Tajny agent (tłum. Gąsiorowska)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Tajny agent
Data wydania 1908
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Drukarnia Ed. Nicz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Gąsiorowska
Tytuł orygin. The Secret Agent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Profesor skręcił na lewo i szedł z głową podniesioną, wśród tłumu przechodniów, z których każdy górował nad jego karłowatą osobą. Nie mógł zaprzeczyć, że doznał zawodu. Ale na drugi raz wymierzy cios lepiej, cios, który zdoła zrobić szczerbę w imponującym gmachu legalności, osłaniającym srogą niesprawiedliwość społeczeństwa. Profesor ubogi, z powierzchownością tak nędzną, że przeszkadzała mu do powodzenia, wyobraźnię miał rozpłomienioną opowieściami o ludziach, którzy z głębin ubóstwa zdołali wznieść się do wyżyn władzy i bogactwa. Jego bajeczna nieznajomość światowych stosunków ułatwiała mu to złudzenie, że władze i bogactwo, można zdobyć samemi zdolnościami. A pod tym względem wiedział, że może wymagać dużo. Ojciec jego był pełnym zapału kaznodzieją jakiejś nielicznej, surowej sekty. Syn, indywidualista z usposobienia, wiarę zastąpił nauką, a jego moralna istota żywiła się tylko szaloną ambicyą. To była jedyna jego świętość. Zawiedziony na tym punkcie, poznał rzeczywiste warunki świata, zrozumiał jego sztuczną moralność, jego zepsucie i bluźnierstwa. I w tem oburzenie profesora znalazło ostateczny powód, rozgrzeszający go, że przewrót i zniszczenie obrał za narzędzie dla swej ambicyi. Miał on silną i niezachwianą wiarę, że podstawy obecnego porządku społecznego można zmienić tylko środkami gwałtownymi, stosowanymi gromadnie, lub przez pojedyncze osobniki. Uważał się za narzędzie — wierzył w to niewzruszenie. Wykonywając swe zadanie z nieubłaganą bezwzględnością, zdobył sobie pozory władzy i osobistego uroku. Zaspakajało to jego mściwą gorycz. Koił ten swój niepokój. Najzapaleńsi rewolucyoniści nieraz może szukają na tej drodze uspokojenia, tak jak ogół ludzkości szuka zadowolenia swej pychy, zaspokojenia pożądań — a może — zagłuszenia wyrzutów sumienia.
Szedł tak wśród tłumu, nędzny, karłowaty, i rozmyślał nad swą potęgą, trzymając rękę zapuszczoną głęboko w lewej kieszeni spodni, obejmując lekko gumową piłkę, złowrogą rękojmią wolności. Ale wkrótce ogarnęło go niemiłe wrażenie, na widok ulicy pełnej powozów i chodników, zatłoczonych ludźmi. Szedł długą, prostą ulicą, na której snuły się olbrzymie tłumy i naokoło siebie, poza granicami widnokręgu, zamkniętemi przez wysokie mury, czuł te masy ludzi, potężne swą liczbą. Ludzie roili się, jak szarańcza, pracowici, jak mrówki, bezmyślni jak żywiołowa siła, pędząca ślepo, niedostępna uczuciom, logice, a nawet — uczuciu trwogi.
Tego się lękał najwięcej. Niedostępna uczuciu trwogi! Nieraz opanowywała go okropna, trzeźwa nieufność do rodzaju ludzkiego. Co będzie, jeżeli nic ich nie zdoła wzruszyć? Takie chwile zwątpienia miewają wszyscy, których ambicya pcha do zawładnięcia ludzkością, artyści, politycy, myśliciele, reformatorzy i święci. Godne pogardy uczucie, od którego silne charaktery bronią się samotnością; i profesor z okrutną rozkoszą pomyślał o swym pokoju, o zamkniętej na kłódkę szafie, w domu, stojącym wśród ubogich domów — o tej pustelni prawdziwego anarchisty.
