Tajemniczy człowiek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Tajemniczy człowiek
Podtytuł Wspomnienie
Pochodzenie Wilki i inne szkice i obrazki
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1889
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


TAJEMNICZY CZŁOWIEK.
(WSPOMNIENIE.)



B

Był w Topolinie dom stary, wygodny i obszerny, a ogromem swoim tak dalece imponujący ubogim chatkom wioskowym, że go ludzie pałacem nazywali.
Dom ten, którego ganek tonął w zielonych festonach dzikiego wina, otoczony był drzewami.
Na pięknie ogrodzonym dziedzińcu rosły klomby bzów, berberysów i róż dzikich, z pośród których wznosiły czoła dorodne akacye, obsypane białém świeżém kwieciem, niby wypudrowane głowy zeszłowiecznych piękności.
Do dworu prowadziła droga wysadzona dwoma rzędami balsamicznych topoli; a po za domem, aż do saméj wioski, rozciągał się ogród.
Dzikie drzewa osłaniały go od burz i wiatrów. Białe brzozy, jesiony, klony i świérki, tworzyły tę naturalną ochronę, bawiąc oko rozmaitemi odcieniami zieleni, a dokoła ciągnął się szpaler z lip strzyżonych, nizkich, które splątawszy swe bujne gałązki, tworzyły aleję chłodną, cienistą, usposabiającą do rozmyślań...
Aleja ta podobną była do korytarza starego jakiegoś klasztoru, a kiedy w noc miesięczną wdarły się do niéj promienie księżyca i zarysowały na czarném tle liści, to mogłeś mniemać, że widzisz przed sobą poważnych mnichów w białych szatach, szepczących jakąś modlitwę smutną... Może „de profundis.”
To wiatr tak tajemniczo szumiał w gałęziach.
Była w tym ogrodzie oranżerya, trebhauzy, inspekta, drzewa owocowe w najpiękniejszych gatunkach, orzechy włoskie i tureckie, a pod jesień, wino na południowéj stronie dworu rozpięte, dźwigało na sobie ciężkie grona, szkliste i czarne, niby z wieńca bachantek.
Tu niegdyś, latem, na misternie zarysowanych kwietnikach, biały narcyz i róża patrzyły na wielkie aloesy, ustawione na kamiennych słupach, tulipany podnosiły dumnie głowy, a setki wyniesionych z oranżeryi kwiatów bawiły oko miłą grą kolorów i upajały balsamicznym zapachem.
Było to... niegdyś, było... ale się zmyło, jak wiele rzeczy na świecie...
Długi czas mieszkali w tym domu zamożni ludzie; ale późniéj, kiedy stary hrabia umarł, majątek poszedł na licytacyę, a potém z rąk do rąk przechodząc, dostał się w posiadanie umiejętnego parcelatora, który podzieliwszy go na drobne cząstki, zyskownie sprzedał.
Olbrzym upadł, a na jego miejscu rozsiadło się drobne lecz pracowite plemię pigmeów, które zapewne kiedyś, dorosłszy miary cywilizowanego człowieka, stanie się poważną siłą.
Rozkupili ziemię chłopi i szlachta drobna, podzielili się gruntem, inwentarzem, budowlami, ogrodem, ba! nawet płoty rozebrali na działki.
Jak się dzielić to już wszystkiem, — i z pięknéj pańskiéj rezydencyi stała się rudera.
Stare, kapitalne zabudowania padły pod ciosami siekier, na miejscu zaś spichrzów, stajen, stodół i owczarni walały się kupy wiórów i gruzu, sterczały wielkie głazy z fundamentów wyrwane, na dziedzińcu trzoda się pasła, a czarne kudłate owieczki swobodnie ogryzały najpiękniejsze krzewy...
Sic transit gloria...
Piękny ogród zniszczony został i upadł.
Drzewa poschły, oranżerya w gruzach. Żydzi szklarze zabrali z niéj szyby, z cegieł piece w chałupach porobiono. Inspekta zgniły, truskawki skoszono z trawą, szparagarnię szlachcic zaorał i marchwi nasiał w tém miejscu.
Z całéj dawnéj świetności pozostał tylko dwór zniszczony, obdrapany, że aż żal było patrzéć na niego i niedaleko stojący domek, młodszy nieco, rezydencya dawniejszych dziedziczek.
Tu dawniéj była łazienka, apteczka, ztąd drzwi oszklone prowadziły do oranżeryi, a okna zacienione przez drzewa i krzewy, dawały światło miłe, łagodne, chociaż przyćmione nieco.
Jeżeli promień słońca chciał się do tych pokoików dostać, to musiał się przedzierać przez gałęzie świerków starych i korzystać z momentu, w którym je wiatr odchyli, aby się prześliznąć po posadzce, lub téż przejrzéć się w oczach siedzącéj z robótką kobiety.
Domek ten ocalał od ogólnego zniszczenia, ale postanowiono go sprzedać, gdyż z dwóch aż powodów był dla nowych właścicieli nieużyteczny: raz, że coś w nim przeszkadzało, a powtóre, że stał na wysokiéj podmurówce i wchodziło się do niego po schodkach.
Pierwsza okoliczność przejmowała trwogą, druga czyniła dom do użytku niezdatnym, z przyczyny, że nowi dziedzice trzymali się staréj metody dawania trzodzie jeść w izbie, schodki więc narażałyby na szwank zdrowie opasłych wieprzów, przychodzących się pożywiać w mieszkaniu swoich „plewodawców.”
Dwie te okoliczności skłoniły właścicieli do jak najprędszego pozbyciu się budowli.
Tam nawet mieszkać było niepodobieństwem...
Jakim sposobem?! kiedy wszystkie baby w Topolinie widziały na własne oczy, jak nieboszczyk hrabia zawsze o północy chodził po pokojach, z woskową świécą w ręku, oglądał wszystkie kąty i wzdychał, to znów jak cień ześlizgiwał się do ogrodu, oglądał każde drzewko, każdy krzaczek i znikał.
