Tajny agent (tłum. Gąsiorowska)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Tajny agent
Data wydania 1908
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Drukarnia Ed. Nicz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Gąsiorowska
Tytuł orygin. The Secret Agent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.

Dyrektor wydziału najważniejszych przestępstw przejechał prędko przestrzeń, dzielącą Soho od Westminsteru i znalazł się w samym środku państwa, w którem słońce nigdy nie zachodzi. Policyanci, trzymający straż w tym dostojnym przybytku, salutowali na jego widok! Wszedłszy do wnętrza gmachu, spotkał się zaraz z trzpiotowatym i rewolucyjnie usposobionym sekretarzem wielkiego męża.
Pięknego młodzieńca zadziwił tak wczesny powrót dyrektora, którego miał polecenie oczekiwać dopiero około północy. Z tego wczesnego powrotu wywnioskował, że sprawa źle poszła. Młodzieńcy uprzejmego charakteru bywają skłonni do współczucia, młody sekretarz gotów też był współczuć niepowodzeniu dyrektora, którego twarz miała drewnianą nieruchomość i widoczniejsze jeszcze wydłużenie, niż zwykle.
— Co za dziwną, cudzoziemską powierzchowność ma ten człowiek — pomyślał sekretarz, uśmiechając się do niego przyjaźnie z oddalenia.
I zaczął rozmowę, chcąc zagrzebać porażkę dyrektora pod nawałą słów. Opowiadał, że dzisiejszej nocy grozi wielki szturm ze strony przeciwników. I dlatego „szef“ nie dał się nakłonić do pójścia na obiad do domu.
— Przyjmie pana natychmiast. Siedzi w swoim gabinecie i rozmyśla o rybach — opowiadał żartobliwie sekretarz.
Nie chciał urazić drażliwych uczuć dyrektora, lecz ciekawość przeważyła współczucie. Nie mógł się powstrzymać i rzucił od niechcenia:
— A pańska płotka?
— Złowiona — odparł krótko i stanowczo.
— To dobrze. Nie ma pan pojęcia, jak ci wielcy ludzie nienawidzą drobnych zawodów.
Wygłosiwszy tę głęboką uwagę, młodzian zadumał się. I milczał przez całe dwie sekundy. A potem:
— Cieszę się. Ale pytam, czy to naprawdę taka drobnostka, za jaką ją pan przedstawia?
— Czy pan wie, do czego służy płotka? — zapytał z kolei dyrektor.
— Hm! Można ją włożyć do pudełka z sardynkami?... — roześmiał się sekretarz. — Trafiają się na wybrzeżach Hiszpanii sardynki, które...
Dyrektor przerwał mownemu terminatorowi w politycznem rzemiośle.
— Tak! Tak... Ale można też czasem użyć płotki, jako przynęty na wieloryba.
— Na wieloryba! Fiu u-u-u! — gwizdnął młodzieniec. — Więc pan zarzuca sieć na wieloryba?
— Niezupełnie. To, co ja łowię, podobniejsze jest do psa morskiego. Pan może nie wie, jak wygląda pies morski?
— Wiem. Jesteśmy teraz zakopani po szyję w książkach, traktujących o rybach. Jest to złośliwe, z groźną miną, obrzydliwe zwierzę, o gładkiej twarzy i z wąsami.
— Opisane dokładnie — zauważył dyrektor. — Tylko mój okaz jest wygolony doszczętnie. Widziałeś go pan nieraz. Sprytna ryba...
— Widziałem go?... — powtórzył młodzieniec niedowierzająco. — Nie mogę zgadnąć, gdzie mógłbym go widzieć...
— W klubie Podróżników, jak sądzę — objaśnił spokojnie dyrektor.
Usłyszawszy nazwę klubu — niesłychanie doborowego — sekretarz uraził się i odparł krótko.
— Nie może być! Co pan mówi?! Członek?!
— Honorowy — mruknął przez zęby dyrektor.
— Nieba!
Sekretarz miał minę spiorunowaną, a dyrektor uśmiechnął się lekko.
— Ale to pozostanie między nami — rzekł.