Chcąc prędzej dojść do miejsca, gdzie mógłby wsiąść do obnibusu, skręcił z ludnej ulicy w wąskie, ciemne przejście, wyłożone kamiennemi płytami. Po jednej stronie nizkie, murowane z cegły domy spoglądały zakurzonemi oczyma, śmiertelnem spojrzeniem nieuleczalnego zniszczenia — opustoszałe skorupy, oczekujące zburzenia. Po drugiej stronie, pozostało jeszcze nieco życia. Pod jedyną, gazową latarnią, otwierała się czeluść podrzędnego składu mebli, gdzie w ciasnocie natłoczonej gęstwiny szat, podszytej niby zaroślami plątaniną nóg stołowych, połyskiwało stojące zwierciadło, jak tafla wody wśród lasu. Jakaś nieszczęśliwa kanapka, w towarzystwie dwóch obcych jej krzeseł, stała na ulicy.
Jedyną ludzką istotą, oprócz profesora, w tem przejściu był człowiek wysokiego wzrostu, silnej budowy, który, idąc z przeciwnej strony, przyśpieszył kroku.
— Stój! — zawołał i przystanął z boku, patrząc bacznie.
Profesor stanął, robiąc pół obrotu, tak, że jego plecy dotknęły muru. Prawa ręka oparła się lekko na poręczy kanapki, a lewa zanurzyła się głębiej w kieszeni spodni...
Było to spotkanie niby w korytarzu ludnego domu. Człowiek o wyniosłej postaci miał ciemny paltot, zapięty pod szyję, a w ręku parasol. Kapelusz, zsunięty na tył głowy, odsłaniał czoło, bielejące w mroku. Oczy, głęboko osadzone, błyszczały przenikliwie. Długie, spadające na dół wąsy, koloru dojrzałego zboża, sięgały do wygolonego podbródka.
— Nie pana szukam — wyrzekł krótko.
Profesor ani drgnął. Z oddali dochodził stłumiony odgłos ożywionej ulicy. Heat, naczelny inspektor wydziału najważniejszych przestępstw, zmienił nagle ton.
— Nie śpieszy się panu do domu? — zagadnął drwiąco.
Mały człowieczek, niepozorne narzędzie nieubłaganego zniszczenia, lubował się zewnętrznie swoją potęgą, trzymając w szachu tego człowieka, obrońcę zagrożonego społeczeństwa. W tym jednym człowieku skupiało się wszystko, czemu profesor wypowiedział nieubłaganą wojnę: prawo, własność, ucisk i niesprawiedliwość. W nim jednym, trzymał on w tej chwili wszystkich swych wrogów, i upajał się rozkoszą zadowolonej pychy...
Spotkanie było czysto przygodne. Inspektor Heat miał nieprzyjemny, pracowity dzień, od chwili odebrania pierwszego telegramu z Greenwich, przed samą jedenastą. Najważniejsze było to, że wypadek zdarzył się w niespełna tydzień po zapewnieniu, jakie inspektor dał pewnemu dostojnikowi: że nie zagraża żaden zamach ze strony anarchistów. Jeżeli kiedy, to w owej chwili pewny był tego, co mówił. A mówił z tem większem zadowoleniem, że widocznie dostojnik pragnął bardzo usłyszeć to zapewnienie. Upewnił go zatem, że o każdym zamachu wydział otrzyma wiadomość na dwadzieścia cztery godzin przed jego wykonaniem, mówił stanowczo, przekonany, że wie, co się dzieje w jego wydziale. Posunął się aż do zapewnień, których prawdziwa przezorność nakazywałaby nie dawać.
— Niema ani jednego wśród nich, któregobyśmy nie mogli dostać w nasze ręce każdej chwili. Wiemy co każdy robi przez całą dobę — upewniał inspektor.
