Tajemniczy ogród/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Data wydania 1937
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.

„BĘDĘ ŻYŁ ZAWSZE, ZAWSZE, ZAWSZE“.

Tymczasem zniewoleni byli czekać więcej niż tydzień, ponieważ najpierw nastały dni bardzo wietrzne, potem zaś Colin zagrożony był katarem, które to dwie przeszkody, razem wzięte, byłyby go niewątpliwie doprowadziły do pasji, gdyby nie to, że było tyle tajemniczych planów do układania, i gdyby nie Dick, który przychodził codziennie, choćby na parę minut opowiedzieć o wszystkiem, co się działo na wrzosowisku, w lesie, na polankach, żywopłotach i na brzegach strumieni. To, co opowiadał o kunach, łasicach, wydrach, szczurach wodnych, że już nie wspomnę o ptakach, wystarczyłoby do wprowadzenia w zachwyt, tem bardziej, że się słyszało z ust samego czarodzieja zwierząt tyle szczegółów poufnych i że można było wyobrazić sobie, z jaką gorliwością, zapałem i lękiem cały ten pracowity, podziemny światek pracował.
— One takie same, jak my — mówił Dick — tylko, że zwierzęta muszą sobie domy budować co rok. I tyle im to daje pracy, że się ciągle muszą śpieszyć.
Najwięcej jednak pochłaniały ich przygotowania, jakie trzeba było przedsięwziąć, zanim będzie można Colina przewieźć do tajemniczego ogrodu. Nikt nie mógł widzieć fotela na kółkach, Dicka i Mary po przejściu pewnego zakrętu w krzewach i przejściu na zewnętrzną drogę pod okrytym bluszczem murem.
W miarę, jak dnie mijały, utwierdzał się Colin coraz więcej w przekonaniu, że tajemniczość, otaczająca ogród, stanowi jeden z największych jego uroków. Nie można tego zepsuć. Niech nikt nie podejrzewa nawet, że mają tajemnicę. Niech wszyscy myślą, że sobie ot poprostu wychodzi z Mary i Dickiem do ogrodu, ponieważ może znieść, by tych dwoje na niego patrzyło. Miewali z sobą długie, tajemniczego czaru pełne rozmowy o swej przyszłej wyprawie. Więc tak: pójdą najpierw wgórę tą ścieżką, potem wdół tamtą, później wpoprzek owej dróżki — naokoło fontanny — obejdą klomby tam się znajdujące, i będą udawali, że ich bardzo zajmuje przyglądanie się flancowaniu kwiatów pod dozorem pana Boacha. To będzie takie naturalne, że nikomu do głowy nie przyjdzie, że mają jakieś tajemnicze zamiary. Potem wejdą na ścieżki zadrzewione, zginą z oczu i dotrą do wielkiej alei. Tak wypracowali w najdrobniejszych szczegółach plan pochodu, jak wielcy generałowie wypracowują przed bitwą plany wojenne.
Wiadomości o tem, co się działo w pokoju «chorego», nabierały tymczasem rozgłosu i dotarły przez służbę kredensową do chłopaków stajennych i ogrodników — niemniej jednak zdumiał się dnia pewnego pan Boach, gdy z pokoju pana Colina, którego to pokoju nigdy nie dane mu było oglądać, otrzymał rozkaz stawienia się osobiście przed oblicze jego wielmożności, bowiem pan Colin osobiście pragnął się z nim rozmówić.
— No, no — powtarzał sobie, śpiesznie zmieniając ubranie — co to z tego będzie? Jego Królewska Mość, którego nikt nie oglądał, przywołuje do siebie człowieka, którego w życiu nie widział!
Nie można twierdzić, żeby pan Boach nie był ciekawy. Nawet zdaleka nigdy okiem nie rzucił na Colina, a słyszał mnóstwo przesadnych wersyj o jego dziwnem wejrzeniu i wybrykach chorego organizmu. Najczęściej wszakże słyszał, że chłopiec lada moment może umrzeć, a pełno było opowieści fantastycznych o plecach garbatych i o bezwładzie nóg, które to opowieści rozsiewane bywały przez ludzi, którzy nigdy Colina nie widzieli.
— Wszystko się zmienia w tym domu, panie Boach — mówiła pani Medlock, prowadząc ogrodnika tylnemi schodami na korytarz, wiodący do tajemniczych dlań dotąd apartamentów.