— Nie słyszałem jeszcze nic podobnego w życiu! — wymówił słabym głosem sekretarz, jak gdyby zdumienie podcięło na chwilę jego młodzieńczą żywość.
Dyrektor popatrzył na niego bacznie. Zgorszony młodzieniec dochował milczenie, do samych drzwi gabinetu wielkiego męża; milczał uroczyście, jakby urażony na dyrektora, za ujawnienie tak nieprzyjemnego i niepokojącego faktu. Burzyło to jego pojęcia o wyszukanym doborze członków, o towarzyskiej niepokalaności klubu „Podróżników“. Bo sekretarz był rewolucyonistą tylko w polityce: towarzyskie zasady i osobiste uczucia, pragnął zachować bez zmiany przez cały przeciąg lat, przeznaczonych mu do przebycia na tej ziemi.
Odsunął się na bok mówiąc:
— Niech pan wejdzie bez pukania.
Zasłonki z zielonego jedwabiu, opuszczone nisko na lampach, nadawały pokojowi ton zielonego cieniu lasów. Wyniośle patrzące oczy były słabą stroną wielkiego człowieka. Ale tę słabą stronę ukrywano starannie, tylko przy nadarzonej sposobności pozwalano wypoczywać znużonym oczom. Dyrektor, wchodząc, zobaczył tylko, dużą, białą rękę, zasłaniającą górną część bladej twarzy! Na stole leżały podłużne kartki papieru i rozsypana garść stalówek. Zresztą, nie stało tam nic, oprócz małej, bronzowej statuetki, czuwającej tajemniczo w mrocznej nieruchomości. Dyrektor, zaproszony, by usiadł, wziął krzesło. W przyćmionem świetle, jego ściągła twarz, czarne włosy i smukłość, nadawały mu jeszcze więcej piętno cudzoziemca.
Wielki człowiek nie okazał ani zdziwienia, ani ciekawości. Siedział zamyślony, osłaniając zagrożone oczy, nie poruszył się. Ale głos jego nie był senny, gdy przemówił:
— No! I czegóż się pan dowiedziałeś? Pewnie na pierwszym kroku spotkałeś coś nieprzewidzianego...
— Niezupełnie nieprzewidzianego, sir Ethelredzie. Wiadomo panu, że przestępcy w pewnych chwilach uczuwają niezwalczoną potrzebę wywnętrzenia się przed kimkolwiek. Często zwierzają się przed policyą. Tego Verloka, którego inspektor Heat tak bardzo chciał osłonić, zastałem w takiem właśnie usposobieniu. Dość mi było powiedzieć kto jestem i dodać: „wiem, że umoczyłeś ręce w tej sprawie“. Mógł to uważać za cud, że już o tem wiemy, ale nie zastanawiał się nad tem. Zadałem mu tylko dwa pytania: „Kto cię do tego popchnął?“ i „Kto to zrobił“. Na pierwsze pytanie odpowiedział jasno. Co do drugiego dowiedziałem się, że ten z bombą był bratem jego żony, młodziutki chłopiec, słabo rozwinięty umysłowo... Ciekawa sprawa, ale może zadługo trwałoby jej przedstawienie teraz...
— Więc czego się dowiedziałeś? — zapytał wielki mąż.
— Po pierwsze, dowiedziałem się, że były więzień, Michelis, niema z tem nic wspólnego, pomimo, że chłopiec przebywał u niego chwilowo na wsi, do ósmej rano dzisiaj. Prawdopodobnie, Michelis nie wie dotąd o niczem.
— Pewny pan jesteś tego?
— Jaknajpewniejszy, sir Ethelredzie. Verlok pojechał tam dziś rano i zabrał chłopca, niby na przechadzkę. Ponieważ nie pierwszy raz to robił, Michelis nie mógł podejrzewać nic niezwykłego. A oburzenie tego człowieka, Verloka, nie przemilczało niczego...
Dyrektor powtórzył wielkiemu mężowi, który siedział, ciągle zasłaniając ręką oczy — wszystko, co mu Verlok opowiedział o charakterze i postępowaniu pana Włodzimierza.