Dostojnik raczył się uśmiechnąć. Jego mądrość była nawskroś urzędowa, bo gdyby było inaczej, rozumiałby, że w tak zawikłanej plątaninie stosunków, między spiskowcami a policyą, zdarzają się zupełnie nieprzewidziane rozwiązania i szczerby w przestrzeni i czasie. Anarchista może być śledzony dzień po dniu, godzina po godzinie a mimo to, policya może stracić z oczu jego ślad na parę godzin, w ciągu których zdarzy się jakiś opłakany wypadek. Ale dostojnik wierzył w dokładność policyjnych urządzeń i dlatego raczył się uśmiechnąć, a wspomnienie tego uśmiechu było teraz wielce nieprzyjemne inspektorowi, specyaliście w sprawach mających związek z anarchistami. I nietylko to wspomnienie było mu nieprzyjemne. Bo wezwany nagle do gabinetu naczelnego dyrektora wydziału, nie był w stanie zapanować nad swem zdumieniem. Otworzył szeroko oczy i zawołał:
— To być nie może!
I wystawił się na to, że zwierzchnik wskazał końcem palca depeszę, którą, przeczytawszy mu głośno, rzucił na biurko.
Inspektor Heat zrobił bardzo szybko karyerę, ale rozumiał to dobrze, że reputacya człowieka zależy nietylko od jego roboty, lecz i od sposobu jej wykonania. Czuł, że lepiej było osłonić się nieprzeniknionym spokojem wobec nieprzewidzianego wypadku. Byłoby to korzystniej dla jego sławy. Od cierpkiego tonu dyrektora mogły zdrętwieć zęby...
Inspektor Heat od samego rana nie miał czasu na posiłek. Wyprawiwszy się na miejsce, dla przeprowadzenia badań, nałykał się zimnej, niezdrowej mgły w parku. Potem był w szpitalu, a po ukończeniu śledztwa w Greenwich, postradał zupełnie chęć do jedzenia. Nie był przyzwyczajony, jak doktorzy, do oglądania zbliska poszarpanych szczątków ludzkiej istoty, więc wstrząsnął go do głębi widok, jaki ujrzał po zdjęciu gumowej opony ze stołu, pewnego oddziału szpitalnych zabudowań.
Druga gumowa opona rozesłana była na stole, a rogi jej założono do środka, nad stołem poszarpanych i skrwawionych strzępów, przysłaniających coś, co mogło stanowić ucztę dla ludożerców. Trzeba było mieć dużo siły woli, żeby się nie cofnąć wobec tego widoku. Naczelny inspektor Heat, wybitny urzędnik swego wydziału, nie stracił gruntu pod nogami, ale przez chwilę nie zbliżał się. Miejscowy policyant w mundurze spojrzał z pod oka i rzekł z prostotą:
— Leży tu cały. Do ostatniego kawałka. To była robota!
On pierwszy przybiegł na miejsce wybuchu. Opowiedział znowu całe zdarzenie. Mignęło coś, nakształt błyskawicy, wśród gęstej mgły. Stał wtedy przy domku odźwiernego i rozmawiał z nim. Wstrząśnienie niemal go ogłuszyło. Popędził między drzewami w kierunku obserwatoryum.
— Ile mi sił starczyło — powtórzył dwukrotnie.
Naczelny inspektor Heat pochylił się nad stołem, powoli, ze zgrozą. Szpitalni posługacze odwinęli rogi opony i odsunęli się. Oczy inspektora wpatrywały się pilnie w ten stos pomieszanych szczątków, jakby pozbieranych w jatce i sklepie gałganiarza.
— Użyliście łopaty przy tej robocie — zauważył, widząc drobne ziarnka żwiru, odłamki brunatnej kory i cienkie drzazgi podruzgotanego drzewa.
— Niemożna było inaczej, w jednem miejscu — objaśnił policyant. — Posłałem odźwiernego po łopatę. Kiedy posłyszał, że skrobię ziemię, oparł się głową o drzewo i rozchorował się jak pies...