Potem światło zaraz gasło, a po wszystkich pokojach zaczynało się chodzenie, tupanie, szurganie papierami i brzękanie szkłem.
Coś chodziło wyraźnie.
Czasem znowuż, jakaś „osoba” biała właziła w komin i zawodziła tam płaczem takim wielkim i bolesnym, że aż się zimno od niego robiło.
Jak trzeci kur zapiał, ustawało wszystko i po dniu żadnych śladów nie było widać, tylko coraz to cegła z komina upadła, to kawał tynku odleciał ze ściany, to znów spaczona od wilgoci rama okienna wykrzywiła się i zgniotła szybę, która się z brzękiem na drobne kawałki rozbiła.
Za okienicami gnieździły się nietoperze, a co wieczór siadywały na dachu dwa puszczyki i mizdrzyły się do siebie, zawodząc żałosny duet, drapiący po nerwach jak nożem.
I na tę pustkę znalazł się amator, podobno aż z Warszawy.
Znałem go.
Trudnił się on specyalnie pisaniem wesołych głupstw, aż nagle zachciało mu się sielanki — i uciekł na wieś.
Instalacya odbyła się bez żadnych szczególnych uroczystości, bez mów powitalnych, bez uczty, ot tak sobie poprostu, jak najzwyczajniejsze przeprowadzenie się z domu do domu.
Wydobyto z kilku chłopskich furek lary i penaty nowych mieszkańców, ustawiono je, zamknięto drzwi i przybysze zaczęli mieszkać w opuszczonym domku.
Mało gdzie wyjeżdżali, mało kto u nich bywał, trzymali się na uboczu.
W dzień prawie znać nie było, że w tym domu ktoś mieszka, tylko kiedy zmrok zapadł, blade światło lampy jaśniało w oknach do bardzo późnej nocy, często do dnia białego.
Oświetlało ono stare świérki, które w blasku tym, osobliwie na tle czarnéj pochmurnéj nocy, podobne były do olbrzymów z jakiéj ludowéj legendy.
Ktoby jednak chciał spojrzéć przez okno, widziałby sylwetki mężczyzny i kobiety siedzących przy stole. Czasem jedna z sylwetek podnosiła się i przechadzała po stancyi, w celu rozprostowania zgarbionego krzyża, to znów jeden cień ze światłem w ręku przechodził do drugiego pokoju, lub na górę i powracał, niosąc w ręku papier jaki lub książkę.
Z brzaskiem dnia światło gasło; a w domku, w którym „przeszkadzało” było jak zwykle cicho, tylko dym wychodzący z komina świadczył, że tam ludzie ogień palą, więc téż prawdopodobnie gotują i jedzą, jak wszyscy śmiertelni na świecie.
Wartownicy nocni uzbrojeni w odwagę i w pałki, ale w pałki dużo od odwagi większe, ciż sami dzielni wartownicy, którzy zamiast usnąć, tak walecznie wołają: „kto jedzie?” nie śmieli się podsuwać blizko domu, w którym płonęło światło, obawiając się zarówno nieboszczyka hrabiego, jak i żyjących tego domu mieszkańców.
Nawet zapóźnieni jarmarkowicze z innych wiosek, przejeżdżając przez Topolin, zwracali uwagę na to nocne światełko, które dawało pole do najrozmaitszych domysłów.
I przed kościołkiem parafialnym w niedzielę, zanim proboszcz rozpoczął kazanie, o tém tylko między ludźmi była gawęda.
— Ej, kumie, kumie, — mówił stary Onufry, częstując Jacentego tabaką, — żeby aby ten człowiek nieszczęścia jakiego na wieś niesprowadził.
— Wolać w tém Boga miłosiernego — odpowiadał nabożny Jacenty — tyle lat na świecie żyjemy i jeszcześmy takiego narodu nie zaznali...
— Pewnie, pewnie — albo to nie grzech i nie obraza boska, nocą świéczką świécić? a komu w nocy świéczka? juścić nie Panu Bogu!
— Albo jenszy by się nie bojał w takiém domostwie mieszkać? gdzie coś chodzi.
— Czekajcie! czekajcie! — ozwał się głos trzeci — ja wam coś powiem. Pisarka z gminy gadała co on za jeden; wiadoma rzec, sama praśport jego wójtowi czytała, toć tam musi coś stoić w tym praśporcie i prawdziwie stojało w nim, pisarka gadała, że on je taki... jakoś się po miemiecku nazywa.
— Jak? jak?
— Ale jak? kiedym zabacył, niby to kużden może takie paskudne przezwisko spamiętać?! Michałku! — rzekł, trącając wyrostka ciągnącego papierosa, — nie pamiętasz to, jak pisarka gadała o tym nocnym Marku z Topolina?
— Pamiętam — powiedziała, że to taki „luternik.”
— Luternik! a niechże go marności! a cóz to za stworzenie ten luternik?
— To pewnie będzie od luterskiéj wiary starszy poganin...
— Ej, nie bajalibyśta Janie, nie bajali — odezwał się jakiś gospodarz, — tać sam go widziałem, jak w kościele zeszłéj niedzieli na wotywie był, a potém na cmentarzu, ot tu w tém samém miejscu akuratnie, z księdzem stojał i tabakę zażywał...
— To niby on księdzu, czy ksiądz jemu?
— Wedle tabaki?
— A juści...
— Ksiądz jemu! jeszcze jak! w tabakierę puknął, sam poniuchał — a potém jemu mówi: naści dobrodzieju, francuzka!
— I nie bojał się?
— Rychtyk!? ksiądz by się go bojał? Wiadomo, że jakby było złe, toby się od księżéj tabaki we cztery smoły rozlało...
— O pewnie — ale dla tego on się nie rozlał?