— Miejmy nadzieję, że zmieni się na lepsze — odparł.
— Trudno, żeby tu mogło się co odmienić na gorsze — ciągnęła dalej — a choć to wszystko dziwne, to jednak dla niejednego łatwiejsze teraz jest spełnianie obowiązku. Niech się tylko pan nie dziwi, panie Boach, jak się pan znajdzie naraz wśród menażerji i ujrzy Martę Sowerby, Dicka, rządzącego się, jak we własnym domu, i śmielszego, niż pan, albo ja.
Coś magicznego istotnie otaczało osobę Dicka, jak w to święcie wierzyła Mary. Gdy bowiem pan Boach usłyszał jego imię, uśmiechnął się poczciwie.
— Tenby czuł się u siebie również dobrze w Buckingham Palace, jak na dnie kopalni węgla — odparł. — A jednakże to nie przez zuchwalstwo i arogancję, lecz jest to poprostu uroczy chłopiec.
Może to jednakże dobrze się stało, że go naprzód przygotowano, bo byłby się przeraził. Skoro bowiem otworzyły się drzwi sypialni, duża kawka, siedząca, jak u siebie, na poręczy wysokiego, rzeźbionego krzesła, zaanonsowała przybysza głośnem «kau-kau». Pomimo ostrzeżeń pani Medlock, pan Boach w samą porę powstrzymał się od uskoczenia wtył.
Młody radża nie leżał ani w łóżku, ani na sofie. Siedział w fotelu, a przy nim stało młode jagnię, wachlując ogonkiem z zadowoleniem, bowiem Dick klęczał obok, dając mu mleko z butelki. Wiewiórka siedziała na pochylonym grzbiecie Dicka i chrupała orzech. Mała zaś dziewczynka z Indyj siedziała na wielkim podnóżku i przyglądała się.
— Oto jest pan Boach, paniczu — oznajmiła pani Medlock.
Młody radża odwrócił się i zmierzył poddanego swego od stóp do głowy — takie przynajmniej wrażenie miał pan Boach.
— Ach, więc to Boach? — powiedział. — Prosiłem o przyjście, bo mam do dania kilka ważnych zleceń.
— Do usług, sir — odparł Boach, myśląc sobie w duszy, że pewno otrzyma rozkaz wykarczowania w parku wszystkich dębów, lub zamienienia sadu na stawy rybne.
— Dzisiaj po południu wyjadę w moim fotelu do ogrodu — mówił Colin. — Jeśli mi świeże powietrze posłuży, będę wyjeżdżał codziennie. Jak będę w ogrodzie, niechaj żadnego z ogrodników nie będzie wpobliżu wielkiej alei i murów ogrodowych. Niech mi się żaden z nich pokazać tam nie waży. Wyjadę około drugiej po południu — a im wolno będzie wrócić do zajęcia dopiero wtedy, gdy dam odpowiedni rozkaz.
— Wedle rozkazu, sir — odparł pan Boach, z widoczną ulgą, że dęby zostaną nienaruszone, a sady niezmienione.
— Mary — rzekł Colin, zwracając się do niej — jak to się mówi w Indjach po skończonej rozmowie, gdy się chce zostać samym?
— Mówi się tak: «Teraz pozwalam odejść» — odpowiedziała Mary.
Radża skinął ręką.
— A teraz pozwalam odejść, Boach — powiedział. — Proszę nie zapomnieć, że to bardzo ważne.
— Kau-kau! — zrobiła uwagę kawka trochę ochryple, lecz uprzejmie.
— Do usług, sir! Ścielę się do stópek! — rzekł pan Boach, pani Medlock zaś wyprowadziła go z pokoju.
Na korytarzu począł się zwolna uśmiechać, aż zaśmiał się serdecznie — był bowiem z natury człowiekiem dobrego serca.
— Słowo daję! — powiedział. — To dopiero nabrał wielkopańskich manier! Myślałby kto, że to cała rodzina królewska w jednej osobie!
— Mój ty Boże! — zawołała pani Medlock. — Musieliśmy wszyscy pozwolić sobie po głowie tańcować, odkąd się urodził niemal — nic dziwnego, że mu się zdaje, że ludzie na to stworzeni, by nimi mógł rządzić!
— Jeśli będzie żył, to może z tego wyrośnie — poddał pan Boach.