Inspektor, pochylając się ostrożnie nad stołem, stłumił przykre łaskotanie w krtani. Piorunująca siła, która ludzkie ciało zamieniła na stos jakichś nieokreślonych strzępów, robiła na nim wrażenie niemiłosiernego okrucieństwa, pomimo, że rozum tłomaczył, iż skutek musiał być piorunujący, jak błyskawica. Ten człowiek, ktokolwiek był, poniósł śmierć odrazu: a jednak niepodobna było uwierzyć, by ludzkie ciało mogło dojść do tego stopnia poszarpania, nie przeszedłszy przez męki niewysłowionego bólu. Natychmiastowa śmierć. I przyszło inspektorowi na myśl wszystko, co czytał o strasznych i długich snach, przeżywanych w chwili obudzenia; o obrazach całego życia, jakie przedstawiają się tonącemu, gdy jego głowa wychyla się na powierzchnię wody po raz ostatni... Niepojęta tajemnica takich chwil przedstawiła mu się jasno, i zrozumiał, że można przeżyć całe wieki męczarni i trwogi, między dwoma mrugnięciami powieki... Wpatrywał się z pozornym spokojem, pochylony nad stołem, jak ubogi nabywca w sklepie rzeźnika nad odpadkami, które mają mu służyć do sporządzenia taniego obiadu na niedzielę. A jednocześnie jego wyrobiona zdolność doskonałego badacza, zdążała za bezładną gadaniną zadowolonego policyanta.
— Chłopiec z jasnymi włosami — wyrzekł policyant i umilkł. — Stara kobieta, powiedziała sierżantowi, że zauważyła chłopca z jasnymi włosami jak wychodził z dworca Maze Hill. Widziała dwóch ludzi wychodzących z dworca — mówił policyant. — Ale nie wie czy szli razem. Nie zwróciła uwagi na drugiego, tylko na tego ładnego, delikatnego chłopca, który niósł puszkę z olejną farbą.
— Czy znasz tę kobietę? — bąknął inspektor, wpatrzony ciągle w stół, postanawiając ją natychmiast przesłuchać.
— Znam. Gospodyni dawnego szynkarza — objaśnił policyant.
Rzucił na stół spojrzenie z pod oka i dodał nagle:
— Leży tu cały, wszystko co mogłem zebrać. Jasny blondyn, szczupły, dosyć szczupły. Niech pan inspektor spojrzy na tę nogę. Zebrałem najjpierwej nogi, jedną po drugiej. Był tak rozsypany na wszystkie strony, że niewiadomo było od czego zacząć...
Policyant znowu umilkł: odblask niewinnego, chełpliwego uśmiechu nadał jego okrągłej twarzy wyraz dziecięcy.
— Potknął się niezawodnie — dodał stanowczo. — I ja też się potknąłem i upadłem, biegnąc tam. Korzenie sterczą na wszystkie strony. Musiał się potknąć o korzeń, upadł, a to co niósł, wybuchło mu w ręku, jak myślę.
— Osobistość nieznana — powtarzało echo w mózgu inspektora i drażniło go.
Był z natury ciekawy. Chciałby przekonać publiczność jak pożyteczny jest jego wydział, ujawniając osobistość zabitego. Ale to wydawało się niemożebne. Pierwsze słowo zagadki było nieczytelne: niepodobna było przypuszczać nic, oprócz srogiego okrucieństwa.
Przełamując wstręt, inspektor wyciągnął rękę dla zadośćuczynienia swemu sumieniu, i wziął najmniej poplamiony szmatek ubrania. Był to wązki pasek aksamitu, z trójkątnym kawałkiem ciemnogranatowego sukna, wiszącym przy nim.
Przybliżył go do oczu, a policyant mówił dalej:
— Aksamitny kołnierz, zabawne to, że ta stara kobieta zauważyła aksamitny kołnierz. Ciemnogranatowy paltot z aksamitnym kołnierzem, miał na sobie — mówiła nam. To niezawodnie ten sam chłopiec, którego widziała. Nic już nie brakuje; jest kołnierz i wszystko. Zdaje mi się, ze nie zostawiłem tam nic, ani kawałka.
Wytresowane władze umysłowe inspektora przestały słyszeć głos policyanta. Inspektor zbliżył się do okna dla lepszego światła. Na jego twarzy odwróconej, widniało głębokie zainteresowanie, gdy oglądał zbliska ten trójkątny kawałek sukna. Oderwał go nagle i, wsunąwszy do kieszeni, rzucił aksamitny kołnierz napowrót na stół.