— Zkąd zaś? Wsadził se cygar w gębę i poszedł gościńcem do Topolina, jeszcze se gwizdał cudacznie, dyć świadki na to są... ludzie widzieli...
— No, no... może to i tak, jak wy kumie powiedacie, może on i w kościele być i święconéj wody się nie boić, aleć zawdy, co nie po ludzku jego życie, to nie. Roli niema, nie sieje, ni orze i dlatego chleb je. Żeby choć jakie handle prowadził, jak nieprzymierzając żyd...
— Eh, widno, że nie żyd, moja kobieta była u nich w izbie, obrazy święte widziała...
— O! prawdziwie powiadają ludzie, że gdzie ciort nie da rady, tam babę posyła — a wasza kobieta tam po co chodziła?
— Jak zwyczajnie baba. Zębska ją zaboleli, aż jéj gęba het spuchła jak ćwierć, a że się dawniéj do dworu po różne maście chodziło, bo hrabina ludzi lekowała i miłosierna pani była, tak moja powiada, że pójdzie... a ja mówię: jak masz pójść to se idź, jeno mi tak nie lamentuj w chałupie, bo prawdziwie baba aż się wiła z bólu, niby nieprzymierzając piskorz w błocie.
— I poszła?
— A jakże... w takim bólu to by człowiek Bóg wie gdzie poszedł! Poszła, przeżegnała się na progu i powiada: „niech będzie pochwalony” a pani była w kuchni, niby znowu jego kobieta, i mówi „na wieki” i pyta się po ludzku: a co to chcecie, moja matko?... Tak moja kobieta skłoniła się jéj i powiada, proszę wielmożnéj pani, juz od rozumu odchodzę bez te zębska! Tak ta pani, niby znów jego kobieta, poszła do pokoju i przyniosła maleńką buteleczkę wody pachniącéj i mówi: weźcie to kobieto do gęby... Jak ci moja pociągnie, to jakby jéj kto węgli w gębę nasypał — ale od zębów zaraz odeszło. Moja baba daléj dziękować: a niech pani Pan Bóg wynagrodzi — a to, a owo — a ta pani powiada do niéj: idźcie z Bogiem, jakby na drugi raz wypadło, to możecie przyjść śmiało. Grzeczna pani, dobre słowo jéj rzekła, bólu ulżyła i czegóż wy ich za poganinów macie?
— Nie najgorsi ludzie — odezwał się stary jakiś gospodarz, ale czemu po ludzku nie żyją, czemu po nocy ogień świecą, jakby Bóg miłosierny nie dał nocy do wypoczynku i do spania, a jasnego słonka do roboty.
Dzwonek wzywający na sumę przerwał tę rozmowę. Gawędzący chłopi pozdejmowali czapki, i upadając na kolana w progu kościelnym, z ciężkiemi i głośnemi westchnieniami modlili się do Boga, może o odwrócenie od nich „luternika,“ który jakkolwiek nic im złego nie wyrządził... ale dla kogóż w nocy świeczkę pali?
Rozmaite wieści o tajemniczym człowieku rozeszły się po całym zaścianku.
Wiadomość o osiedleniu się w Topolinie jakiegoś luternika obiegła w prędce cały miejscowy światek, zawarty w dwumilowym promieniu.
Z czasem, gdy nieszczęście jakoś na wieś nie przychodziło, gdy w przeciągu roku całego nie oberwała się chmura, nie zapadła ziemia i deszcz siarczysty nie spadł na Topolin, zaczęto się przyzwyczajać do całonocnego światła we dworku, a nawet nabożne a trwożliwe niewiasty były z tego poniekąd kontente.
— Bogu dzięki, — mówiły — przynajmniéj nieboszczyk hrabia odpocznie sobie krzynkę, skoro ten warsiawiak za niego po nocach kocołuje...
Pomiędzy dawnymi a nowymi mieszkańcami zawiązał się nawet pewien harmonijny i sympatyczny stosunek. Jedna strona potrzebowała zdrowych rąk do siekiery, do robót w ogródku i do innych zatrudnień; — druga nie gardziła zarobkiem, ani korzystną sprzedażą płodów ziemi. Pieniądze nocnego marka nie obracały się w węgiel, a żydzi w miasteczku brali je z takim samym apetytem, z jakim pochłaniają wszystko, co jest papierowe, srebrne, lub miedziane.
Przychodzono czasem do nowego sąsiada po poradę, rozmawiano z nim nieraz wieczorem przy święcie, o różnych sprawach bieżących wiejskiego żywota i zbliżono się nawzajem.
Zawsze jednak, pomimo kilkoletniego sąsiedztwa z wieśniakami, rodzaj zatrudnienia mego przyjaciela pozostał dla nich nieodgadnionym.
Słyszano to i owo, domyślano się, że ma on jakieś stosunki z piórem, z książką... a te domysły bywały niejednokrotnie przyczyną qui pro quo i nieporozumień.
Trzeba przyznać, że najprędzéj na zatrudnieniu mego kolegi zrozumieli się żydzi.
Ci przynajmniéj zapytywali: „co stoi na gazecie?“ albo „czy nie wiadomo, jak będzie stojała okowita w styczniu?“; gdy jednak nie mogli otrzymać pożądanych objaśnień, przyszli do przekonania, że kolega mój jest czemś w rodzaju kabalisty chrześciańskiego i, że trudni się obliczaniem dnia i godziny, w których ma nastąpić koniec świata. Ponieważ zaś takie obrachunki nie mają związku z przewidywaniem cen okowity przeto zaniechali dalszych interpelacyj.
Gorzéj było z chłopami.
Nieraz tłumaczył im ten nieszczęśliwy człowiek, że książkę naprzód ktoś „z głowy“ pisze na papierze piórem, że następnie już podług tego, jak jest napisane, w drukarni składają metalowe literki, z tych literek tworzą się wiersze i strony, że następnie te strony ściśnięte w jedną kolumnę kładą się w prasę i t. d.