— Jedno, to wiem na pewno — rzekła pani Medlock. — Jeżeli będzie żył, a ta indyjska panna będzie tu mieszkała, to ręczę, iż go nauczy, że do niego nie należy cała pomarańcza, jak mówi Zuzanna Sowerby. A on powoli dojdzie do świadomości, która cząstka jest jego własnością.
W pokoju zaś siedział Colin, oparty na poduszkach.
— Teraz wszystko już pewne — powiedział. — I dzisiaj po południu go zobaczę — dzisiaj po południu wejdę do niego!
Dick ze swemi stworzonkami wrócił do ogrodu, Mary została z Colinem. Nie wyglądał zmęczony, lecz był niesłychanie spokojny cały czas przed śniadaniem i przez cały czas trwania tegoż. Dziwiła się, dlaczego tak jest, i spytała go.
— Takie ci się ogromne oczy zrobiły, Colinie — powiedziała. — Jak tylko myślisz, to ci się robią takie ogromne oczy, jak dwa koła. O czemże tak rozmyślasz?
— Muszę ciągle myśleć o tem, jak też wygląda — odpowiedział.
— Co? Ogród? — spytała Mary.
— Wiosna — odpowiedział. — Myślałem właśnie o tem, żem nigdy jej nie widział. Rzadko kiedy wychodziłem, a gdy wychodziłem, tom nie patrzał. Nie zastanawiałem się nigdy.
— W Indjach to i ja wiosny nie widziałem[1], bo jej tam nie było — rzekła Mary.
Zamknięty w pokoju i chorowity całe życie, miał Colin więcej rozbudzoną wyobraźnię, niż dziewczynka, w każdym bowiem razie największą część czasu spędzał nad cudnemi książkami i rycinami.
— Dzisiaj rano, gdy tu wbiegłaś i powiedziałaś: «Przyszła, przyszła», doznałem dziwnego uczucia. Zdawało mi się, że idzie coś ogromną procesją z dźwiękami trąb i muzyki. W jednej z książek mam taki obrazek — tłum ślicznych pań i panów, i dzieci z girlandami, gałązkami okrytemi kwiatem, a wszyscy się śmieją, tańczą, przygrywają na fujarkach. Dlatego ci powiedziałem: «Może usłyszymy weselne śpiewy i granie».
Zaśmiali się oboje, nie dlatego, żeby ta myśl była śmieszna, lecz dlatego, że im się obojgu tak podobała.
Chwilkę później pielęgniarka ubrała Colina. Zauważyła ona, że, zamiast leżeć jak kłoda podczas ubierania, usiadł i starał się sam sobie radzić, a cały czas śmiał się i rozmawiał z Mary.
— To panicza dobry dzień, sir — powiedziała do dra Craven’a, który przyszedł skontrolować. — W takim jest doskonałym humorze, że zaraz jest silniejszy.
— Zajrzę tu jeszcze później po południu, kiedy już wróci ze spaceru — rzekł dr. Craven, — Muszę zobaczyć, jak mu też to wyjście posłuży. Chciałbym — dodał bardzo cicho — żeby pozwolił pani iść także.
— Wolę zgóry się tego wyrzec, sir, zanim mu się to zaproponuje — odparła pielęgniarka z nagłem postanowieniem.
— Nie upieram się przy poddaniu mu tej myśli — rzekł doktór z cieniem zdenerwowania. — Zróbmy doświadczenie. Dick to porządny chłopak; niemowlę nowonarodzonebym mu powierzył.
Najsilniejszy służący w domu zniósł Colina ze schodów i usadowił w fotelu na kółkach, przy którym zboku już czekał Dick. Gdy go okrył pledami i poduszki podłożył, radża skinął ręką jemu i pielęgniarce.
— A teraz pozwalam wam odejść — powiedział, i oboje zniknęli czem prędzej, a wyznać należy, że oboje chichotali z radości, gdy się szczęśliwie znaleźli w domu.
Dick począł wolno i statecznie popychać fotel. Panna Mary szła obok, zaś Colin oparł głowę o poduszki i wzniósł oczy ku niebu. Błękitna kopuła wydawała się dzisiaj ogromnie wysoka, a małe śnieżne obłoczki zdawały się być stadem białych gołębi z rozpostartemi skrzydłami, szybujących po błękitnem przezroczu. Od wrzosowiska szły podmuchy łagodne, przesycone dziwnie jakąś dziką, czystą, przesłodką wonią. Colin drobną swą piersią wdychał te wonie, a oczy jego szeroko rozwarte wyglądały tak, jakby to one słuchały — słuchały, zamiast uszów.