— Nakryjcie! — wydał krótki rozkaz posługaczom i, nie patrząc już na stół wyszedł śpiesznie, salutowany przez policyanta.
Zatopiony w myślach wsiadł do wagonu trzeciej klasy i pociąg uniósł go do miasta. Ten kawałek sukna był niesłychanie cenny i znalazca nie mógł obronić się pewnemu zdziwieniu na myśl, jak dziwnym trafem dostał się w jego posiadanie. Zdawało się, że samo Przeznaczenie wcisnęło w jego ręce, ten klucz od zagadki. I tak, jak zwykle przeciętni ludzie, którzy mają ambicyę panowania nad wypadkami, powziął nieufność do tak czysto przypadkowego i niezasłużonego powodzenia. Nie uważał już za pożądane ujawnienie osobistości tego, kto dziś rano unicestwił się tak doszczętnie. Ale nie był pewny, jakie będzie co do tego zdanie „Wydziału“. Bo „Wydział“ dla tych, którzy w nim służą, przedstawia się jako „osoba“ z własnemi zapatrywaniami, a nawet uprzedzeniami. „Wydział“ wie mniej, niż niektórzy jego podwładni. A nawet lepiej dla niego, żeby nie wszystko wiedział. Naczelny inspektor Heat wysiadł z pociągu głęboko zamyślony, nie bez pewnego odcienia nielojalności...
W takiem usposobieniu duchowem, głodny, lecz z mdłościami po tem, co zobaczył, wpadł niespodziewanie na profesora. W okolicznościach, sprzyjających rozdrażnieniu normalnego człowieka, spotkanie to było wyjątkowo nieprzyjemne. Inspektor Heat rozpoczął swój zawód od tropienia gwałtowniejszych form kradzieży. W tym zakresie zdobył swe ostrogi, a przeniesiony do innego wydziału zachował pewne sympatye dla dawnej specyalności. Uważał kradzież za jeden odłam ludzkiego przemysłu, pierwotny bezwątpienia, ale mający niejakie podobieństwo z innemi gałęziami pracy, naprzykład w fabrykach i kopalniach. Była to zawsze praca, a główną różnicę stanowił odrębny rodzaj niebezpieczeństwa z nią połączonego: zamiast zatrucia ołowiem, uduszenia gazami lub zasypania w podziemnym wybuchu, niebezpieczeństwo przedstawiało się wyraźnie: „siedem lat ciężkich robót“. Inspektor odczuwał bezwątpienia całą różnicę pod względem moralnym. Ale jego złodzieje tego nie czuli. Byli oni, bądź co bądź, jego współobywatelami, zbłąkanymi skutkiem braku oświaty. Inspektor Heat mógł wyrozumieć nastrój ich umysłu i ich popędy, które niewiele się różnią od nastroju i popędów policyanta. Obie strony mają własne metody działania i własną rutynę. Rozumieją się doskonale, co jest korzystne dla obu stron i wywołuje pewną przyjacielskość w stosunkach. Złodzieje nie są buntownikami. Fizyczna siła inspektora, jego zimna krew, jego odwaga i uczciwość zjednały mu szacunek, a nawet cześć w sferze, w której święcił pierwsze swe powodzenia. Inspektor Heat, przystanąwszy w tej chwili, o sześć kroków od anarchisty, przezwanego „profesorem“, pomyślał z żalem o świecie złodziejskim, trzeźwym bez krwiożerczych ideałów, szanującym władze, wolnym od nienawiści i rozpaczy.
Niezadowolony był sam z siebie, że przystanął, że przemówił, że poszedł tą uliczką dla skrócenia drogi, a głos jego brzmiał groźnie.
— Mówię, że nie pana szukam — powtórzył.
Anarchista nie poruszył się. Tłumiony, wewnętrzny śmiech odsłonił jego zęby i dziąsła, i wstrząsnął całą postawą.