Chłopi słuchali, wzdychali, kiwali głowami i nierozumieli jeszcze bardziéj... Napróżno tłumaczył im jak najprzystępniéj — ani rusz.
— No teraz już wiecie — pytał — jak się książka robi?
— A jużci wiemy...
— No, to opowiedzcież to, po prostu, swojemi słowami.
— Ha, dyć masyna taka je...
— No dobrze że maszyna, ale co się robi zanim się do maszyny przystąpi?
— Pewnie się ją jakimści smarowidłem smaruje, zeby nie piscała, i zeby się nie tarło.
— A no naturalnie, ale nie o to idzie, tylko jak się robi od początku.
— Toć pan mówił, że chłop kręci kołem i ju.
Jak przyszło do „chłopa z kołem,” tak już z tego koła wyjść nie było sposobu.
Z całego obrazu sztuki drukarskiéj, tak pracowicie, przystępnie przedstawionego, w pamięci wieśniaka utkwił tylko ten szczegół, że chłop kołem kręci.
Nie pomogło nawet, naciągnięte co prawda, porównanie maszyny drukarskiéj z młocarnią, i praca mego przyjaciela była nadaremną.
Radziłem mu, żeby, jeżeli już tak koniecznie idzie o wytłumaczenie tego wieśniakowi, wziął garść zbitych czcionek i dostał zkąd rysunek maszyny. Czy to uczynił nie wiem; ale to mi wiadomo, że ów nieszczęsny druk przysparzał mu wiele kłopotów.
Raz z wielką nieśmiałością i zakłopotaniem przyszedł do niego wieśniak, a miętosząc w ręku czapkę i przestępując z nogi na nogę, jąkał:


— Chciałem wielmożnego pana prosić, żeby mi pan zrobił książkę pscelną...

— Chciałem wielmożnego pana prosić, żeby mi pan zrobił książkę pscelną...
— Jaką? pszczelną?
— Niby... bo to powiadali, że są na świecie takie książki, co cały obychód kiele pscołów pokazują.
— To wam prawdę mówili, — takie książki są; a umiecie czytać?
— Toć krzynkę umiem i według tego chciałem prosić, żeby mi wielmożny pan taką książkę zrobił.
— Kiedy ja, mój bracie, książek nie robię.
Chłop się uśmiechnął złośliwie.
— Czegóż się śmiejesz?
— Ja wiem, że pan książki robi... jeno się krzynkę wstyda... Czegój się panie wstydać? tak i to dobra robota — jak i druga i ludziom na pożytek i Panu Bogu na chwałę, a źreśtom tera i na panów ścisk duzy, jensze się poobierali to za kupców, to za doktorów — a jeden, nawet dużego pana syn, za szewca ostał i nie wstyda się dla tego. Albo to, przez urazy wielmożnego pana, książkę robić, to psy po jarmarku łapać? czego się wstydać?
Znowu długie i mozolne tłumaczenie o tém, jak się książka robi.
Kiedy kolega mój zasapany skończył, w tém przekonaniu, że już dobrze rzecz całą wytłumaczył, chłop wraca znów do kwestyi.
— Wsyćko to prawda — rzecze — ale zawdy jedna książeczka długo panu nie zabawi... Wiela tam, dwa dni pan posiedzi to i zrobi. Albo to, czyja robota? — rzekł wskazując na szafę z książkami — gdzieby pan tyle książków nazbierał, chybaby wsyćkie jarmarki wykupił...
Protestacye nie pomogły.
— Niech mnie pan poratuje — mówił chłop, już wpół z płaczem — bo to widzi pan, ja kupiłem dwa pieńki pscołów po umerlaku...
— Po jakim umerlaku znowuż?
— No, juści po takim umerlaku co pomarł. Gadali, że po takim pszczoły się nie wiodą, tymczasowie zara mi się w pierwszym roku przyroiło dwoje, obsadziłem — i na bezrok już miałem ośm. Dopiero jak przyszła wiosna, tak niewiadomo zkąd nieszczęście się wzieno i troje upadło, a! panie takie roje — było ci w każdym po jakie trzy garce muchów! i ot tak zmarniały. Powiadają, że to dla tego, że po umerlaku — ale ja myślę, że może tam w książce co stoi na to.
— A prawda, stoi tam, stoi i nie jedno, zawsze się lepiéj dobréj książki poradzić — bo widzisz, książka to najlepszy przyjaciel. Jeść jéj dać nie trzeba, gdziebądź poleży — a radę ci da kiedy chcesz, w dzień czy w nocy, ona ci zawsze powie mądre słowo.
— To téż ja panie szukam już dawno takiéj książki do pszczołów... ale kiej pan nie chce nijak się podjąć.
Cóż było zrobić? koledze memu żal było chłopa, który chciał w książce rady szukać. Niewielu to takich jest jeszcze u nas, więc nie godzi się gardzić sposobnością do zachęty; poszedł więc do szafki, wyszukał „Pszczolnictwo“ Dolinowskiego i uszczęśliwił niem chłopa na całe życie.
Na pszczoły zagrożone chorobą pochodzącą z nieczystości ula, książka wskazywała prosty a skuteczny środek — przyszło lato, pszczółki się roiły; a chłop co niedziela wczytywał się w książkę i myślał o tém, żeby sobie na próbę chociaż jeden ramowy ulik sporządzić.
— No, z tego przynajmniéj — mówił mój kolega — miałem pociechę i mam. Ten już zapoznał się z książką — sprobował na pszczołach i zaręczam ci, że niedługo zacznie sadzić koło chałupy drzewka owocowe i że pomyśli o pewnych reformach w swojém piętnasto-morgowem gospodarstwie? Co zaś do dzieci, to sam powiada, ze chociażby miał krowę sprzedać, to uczyć je będzie. Ten da dobry przykład, — ale inni, urządzają mi skandale...
