Tajny agent (tłum. Gąsiorowska)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Tajny agent
Data wydania 1908
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Drukarnia Ed. Nicz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Gąsiorowska
Tytuł orygin. The Secret Agent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

Wielka pani, opiekunka Michelisa, uwolnionego warunkowo z więzienia apostoła ludzkich nadziei, była jedną z najbardziej wpływowych, arystokratycznych znajomości żony dyrektora, do której mówiła „Annie“ i traktowała jak młodą, niedoświadczoną dziewczynę. Ale samego dyrektora przyjmowała przyjaźnie w swoim domu, na co nie wszyscy wpływowi znajomi jego żony chcieli się zgodzić. Wielka pani z rodu, wydana zamąż młodo i świetnie, przed bardzo dawnymi laty obracała się zawsze w wysokich kołach towarzystwa, stykając się z ważnemi sprawami, i znakomitymi ludźmi. Pomimo podeszłego wieku, miała to wyjątkowe usposobienie, które lekceważy sobie wpływ czasu, uważając starość za pospolity przesąd, wyznawany przez masy niższego gatunku ludzi. Nie uznawała bezwzględnych uwielbień dla nikogo — raz dlatego, że umiała dojrzeć w każdej wielkości słabą stronę, a powtóre, że takie uwielbienie byłoby uznaniem własnej niższości. Przywykła wyrażać bez ogródek swoje zdanie, i nie krępować się niczem w postępowaniu; a że jej takt wypływał z wrodzonej dobroci, organizm był silny, umysł pogodny i przyjacielski, trzy pokolenia zachwycały się nią szczerze, a ostatnie, jakie prawdopodobnie dano jej było oglądać — ogłosiło ją za kobietę nadzwyczajną. Inteligentna i obdarzona umysłem ciekawym, ale nie zajmująca się jak większość kobiet, pospolitemi towarzyskiemi sprawami, ściągała w swoje progi wszystko, co prawnie lub bezprawnie — wzniosło się nad martwy poziom przeciętności stanowiskiem, rozumem, śmiałością, powodzeniem lub nieszczęściem. Książęta krwi, artyści, uczeni, młodzi mężowie stanu, szarlatani różnego wieku i zawodów — wszyscy, którzy lekko, jak korki wyskakujące z szumem z butelki, wskazywali jej kierunek prądów danej chwili — przyjmowani byli gościnnie w jej domu, słuchani, studyowani, rozumiani i chwaleni. Mówiła ona zawsze, że lubi śledzić w którym kierunku idzie świat. Jej salon był prawdopodobnie jedynem miejscem na świecie, gdzie — po za gruntem urzędowym — dyrektor wydziału najważniejszych przestępstw mógł się spotkać z więźniem, uwolnionym warunkowo z więzienia. Kto wprowadził do tego domu Michelisa — dyrektor nie pamiętał. Przypuszczał, że zapewne jakiś członek parlamentu, starożytnego rodu, a nowożytnych pojęć, co stanowi ulubiony temat dowcipów pism humorystycznych. W tej świątyni starej, mądrej i ciekawej kobiety, niepodobna było przewidzieć kogo się zastanie za parawanem z błękitnej, spłowiałej materyi w złotych ramach, w zacisznym kąciku wielkiego salonu, szumiącego gwarem mnóstwa głosów i pełnym ludzi, gdzie stał szezlong i kilka foteli.
Michelis stał się przedmiotem współczucia opinii publicznej, tej samej opinii, która przed laty oklaskiwała srogi wyrok, skazujący go na dożywotnie więzienie za szalony zamach, wykonany dla uwolnienia towarzysza, przewożonego na więziennym wozie. Spiskowcy zamierzali zastrzelić konie, i rozpędzić eskortę. Nieszczęściem, zastrzelono przytem jednego z policyantów. Pozostawił on żonę i troje drobnych dzieci, a śmierć jego wywołała wybuch szalonego oburzenia i współczucia dla ofiary na całej przestrzeni państwa, dla którego wielkości, potęgi i obrony padają ludzie, pełniący swe obowiązki.
Powieszono trzech głównych przywódców spisku. Michelis, młody, szczupły, ślusarz z zawodu, pilny uczeń wieczornych szkół, nie wiedział nawet, że ktoś został zabity, bo jego rola w zamachu polegała na otworzeniu drzwiczek więziennego ekwipażu. Kiedy go uwięziono, miał w jednej kieszeni pęk wytrychów, dłutko w drugiej, a w ręku krótkie obcęgi; zupełnie jak złodziej. Ale żaden złodziej nie otrzymałby tak surowej kary. Śmierć policyanta sprawiła mu wielkie zmartwienie, niepowodzenie zamachu również. Nie taił się z tem, a to wydało się sądowi oburzającem. Sędzia, wydając wyrok, rozwodził się obszernie nad znieprawieniem i gruboskórnością młodego więźnia.