Inspektor mimowoli dodał, wbrew rozsądkowi:
— Przynajmniej teraz... Gdy będzie potrzeba, wiem gdzie pana znaleźć.
Słowa były zupełnie odpowiednie w ustach urzędnika policyjnego, przemawiającego do swej trzody. Ale sposób, w jaki je przyjęto, odstępował od tradycyi i przepisów przyzwoitości. Młoda, chorowita figurka odpowiedziała zniewagą:
— Nie wątpię, że wtedy w dziennikach pojawi się i pański nekrolog. Pan sam dobrze wiesz, czego się możesz spodziewać... Ale może pana spotkać ta nieprzyjemność, że zostaniesz razem ze mną pogrzebany, pomimo, że pańscy przyjaciele będą starali się rozłączyć nas dokładnie...
Pomimo całej wzgardy normalnego człowieka, dla tych, którzy tak mówią, pełna grozy przenośnia, zawarta w słowach anarchisty, zrobiła wrażenie na inspektorze. Za wiele miał bystrości i za wiele wiedział, żeby ją uważał za czczą przechwałkę. Mrok, panujący w wąskiej uliczce, nabrał złowrogiego zabarwienia od ciemnej, wątłej postaci, opartej o mur, mówiącej słabym, a pewnym siebie głosem. Czerstwa, bujna żywotność naczelnego inspektora, charłactwo tamtego człowieka, tak widocznie niezdolnego do życia, były same w sobie już złowieszcze: bo taki nędzny człowiek, jak profesor, nie może dbać o życie. A nad inspektorem życie miało tak potężną władzę, że nowy spazm mdłości zrosił potem jego czoło. Odgłosy życia miejskiego, stłumione echo kół na ulicach dochodziły do zaułka, znajome i miłe. Inspektor był człowiekiem. Ale był mężczyzną i nie mógł przepuścić takich słów bez odpowiedzi.
— To, co pan mówisz, dobre jest do straszenia dzieci — wyrzekł surowo i spokojnie, bez przesadnej wzgardliwości. — Znajdę pana, gdy zechcę... innym razem.
— Lepsza sposobność nie trafi się nigdy odrzekł anarchista. — Dla człowieka silnych przekonań piękna to okazya do poświęcenia. Nie ma nawet kota w pobliżu, a te stare domy, przeznaczone na zburzenie, runą odrazu, tam gdzie pan stoisz... Mniejszym kosztem nie weźmiesz mnie pan nigdy...
— Sam pan nie wiesz do kogo mówisz — odrzekł stanowczo inspektor. — Gdybym teraz usiłował cię uwięzić, byłbym takim samym jak ty szaleńcem. Ja wiem czego chcę. Wiem, że ostatecznie, my będziemy górą. Ale niech mnie dyabli porwą, jeżeli wiem, czego wy chcecie!... — dodał wzgardliwie, z pośpiechem, jak człowiek, któremu się śpieszy, bo zmarnował dużo czasu.
Anarchista odpowiedział słabym uśmiechem bladych warg.
— Dajcie lepiej temu pokój! — rzucił mu na zakończenie inspektor — Zawielu jest po naszej stronie... Obejrzyj się tylko naokoło...
Drwiący uśmiech zagasł na ustach profesora. To mrowie nieprzeliczone na ulicach zbudziło posępny gniew jego duszy. Ta myśl ścigała go zawsze, ta obawa trwożyła go w jego złowrogiej samotności...
Odszedł, uśmiechając się jeszcze, ale nie śmiał się długo. Smutny, nędzny człowieczyna wyszedł z wąskiego zaułka na hałaśliwą ulicę. Inspektor Heat patrzył za nim przez chwilę, skierował się w przeciwną stronę. A idąc wyciągniętym krokiem szepnął przez zęby: — Szaleniec!