I tu, szanowny kolega zaczął mi opowiadać, że pewnego pięknego poranku, powiedziano mu, że przyszedł jakiś gospodarz z bardzo pilnym interesem.
Jakże tu odmówić gospodarzowi, który przychodzi w bardzo pilnym interesie?
Wyszedł więc, zatknąwszy pióro za ucho, na podwórze, gdzie oczekiwał poczciwy wieśniak, trzymając na plecach worek z prosięciem, które niezadowolone z téj sytuacyi, przeraźliwie kwiczało.
— Niech będzie pochwalony — rzekł pokornie chłop.
— Na wieki. Czegóż to żądacie? mój człowieku.
— O, panie! bieda na mnie — powiada, — jaż z trzeciéj wsi przyleciałem i przyniosłem wielmożnemu panu tę prosięcinę na podarunek...
— Za co? Weźcie je sobie napowrót.
— Oj, wielmożny panie, niech pan mnie sierotę wysłucha. Chłopaka mam dobrego, taki śpekulantny, taki ciekawy do kużdéj roboty, aż się dusza śmieje. Czy za broną, czy za sochą, on se tak idzie jak stateczny gospodarz, żadnych kompanijów, żadnych muzyków, ani papierosów, jak to insze, on nie zna, a kole bydła to już lepiéj chodzi niż rodzona matka.
I folgując rodzicielskim uczuciom, chłop łzami się zalał.
— No i cóż temu chłopcu? zachorował, czy co się z nim stało?
— Wojsko na niego idzie — odrzekł chłop łkając — a cóż ja chudzina przez niego pocznę! a któż ze mną pójdzie łąkę kosić!? a komu ja przed śmiercią pole odpiszę?
— Żal mi was mój człowieku, ale cóż wam mogę poradzić? Ja do tego nic nie mam, a zresztą wiadomo wam, że teraz wszyscy muszą służyć, — a jak go wezmą to trudna rada, odsłuży swoje kilka lat i powróci. O wojnie żadnéj nie słychać, więc nie zginie. Pobiedujecie jakie parę lat i przyjdzie do was napowrót.
— Niech się pan ulituje, panie wielmożny.
— Ale mój bracie, ja na to nie doktor.
— Kiej mnie powiadali, że pan je pisorz...
— Masz tobie! Czemże wy mnie niedługo zrobicie?
— A nie kto pan jeno pisorz, a kiej pan za pisorza je, to niech se pisze gdzie chce i jak chce, byle ja swojego chłopaka nie stracił. A czy pan myśli, dodał znacząco, że na tém biednem prosięciu będzie skutek!? To jeno tak dla smaku; jak będzie potrza, to jeszcze i groszowiny trochę człowiek zdybie za pańskie pisanie, żeby tylko tego chłopca jako odratować.
— Czy ty człowieku masz źle w głowie? Powiadam ci wyraźnie, że żal mi cię, ale ja nie mam do tego nic. Nie bałamuć sobie próżno czasu i idź; — niech cię Pan Bóg ma w swojéj opiece.
Chłop smutny powoli odszedł. Myślałem, że się już odczepi i znowu zasiadłem do przerwanéj roboty. Ale gdzieżtam. Za godzinę chłop wrócił — ale powrócił rozpromieniony, rezolutny — prosto z karczmy.
Na frasunek musiał sobie biedaczysko kropnąć parę półkwaterków, bo i czapkę na bakier przekręcił i zataczał się trochę i takie ewolucye z workiem wyprawiał, że uwięziona w nim ofiara najbardziéj przerażającym piskiem napełniała powietrze.
Kazałem drzwi zamknąć, — ale chłop trafił do okna, które było otwarte.
— Panie pisorzu! — bełkotał rezolutnie — pan je kwardy, ale Bóg Najwyższy nad nami miłosierny! On pana wynagrodzi i mnie wynagrodzi, a zaś skoro nie wynagrodzi, to dziéj się wola jego święta, bo kużden dnia swojego niepewny, jako ten robak, co se, na to mówiący, dziś łazi... a jutro kokosza go zdziobie i tyla...
— Idź-że ty sobie mój bracie, kiedyś się upił i idź spać.
— To i co? upiłem się, to za swoje i jutro się upiję i babę swoją wypiorę, że jaż Kraków zobaczy, kiej już taka markotność na mnie padła, bo co mam zrobić z biedy?
Siliłem się na morały.
— Jakżeż to? Skoro masz zmartwienie, to zamiast się poradzić kogo znającego się — to ty się upijasz jak bydlę i jeszcze kobietę chcesz bić?
— Albo ona nie żona?! Cierpię ja, to niech i ona cierpi, bo skoro Bóg Najwyższy złączył, to ju nic nie rozłączy, jeno rydel a motyka.
— Oj, żeby twoja baba miała rozum, wzięła dobrego dębczaka, a sprawiła ci uczciwe smarowanie, możeby ci się po niem wódki odechciało.
Chłop rozrzewniać się zaczął.
— Oj, prawda panie, prawda! Ino przyjdę do domu, zaraz pleców nadstawię; powiem: „Jagóś moja, wal! wal jagodo kochana! pierz co wlezie, a synaczki, sierotki biedne, niech ci pomagają!
— A dużo masz jeszcze tych synaczków?
— Z najstarszym je ćtyrech.
— To nie becz i nie upijaj się, tylko się wytrzeźwij, idź do wójta, a on cię nauczy jak masz zrobić wybór; to ci najstarszego do wojska nie wezmą, a jak młodszy który dorośnie, to za niego pójdzie. Jest prawo takie, widzisz.
— A co?! — zawołał chłop tryumfująco — taki pan wielmożny są pisorz!