To mu zrobiło rozgłos przy skazaniu: rozgłos jego uwolnienia niewięcej był uzasadniony. Uwolnili go ludzie, dla siebie tylko wiadomych powodów, on zaś przyjął to w prostocie ducha i niewinności serca. To, co spotykało jego osobiście, nie miało dlań wagi. Był on tak, jak ci święci, którzy w świątobliwych rozmyślaniach zatracają swą osobistość. Przekonania jego nie podlegały rozumowaniu. Głosił niezachwianą wiarę w przyszłość, z niewyczerpaną łagodnością, z pojednawczym uśmiechem na ustach, spuszczając niebieskie oczy, bo widok ludzkich twarzy mieszał jego myśli, rozkwitłe w więziennej samotni. I w tej charakterystycznej postawie zastał go raz dyrektor wydziału najważniejszych przestępstw, napełniającego otyłą postacią, uprzywilejowany fotel za błękitnym parawanem. Siedział w głowach szezlongu wielkiej pani, spokojny, łagodny, wierzący jak dziecko w tę przyszłość, która mu się objawiła w więziennej celi. Jeżeli nie zdołał przekonać zaciekawionej słuchaczki, jaką będzie ta przyszłość, zrobił na niej bez trudu wrażenie swoją niezachwianą wiarą i szczerym optymizmem.
Wielka pani miała w sobie dużo prostoty. I dlatego zapatrywania i wierzenia Michelisa nie gorszyły jej, ani przerażały, bo sądziła je ze swego wysokiego stanowiska. Jej sympatyę łatwo mógł zdobyć człowiek tego, co on rodzaju. Stała ona ponad całą gmatwaniną stosunków ekonomicznych, a skłonna była do współczucia dla wielu nędz ludzkich. Dyrektor pamiętał dobrze rozmowę tych dwojga. Słuchał w milczeniu. Było to coś, nakształt porozumiewania się mieszkańców dwóch odrębnych planet. Wreszcie Michelis wstał, wziął podaną sobie rękę wielkiej pani, potrzymał ją chwilę przyjaźnie i swobodnie w swej wielkiej, tłustej dłoni i wyszedł za obręb błękitnego parawanu, kołysząc szeroki grzbiet okryty krótką z kratkowanego materyału żakietką. Patrząc pogodnie i dobrodusznie, szedł przez wielki salon pomiędzy tłumem gości. Gdy się zbliżał, milkły rozmowy. On zaś uśmiechał się naiwnie do wysokiej, świetnej panny, z której spojrzeniem spotkały się przypadkiem jego oczy i wyszedł, nie wiedząc, że goni go wzrok wszystkich tam zebranych gości.
Pierwszy występ Michelisa w świecie powiódł się — powodzenia nie zamąciło ani jedno urągliwe słowo. Pani domu, patrząc z roztargnieniem na dyrektora, siedzącego obok niej za parawanem, porządkowała swoje wrażenia pod maską zamyślenia na pięknej, starej twarzy. Schodzili się goście naokoło parawanu i pełne uszanowania milczenie zapanowało, a potem wielka pani wybuchnęla, protestując z oburzeniem:
— I to ma być rewolucyonista. Co za niedorzeczność.
Spojrzała surowo na dyrektora, który szepnął usprawiedliwiając się:
— Być może, że wcale nie niebezpieczny...
— I ja tak myślę. To poprostu wyznawca idei... Nastrój odpowiedni dla świętego — oznajmiła stanowczo wielka pani. — I takiego człowieka więziono przez lat dwadzieścia. Można się oburzyć na podobną głupotę... A teraz, gdy go uwolniono, wszyscy jego bliscy poumierali, lub wyjechali z kraju. Rodzice pomarli: narzeczona umarła i w więzieniu postradał zdolność do ręcznej pracy... Sam mi to opowiedział z najgłębszą słodyczą: ale za to — jak mówił — miał w więzieniu czas do rozmyślania... Ładna nagroda! Jeżeli z takiego materyału są i inni rewolucyoniści, to wielu z nas powinnoby padać przed nimi na kolana — dodała z odcieniem szyderstwa, a na twarzach, zwróconych ku niej z uszanowaniem, zastygły uśmiechy. — Ten biedaczysko nie jest już w stanie sam sobie radzić. Ktoś musi zaopiekować się nim — dodała stanowczo.