W głównej kwaterze wpuszczono go natychmiast do gabinetu zwierzchnika, dyrektora Wydziału. Zastał go pochylonego, z piórem w ręku nad stołem, jakby się modlił do olbrzymiego kałamarza z bronzu i kryształu. Nie poruszając się, podniósł oczy, o powiekach ciemniejszych od twarzy i pokrytych zmarszczkami. Raporta już otrzymał: o każdym z anarchistów...
Powiedziawszy to, spuścił oczy, podpisał parę papierów i dopiero wtedy położył pióro i oparł się o krzesło, zwracając badawcze spojrzenie na swego słynnego podwładnego. Naczelny inspektor wytrzymał to spojrzenie z uszanowaniem, lecz pozostał nieprzenikniony.
— Zdaje się, że miałeś pan słuszność, mówiąc mi w pierwszej chwili, że londyńscy anarchiści nie mają nic wspólnego z tą sprawą. Oceniam ścisły nadzór, jaki rozciągasz nad tymi ludźmi. Ale na publiczności zrobi to wrażenie takie, że przyznajemy się do nieświadomości.
Mówił swobodnie, lecz ostrożnie. Zdawało się, że waży każde słowo.
— Chyba, że przynosisz pan jakie wiadomości z Greenwich — dodał.
Naczelny inspektor zaczął zdawać sprawę ze swego dochodzenia, jasno i dokładnie. Zwierzchnik zwrócił się ku niemu z krzesłem, skrzyżował cienkie nogi i oparł się na łokciu, przechylony na bok, osłaniając jedną ręką oczy. Jego postawa miała pewien wdzięk. Blaski niby przyćmionego srebra, igrały z obu stron hebanowo czarnej głowy, kiedy ją zwolna pochylił, wysłuchawszy do końca.
Naczelny inspektor czekał, jak gdyby rozmyślał nad tem, co powiedział, ale w rzeczywistości zastanawiał się czy powiedzieć coś więcej. Zwierzchnik przerwał jego wahanie.
— Czy sądzisz, że było ich rzeczywiście dwóch? — zapytał, nie odsłaniając oczu.
Naczelny inspektor uważał to niemal za pewne. Według jego zdania, ludzie ci rozeszli się na jakieś sto kroków przed obserwatoryum. Wyjaśnił, jakim sposobem tamten drugi zdołał ujść niepostrzeżony. Sprzyjała mu mgła, choć niezbyt gęsta. Zdaje się, że odprowadzał towarzysza, a potem zostawił go samego przy robocie. Sądząc z czasu, który upłynął od chwili, gdy stara kobieta widziała dwóch ludzi, wychodzących z dworca, można wnosić, że tamten drugi zdążył na odchodzący pociąg, kiedy jego towarzysz padł rozszarpany.
— Na strzępy? Co? — bąknął dyrektor wydziału, nie odejmując ręki od oczu.
Naczelny inspektor w kilku słowach opisał widok szczątków.
— Sądownicy będą mieli uciechę — zakończył ponuro.
Dyrektor odsłonił oczy.
— A my nie mamy im nic do powiedzenia — zauważył.
Popatrzył chwilę, śledząc bacznie naczelnego inspektora. Nie był on skłonny do złudzeń. Wiedział dobrze, że Wydział jest na łasce swoich podwładnych, którzy mają własne, odrębne pojęcia o uczciwości. On sam rozpoczął był swój zawód, w podzwrotnikowych koloniach. Pracował tam chętnie. Udało mu się wyśledzić i zniweczyć szkodliwe, tajne stowarzyszenia wśród krajowców, a potem wziął dłuższy urlop i ożenił się nagle. Zrobił dobrą partyę, ze względów światowych, ale jego żona, miała silne uprzedzenia do klimatu kolonii. Przytem miała wpływowe stosunki. Ale, mimo to, nie lubił on swego zajęcia w obecnych warunkach. Czuł się zależnym od zbyt wielu podwładnych i zbyt wielu zwierzchników. Bliskość dziwnego zjawiska, zwanego opinią, ciężyła mu i niepokoiła go. Przeceniał widocznie jej potęgę. A to wszystko, w połączeniu z błahością roboty, źle oddziaływało na cierpiącą wątrobę.