— Nie nudź już mój dobry człowieku. Naprzód się wyśpij, żebyś był przytomny i żebyś nie plótł jak na mękach, a jak się wyśpisz, to idź do gminy i powiédz wójtowi, co chcesz zrobić, a on cię nauczy gdzie masz iść daléj.
— Niech Bóg wielmożnemu panu za dobrą radę w dubelt nagrodzi. Gdzie zaś pan każe tę prosięcinę ostawić?
— Zabierz z sobą i chowaj na swój użytek...
Ale przekonaj pijanego!
— Albo to ja taki, żebym z gęby cholewę robił?! Ho! ho! skoro rzekłem, ze dom, to dom. Szkoda mi prosięcia, ale i dziecięcia szkoda... zreśtom ryzyk fizyk! co ma być, to będzie! albo prosię stracę i dziecko poratuję — a zaś jak nie — jak mam dziecko stracić, to niech i prosioka stracę! wzieni dyabli krowę, niech wezmą i cielę, a kiej mam taki los zebym ginął, to juz niech ginę ze scętem! Niech będzie pochwalony!
I z temi słowy porzucił prosiaka z workiem na ziemię i uciekł.
— No i widzisz — mówił mój przyjaciel, jak to z nimi jest. Jak który sobie wbije co w głowę, to nietylko słowem ale i siekierą trudno z niéj wyrąbać. A radzić się lubią. Długom się napracował zanim zdołałem ich przekonać, że nie piszę żadnych skarg do sądu.
Opędzić się nie było można przed różnemi poradami prawnemi, a z drugiéj strony niepodobna było każdemu drzwi przed nosem zamykać, bo zdarzało się tak, że niektórzy przychodzili z prośbą o przeczytanie kontraktu, lub o radę w jaki sposób nabyć grunt, żeby być pewnym spokojnego posiadania i użytkowania.
Powiedz sam, kochany kolego, czy godzi się nawet odmawiać takiéj bagatelnéj przysługi człowiekowi, którego całém nieszczęściem jest to, że jest ciemny i nieoświecony, no, a przytem trafia się sposobność do wypowiedzenia kilku słów o konieczności i o potrzebie czytania i nauki dla dzieci.
Więc nie odmawiało się.
Tak to kilkakrotnie w cienistym lipowym szpalerze gawędziliśmy z moim przyjacielem, najczęściéj o ludzie i różnych jego potrzebach.
Świadkiem tych naszych gawęd był blady, pełny księżyc, zawieszony nad ogrodem, jak lampa, świadkiem szumiące lipy i świerki stare.
Ot te, żeby przemówić umiały, możeby już znalazły odrobinę postępu w przeciągu pół wieku, ale nam nie dano żyć tak długo jak lipom i świerkom, — my może nie doczekamy zbierać plonów naszéj pracy...
Ale czyżto ma nam przeszkadzać w siewie, nie my zbieramy, to dzieci nasze, nie one — to wnuki, ostatecznie zawsze ktoś zbierać będzie.
Przyjaciel mój jednak nie miał mieć téj pociechy, aby jego poczciwi sąsiedzi dowiedzieli się kiedy o prawdziwem jego zatrudnieniu.
Był on już dla nich starszym poganinem „od luterskiéj wiary“ z okazyi palenia światła w nocy, był czarownikiem potrosze — był mniemanym kapitalistą, pisarzem jakiegoś niewidzialnego urzędu, miał robić książki, jak szewc buty na warsztacie i wstydził się tego, jak mniemano, więc nocami robotę wykonywał i na jarmarki wysyłał, — nareszcie zrobiono go introligatorem.
Na ten ostatni urząd nominowała go szlachcianka...
A nie myśl sobie szanowny czytelniku, że z podobną szlachcianką żartować można.
To osoba, względem któréj należy zachowywać wszelkie rewerencye.
Miałby się z pyszna taki, ktoby się ośmielił nazwać ją „kobietą.“ Rozumie ona to dobrze, że co innego kobieta, a co innego szlachcianka!...
Ona wie, że u niéj w chałupie wisi, obok świętych obrazów, „Ostoja“ lub „Rogala“ namalowany na chropowatym papierze, opisany wierszem, którego już dziś z przyczyny zupełnego zblednięcia atramentu nikt nie zdoła przeczytać, że ten „Ostoja“ lub „Prawdzic“ oprawny w skromne ramki drewniane, droższym jest nad złoto.
Ona wie jeszcze więcéj.
Wie naprzykład, że w suchym dołku, pod podwaliną izby, jest garnek w siedm szmat owinięty, a w tym garnku znajdują się takie papiery, co od szwedów są starsze.
Tradycya rodzinna z pokolenia w pokolenie, nie bez pewnych waryantów przechodząca, nauczyła ją, że zacny jéj prapradziad kobyłę bardzo piękną ochwacił, jadąc na elekcyę pod Wolę. — Ba! a co procesów było w téj rodzinie! Jest w kufrze zielonym dobrze okutym porządna porcya papierów, opiewających spory graniczne takich posiadłości, które już dziś może w dwudzieste ręce przeszły. Są pozwy, manifesta, wyroki zbutwiałe, przechowuje się to jako pamiątka — a do téj pamiątki coraz to nowe papiery przybywają, bo szlachcic bez procesu, jak ryba bez wody, żyćby nie mógł.
Nie myśl więc szanowny czytelniku, że z podlaską szlachcianką żartować można... O nie! osoba to, która czuje swą godność, która wie, że szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie — i wierzy w to, że Pan Bóg wszystkich ludzi ulepił z gliny, tylko, ma się rozumieć szlachcica... z najlepszéj.
Rewerencyi wszelkiéj i poszanowania wymaga, bo jak sama twierdzi, sroce z pod skrzydła nie wypadła, a przytém ta, o któréj mowa, miała jeszcze wiele osobistych przyczyn, które kazały jéj być dumną i wysoko cenić swą osobistą godność.