Liczne głosy odezwały się, wyrażając przelotne współczucie. Dyrektor nie powiedział nie, ani wtedy, ani później, bo jego stanowisko nie pozwalało mu na wyrażanie osobistego zdania o więźniu uwolnionym warunkowo. Ale wgłębi duszy podzielał przekonanie pani domu, że Michelis jest humanitarnym sentymentalistą — trochę szalonym, ale niezdolnym zabić nawet muchy. Więc kiedy to nazwisko padło znienacka, zamieszane w nieprzyjemną awanturę z bombą, odrazu zrozumiał jakie niebezpieczeństwo grozi uwolnionemu warunkowo apostołowi, a myśl jego zwróciła się jednocześnie do rozmiłowanej w nim opiekunki. Nie ścierpiałaby ona zamachu na wolność Michelisa. Lubiła go szczerze i głęboko. Nietylko uważała go za nieszkodliwego, ale i mówiła to głośno, co stanowiło już pewnego rodzaju demonstracyę. Była prawie gotową podzielać jego wiarę co do przyszłości, bo jego przekonania nie raziły jej przesądów. Nie lubiła ona nowego żywiołu plutokracyi, wdzierającej się do towarzyskiego życia, jako wroga rozwoju ludzkości, wydawał się jej wstrętny, ze swym mechanicznym, pozbawionym uczucia układem. A marzenia Michelisa dążyły nie do zniszczenia, lecz poprostu do zupełnego podkopania ekonomicznego systemu świata; moralnej szkody, jaką mogłoby to sprawić, nie rozumiała ona. Wiedziała tylko, że zmiotłoby to z powierzchni cały tłum „parweniuszów“, których nie lubiła i którym nie dowierzała, bo mieli oschłe serca i niewyrobione pojęcia. Zniknięcie kapitałów nie wpłynęłoby na zmianę położenia ludzi jej własnej sfery, mówiła szczerze o tem dyrektorowi, który przez politykę nie zaprzeczał. Lubił on szczerze tę sędziwą uczennicę Michelisa: miał dla niej uczucie wdzięczności i poddawał się chętnie jej osobistemu urokowi. Czuł się lubiony w tym domu. Była dla niego uosobieniem dobroci.
Wpływ jej na jego pożycie małżeńskie ułatwiał mu życie i działał dobroczynnie na jego życie trawione małostkowemi pożądaniami, małostkowemi zazdrościami, małostkowem samolubstwem.
I dlatego, oceniając trafnie przekonania i poglądy, czysto kobiece, tej swojej dobrej przyjaciółki, dyrektor zatrwożył się na myśl o prawdopodobnym losie Michelisa. Raz uwięziony pod zarzutem jakiegokolwiek, choćby najmniejszego udziału — w zamachu, zostałby odesłany do więzienia, dla odsiedzenia reszty kary. A to byłoby dla niego śmiercią i nie wyszedłby już żywy z murów więzienia. Dyrektor zrobił sobie uwagę nieodpowiednią dla jego urzędowego stanowiska, lecz zaszczytną dla jego serca.
— Jeżeli tego człowieka zapakują nanowo pod klucz — pomyślał — ona mi nigdy tego nie przebaczy... Niech djabli!... Jeżeli ten przeklęty Heat będzie miał wolne ręce do działania, tamten umrze w więzieniu, zaduszony własnym tłuszczem, a ona... nigdy mi nie daruje...
Jego czarna, wysoka postać, z białą opaską kołnierzyka, pod srebrzystymi odblaskami na tyle krótko ostrzyżonej głowy, stała bez ruchu. Milczenie trwało tak długo, że inspektor Heat ośmielił się odchrząknąć. Wywołało to pożądany skutek. Zwierzchnik, wciąż odwrócony tyłem, zapytał:
— Czy pan łączysz Michelisa z tą sprawą?
Inspektor odrzekł stanowczo, lecz ostrożnie:
— Chyba nie brak nam dowodów przeciw niemu. W każdym razie, człowiek taki jak on nie powinien być na wolności.
— Musiałbyś pan jednak postarać się o — pozytywne dowody — szepnął z cicha dyrektor.
— Nietrudno o dowody przeciw niemu — odrzekł z cnotliwem zadowoleniem Heat. — Co do tego, może pan liczyć na mnie!...
Roześmiał się chełpliwie i powtórzył:
— Może pan na mnie liczyć.
Tego już było zawiele na wymuszony spokój, którym dyrektor od półtora roku pokrywał rozdrażnienie, jakie w nim budził cały system i podwładni w jego wydziale. Kto inny, mniej kanciasty, dopasowałby się do tego jak śruba po paru obrotach, z przyjemnem zadowoleniem, lecz dyrektor, usłyszawszy teraz śmieszek inspektora, odwrócił się od okna, jakby pod wpływem elektrycznego wstrząśnienia. I przez jedno mgnienie oka zobaczył na twarzy podwładnego, w jego okrągłych oczach, utkwionych w siebie, wyraz badawczej ciekawości, zanim inspektor zdążył go przytłumić zwykłym pozorem skupionej uwagi. Dyrektor wydziału miał rzeczywiście powołanie odpowiednie do swego stanowiska. Odrazu ocknęła się w nim podejrzliwość. Jego opinia o gorliwości i uzdolnieniu inspektora Heata, zawsze dość umiarkowana, wyłączała nawet pozór zaufania.