Wielki człowiek zrobił uwagę:
— Wydaje się to trochę fantastyczne...
— Nieprawdaż? Możnaby sądzić, że to tylko srogi żart. Ale nasz człowiek wziął to zupełnie seryo. Czuł, że jest zagrożony. W swoim czasie, jak wiadomo, miał bezpośrednie stosunki ze starym Stott-Wartenheimem i sądził, że jego usługi są niezbędne. Przebudzenie było przykre. Oburzył się i przestraszył. Nie wątpił, zdaje mi się, że ci panowie z ambasady są zdolni nie tylko pozbyć się go, ale wydać go innym, w taki lub owaki sposób...
— Długo z nim rozmawiałeś? — zagadnął wielki mąż.
— Około trzech kwandransów, sir Ethelredzie; w podejrzanym hoteliku, w pokoju, który wziąłem na całą dobę. Zastałem go w chwili reakcyi, jaka następuje po wysiłku zbrodniczego czynu. Nie jest to zatwardziały zbrodniarz. Nie miał zamiaru uśmiercić tego nieszczęśliwego chłopca. Było to dla niego nieprzewidzianym ciosem, widziałem to. Może być, że to człowiek uczuciowy, może być nawet, że kochał tego chłopca — kto wie? Liczył na to, że chłopiec wyjdzie cało. W najgorszym razie narażał go tylko na umieszczenie w zakładzie. Ale jak w takim razie mógł liczyć, że ukryje się jego udział w tej sprawie, nie mogę pojąć...
Dyrektor nie wiedział, jak dalece biedny Stevie przywiązany był do pana Verloka (dobrego pana Verloka!) i jak upornie potrafił milczeć, co się okazało w dawnej sprawce ze sztucznymi ogniami, kiedy ani gniew, ani pieszczoty ukochanej siostry nie skłoniły go do wyznań. Bo Stevie był uczciwy...
— Co z nim zrobiłeś? — zapytał wielki maż po chwili.
— Pilno mu było wrócić do żony w sklepie, więc mu pozwoliłem odejść.
— Czy tak? Gotów umknąć?
— Nie sądzę. Dokądby uciekł? Nie zapominajmy też, że musi myśleć o niebezpieczeństwie, jakie mu grozi od towarzyszów. Pozostał na posterunku. Czemże tłómaczyłby się przed nimi, gdyby się usunął? A choćby nawet nie miał żadnej przeszkody do swobodnych ruchów, nie uczyniłby nic. W tej chwili nie ma on dość energii do jakiegokolwiek postanowienia. Niech mi też wolno będzie zaznaczyć, że gdybym go zatrzymał, musielibyśmy przedsięwziąć kroki, co do których musiałem zasięgnąć przedtem pańskich wskazówek.
Wielki mąż dźwignął się ciężko. Wielki i potężny.
— Zobaczę się dziś w nocy z generalnym prokuratorem i wezwę pana do siebie jutro rano. Czy masz mi pan jeszcze coś więcej do powiedzenia?
Dyrektor powstał także, smukły i giętki.
— Nie sądzę, sir Ethelredzie. Chyba, gdybym miał wdawać w szczegóły, które...
— Nie! Żadnych szczegółów, proszę.
Wielki mąż wzdrygnął się w obawie szczegółów. A potem wyprostował się, wyciągnął potężną dłoń i spytał:
— Mówiłeś pan, że ten człowiek ma żonę?
— Tak, sir Ethelredzie — odparł dyrektor, ściskając z uszanowaniem podaną rękę. Prawdziwą żonę. Mówił mi, że po rozmowie w ambasadzie byłby rzucił wszystko, sprzedał sklep i wyjechał z Anglii, ale wiedział, że żona nie zgodziłaby się na to. Charakterystyczna cecha prawowitych stosunków — dodał posępnie dyrektor (wspomniawszy własną żonę, która odmówiła także wyjazdu z kraju). — Tak, a tymczasem padł ofiarą rodzony brat tej prawowitej żony. Rodzinny dramat...
Roześmiał się i wyszedł, zostawiając wielkiego męża zagłębionego w rozmyślaniach.