Nie mówiąc już o wysokiéj paranteli i o pochodzeniu ze wspaniałego rodu, wniosła ona mężowi w posagu sześćset rubli... ale jakich rubli! czystém srebrem, sztuka w sztukę okrągłe, białe! brzęczące!
Powtóre była panią fortuny w trzech działkach, nie nadto szerokich co prawda, ale strasznie za to długich — potrzecie miała w izbie kanapę, na któréj niegdyś siedziała jakaś bardzo wysoko położona osoba.
Nie koniec wszakże na tém. Pani Maciejowa była nabożną i uczoną niewiastą.
Co niedziela i święto silny jéj dyszkant, niby ostry świder, wiercił sklepienie kościelne i uszy wiernych parafian, i to nie wiercił zwyczajnie, po polsku — lecz po łacinie, wtórując basowi organisty.
Nie powiem, żeby pani Maciejowa rozumiała własną swoję łacinę — ale za to mogę z czystém sumieniem zaręczyć, że nie zrozumiałby jéj również najuczeńszy starożytnik i lingwista, gdyż tak starannie i pracowicie każdy wyraz psalmu był przekręcony.
Z taką to szanowną, zacną i uczoną matroną miał do czynienia mój kolega.
Weszła ona do jego mieszkania, a raczéj wtłoczyła się przez drzwi, z pewnym trudem, zaćmiewając światło dzienne przerażającą żółtością wielkiéj chustki, która przykrywała jéj głowę i spadała na potężne ramiona i barki.


— Dzień dobry panu — rzekła — kładąc na krzesełku duże zawiniątko.

— Dzień dobry panu — rzekła — kładąc na krzesełku duże zawiniątko.
— Dzień dobry, cóż panią Maciejową sprowadza?
— Ot zwyczajnie interes, bo już nie chwalący się, że ja jestem taka porządna, że nie mogę ścierpiéć, jak mam co rozdartego... Niech co chce kosztuje, ale niech będzie jak się należy...
Kolega mój zastanowił się nad ciekawą dla niego zagadką, jaki mają związek rozdarte rzeczy pani Maciejowéj z tą niespodzianą wizytą; baba zaś trajkotała daléj:
— Jużem się dawno zbiérała raz z tą biedą skutek zrobić, ale jak to panu wiadomo, całe gospodarstwo na mojéj głowie! Męża, z przeproszeniem osoby pańskiéj i honoru, mam, ale takim mężem, to Panie odpuść, komin lepiéj zatkać... Dość, że ja wszystko, obsiać ja! dobytku dojrzéć ja! do sądu ja! wszystko na mnie, jak na burą sukę. Dziewek za pozwoleniem jest dużo — ale co to panie na terajszy czas dziewka? Dwadzieścia rubli daj — źre, z przeproszeniem osoby i honoru pańskiego, co wlezie — a do roboty ani kijem nie napędzisz. I jeszcze panie, na terajszy czas, co jak na kogo jeno palec zakrzywić, zara kara!! Ot, jakoś przed świętym Janem, mówię do jednéj: zrób tak i tak, ona swoje; mówię: zrób pókim dobra, ona swoje — i tylko Panie odpuść grzechy, ot tak, jak dusznego zbawienia pragnę, nicem jéj nie zrobiła, jeno co prawda trzasnęłam ją w gębę może cztery, może pięć razy i to panie, jak rany boskie kocham, lekko, nawet jéj nie zakrwawiłam, i co pan powie? ta szelma z przeproszeniem osoby pańskiéj, zara mnie do sądu... A sędzia powiada: Pani Maciejowo zagodź, bo to paskudny interes... Tak panie kochany, takie tera czasy, takie sądy — wyprać takiego wałkonia, to paskudny interes! Pięć rubli dałam i musiałam gębę zatkać, panie, musiałam! I to taki sąd! o! przy takim sądzie, od tych sług, gałganów, człowiek dzisiejszego dnia życia niepewny...
Odsapnęła trochę.
— Więc uważa pan dobrodziéj, do czego to ja mówię?! Aha, juścić trudno mi rozedrzéć się i dla tego oto tak schodziło — a już chciałam nawet zanieść do żyda... ale myślę sobie tak: ma ten z przeproszeniem niedowiarek zarobić, to lepiéj niech zarobi katolik, a po drugie, że takie znów świętości nie godzi się jakoś dawać żydowi... ot widzi pan, mówiła, „Złoty Ołtarz” oblazł całkiem, tu się kartki pozawijały, tu skórka wyrwana — na szczęt zniszczony; — albo o! „żywoty świętych” tak samo — ze „świętéj Genowefy” skóra het się starła, bo już to ją dzieci najwięcéj mordują. Takie panie do książki ciekawe, że czasem to i kijem nie odpędzi. O, tu, w „kantyczkach” dziura, tu znów w „pieśniach” to samo. To „Pielgrzymka na Jasną Górę” na nic... A widzi pan, choć to powiadają tak: „jak zwał tak zwał, aby co dał,” a znowuż proboszcz gada, że „miła Bogu modlitwa aby szczera, choćby i całkiem przez książki,” ale ja powiadam, że z takim obdrapańcem to i wstyd nawet chodzić do kościoła. Pan Jezus miłosierny na serce patrzy, ale zawszeć to chyba i Jemu ukrzyżowanemu miléj, jak się człowiek do Niego na porządnym statku pomodli.
Kolega mój wysłuchał téj tyrady, spojrzał na podarte książki, potém na panią Maciejową i zapytał sucho:
— I cóż pani Maciejowa każe z tém zrobić?
Baba zrobiła wielkie oczy.
— Co ja każę? gdzież ja mam takiemu porządnemu panu co kazać? ja tylko proszę, po somsiedzku i przez urazy, żeby mi pan te nabożne książki poładował. Gdzie trzeba skórkę dać, gdzie papierem załatać, jak wiadomo, przecież to panu nie pierwszyzna koło tego chodzić.