— On ma jakieś podejrzenie — pomyślał dyrektor i ogarnął go gniew.
Zbliżył się dużymi krokami do biurka i usiadł gwałtownie.
— Jestem zasypany tem śmieciem — pomyślał z nieuzasadnioną urazą — i niby mam w ręku nici całej sprawy, a jednak mogę trzymać tylko to, co oni mi podadzą — nic więcej. A drugie końce nici oni mogą uczepić, gdzie zechcą...
Podniósł głowę i zwrócił do swego podwładnego twarz ściągłą i szczupłą, o wydatnych rysach pełnego energii Don-Kiszota.
— Co pan masz przeciw temu człowiekowi, Michelisowi? — zagadnął szorstko.
Zagadnięty spojrzał z zadziwieniem. Patrzył spokojnie, nie mrużąc okrągłych oczów, tak jak zwykł się wpatrywać w różnych zbrodniarzy, gdy składali zeznania tonem obrażonej niewinności, udanej szczerości lub pozornej rezygnacyi. Ale poza tą urzędową, kamienną nieruchomością, kryło się zadziwienie, bo inspektor nie był przyzwyczajony, żeby do niego przemawiano takim tonem zniecierpliwienia i lekceważenia.
— Co mam przeciw Michelisowi? — powtórzył.
Dyrektor przyglądał się bacznie końcom jego wąsów, sięgających do dolnej szczęki jego twarzy, której wyraz stanowczy zacierała zbyt wielka mięsistość, chytrym zmarszczkom w zewnętrznych kącikach powiek — i nagle, wśród tego przeglądu, błysnęła mu znienacka świadomość — niby nagłe natchnienie:
— Mam pewne dane, że wchodząc do pokoju, nie myślałeś pan o Michelisie — rzekł ważąc każde słowo.
— Tak pan dyrektor przypuszcza? — powtórzył inspektor ze zdziwieniem, które było niemal zupełnie szczere.
Odczuł on w tej sprawie jakąś delikatną kombinacyę, zmuszającą do nieszczerości, którą można nazwać przezornością, dyskrecyą lub przebiegłością.
— Tak — odrzekł krótko dyrektor wydziału. — Nie mówię, że nie myślałeś pan wcale o Michelisie. Ale nacisk, jaki położyłeś, mówiąc o nim, nie wydaje mi się szczerym, panie inspektorze...
Umilkł, a bystre spojrzenie jego zapadłych oczu dopowiedziało to, czego nie wymówiły usta „i sam wiem dobrze, że tak jest“. Dyrektor wydziału, noszącego nazwę Wydziału najważniejszych przestępstw, nie mogąc dla wysokiego stanowiska wychodzić osobiście dla wykrywania tajemnic w sercach zbrodniarzy, dawał upust wrodzonym zdolnościom, śledząc swych podwładnych. Ten popęd był zupełnie naturalny. Dyrektor był urodzonym detektywem. Wybrał sobie ten zawód, posłuszny bezwiednie swemu instynktowi, który raz tylko go zawiódł — w wyjątkowej sprawie małżeństwa.
Siedząc z łokciem, opartym o biurko, ze skrzyżowanemi, cienkiemi nogami, z twarzą, opartą na szczupłej dłoni, zaczynał rozglądać się w tej ciemnej sprawie, z rosnącem zajęciem. Poraz pierwszy od chwili objęcia swego stanowiska uczuł, że może za pobieraną pensyę dokonać jakiejś samodzielnej rzeczywistej pracy. A to uczucie sprawiało mu przyjemność.
— Przewrócę go na drugą stronę, jak rękawiczkę — myślał, wpatrując się ciągle w inspektora.
A głośno przemówił:
— Nie wątpię, że pan znasz się na rzeczy, ale...
Przerwał i zaczął zupełnie innym tonem:
— Co mianowicie możesz pan powiedzieć przeciw Michelisowi? Oprócz tego, że dwaj podejrzani ludzie wsiedli na stacyi, w pobliżu miejsca jego pobytu?
— To samo już wystarcza, gdy wchodzi w grę taki człowiek — odrzekł inspektor, odzyskawszy zupełnie równowagę.