Dyrektor miał w sobie wojownicze instynkta. Ta sprawa wydała mu się opatrznościową wskazówką do rozpoczęcia wojny. Pilno mu było zacząć. Poszedł powoli do domu, układając w drodze plan kampanii i zastanawiając się nad psychologią pana Verloka. W salonie było ciemno, poszedł więc na górę i spędził pewien czas między sypialnią a garderobą, przebierając się i chodząc tu i tam z miną lunatyka. Ale otrząsnął się z zadumy, w drodze do domu, gdzie była jego żona u wielkiej pani, opiekunki Michelisa.
Wiedział, że mu tam będą radzi. Wchodząc do mniejszego salonu zobaczył żonę wśród osób, zebranych przy fortepianie. Młodzieńczy kompozytor, siedząc na taburecie przed fortepianem, wykładał coś dwom panom, których plecy wyglądały staro i trzem wysmukłym kobietom, których plecy zdradzały młodość. Za parawanem pani domu miała przy sobie dwoje tylko gości: mężczyznę i kobietę, którzy siedzieli obok siebie na fotelach u stóp sofy. Wielka pani wyciągnęła rękę do wchodzącego.
— Nie spodziewałam się już pana dzisiaj. Annie mówiła mówiła mi, że nie przyjdziesz...
— Tak. I ja sam nie wiedziałem, że tak prędko skończę robotę...
Dyrektor zniżył głos:
— Miło mi oznajmić pani, że Michelis nie jest wcale wplątany w tę sprawę...
Opiekunka byłego więźnia przyjęła to objaśnienie z oburzeniem.
— Dlaczego? Czyżby pańscy ludzie byli tak głupi, że mogli go posądzić...
— Nie głupi — zaprzeczył z uszanowaniem dyrektor. — Tylko sprytni, wystarczająco sprytni na to...
Umilkli wszyscy. Człowiek, siedzący u stóp kanapy, przestał mówić do swej sąsiadki i patrzył przed siebie, uśmiechając się blado.
— Nie wiem, czy panowie spotkali się już kiedy? — zapytała pani domu.
Pan Włodzimierz i dyrektor, przedstawieni sobie, powitali się z wymierzoną, ścisłą grzecznością.
— Pan mnie straszył — odezwała się nagle dama, siedząca obok pana Włodzimierza, wskazując na niego głową.
Dyrektor znał tę damę.
— Nie wygląda pani na przerażoną — wyrzekł, przyjrzawszy się jej bacznie zmęczonemi, spokojnemi oczyma.
I pomyślał sobie, że w tym domu, prędzej czy później, można się spotkać z każdym. Różowa twarz pana Włodzimierza rozpływała się w uśmiechach, lecz oczy patrzyły poważnie.
— W każdym razie, usiłował mnie nastraszyć — usprawiedliwiała się dama.
— Z przyzwyczajenia zapewne — wyrzekł dyrektor, pod wpływem nieprzepartej pokusy.
— Przepowiadał mi różne okropności, jakie mają spaść na społeczeństwo — mówiła dama powoli i pieszczotliwie — z powodu tego wybuchu w Greenwich. Zdaje się, że powinniśmy drżeć od stóp do głowy, jeżeli tych ludzi nie zgładzi się ze świata... Nie przypuszczałam nawet, że to taka ważna sprawa...
Pan Włodzimierz, udając że nie słucha, nachylił się nad kanapą i mówił coś uprzejmie, przyciszonym głosem, ale jednak usłyszał słowa dyrektora:
— Nie wątpię, że pan Włodzimierz doskonale rozumie rzeczywistą doniosłość tego zdarzenia...
Pan Włodzimierz zastanowił się, do czego zmierza ten przeklęty, natrętny policyant? Pochodząc z narodu, rządzonego od dawnych pokoleń przez policyę, miał narodowy, wrodzony, rasowy i indywidualny wstręt i obawę wobec tej władzy. Było to dziedziczne, niezależne od jego sądu, rozsądku, doświadczenia. Było to wrodzone. Ale uczucie to, podobne do nieuzasadnionej obawy, jaką niektórzy ludzie odczuwają wobec kotów, nie przeszkadzało mu bynajmniej żywić głęboką wzgardę dla angielskiej policyi. Dokończył frazesu i obrócił się zlekka na fotelu.