— Kochana pani Maciejowa, kiedyż ja tego nie potrafię...
— Pewnie się pan o zapłatę boi?! Ho, mój panie, chociaż ja prosta szlachcianka, alebym jeszcze inną dziedziczkę kupiła, z całym kramem. Niech się pan nie boi, zapłacę ja co się będzie należało, boć to przecie książki nie na zabawę, tylko dla chwały Bożéj.
— Dobrze to jest, ale powiadam pani, że ja tego nie umiem, nigdym się tém nie trudnił, jak żyję ani jednéj książki nie oprawiłem...
Baba powstała z godnością, wyprostowała się z wyrazem obrażonéj dumy...
— Cóż to? proszę pana za kpiny z ludzi? ja proszę jak kogo dobrego, grzecznie, przez urazy, po ludzku, a pan kpi ze mnie, jak z jakiego zapozwoleniem dzieciaka! Dla czego mi pan nie ma naładować książki, kiedy pan od tego majster?! Jak kto umie nowe robić, to powinien i stare ładować. Toż nowa moda! Jak u szewca kupię ciżmy, to jak się podrą, to on i podzeluje i łatkę przyczepi. Pan tak samo powinien, bo takie jest majsterskie prawo: zrobić, a jak się popsuje naładować! Ja téż nie dzisiejsza i po świecie bywałam. Mnie tu panie każdy mały dzieciak zna i wie co ja za osoba jestem!
— Moja pani, dajże mi święty pokój i odczep się odemnie...
— Tak... to! odczep się pani! odczep się pani, ha! skoro tak, to dobrze; ja się odczepię, ale swego nie daruję. Tylko do domu przyjadę, zaraz pchnę swego niedojdę do sądu...
— Ha, jak sobie imość chce — wolna droga.
— A ma się rozumiéć, że wolna, cóż to mi kto ma zastęp drogi zrobić? Ho! ho! panie, ja prosta szlachcianka, ale mnie byle kto w kaszy nie zje. Choć ja baba, ale prawo znam i do sądu trafię; mój tatko nieboszczyk nie takie interesa miał i wygrywał panie! jedna sprawa to aż w senacie była! A czy pan myśli, że ja swojego daruję! Po co ja tu darmo jeździłam, konia pędziłam, czas bałamuciłam, osobę swoją fatygowałam... czy to ma darmo być?! Będę ja wiedziała co mam sędziemu gadać.
Zapérzona jejmość wytoczyła się nareszcie ze stancyi, wraz ze swoją nieszczęśliwą biblioteką; z wielkim trudem wwindowała się na wózek i odjechała, rzucając przeróżne anathemy i spowiadając się ze swego zawodu topolom przydrożnym i brzozom.
— To wszystkie surdutowe takie — mówiła zapérzona — żeby przyjechała dziedziczka, toby jéj nie wiem co oprawił i jeszcze by ją w rękę pocałował, a na prostą szlachciankę to i patrzéć nie chce... A ja to co gorszego od jakiéj dziedziczki?!
I tak przemawiała do topól na gościńcu, do sosen w lesie, do kamieni na polu, aż zachrypła nieboga, kochana pani Maciejowa.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Z rok czasu nie widziałem mego przyjaciela.
Wiosna była.
Pierś dopraszała się o świeże powietrze, oczy o zieloność — czoło pragnęło ochłody i orzeźwienia w powiewie cichego wiatru, biegnącego z ponad łąk i lasów.
Pojechałem na wieś, — a że mi droga przez Topolin wypadła, chciałem wstąpić do kolegi.
Eheu! Nec locus ubi fuit.
Dworek, w którym mieszkał, rozebrany, tylko zwalony komin i stos gruzu świadczy, że tam niegdyś była ludzka siedziba.
Ogródek zielskiem zarósł, tylko świerki stare szumią jak dawniéj i cichy szpaler lipowy odział się nową zielenią...
Kilka narcyzów zdołało wydobyć białe główki z pośród zagłuszających je pokrzyw; bez kwitł, a róże niedobitki dźwigały pączki na gałązkach.
Mało mu jeszcze sielanki, powlókł się więc daléj, w jeszcze bardziéj zapadły, jeszcze bardziéj zabity kąt Podlasia.
Po co?
Wdałem się w gawędę z kilkoma wieśniakami, którzy przyszli, zwabieni widokiem urzędowo zielonéj bryki i odgłosem trąbki pocztowéj.
— Gdzież się podział? — pytałem.
— Niewiadomo, wielmożny panie — odpowiedział wieśniak z westchnieniem; — jak niewiadomo zkąd przyszedł, tak niewiadomo gdzie poszedł... ot, zwyczajnie jak wiater, co se po polu chodzi... zkąd przyjdzie? gdzie pójdzie? Bóg wie.
— A gdzież dom?
— Kupili i zabrali. W innéj wsi teraz stoi.
— A na tém miejscu nikt się nie myśli budować? — spytałem.
— Eh! gdzieby zaś — odpowiedział, machając ręką niechętnie.
— Prawda — rzekłem, — jabym sam bał się tu budować, bo podobno coś przeszkadza w tém miejscu.
— Ah, tak niby gadają. Dawniéj to sam hrabia nieboszczyk chodził, tera nie ma już pokojów, to se chodzą we dwóch po ogrodzie i papierami rzucają.
— We dwóch? a z kimże drugim?
— Juści z nim.
— Z jakim znowuż?
— A z tym, co w onym domu siedział... pokutują oba biedaki.
Masz tobie! upiorem został za życia.
Wśród gruzu bieliła się jakaś kartka, dobrze już przez deszcz spłukana.
Podniosłem ją; było to pismo mego kolegi.
... „Biedny ludu, — kiedyż książka przestanie być dla ciebie niezrozumiałą zagadką?...”


Klemens Junosza - Wilki i inne szkice i obrazki ornament 028.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.