W gruncie był on dobrym człowiekiem, przyzwyczajonym do zaufania, okazywanego mu przez zwierzchników, dla których był zawsze przyjaźnie usposobiony. Trzech już pamiętał na tem stanowisku. Z pierwszymi dwoma poszło mu łatwo: prowadził ich na jedwabnej nitce. Ten trzeci, dla całego wydziału od początku przedstawiał się zagadkowo i dziś, po upływie półtora roku, pozostał wciąż zagadką. Ale inspektor uważał, że pomimo dziwacznych pozorów, jest on nieszkodliwy. Słuchał jego słów z pozornem uszanowaniem, w głębi zaś serca z dobrodusznem pobłażaniem.
— Michelis zameldował się przed wyjazdem na wieś?
— Zameldował, panie dyrektorze.
— A co on tam może robić? — pytał dalej dyrektor, pomimo że wiedział najdokładnej, co Michelis robi na wsi.
Wiedział, że Michelis, wtłoczony z trudem w ciasny, drewniany fotel, siedząc przy stoczonym przez robaki stole, w pokoiku na piętrze czteropokojowego domku, pokrytego dachówką, mchem porosłą, dniem i nocą pisze drżącą ręką „Autobiografię więźnia“, która ma być księgą Objawienia w historyi ludzkości. Warunki ograniczonej przestrzeni, samotność i cisza, dopomagały jego natchnieniu. Było to coś nakształt więzienia, tylko bez nienawistnego przymusu codziennych spacerów. Michelis zapominał o Bożym świecie. Pot perlił się na jego czole. Rozkoszny zapał znaglał do pośpiechu. Zapał naiwnej próżności, którą zbudziła oferta pięciuset funtów, obiecanych przez wydawcę.
— Rzecz bardzo ważna, wiedzieć co on tam robi — nastawał chytrze dyrektor.
Inspektor Heat, czując, że budzi się w nim nanowo rozdrażnienie, objaśnił, że policya hrabstwa została zawiadomiona o przybyciu Michelisa i że za parę godzin można mieć szczegółowe sprawozdanie. Telegram do naczelnego...
Mówił wolno, a w myśli rozważał następstwa. Zmarszczone brwi były jedyną oznaką natężenia myśli. Nagle przerwało mu zapytanie:
— Posłałeś pan już telegram?
— Nie jeszcze, panie dyrektorze — odrzekł, jakby zadziwiony Heat.
Dyrektor poruszył się żywo.
Czy sądzisz pan, że Michelis ma coś wspólnego z tą bombą?
— Niemożna tego twierdzić stanowczo. Ma on stosunki z ludźmi niebezpiecznymi. Został delegatem Czerwonego Komitetu w niespełna rok po wyjściu z więzienia. Zapewne na znak uznania...
Inspektor Heat roześmiał się trochę gniewnie, trochę wzgardliwie. Rozgłos, jaki wrażliwi dziennikarze nadali nazwisku Michelisa po jego uwolnieniu, dotąd jeszcze drażnił inspektora. Uwięzienie tego człowieka byłoby czynem zupełnie legalnym i pożytecznym. Dawniejsi dwaj dyrektorowie wydziału wydaliby odrazu polecenie aresztowania, a ten — nie mówiąc tak ani nie, siedział jakby pogrążony w marzeniu; nietylko legalnem i koniecznem było to uwięzienie, ale uwalniało inspektora od pewnej trudności. Bo jeżeli Michelis wiedział napewno cośkolwiek o zamachu, Heat pewny był, że nie wiedział zawiele. Mniej od innych, których aresztowanie wydawało się inspektorowi koniecznem, ale trudniejszem, ze względu na prawo. A prawo nie osłaniało takiego Michelisa, więźnia uwolnionego warunkowo. Byłoby niedorzecznością nie skorzystać z tych legalnych ułatwień, a dziennikarze, którzy narobili tyle hałasu po jego uwolnieniu, z równym hałasem potępią teraz uwięzionego.
Byłoby to osobistym tryumfem inspektora. Wolał to, niż mieć do czynienia z rozpaczliwym szaleństwem profesora; niechęć jego zmogła się jeszcze po przypadkowem spotkaniu w zaułku. Anarchista nie był bliźnim w oczach inspektora. Był to raczej wściekły pies, którego się omija, niedlatego, żeby Heat miał się go obawiać, nie wątpił, że kiedyś dostanie go w swoje ręce. Ale jeszcze nie w tej chwili, teraz nie była jeszcze na to pora, dla wielu przyczyn osobistych i publicznych. I dlatego inspektor Heat uważał, że dogodniej i słuszniej odwrócić tę sprawę z zagadkowego i niedogodnego koryta w inną stronę, w kierunku spokojnego i cichego Michelisa. Powtórzył zwolna, zastanawiając się nad każdem słowem:
— Bomba... Nie mogę twierdzić stanowczo. Może nigdy nie uda nam się wyświetlić tej sprawy. Ale to jest jasne, że Michelis ma z tem pewien związek, który możemy wykryć bez trudu. — Dyrektor wydziału szepnął zcicha:
— I pan uważasz, że należy w tym kierunku rozpocząć badanie?