— Pan uważa, że my możemy znać dokładnie tych ludzi?... To prawda: cierpimy dużo, skutkiem ich działalności, gdy wy..!
Pan Włodzimierz zawahał się, uśmiechnięty: na jego twarzy pojawiły się w uśmiechu dwa dołeczki, gdy dokończył:
— Gdy wy znosicie ich tutaj, wśród siebie, mógłbym nawet dodać: dlatego, że ich tu znosicie...
Pan Włodzimierz przestał mówić, dyrektor spuścił oczy i rozmowa przerwała się. Pan Włodzimierz pożegnał się niezwłocznie. Zaledwie się odwrócił, dyrektor wstał także.
— Myślałam, że pan zostaniesz dłużej i wrócisz do domu razem z Annie... — powiedziała opiekunka Michelisa.
— Mam jeszcze robotę dziś wieczorem.
— W związku z...?
— Poniekąd — tak.
— Powiedz mi pan, co to jest rzeczywiście... ta okropność...
— Trudno powiedzieć co to jest, ale może z tego wyniknąć cause célèbre[1] — objaśnił dyrektor.
Opuścił spiesznie salon i dogonił pana Włodzimierza jeszcze w przedsionku, owijającego starannie szyję dużą chustką jedwabną. Za nim stał lokaj z paltotem. Drugi stał przy drzwiach. Dyrektorowi podano paltot i wyszedł zaraz. Zeszedłszy ze schodów przed drzwiami wchodowemi, zatrzymał się, jakby namyślając w którą stronę się zwrócić. Zobaczywszy to, przez drzwi otwarte, pan Włodzimierz przystanął w sieni, wyjął cygaro i zażądał ognia. Podał mu go stary człowiek bez liberyi. Ale zapałka zgasła i lokaj, stojący przy drzwiach, zamknął je, by pan Włodzimierz mógł zapalić duże, hawańskie cygaro. Kiedy wreszcie wyszedł przed dom, zobaczył z niezadowoleniem „przeklętego policyanta“, stojącego na chodniku.
— Czyby on na mnie czekał? — mignęła nieprzyjemna myśl panu Włodzimierzowi, upatrującemu dorożki. Ale nie było żadnej w pobliżu. Stało tylko parę prywatnych powozów; konie nieruchome, jak kamienne, nieruchomi stangreci w futrzanych czapkach, trzymali nieruchomo baty. Pan Włodzimierz ruszył pieszo, a „przeklęty policyant“ znalazł się obok niego. Nie mówił nic. Uszedłszy cztery kroki, pan Włodzimierz już był wściekły i niespokojny. Nie mogło tak trwać dłużej.
— Zgniłe powietrze — mruknął gniewnie.
— Łagodne — odrzekł najspokojniej dyrektor.
Milczał przez chwilę.
— Dostał się w nasze ręce człowiek, noszący nazwisko Verloka — oznajmił od niechcenia dyrektor.
Pan Włodzimierz nie potknął się, nie cofnął w tył, nie przyspieszył kroku. Ale jednak nie mógł się powstrzymać i zawołał:
— Co?!
Dyrektor nie powtórzył swoich słów. Tylko mówił dalej tym samym tonem:
— Pan go zna.
Pan Włodzimierz stanął i rzekł gardłowym głosem.
— Na jakiej zasadzie pan to mówi?
— Nie ja mówię. Verlok to mówi.
— Jakiś kłamca z pod ciemnej gwiazdy — odparł pan Włodzimierz.
Ale w głębi duszy czuł się olśniony bystrością angielskiej policyi. Tak prędko zmienił zdanie w tym względzie, że przez chwilę zrobiło mu się niedobrze. Rzucił cygaro i ruszył dalej.