— Ile też to słyszeć się daje śpiewu i brzęczenia, i nawoływania! — mówił. — Co to za zapach wiatr od wrzosowiska niesie?
— Janowiec i przytulja na wrzosowisku zaczynają kwitnąć — odparł Dick. — Co tam dzisiaj pszczół przy nich pracuje!
W parku podczas całej drogi nie zobaczyli żywej duszy. Bo też istotnie wypędzono poprostu wszystkich ogrodników i ich pomocników. Pomimo to kręcili się tu i tam pomiędzy krzewami, objechali wokoło fontanny, wokoło klombów, posuwając się zgóry uplanowaną drogą — tylko by mieć przyjemność tajemniczości. Lecz gdy wreszcie zakręcili w wielką aleję przy obrosłych bluszczem murach, opanowało ich dziwne wzruszenie, tak, że, nie umiejąc wytłumaczyć sobie przyczyny, poczęli mówić szeptem:
— To tutaj — dyszała Mary. — Tutaj zwykle spacerowałam i myślałam — myślałam.
— Tutaj? — wołał Colin, szukając wzrokiem wśród bluszczów z ciekawą gorliwością. — Lecz dostrzec nic nie mogę — wyszeptał. — Wszak tu niema drzwi.
— I ja tak myślałam — odparła Mary.
Nastąpiło pełne uroczystego skupienia milczenie — posunęli się naprzód.
— To jest ogród, w którym pracuje Ben Weatherstaff — objaśniała dalej Mary.
— Tutaj? — pytał Colin.
Uszli kilka kroków, poczem znów Mary wyszeptała:
— Tutaj zaś gil przeleciał przez mur — wyrzekła.
— Tutaj! — zawołał Colin. — Jakżebym chciał, by tu przyfrunął!
— A tu — wskazywała Mary z uroczystem przejęciem na duży krzak bzu, tu przysiadł na grudzie ziemi i pokazał mi klucz.
Colin usiadł.
— Gdzie? Gdzie? Tutaj? — pytał, a oczy miał tak wielkie, jak wilk w «Czerwonym Kapturku». Dick przystanął — fotel na kółkach zatrzymał się w miejscu.
— Tu zaś — mówiła Mary, podchodząc na rabatę tuż przy bluszczu — podeszłam, by z nim pogadać, a on zaćwierkał do mnie z wierzchołka muru. To oto jest bluszcz, który wiatr odgarnął — i ujęła w rękę zwieszającą się zieloną zasłonę.
— Och! Naprawdę! — szeptał Colin.
— A tutaj jest klamka i drzwi. Dicku, wepchnij wózek — prędko, prędko!
Dick zaś uczynił to jednym, silnym, statecznym, wspaniałym ruchem.
Lecz Colin w tymże momencie oparł się o poduszki, choć dyszał z rozkoszy, oczy zakrył dłońmi i nie patrzał na nic, dopóki nie znaleźli się w samymże ogrodzie, dopóki nie zatrzymał się fotel jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, i dopóki nie zamknięto drzwi. Wtedy dopiero ręce odjął od oczu i począł się rozglądać — rozglądać dokoła, tak samo, jak ongi Mary i Dick. Tymczasem świeża zieloność niby welon powiewny poczęła okrywać mury, ziemię i drzewa, i wiszące gałązki i pędy, w trawie zaś, pod drzewami, w wazonach kamiennych, wszędzie pełno było niby plam złocistopurpurowych, drzewa nad ich głowami okryte były śnieżnym i różowym kwiatem, a wszędy pełno śpiewu ptasząt, brzęczenia pszczółek i woni. Słońce ciepłemi promieniami pieściło twarzyczkę Colina niby ręka kochająca, Mary zaś i Dick stanęli, przyglądając mu się z podziwem. Wyglądał dziwnie i całkiem odmiennie — kolory niby płomień objęły go całego, zaróżowiły twarzyczkę, szyję, ręce...
— Będę zdrów teraz! Będę zdrów! — zawołał. — Mary! Dicku! Będę zdrów! I będę żył zawsze! Zawsze! Zawsze!


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – widziałam.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.