— Stanowczo. To rzecz konieczna.
Dyrektor szarpnął gwałtownie rękę, na której opierał opuszczoną głowę i zdawało się, sądząc z jego omdlewającej postawy, że ten ruch wytrąci go z równowagi. Ale wyprostował się tylko, a ręka uderzyła o biurko z tępym odgłosem.
— Chciałbym teraz dowiedzieć się co tę myśl wypłoszyło z pańskiej głowy aż do tej chwili?
— Co... ją... wypłoszyło? — powtórzył bardzo powoli inspektor.
— Tak. Dopóki tu nie przyszedłeś?
Inspektorowi zrobiło się gorąco. Nigdy jeszcze nie doświadczył podobnego uczucia.
— Jeżeli rozumie się — zaczął zastanawiając się za każdem słowem — jeżeli... są powody... nieznane mi... ażeby nie zaczepiać Michelisa... może... lepiej zrobiłem... nie wypuszczając na niego... miejscowej policyi...
Trwało to tak długo, że dyrektor dał dowód wielkiej cierpliwości, słuchając uważnie. Ale odpowiedział bez zwłoki.
— O ile mi wiadomo, niema takich powodów. Ale, panie inspektorze, takie wybiegi względem mnie są niewłaściwe, wysoce niewłaściwe. I nieuczciwe — pan wie dobrze. Nie powinieneś mnie pan zmuszać do odgadywania zagadek. Dziwię się, doprawdy...
Przerwał i dodał łagodnie:
— Nie potrzebuję chyba mówić, że nasza rozmowa nie jest urzędowa...
Ale te słowa nie uspokoiły inspektora. On miałby się obawiać! Dyrektorowie zmieniają się — ale zasłużony naczelny inspektor nie jest przelotnem zjawiskiem w wydziale! Wpatrywał się okrągłemi oczyma w naczelnika i myślał:
— Mój chłopcze! Nie pasujesz do swojego stanowiska i nie zabawisz na niem długo, idę o zakład!
Jakby w odpowiedzi na tę ukrytą myśl inspektora, po ustach dyrektora przewinęło się coś nakształt uśmiechu, gdy przemówił swobodnie:
— Zobaczymy teraz, co pan znalazłeś na miejscu wypadku, panie inspektorze. Co pan przyniosłeś?
Inspektor, nie zmieniając bazyliszkowej nieruchomości swego spojrzenia, odrzekł, dobywając z kieszeni, bez pośpiechu, kawałek ciemno granatowego sukna:
— Przyniosłem adres. To cząstka paltota tego człowieka, którego rozszarpała bomba. Być może, że paltot nie był jego własny: był może nawet skradziony. Ale może pan dyrektor zechce obejrzeć...
Naczelny inspektor zbliżył się do biurka i rozłożył granatowy strzępek. Zabrał go ze wstrętnego stosu szczątków w trupiarni, bo często pod kołnierzem bywa wypisana firma krawca. Niezawsze, ale często... lecz nie spodziewał się wcale tego znaleźć, co znalazł: nie na kołnierzu, lecz przyszyty starannie poniżej, kwadratowy kawałek perkalu z adresem wypisanym wiecznotrwałym atramentem.
— Nikt nie widział, że to zabrałem — objaśnił. — Uważałem, że tak lepiej.
Dyrektor przysunął do siebie tę szmatkę i oglądał, nic nie mówiąc. Wypisana była na niej liczba 32 i nazwa Brett Street. Miał minę zadziwioną.
— Nie mogę pojąć w jakim celu nosił na sobie taką etykietę? — rzekł, patrząc na inspektora. — To jest coś niezwykłego...
Na zapytanie zwierzchnika, co to jest „nr. 32 na Brett-Street”, inspektor postanowił odpowiedzieć z nieograniczoną otwartością. Odrzekł więc odrazu.
— To jest sklep, panie dyrektorze.
Dyrektor, wpatrując się w granatową szmatkę, czekał na dalsze objaśnienia. Widząc, że się nie doczeka, zaczął łagodnie zadawać pytania. I dowiedział się jakiego rodzaju handel prowadzi pan Verlok, jak wygląda, czem jest a w końcu usłyszał jego nazwisko. Dyrektor podniósł oczy i dojrzał na twarzy inspektora pewne ożywienie. Popatrzyli na siebie.
— Naturalnie — rzekł inspektor — nasz wydział nie ma żadnych danych o tym człowieku...