Wstał i zdumiewająco ciężkim, jak na tak smukłego człowieka, krokiem, poszedł do okna. Po szybach spływały strugi deszczu — krótka ulica, na którą patrzył, stała zalana wodą i pusta, jakby spłókana nagłą powodzią. Dzień był gnębiący — rozpoczął się od przejmującej mgły, a teraz rozpływał się w zimnym deszczu. Migotliwe płomyki gazowe roztapiały się w przepojonem wodą powietrzu.
— Straszne! Straszne! — myślał dyrektor, zwrócony twarzą do szyby. — Trwa to już od dziesięciu dni, nie, od dwóch tygodni...
Przez jedno mgnienie przestał myśleć. A potem odezwał się:
— Zarządziłeś pan zapewne śledztwo na miejscu, żeby trafić na ślad tego drugiego człowieka na kolei?
Dyrektor nie wątpił, że naczelny inspektor Heat zna się dobrze na łowieniu ludzi. Inspektor odrzekł naturalnie, że wszystko zostało zarządzone, zaraz po zeznaniu starej kobiety. Wymienił nazwę stacyi, z której ci dwaj ludzie przybyli. Posługacz, który odbierał bilety w Maze Hill, pamięta dobrze, że dwaj ludzie, podobni do opisanych, wyszli na peron. Wyglądali na porządnych rzemieślników wyższego gatunku — malarzy szyldów, lub pokojowych. Wysoki człowiek, z blaszaną puszką w ręku, wysiadł z wagonu trzeciej klasy. Na peronie oddał puszkę młodemu chłopcu z jasnymi włosami, który szedł za nim. Wszystko zgadza się z tem, co mówiła sierżantowi owa stara kobieta w Greenwich.
Dyrektor zauważył — wciąż odwrócony do okna, że brak dowodu, stwierdzającego łączność tych dwóch ludzi z zamierzonym zamachem. Wszystko opiera się na wątpliwej wiarogodności gadaninie starej kobiety.
— Odpryski i kawałki blachy widziałem sam wyraźnie — odrzekł inspektor. — Jest to uderzające potwierdzenie faktu.
— I ci ludzie przyjechali z małej stacyjki? — zapytał, zamyślając się, dyrektor.
Naczelny inspektor dodał jeszcze objaśnienie, że trzecią osobą, która wsiadła na tej samej stacyjce, był kolporter, dobrze znany tragarzom. Ale dyrektor wpatrywał się wciąż w ciemną przestrzeń za oknem.
— Może dwaj zagraniczni anarchiści, przybywający z tej miejscowości? — powiedział napół do siebie. — To zupełnie niezrozumiałe...
— Zapewne, panie dyrektorze. Ale byłoby to jeszcze więcej niezrozumiałe, gdyby Michelis nie mieszkał w sąsiedztwie...
Usłyszawszy to nazwisko, dyrektor wyrzekł się odrazu nadziei dzisiejszego wista w klubie. Była to najprzyjemniejsza chwila w jego życiu, zdala od podwładnych. Wstępował do klubu na partyę, trwającą od piątej do siódmej, zapominając przez te dwie godziny o wszystkiem, co było nieprzyjemnego w życiu. Partnerami jego byli: posępnie żartobliwy wydawca słynnego tygodnika, milczący stary prawnik, z małemi złośliwemi oczkami i stary, prostoduszny pułkownik, z nerwowemi, ogorzałemi rękoma. Znał ich tylko z klubu, nie spotykał nigdzie indziej. Schodzili się tam, jak wspólnicy niedoli, na grę, która miała własność kojenia ukrytych trosk i codzień o zachodzie słońca — dyrektor odczuwał błogą niecierpliwość, niby uczucie wypróbowanej, głębokiej przyjaźni, ozłacającej mu życie. W tej chwili zaś, musiał wyrzec się przyjemnego uczucia, a w zamian zbudziło się w nim coś, niby nagła i silna nieufność do narzędzi, któremi się posługiwał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Maria Gąsiorowska.