— Co mi się podoba najwięcej w tej sprawie — mówił dalej powoli dyrektor — to, że mi daje podstawę do zarządzeń, które uważałem za konieczne: usunięcia z kraju politycznych szpiegów, agentów i wszystkich tego rodzaju... łotrów. Mojem zdaniem to ludzie dyabelnie szkodliwi i żywioł niebezpieczny. Ale nie możemy ścigać ich osobiście. Musimy tylko obmierzić ich usługi tym, którzy ich używają. Dochodzi to poprostu do nieprzyzwoitości. I przytem stanowi to dla nas... niebezpieczeństwo...
Pan Włodzimierz znowu przystanął.
— Co pan ma na myśli?
— Sprawa Verloka ujawni przed publicznością i niebezpieczeństwo i nieprzyzwoitość...
— Nikt nie uwierzy temu, co powie taki człowiek — zawyrokował pogardliwie pan Włodzimierz.
— Obfitość i dokładność szczegółów przekonają jednak szerokie masy publiczności — dowodził łagodnie dyrektor.
— Więc pan naprawdę o tem myśli?
— Dostaliśmy w ręce człowieka. Nie mamy innej drogi.
— Będzie to tylko zachętą i podsyceniem kłamstw tych rewolucyjnych łotrów — oburzył się pan Włodzimierz. — Dlaczego chce pan wywołać ten skandal? Ze względów moralności? Czy co?
Niepokój jego był widoczny. Dyrektor wyprowadził wniosek, że w zeznaniach pana Verloka musi być nieco prawdy i rzekł obojętnie:
— Jest tu i cel praktyczny. Dosyć mamy roboty z pilnowaniem swojskich okazów. Nie możesz pan zaprzeczyć, że nie bez skutku... Ale nie możemy sprowadzać sobie kłopotów z innymi oszustami, kimbądź oni są... W każdym razie obce rządy nie mogą uskarżać się na niedołęztwo naszej policyi. W tym wypadku zachodziła trudność wykrycia, bo przestępstwo było symulowane. Mimo to, w niecałe dwadzieścia godzin ustaliliśmy osobistość człowieka rozerwanego literalnie na strzępy, wykryliśmy organizatora zamachu i znaleźliśmy ślad podżegacza. I bylibyśmy poszli dalej; tylko musieliśmy zatrzymać się na granicy obcego terytoryum.
— Więc ten zamach został ułożony zagranicą? — spytał żywo pan Włodzimierz. — Przyznajesz to pan, że zagranicą?
— W teoryi tylko, na obcem terytoryum pod przenośnią — objaśnił dyrektor, czyniąc aluzyę do eksterytoryalności ambasad, uważanych za cząstkę państwa, które przedstawiają. — Ale to szczegół pomniejszej wagi. Wspomniałem panu o tej sprawie dlatego, że to pański rząd najwięcej sarka na naszą policyę. Przekonał się pan, że nie jest ona jednak taka licha. Chciałem się przed panem pochwalić naszem powodzeniem.
— Niezmiernie za to obowiązany — mruknął przez zęby pan Włodzimierz.
— Możemy każdej chwili schwytać każdego anarchistę — objaśniał dyrektor. — Teraz, potrzeba nam tylko pozbyć się prowokatorów, a niebezpieczeństwo zniknie.
Pan Włodzimierz skinął na nadjeżdżającą dorożkę.
— Nie idziesz pan tam? — zapytał dyrektor, spoglądając na wspaniały ganek, z którego przedsionka padały strugi światła, przez oszklone drzwi na chodnik.
Ale pan Włodzimierz wsiadł z osłupiałem wejrzeniem do dorożki i odjechał, nie wyrzekłszy ani słowa. Dyrektor także nie wszedł do wspaniałego gmachu klubu Podróżników. Tylko przeleciało mu przez myśl, że pan Włodzimierz, honorowy członek klubu, nie często będzie tam widywany w przyszłości. Spojrzał na zegarek. Było pół do jedenastej. Wieczór miał bardzo urozmaicony.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Cause célèbre (fr. słynna sprawa) – wyrażenie używane dla określenia procesów sądowych, których przebieg śledzony był pilnie przez opinię publiczną.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Maria Gąsiorowska.