— Czy moi poprzednicy wiedzieli to, o czem mi pan mówisz? — zapytał dyrektor, opierając łokcie na stole i twarz na złożonych jak do modlitwy rękach, tylko że jego oczy nie miały bynajmniej pobożnego wyrazu.
— Nie, panie dyrektorze. Po co? Takiego człowieka nie można w żadnym razie używać jawnie. Dla mnie wystarczało to, że wiem kto on jest. Osobisty mój przyjaciel z francuskiej policyi objaśnił mnie, że ten człowiek jest szpiegiem, na żołdzie francuskiej ambasady. Prywatny mój znajomy, prywatna informacya, do mojego prywatnego użytku...
— Rozumiem — odrzekł spokojnie dyrektor. — Więc mówmy i teraz prywatnie, skoro tak sobie pan życzysz. Jak dawno miałeś prywatne stosunki z tym szpiegiem ambasady?
— Widziałem go po raz pierwszy przed siedmiu laty, podczas odwiedzin dwóch książąt krwi i cesarskiego kanclerza. Przeznaczono mnie do czuwania nad bezpieczeństwem gości. Ambasadorem wtedy był baron Stott-Wartenheim. Bardzo nerwowy staruszek. Na trzy dni przed obiadem w Guildhall, wieczorem, przysyła po mnie. Byłem na dole i zaszły już powozy po wielkich książąt i kanclerza, którzy mieli jechać na Operę. Poszedłem na górę. Baron przechadzał się po swej sypialni, bardzo wzburzony, załamując ręce. Upewniał mnie, że ma zupełne zaufanie do naszej policyi, ale właśnie przyjechał z Paryża człowiek, na którego wskazówkach można polegać. Żądał, ażebym się z nim rozmówił. Wprowadził mnie do gotowalni, gdzie zastałem barczystego człowieka, w grubym paltocie, siedzącego na krześle, z laską i kapeluszem w ręku. Baron powiedział mu po francusku: „Mów, mój przyjacielu”. W pokoju było ciemno. Rozmawiałem z nim parę minut. Przywiózł ważne wiadomości. Baron wziął mnie na stronę i zaczął wychwalać go nerwowo; gdym się odwrócił człowiek ów znikł już jak widmo. Wymknął się pewnie bocznymi schodami. Nie miałem czasu iść za nim, bo miałem czuwać nad bezpieczeństwem dostojnych gości. Ale wydałem rozporządzenia, stosownie do otrzymanych ostrzeżeń. Wiadomości dokładne, czy nie — były w każdym razie ważne. Być może, że uchroniły nas od nieprzyjemnych kłopotów, podczas tych odwiedzin. W jakiś czas potem, kiedy już zostałem inspektorem, zobaczyłem tego samego człowieka, wychodzącego z pośpiechem ze sklepu jubilera na Strandzie. Szedłem w tę stronę, co on, a spotkawszy pierwszego tajnego agenta, kazałem mu śledzić tego człowieka i donieść mi kto on jest. Nazajutrz mój wysłaniec wrócił z wiadomością, że ten człowiek zaślubił córkę swej gospodyni, tego samego dnia o 11 i pół w południe i wyjechał na tydzień do Margate. Na kufrach podróżnych były kartki francuskich kolei. Zapamiętałem to wszystko i za pierwszą podróżą do Paryża w sprawach służbowych, zapytałem znajomego mego, który służy w paryskiej policyi, kto jest ten człowiek. Przyjaciel mój odrzekł: „Sądząc z tego, co mówisz, musi to być znany pasorzyt, emisaryusz Czerwonego Komitetu rewolucyonistów. Podobno Anglik z rodu. Posądzamy go, że od pewnego czasu jest szpiegiem na usługach którejś ambasady w Londynie“. Jego słowa dopomogły mej pamięci. To był ten sam człowiek, który znikł z łazienki barona Stott-Wartenheima! Powiedziałem memu przyjacielowi, że jego podejrzenie jest słuszne. A następnie, mój przyjaciel kazał dla mnie wytropić całą działalność tego człowieka. Uważałem, że trzeba wiedzieć wszystko... Ale nie wiem, czy pan życzy sobie wysłuchać teraz jego historyi?
Dyrektor skinął głową.
— Historya pańskich stosunków z tym pożytecznym człowiekiem jest dla nas w tej chwili najważniejszą — odrzekł, przymykając zwolna zmęczone, głęboko osadzone oczy i otwierając je nagle, wypoczęte.
