkę. Bardzo zacny sprzęt.
Wiadomo — zakopańska.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Rozbierski — Marceli.
Wcale nie Kaffehauspflanza. Tamto coś od Nowaczyńskiego, coś, co dziewięć lat temu grasowało po Krakowie. Rozbierski Marceli pisze codzień porządnie, regularnie notatkę dowcipną, koziołkowatą w jednym z poczytnych dzienników. Notatka musi być wesoła — dziennik bowiem chadza na szczudłach, ale od czasu do czasu każe któremuś z współpracowników poklepać czytelnika „po kolanie“. I trzeba żeby się „uśmiano“. — Więc, Rozbierski Marceli słynął, że jest hecowny i ma „witze“ — że ma!... więc dawajcie go przed oblicze samego redaktora.
Rozmówka.
— Pan będziesz u nas pisał?
Rozbierski rad — cieszy się. Już czuje, jak zacznie pisać Essaye. To bardzo łatwo, myśli. To jest teren jeszcze niewydeptany. Bryknę parę razy, parsknę, splunę — niby bajeczne jakieś zrobię wrażenie i oto jestem! Wybiłem się czterema kopytami na stanowisko. Biorę miesięcznie sto blatów — nie... sto dwadzieścia... sto pięćdziesiąt... mam bilet wolnej jazdy do Ponteby i nazad. A głównie piszę Essaye. Wykopię jakiego Humpreya Warda, albo jakie poetyczne bydle essayować będę. O!...
Tak myśli Rozbierski Marceli.
A redaktor naczelny tymczasem kwaśny, bo mu ducha wymiętolił jakiś niepoprawny grafoman, odkrywający właśnie Norwida, decyduje.
— Pan będzie pisał Notatki. To będzie się nazywało Notatki. I będzie wesołe, lekkie, ale zarazem przyzwoite... Bo my, uważa pan, na każdym rodzinnym stole... Przytem nikogo nie zadrasnąć, co do polityki, to proszę nic... i będzie pan od wiersza.
Rozbierski Marceli klnie w duchu, ale się uśmiecha obleśnie. Dla dwóch powodów. Ma biedak popsute zęby od dziecka kreozotem, a potem ma biedak popsutą duszę w lubej nędzy, w jakiej wywija koziołki, starając się gwałtem „wyjść na ludzi“...
— Dobrze.
— A więc na jutro proszę o notatkę...
Idzie Rozbierski Marceli po ulicach „Lwowi“ i szuka rzeczy wesołych, przyzwoitych, nie politycznych, nie kąsających — słowem ideału rzeczy na notatkę po trzy centy od całego wiersza.
— Psia kość... kropek mu nawstawiam, wykrzykników... choler... rozwałkuję michał i rozciągnę.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Rozwiewa wiatr peleryną. Nos posiniał, ręce zgrubiały. Porteczki cieniutkie, buty coś tego jakby atramentem zasmarowane. Węszy, węszy — notatkarz. A no, coś wesołego! Ani weź! Wszystko pochmurne, złe, zirytowane, szkaradne. Od afiszy zacząwszy, skończywszy na psach brudnych i nieufnych. Jedna tylko właśnie ładna i nowa jedzie hyclowska buda i rosłe, zdrowe ludzie idą przy niej, jak trzej Anabaptyści z Proroka, tylko że mają nowe postronki na plecach. Rozbierski Marceli już zrezygnował z Essayów, ale nie chce zaczynać pisać Notatek od cieszenia się, że magistrat dba o nowe ładne budy w hyclowskim „statku“. Więc idzie i szuka. Żydzi szarpią go za pelerynę i proponują mu tuzin chustek lub ładną panienkę. On nie reaguje. Idzie i szuka rzeczy dowcipnych i wesołych.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Wreszcie się wprawił. Pisze tak, ot z powietrza. Najczęściej w knajpie. Pisze naprawdę rzeczy wesołe. Ludzie się bawią. Redaktor traktuje rzeczy te „per nogam“, zajęty właśnie najwyższą z najwyższych polityk. Powoli Rozbierski Marceli dziwi się nawet, czy mógłby pisać coś innego. To nie jest do uwierzenia, ale on wysila swój cały spryt, mózg, talent na tych kilkanaście wierszy, które co wieczór kreśli w knajpie, a rano regularnie, porządnie przynosi do redakcyi. Niktby nie uwierzył, ile zjada człowieka ta notateczka rzucona, jak bańka tęczowa, jak śmiech zawisły w powietrzu...
On cały dzień myśli i dręczy się tem, co napisze i jakaś ambicya w nim rośnie, aby ta plwocina była wielka i była „witzem“, który obiegnie całą Karola Ludwika i dalej i dalej...
Śmiech pusty. Pomysł dziki a przecież bardzo ogólno ludzki, bo Szekspirowa wielkość ufundowana jest na tej ogólnoludzkości... Tak myśli Rozbierski Marceli. Nie porasta w pierze — chadza zawsze w pelerynie, ma tylko teraz potworne, spuchnięte amerykańskie obuwie. Myśli nawet, aby się przerzucić w stronę amerykańsko-angielskiego humoru, ale lęka się, czy zostanie zrozumiany od kolumny Mickiewicza do pomnika Fredry. Odkłada więc to na później.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Oto idzie Wigilia.
Rozbierski Marceli usadził się na jakiś bajeczny koncept. Śmiechu będzie, jak nigdy. I jaki śmiech! Nad śmiech. To słuszne. Święto, oto wesołe, więc należy. Dla niego to nie bardzo. Bo śmiech pomyśleć, ale oto Rozbierski niema gdzie iść na wilię. A no, tak. Rodzice? Matka żyje gdzieś na wsi u kogoś na przedmieściu. Sama na łasce. Rodziny ani poświeć. Więc gdzież także w pelerynie na tę wilię zapuka?
Ano, do knajpy, na gulasz, czy co tam. Zresztą mniejsza, byle ten kawał... Już w nim taka pycha pisarska się rozwielmożniła.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Ale oto pan redaktor oddaje mu świstek, przesiąkły kawiarnianą wonią.
— Nie... nie... to na później. A dzisiaj, to widzi pan, ludzie lubią coś rzewnego, coś, żeby to i łezka nawet, panie tego... Proszę więc coś smutnego, żeby i wzruszyło i usposobiło dobrze do stołu wigilijnego. Niech no pan to raz dwa... bo już czas...
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Rozbierski Marceli siedzi w pokoju redakcyjnym zakutany w swoją pelerynę i czarna rozpacz chwyta go za serce.
— Łezka, psia kość?... po co im dziś łezka? na codzień śmiech sobie obstalują, a na święto łezka...
Rozwichrzył trochę włosów. Nastroił tony swej duszy. — Poszukał tych — płaczących.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Ah — były rdzą pokryte.
I tonu wydać nie chciały.