— Stosunki moje z nim nie są urzędowe — odrzekł inspektor z goryczą. — Poszedłem do jego sklepu pewnego wieczoru, powiedziałem kto jestem i przypomniałem nasze pierwsze spotkanie. Ani nawet mrugnął na to. Powiedział mi, że się ożenił, że założył sklep i tego tylko pragnie, by mu nie przeszkadzać w handlu. Obiecałem mu, że dopóki nie dopuści się nic rażącego, policya pozostawi go w spokoju. Miało to dla niego pewną wagę, bo jedno słówko z naszej strony wystarczyłoby, żeby te przesyłki z Paryża i Brukselli poddano w Duwrze rewizyi i konfiskacie, z czego mógłby wyniknąć nawet proces karny.
— Bardzo ryzykowny to handel — szepnął dyrektor. — Dlaczego on wziął się do tego?
Dyrektor odparł wzgardliwie.
— Prawdopodobnie zaznajomił się we Francyi z ludźmi, którzy handlują takim towarem. To w sam raz dla niego towarzystwo. Bo on także jest leniwy pies, jak oni wszyscy.
— A co otrzymałeś pan w zamian za swą protekcyę?
Naczelny inspektor nie miał ochoty rozwodzić się szczegółowo nad wartością zasług pana Verloka.
— Nie przydałoby się to na wiele komu innemu, oprócz mnie. Trzeba dużo wiedzieć, zanim się zużytkuje takiego człowieka. Ale ja wiem jakiego rodzaju wiadomości może on dostarczyć. I gdy mi potrzeba objaśnienia zwykle mogę je od niego otrzymać.
Inspektor zamyślił się, a dyrektor uśmiechnął się na myśl, że sława inspektora w znacznej może części była dziełem tajnego agenta ambasady...
— Nasi ludzie mają polecenie zwracać pilną uwagę na każdego, kogo z nim zobaczą. Zwykle wychodzi on na spotkanie przyjeżdżających i utrzymuje z nimi stosunki. Zdaje się, że to wchodzi w zakres jego obowiązków. Ilekroć potrzeba mi pilno jakiego adresu, mogę go zawsze otrzymać od niego. Naturalnie, urządzam w odpowiedni sposób nasze stosunki. W ciągu ostatnich dwóch lat nie widziałem go więcej, niż trzy razy. Zwykle posyłam mu parę wyrazów, bez podpisu, a on odpowiada mi w ten sam sposób, pod moim prywatnym adresem.
Dyrektor potakiwał lekkim ruchem głowy. Inspektor dodał jeszcze, że, o ile mu się zdaje, pan Verlok nie jest wtajemniczony w zamiary wybitnych członków międzynarodowej Rewolucyjnej Rady, ale to nie podlega wątpliwości, że cieszy się ich zaufaniem.
— Ilekroć mam powód posądzać, że się coś kluje — zakończył — zawsze mogę się od niego dowiedzieć czegoś, co ma wagę.
— Tym razem jednak zawiodłeś się pan — zrobił uwagę dyrektor.
— Nie podejrzewałem nic i o nic nie pytałem — odciął się inspektor. — On nie jest u nas w służbie. Nie bierze od nas pensyi.
— Tak! — szepnął dyrektor. — Jest szpiegiem na żołdzie obcego rządu. Nie moglibyśmy w żadnym razie zwierzać się przed nim... Czy mieszka tam gdzie sklep?
— Tam. I zdaje się, że mieszka z nim matka jego żony.
— Czy nad domem jest nadzór?
— O! nie. Toby nie miało celu. Tylko ci, którzy tam bywają, są śledzeni. Według mego zdania, on nic nie wie o tej sprawie.
— A czem sobie pan to tłomaczysz? — zagadnął dyrektor, wskazując głową na kawałek sukna, leżący przed nim na stole.
— To jest coś zupełnie niepojętego, panie dyrektorze. Nie tłomaczy tego nic. Przypuszczam jednak, że okaże się wkońcu, iż Michelis wie o tem najwięcej...
— Tak pan sądzisz?
— Tak, panie dyrektorze, bo za innych mogę ręczyć.
— A ten drugi, który się wymknął z parku?
— Ten jest już niezawodnie w tej chwili daleko — zawyrokował inspektor.
Dyrektor popatrzył na niego bacznie, a potem nagle wstał, jakby powziął jakieś postanowienie. I rzeczywiście, w tej chwili doznał nagłej, nęcącej pokusy. Naczelny inspektor otrzymał rozkaz stawienia się nazajutrz rano na naradę w tej sprawie. Wysłuchał rozkazu z nieruchomą twarzą i wyszedł z pokoju mierzonym krokiem.
Dyrektor, pozostawszy sam, poszukał kapelusza i włożył go. A potem usiadł i raz jeszcze roztrząsnął w myśli całą sprawę. Lecz ponieważ powziął już postanowienie, namysł nie trwał długo. I, zanim inspektor zdążył dojść do domu, jego zwierzchnik wyszedł także.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Maria Gąsiorowska.